Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Trupa dziewicy porwały bałwany,
Rwą go i niosą wśród pieszczót daleko...
Jak dziki rumak pian grzywą rozwiany
Znikła mu z oczu...
                                     Tylko krwawe piany
Tłuką o skałę, nim w głębię ucieka...
I ryk piorunu i ptastwa krzyk dziki
Jęk mrącej Myrtis, chychoty Safony.
Biją Eumenid lutnią w burzy krzyki
W serce – co ciche – jak cytra bez strony –
Tak drzewo wieków, Aloes milczący,
Milczy wiek cały – aż w chwili kwitnienia
Strzeli piorunem – i opadający,
Znowu powraca w stan swego milczenia!




       Biada domowi, co stał się ruiną –
Kędy umarła już matka Safony,
Nad Lezbos ciężko czarne chmur płyną,
Morze już ciche – lecz odtąd szalony
Alkeos ciszy niezna ... choć dni płyną!...
Wśród gruzów domu tylko pozostało
(Ostatnia praca Leandra, poczęta
A nieskończona – boleścią przeklęta!)
Fatum –
                W posągu obleczone ciało...
Samo – kamiennem obliczem się śmiało,
Nieubłagane – nieme –
                                            Straszne dzieło!
Co w pośród gruzów jak ich król stanęło.
Własnej ruiny król!...
                                       Trzy twarze miało
I pierś skalistą – tylko stopy jeszcze
Nieukończone, grzęzły w głazów państwie –
Snąć samo Fatum w fatalność zabrnęło,
W szaleństwa własnej swawoli tyraństwie…
Wzrokiem Eumenid wzbudzające dreszcze,
Dzikie jak chaos, z wszystkiego szydzące,