Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/400

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O PÓŁNOCY.

Noc była czarna – wicher od grudniowej chmury
Tłukł w szyby okien, targał ścianami i chateńki –
A w chatce mieszkał człowiek młody lecz ponury,
Którego ludzie zwali poetą – ten człowiek
Stał niemy – na ręku mu płakał syn maleńki
A przy gromnicy leżał bez zamkniętych powiek
Cień niewiasty, co tylko widać, że skonała,
I że blada się z śmiercią długo pasowała –
A znać, że była piękną niegdyś jak widzenie
Lecz boleść wydeptała jej na licu ślady
I łzy ciche wygryzły bruzdy w twarzy bladej –
Miała uśmiech boleści, jak anioł cierpienia.
Włos jej długi się rozlał jak fala strumienia
Ręka opadła z łoża martwa i bez siły
A ostatnie gasnących błyskawic spójrzenia
Padły na dwie istoty – co tuż przy niej były. –

On stał głucho jak posąg z białego marmuru,
Któremu szatan w głowie pioruny zapalił,
Plecami wsparł się tylko do zimnego muru
Suche miał oko – ani westchnieniem się żalił,
Spokojnie słuchał wichrów gwizdu i sów chóru,
(Bo poecie jedynym puszczyk przyjacielem –)
Czasem patrzył na dziecię, co znowu z weselem
Śmiało się, choć by miało na oczętach lśniące
On spokojny jak dziecię to na ręku ... drżące –
Lecz drżało z zimna – Więc skrzynię otworzył
I dobył z niej pożółkłe spruchniałe papiery,
Jeszcze w nie spojrzał – usta cicho na nie złożył,
Przed okiem jak diabełki migają litery,
A w każdej mu wybłyska świętość lub wspomnienie –
I niemo je podpalił – buchnęły płomienie,
I tak jeden po drugim palił swej dziecinie,
Bo trzęsła się od zimna w północnej godzinie –
I ogrzało się dziecię, zaśmiało radośnie,
Ku światu wyciągając dłonie jak ku wiośnie,