Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jak my pędzili przed wichrów potokiem...
Galop wielbłądów z karawany wrzaskiem
Co rozczochrana gnała o ślep – gnała
Byle gnać naprzód – byle uciekała
Jak chmura orłów przed piorunów trzaskiem –
I tak lecieliśmy bez tchu, i pędem
Trafiając w drodze szkielety wielbłądów
I kości ludzkie – bielejące rzędem
I już padaliśmy z rozpaczy głosem
Zwątpili wszyscy o zieleni lądów –
Czułem że inny los jest moim losem –
I tak wierzyłem w posłannictwo moje –
Żem raczej dumał na skrzydłach Simumu
Być w Watykanu zaniesion podwoje
Niż skonać w puszczy, śród trwożnego tłumu…
W tem odwróciły wichry stronę prądów
I pogoniły w dal – a jak bez życia
Padliśmy o ziem w oazie uroczej
Kędy zdrój świeży w trawach fale toczy
I palmy rosą zapłakały oczy
Namiot błękitu i gwiazd blade lica
Już wychodziły na niebo pustyni –
I chórem tam już poklękli pielgrzymi! –
Ku Europie sunąc się powoli,
Znowuśmy razem … jak po modrej roli,
Płynęli chyżo ... ku Joppejskim skałom
Stawiając czoło pogaństwu i wałom...
Wolno jest chłopcu … małemu chłopięciu
Plwać, i kamieniem ciskać na pielgrzyma,
I piaskiem w oczy miota, jeźli niema
Turbana swego … to chwalą dziecięciu
Co chleb przyjaźnie podaje szczenięciu…

Gdy dnia pewnego w murach Watykanu
Pod nogi starca Urbana papieża
Słał się lud korny, biorąc w imię krzyża
Błogosławieństwo w pokorze i w Panu,
I my przyklękli – a gdy błogosławił