Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Do grobów świętych człowieczego syna –
O! com ja doznał, kiedy na kamienie
Upadłem czołem przed tą grotą ciemną
«W której nikt przedtem nieleżał»…
Przedemną!
Stanęły wszystkie tajemnice wiary
Męki Chrystusa, ludów uciśnienie –
W łzach rozpłynęło się moje wątpienie
I myślą wzniosłem krzyżowe sztandary
Gdy pierś paliło bojowe natchnienie –
I wszystkie rany Chrysta mnie bolały
I wszystkie ludów boleści mi grały
Jak arfy w wiekiej tej z bogiem rozmowie –
Ale chwil takich człowiek nie wypowie
Dzień przedumałem wśród tej grobu ciszy,
Czekałem wielkiej myśli, by wstąpiła
We mnie – i wstałem – a boska mogiła
Słowa przysięgi mojej dotąd słyszy
Jakom ślub czynił z hufcami zbrojnemi
Odbić swobodę Palestyńskiej ziemi!...
Bo mnie w tym grobie Boga wszystkie rany
Co go bolały, bolami ludzkości
Tak zabolały – że padłem z żałości
Niemy – jak znużon ptak w morza bałwany –
I obróciłem ku Rzymowi oczy
Przy mnie dłoń w dłoni mój przyjaciel kroczy,
Ciężka to droga, i smutne koleje
Trzy dni i nocy na garbie wielbłąda
Kiwać się w słońcu, gdy pot z czoła leje
Się do ust drżących … gdy oko pogląda
Za kroplą wody – a woda na czole!
A raz Uragan od południa strony
Ścigał za nami – ha! Ten obraz w duszy
Zostanie jeszcze – kiedy przebudzony
Na sąd powstanę, i trąba niezgłuszy
Echa po gwizdów co słupami żwiru
Pędził za nami – z gorąca obłokiem –
O nie tak brańcy uchodzą z jasyru