Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Drgający konał tu o śnieżne wały
I dzikim głosem leciał skonać w chmury –
Potrzykroć dzwonił od wieżyc klasztoru,
Aż coraz ciszej chrapliwemi dźwięki
Mdlał głos spiżowy jak kona wśród boru
W wąwozie Alpów głos cichej piosenki...
Lecz próżno dzwonił... i szedł niespokojny
Starzec zakonnik, a za nim dwa mnichy
Idą – i stają – i do ziemi cichej
Ucho przyłożył – i znów krzyżem zbrojny
Idzie wśród wichrów górą, coraz dalej –
Brnie w pośród śniegów i śnieżnicy fali,
Aż na szczyt skały wdrapał się wysoki
Z tamtąd na drzewo – co nad jar głęboki
Po nad otchłanie zwieszało konary –
I w dali – drżący boleścią mnich stary
Ujrzał kleczące dwie postacie w śniegu
Już pobielałe i w poły owiane
Od orłów z wrzaskiem i krzykiem szarpane,
Pies wył na skale z nad przepaści brzegu –
Lecą godziny – i trwoga w klasztorze
Wicher zawieją kołuje na dworze,
A tam na śniegach starzec płacze drżący,
Nad dwóch postaci głowami schylony
A u nóg wyje Barry zasmucony
Próżno w twarz Jana z boleścią patrzący!
Alpejska burzo!... o – zagłusz te jęki
Oni spokojni... im inne piosenki!...

W pośród kobierca Alpejskiej doliny
Wznosisz się cicha kochanków mogiło,
Na ciebie z góry niaspadną lawiny
Na ciebie skały patrzą dziką – siłą –
Nad tobą cichy krzyż trzyma ramiona
I błogosławi w bluszczu, co się zwiesił
Na jego skroni – to twoja korona!
Na sen ci śpiewa by ich kto nie wskrzesił...
Tobie słowiki hymn kwilą co nocy