Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy rzekłem»
«Jam jest Bolesław!
To trup mego syna»
Padła na głazy i z jękiem konała,
Że ledwo ku niej drżący się przywlekłem –
Jęczała – straszna! Boże! Moja wina…
I ręce ku mnie ciągnęła w konaniu
Wołając «Wnuk mój … o biedny chłopczyna!...
«I prawnuk … chodź tu o biedny w zaraniu
«Wnuku mój!... jam jest – Ryksa!...
«Ja przeklęta
«Której występki kraj dotąd pamięta
«I Bóg pamięta!...»
Skonała – –
W świtaniu
Oświtłem okiem – a mnich, co stał z boku,
Zawołał, precz ztąd!... precz! Pod klątwą podły!...
Ni twoje – ani twego syna ciało
Nie będzie w świętym grobie spoczywało!...
Precz!...
I uszedłem w lasy – między jodły
Szedłem, gdzie oczy błędne mnie powiodły –
Lecz tobie biada! sługo chrystusowy
Coś niemiał serca dla grzesznika głowy!...
Ma zbrodnia karą mą tam! w duszy na dnie!...
Lecz taka ma klątwa – wam! na głowy spadnie,
Bo zamiast podnieść jak łotra na krzyżu,
W otchłań strąciła. –
Na ręcem porwał ciałko mego syna,
Jako zwierz dziki ból mój pożerałem
Co mnie pożerał…
Wśród burzy grzebałem
Dół…
A gdy w dole był złożon chłopczyna,
Raz jeszcze w bladą twarz jego spojrzałem
I uchyliłem mu powiek…
Milczałem –