Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I wielkość Boga przedemną wysławił...
A podłość moją – i czas ku pokorze –
Kiedy jak zwykle spokojny i święty
Szedł z nim w komnaty, by wrogom fałsz zadał,
Zbledli oszczercy – każdy grzech spowiadał,
I za oszczerstwo każdy łeb miał ścięty –
Za rękę wiódł go biskup – a on wołał
Głosem grobowym, co rozdzierał serca,
W najgłębszych głębiach duszę wstrząsnąć zdołał –
«Gdzie jest ten człowiek – mi człowiek – oszczerca?»
Świadczę, że Biskup – ten ot! z Szczepanowa,
Za nim mnie deska okryła grobowa,
Groszem swym nabył tę ziemię odemnie
Co do szeląga zapłacił sumiennie!...
Lecz ty o królu dumny, skamieniały
Miej nad twą Polską w sercu zlitowanie,
Bo niedaleki dzień, gdy z słońca chwały
Czarny dym tylko po tobie zostanie –
Ha!... wtedy pycha wszystkie duszy blaski
I głosy Boże, i promienie łaski
Jak wąż spowiła w swe sine pierścienie –
A nawet trwogi zniszczyła istnienie...
I myślą moją w śnie okropnym śniłem
Żem tylko dumny a ja pyszny byłem –
Pyszny – jak szatan, co każdy dar boży
Depcze z wściekłością szarpie się w obroży –
Cały dwór zadrżał – ja z dumą siedziałem
Z zimnym uśmiechem na nich poglądałem,
I głos ten słysząc co Piotrowin w niebo
Siał słów gorących, i łez swych potrzebą,
Milczałem!...
Jak skałam milczał w dumie skamieniały,
I wtedy twarz mi Boga pociemniała
I wszystkie gwiazdy – słońca – pociemniały…
Tu ziarno wszystkich zbrodni, co ciskały
Szatany w duszę mą, co zszataniała –
Odtąd w mej piersi serce zagniecione
Już się ni razu więcej nieozwało,