Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umilkła, w której listki się kołyszą
Śmiertelną pieśnią – którą śmierć stroiła –
Co śni się zmarłym pod ziemią marzącym,
Z robakiem w trumnie cicho szeleszczącym…
Oślepłem botem nad moją ofiarą...
Zbrodni mych!... z duszą szatanu wzajemną
Szedłem – zaśmiałem się – i on był zemną
Czarny duch złego…
Klasnąłem mu w dłonie –
I byłem królem w piorunów koronie,
Gotowym dziecka mego trupem ciepłym
Cisnąć na ludy wszystkie! całej ziemi...
By je bolami śpiekielnić mojemi…
Ale na Polskę moją – nie!... nie!... skrzepłem
Pękniętem sercem, zawsze ją kochałem
Więcej jak dziecię, nad którem płakałem!...
W dali dzwon skałki płakał gdzieś nademną,
Bo dzwon Zwierzyńca pękł – piersią wzajemną!...
I moje piersi na pół rozpęknięte
Pruchniały!... dzwonie!… o! łzy twoje święte!...
Ja cię dziś słyszę, choć dzwonisz daleki,
Na wieków wieki!...
Stałem nad Wisłą – patrzę jak dąb w dali
Coś płynie, płynie, że się fala żali...
To trup lirnika siwobrody, płynął -
Był uśmiechnięty – rzuć mi lirę! Skinął –
A więc podniosłem tę lirę przeklętą,
Co mi zabiła syna!... lirę świętą,
I wyrzuciłem ją tam! do miesiąca
W górę!... że jako gwiazda spadająca
Leciała w Wisłę … jęcząc w jęki wieszcze
Wołała powstań! postań! czas nam jeszcze!...
I padła w piany wierna stopom jego –
Przysunęła mu ją ku piersi fala...
I tak płynęli – z nad czoła bladego
Pierścień księżyca starca się użala –
Aż mu na piersi lirę położyły
Fale – i zbiegły – i w dal popędziły…