Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


O! jam zapomniał – !... zasługa przed Bogiem
Odszukać w śniegach! – choćby nam był – wrogiem!...
Odparł mnich Gwalbert i ścisnął pielgrzyma,
Co poszedł w drogę, szybko, posilony,
A idąc dalej, wyżej, w górne strony,
Zniknął przed mnichów patrzących oczyma!
W tem z dala głośne ozwało się wycie,
Jak ryk boleści długi – przerywany,
O! to mój Barry!... zajęczał jak dziecię
Znam ja głos jego, rzekł Jan pomięszany...
Idź idź mój synu, w tej usłudze bratniej,
Rzekł ojciec Gwalbert głosem cicho drżącym
I krzyż uczynił za Janem niknącym,
Czyn to niepierwszy, czyn twój nieostatni!
Echo odbija drgający głos mnicha
I konająco powtarza; Ostatni!
Furta zamknięta, znów godzina cicha.
Jan spieszy drogą zawianą śniegami
Oddycha prędko – czasem staje – słucha –
Lecz w koło cisza – tylko wąwozami
Wicher gwiżdzący, to cichnie – to dmucha –
Serce mu rwie się, drga nieznanym szalem
A on brnie dalej, w śnieg wązem białym,
Niesie likwory wytrawne, gorące,
Co budzą życie w zamrozach gasnące,
W pół drogi przybiegł Barry zapieniony,
Zawył pod siebie tuląc ogon czarny.
O! czyż ratunek mój byłby już marny?
Woła Jan spiesząc dalej zatrwożony –
Barry go wodzi nieznajomym śladem
Długo, i długo dzikiemi wąwozy,
Kędy gad tylko zwykł pełzać za gadem
Lub za kozami gonią dzikie kozy…
Spinał się w górę długo, ślad za śladem
W pośród szkieletów drzew, i gór manowców,
Kędy świat śniegów jak szereg grobowców
Nad rozmarzniętych leżał wodospadem