Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uderzył w lutnią tak –— że pękły strony
I lirą na mnie rzucił z całej siły…
Że miała na mnie paść, i do mogiły
Wtrącić mnie, za nim rzucę ziemi trony...
By syn mój zasiadł tron – wśród młodej siły?...
On mnie chciał zabić – z litości chciał może!...
A trafił – trafił –
Biednę dziecię moje!
............
............
Strzaskał mu skronie –
Krwi nietrysły zdroje
Sina plameczka tylko zwiastowała,
(Która mi rosła – i w noc zolbrzymiała!)
Że już chłopczyna – w mym ręku – skonała!...
............
............
O Boże!...
Boże! krew za krew!...
I szaleństwa płaczem
Co się śmiał ze mnie – ryknąłem z wściekłości,
Stojąc jak słup kamienny – dni tułaczem,
Że lirnik co stał na skał wysokości
Jak święty zbrodniarz w księżyca jasności,
Rzucił się w nurt wiślany z Tyńca skały –
I już go oczy moje niewidziały...
Porwałem syna –
Trupa mego syna!...
I poleciałem jak gwiazda szalona
Z dróg swoich mlecznych wśród gwiazd wyrzucona,
Co ledwie błądzić skończy – znów zaczyna!...
O! biedny gnałem, gdzie mnie moja wina
Gnała – poczuta potęgą boleści –
Serce mi pękło – mózg pękał i słońca
W oczach mych zgasłe – bez świetlanej treści
Leciały w jakieś przepaście bez końca!...
Leciałem – bolem skrzydlaty – a ciszą
Grobową ziemia jak jedna mogiła