Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bo płomień cisnął bokiem, tyłem, przodem,
Że koń i jeździec padał zrozpaczony –
I śmiercią zdała się chwila ponura,
Po dniach zbyt wielu krwawego przeboju
Gdzie z mieszkańcami złączona natura –
Trapiła wojsko w ciągłym niepokoju.
Wyszliśmy z granic Bułgarskich na końcu
A kiedym konia poił w leśnym zdroju,
Tocząc po moich o wschodzącem słońcu
Wzrok niespokojny … o! biada! ujrzałem
Że już połowę wojska mego miałem!...
Konstantynopol mieliśmy zdobywać,
Gdyż nam Aleksy zabronił przechodu
I tam na braci resztę oczekiwać…
A więc pod murym ruszył Carogrodu,
Choćby do nogi upaść i wyginąć,
Postanowiłem sztandar nasz rozwinąć
I blaskiem krzyża w ślepie tyranowi
Błysnąć – gdy wzbronił przechodu Krzyżowi.
Już się schylało słońce w morza piany
Umilkły wichry – usnęły bałwany –
Wtedy na leśne wzgórzem ja wybieżał –
Konstantynopol u nóg moich leżał – –
Uszykowałem jak mógłem mych ludzi,
Co przez czas wyszli z służby i karności
I już mruczeli gdy ich pochód strudzi –
Trzeba im było zwycięztw – i świetności!...
I wraz od jednej strony
W pęd szalony
Prawem się skrzydłem żołnierz rzucił na bastiony!...
Jak tuman wichru, co przez puszcze pędzi
Kolumny piasków – do niebios krawędzi
I nuż w północną bramę i w baszt głazy
Tłuc taranami, gruchotać i łamać –
Wróg na nas z murów potężnemi razy
Młyńskie kamienie staczał – ukrop wody
Ciskał – chcąc ducha na razie nam złamać