Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Biło w imieniu Boga i ojczyzny,
To też od chwili tej, dłonie orężne
Opadły – w nicość – krwawe temi blizny –
W chwili gdy człowiek dopełni swej zbrodni,
Łuski mu z oczu nagle opadają –
I widzi piekła co go przywalają,
A w sercu pali coś – na kształt pochodni –
Lecz duch szlachetny w dni swoje tułacze
Nie mąk, lecz swego upodlenia płacze!...
O! jam w pierś moją! Ugodził żelazem
Raczej niż w jego – i upadłem – płazem!...
A twarz ma w krzywym, przymarzłym uśmiechu
Pozieleniała w katuszy i grzechu!...
Tu się poczyna grób mej spokojności
Przespanych nocy, chwil jadła, pokoju,
Odtąd w otchłannej zostałem ciemności!
Przekleństwa ojców w gwałtownym rozstroju,
Przekleństwa ludu, płacz i złorzeczenia,
Słyszałem tylko, gdy o nieb sklepienia
Wolały, bijąc, o zemstę – o karę –
I grom ten wyciął w tych zbrodni poczwarę –
O! w same śmiałe ugodził on łono!...
Wypadł piorunem z progów Watykanu
«Że król Banitą – słuchać go wzbroniono,
«I kraj przeklęty! . . . . . . . . . . . . . .

XIV.

Lud mnie ze trwogą odbiegł – i żołnierze
Mnie opuścili –
A po kraju mnichy
Przeciw mnie klątwę głosiły – – – – –

XV.

Rycerze
Porwali oręż na mnie, i lud cichy