Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lub łódką'm pędził aż po skały Tyńca –
Tam mego dziada Imię w dzwonach słychać
Było nad Wisłą – tam – wolno oddychać!...
Tam się ja darłem na najwyższe skały,
Gdzie po opokach orły siadywały,
I na najwyższe drzewa się drapałem –
Gdy była burza – i gromów słuchałem
Krzycząc rad, z wichrem tam się kołysałem!...
Z tamtąd na Polskę oczy poglądały!...
I był tam starzec jeden na Wawelu,
Co śpiewał głośno przy złocistej lirze,
Znał dzieje ludzi, i rzeczy spraw wielu,
Dzieła i bitwy chrobrego, z minionej
Przeszłości Polski –
(Dziś – odzian w kirze!)
Z nim ja w kwieciste biegałem doliny,
Na łonie jego potem usypiałem,
Lub siadłszy w łódkę, na Wisły głębiny
Pieśń jego cicho, słuchając, dumałem,
A gdym się wsłuchał w dźwięki głośnej liry
Tom szyję matki schwytał rączętami
I niewiem czemu wzrok zachodził – łzami –
Wołając: matko! jak te bohatery
I ja wojować będę w mej ojczyźnie!...
A wtedy czułem matki pocałunki,
Wtedy rycerstwo na ręce mnie brało,
I wspłakane mnie oczy całowało,
Jam się ich zbrojnej przyglądał siwiźnie
I znów się śmiałem – i serce mi drgało! –
I w onczas matka rzucała frasunki,
A on sędziwy kapłan z Szczepanowa
Co stał po prawej przy mej matki tronie
On błogosławił mnie – i jego słowa
Jak perły drogie niósłem w mej koronie!
Później – pamiętam…
Tylko straszne śpiewy
Chór czarnych mnichów – i dziewic, co niosły
Ze śpiewem smętnym zwłoki Dobrogniewy