Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Taka zbladła ... jako stróża
Anioła twarz bolejąca,
Gdy się dusza w otchłań strąca —
I ujrzawszy ją od dołu
Na piersi złożyłem dłonie,
Perła drżąca na jej łonie
Na skroń padła memu czołu!...
I krzyknąłem — by ta zbladła
Nad przepaścią tak schylona,
W otchłań z brzegu zawieszona,
W przepaść smętna nieupadła...
A jeśliby śpaść już miała —
Niechby na pierś mą zleciała!...
Całą dobę jej kwitnienia
Przeklęczałem na mchu drżący,
Pełen za nią utęsknienia,
Choć niewiedząc, że tęskniący —
Ach!... i srebrna mgły osłona
Otuliła ją na szczycie,
Chmurno stało się w błękicie,
I w mej duszy głębiach łona —
I swą wonią się spowiadać,
Jęła wichrom skałom kwiatom —
Zaczynała już opadać
I rozbierać się — a szatom
Dała lecieć ... ku mgieł światom...
I aniołki do ust niosły
Mi jej listki skrzydeł wiosły —
Ale cóż dziś o wybladła
Twym listkom po mym gorącym
Pocałunku pałającym,
Dzisiaj — kiedyś — już ... opadła!...
Kiedyś miała tak opadać
Rozbierając się do cierni,
Wichrom tylko się spowiadać,
I tych ptaków wdowiej czerni,
Lepiej było w przepaść tobie
Spaść na łono me w żałobie!