Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Co błogosławił niegdyś mej pamięci,
Dziś rozwiązany z poddaństwa, w niechęci
Klął mnie, wytykał, widział krew na szacie –
Płacząc: «o powróć nam ojca sierotom!...»
I w zdroju Skałki, myjąc oczy chore,
Wzrok odzyskiwał – (na króla potworę!)
Męczennik w niebo poszedł w majestacie,
Ja na dno piekła runął ku ich wrotom,
I tak od wszystkich sklęty, opuszczony,
W nędzy, przed ludem, i mojem sumieniem
Z ziemi ojczystej ujść byłem zmuszony –
Lud na mnie ciskał – słowem i kamieniem!
Ja obojętny z tłumu uchodziłem,
Gardząc tem życiem – jak sobą gardziłem!

Lecz na mym ręku trwożny unosiłem
Bożyszcze moje domowe – jedyne!...
Pachole moje – mego Mieczysława,
Co mi w boleściach powiła Wisława
Nad duszę mojąm miłował dziecinę!...
Im bardziej sercem żelaznem dziczałem
Bardziej dla niego miękłem – i rzewniałem!...
Nie ojca – –
Matki! Sercem go kochałem!...
Dziecię mi szyję objęło ramiony
Pod płaszcz mi główkę utuliło z płaczem,
Wśród czarnej nocy szedłem przerażony,
Rozpaczy tylko potęgą niesiony…
Jako zbój dziki – ustronnie – cichaczem –
Wśród skał nad Wisłą lirnika spotkałem!
Od zbrodni mojej tam się tylko błąkał,
I po swej lirze jakoś strasznie brząkał,
Jak sęp mi spojrzał – niemo – oko w oko –
Przeklął – stanąłem – okiem skamieniałem,
Patrzyłem w niego z boleścią głęboką –
Lecz strasznym człowiek jest wielkiego serca
Kiedy mu serca braknie! –
On szyderca!...