Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mnie pochwyciła by mnie objąć – wiecznie!...
Kto mój! niewraca – lecz po fal przestworzu
Ze mną na wieki – tuła się po morzu!...
Lecz się wydarłem – rozdarłem me szaty
I uciekając przed nią – jąłem płynąć
Co miałem siły!... aby tam módz zginąć,
Gdzie bracia moi – i w wieczne światy –
Lecz mnie ścigała już bliżej – już bliżej!...
Ja upływałem – znużon – chyżej chyżej!...
A gdy mnie chwycić już w objęcie miała
Krzyż nad nią dłoń zrobiłem mdlejącą,
Wtedy Syreny śmiechem zaryczała
I spadała w otchłań pian morskich kipiącą –
A ja znużony – mdlejący – już cudem
Płynący – tylko krzyknąłem – do łodzi
Naszych co płynąć poczynały z ludem –
Ujrzeli mnie – i tonącego w fali
Bez życia z głębi na pokład porwali –
Gdym oświtł – patrzę –
                                          Słońce złote wschodzi
Jak tarcza Boska naprzeciw ciemności –
Wkoło mnie bracia krzątali się młodzi
Na Jeruzalem!... krzyknąłem w radości
I tak płynąłem –
                              W myśli mych cichości!...

      Biada tej drodze!... i dniom tej podróży!
Bośmy bywali pastwą morskiej burzy...
Lecz gorszą, wojsko, pastwą, wodzów kłótni
Bywało – którzy celu swego, butni
Zabyli, walcząc z sobą o pierwszeństwo
Kto głową będzie!... o! a o męczeństwo
I o pierwszeństwo do walki nam było
Walczyć, a wróg by runął naszą siłą!...
Biedni – zabyli – że tam gdzie cel bratni
Wszyscy wybrani i nikt tam ostatni!...
Gdy nam w oddali Jeruzalem szczyty
Błysnęły, w jasne odziane błękity,