Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Krzyknąłem – padłem w łódź bez zmysłów, siły,
On w pian i pereł zatonął koronach,
Poszedł na loża pereł i korali
Kędy duchowie zasmuceni spali…
Ach! on po śmierci pół mojej boleści
Musiał wziąć w siebie jeszcze!... i musiało
Nią serce jego być ciężkie, bo ciało
Jak kamień spadło na dno!... o! bez wieści!...
Ty zanim poszłaś bezdenna boleści
O! duszo poszłaś zanim…
Już świtało,
Kiedym się zbudził w lodzi, nad ma twarzą
Rozpacz się tylko schylała ztęskniona
Jak dusze piekła co o czyś[ć]cu marzą –
I kiedym rozwarł z wykrzykiem ramiona,
Od brzegu morza zagrzmiał krzyk ponury
Na Jeruzalem! na mury! na mury!...
To bracia moi na Wschód orlim kluczem
Ciągną!... o! w drogę za niemi! do brzegu!
Wiosłuj!... krzyknąłem na rozpacz – co kruczem
Okiem paliła mnie ręką z śniegu
Trzymając wiosło z tygrysim uśmiechem
Głową klasyczną pokręciła tylko –
I rzekła –Tyś mój!... zatrutym oddechem
Zabiłabym cię jedną życia chwilką!...
Wtedym jej wydarł wiosło – rozjuszona
W żelazne chwycić chciała mnie objęcie
W morze strąciłem ją! – a na zaklęcie
Co mnie ciągnęło w fale – dłoń szalona
Moja ja wiosłem ugodziła w głowę
Że ogłuszyło ją to piorunowe
Trwogi człowieczej straszne uderzenie
Lecz wypłynęła – i kosy pierścienie
Z wody w powietrze rzuciła tak zręcznie,
Że się oplotła jak wąż po mej szyi
I pociągnęła mnie w głąb – siłą żmiji…
I wpadłem z łodzi w toń –
Ona serdecznie