Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/404

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


III.

Wieczór zapada –
Słońce za górami
Ostatnim na świat kona spójrzeniem,
I ostatniemi już tarczy kręgami
Stacza się – przepada
Księżyca twarz blada
Matki wejrzeniem
Wstaje i mgły płaszcze białe
Tkane gwiazdami
Na błękity rozsnuwa ciche – i wspaniałe,
Nad błękitnemi stawu wstaje zwierciadłami,
Roztapiając ogromy półświateł blaskami...
Że świat się w wielkie massy srebrzy i rozpływa,
Jak rozrzewniony
Syn w boju raniony,
Który pod okiem matki dogorywa…
A ona biała w niemej boleści
Spojrzy – bladą twarz odsłoni
I zasłoni –
I za chmurą przepada, wędrowiec bez wieści...
I szumią lipy – szepczą topole,
Orzeł na gniazdo płynie cichym lotem,
Rosą opada już faliste pole,
Zatlała gwiazda pod niebios namiotem,
A przy dębie – w cmętarza głębi
Kolumna biała
Wpośród grusz dzikich stoi w białości gołębiej,
Jak dusza, co przeżyła wszystko co kochała...
A dzwon wieczorny jęczy po rosie
I leci – w wędrownym głosie,
Roznosi pokój, tej ziemi
Skrzydły muzyki cichemi –
Aż się kwiaty zapłakały
Aż się drzewa rozszumiały,
I ozwał się świat wieczorny
Jako jeden psalm nieszporny,