Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Twarz jej anielską, co o tej godzinie
Może spojrzeniem także po was płynie!..

Oświećcie jasne jak wygnańców łezki
Tam nad mą Polską!. wzruszając niebieski
Błękit – o świcie nad moją mogiłą,
By się o Polsce w snach mych mile śniło!...

Umilkł – po bladem licu szkarłat róży
Przesunął chwilą znów w Alp okolice
Rzucił wzrok błędny – tam – cisza po burzy
Była jak w sercu Jana o tej chwili –
Łzami młodzieńcze błysnęły źrenice
Myśl jego leci coraz dalej – milej –
Pójdź tu mój Barry! psie mój wierny, drogi,
Ty jeden dzielisz to przeklęte życie,
Kiedy rozpaczam, ty wyjesz w głos srogi
Ty mnie zgadujesz, jak swą matkę dziecię!..
Barry! ty cierpisz z wygnańca cierpieniem
W tobiem, samotny znalazł przyjaciela,
Iluś ty sennych zbudził dniem wesela
Wyciem radośnem do życia – i ludzi –
Że czoło szczęścia błysło im promieniem,
I łza radości upadło im z powiek
Na głowę twoją wdzięcznem rozrzewnieniem
Tak mi nie patrzył w oczy – żaden człowiek!..
O! bo duch ludzi nizki i mizerny!..
Zgadłeś mnie – cierpię Barry! Psie mój wierny
Ja com za dumny, by się ludziom zwierzać,
Tobie me piekło mogę tu powierzać!
Co wężem splotło ducha – choć pancerny!
O! gdybyś ty mnie przez śniegi i chmury
Odwiódł w krainę mych ojców zieloną,
W której piękniejsze mi się śmiały góry,
I piękniej słońce wchodziło nad stroną,
Po której żyję jak upiór ponury,
Jak kwiat porosły pod więzień kamieniem –
Lub nie!.. w krainę tam – z wieków milczeniem