Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Coby ja wzniesła!...
I już nie ma skroni
Coby ją zniosła!...
Straszneż straszne dzieje!
Czasem głos jakiś tak dziko się śmieje,
Jak końskie rżenie lub jęki pu[c]haczy
Ni to pieśń głośna szału i rozpaczy…
Że drzewa milkną – a wzruszone skały
Echem i rosą jak dzieci płakały!...
I lud zapłakał nieraz – mimowoli!...
Niewiedząc czemu, w litości z tej doli –
Słysząc lamentów głos, urwany, smutny
W śmiech obłąkania zlany śpiew pokutny… – –
Lud go «Niepewnym»
Zwał.
Bo sam niewiedział,
Czy duch, czy człowiek siadł tam u gór szczytu,
I aż najwyżej tam w ukryciu siedział
Dzień cały – kędy nikną u błękitu…
A na noc tylko z ptaki wieczornemi
Wychodził na świat i patrzył po ziemi,
Ale ktokolwiek zoczył go z daleka
Żegna się, płacze i z boru ucieka –
Boć znaczno zaraz, ze nie duch, nie święty
Ale że człowiek straszny – czy przeklęty?...
Nad wszelkie duchy dzikszy i straszniejszy,
Nad wszelkie noce i burze czarniejszy…
Murem swe skały opasał do koła,
Osadził w drzewa i tajemne zioła,
Co się po skałach wężem obwijały
I z siebie grona krwi pełne dawały –
W pieczarach osiadł – tu mu biegło życie
Jak ptak ponocny – jak kret – grobów dziecię!
Kto go raz ujrzy – o! snadno z tej twarzy
Jak z księgi wieszczka cos strasznego czyta,
Bo jasna przeszłość tam się węglem żarzy,
Ale rumieniec na niej nie wykwita –
I żaden promień, dziś tam – już nie świta!...