Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/396

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ANTI-IRONIA.

Stąpał pielgrzym ponury sam, lecz własną drogą,
Tą którą idą Ci, co nieiść nią – niemogą
A za nim szczekały psy…
Szedł daleko – i dumał, nie wiem kędy zajdę –
Bylem nazad nie wracał – niechaj wieczność znajdę
I zapomniał sny!...
Rzućcie za mną kamienie, lecz rzućcie ich wiele,
Bym miał z czego zbudować kościół przyjaciele,
Na wszelki wiek i dzień!...
A marzę kościół taki, by w nim ludzkość cała
Wolna – jak w wielkiej boga piersi zamieszkała
Gdzie od ołtarzy nierozłącza sień…
Ale w takim kościele sam bym chciał skamienieć,
By z żadnym z ludzi więcej słowa niezamienieć
Z za czasu cichych mórz,
Bo gardzę i natrząsam się z zgrai szakali,
Co dzisiaj kamienuje, jutro bałwochwali,
Niewarta gromu już!



PSALM NATURY.

Duch mój ochotny – ale mdłe me ciało
Przeto mi Panie nic już nie zostało
Jak zbić się lotem – ku tobie! ku tobie!...
Któryś mi jeden jest na smutnej ziemi
I myśl mą czujesz, kiedy tęczowemi
Skrzydły się splata, w tęsknoty żałobie
Z pieśnią wszechżycia – w harmoniach natury,
I w nieskończoność orłuje samotna
Nad lądy, morza i burze i góry,
Zlana z żywioły jak pieśń niepowrotna,
Czująca Ciebie w naturze – a w tobie
Naturę całą, żywą, uśmiechniętą
Jak przyjaźń – za dłoń wiosny uwiśniętą,
Gdy zapomniały dla ciebie – o sobie!...