Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzuciła wszystkie łez perły dla ziemi –
Więc tu już niema nic – i ubogiemi
Skrzydły ulata w niebiosy wdowiemi
Z dłoniami na swej piersi – i w cichości
Jak smutny łabędź płynie – po wieczności!...
Tak pędził rumak – i nad morza brzegiem
Padł – i wyzionął ducha!...
Z dzikim szałem
Trupa co życie moje wziął – porwałem...
I nad fal cichych złoconym szeregiem
Tak się szatańsko od serca zaśmiałem,
Że tam przy brzegu straszliwa niewiasta
Co mi się wtenczas bardzo piękną zdała
Krzyknęła z trwogi – i kosy rozwiała
Czarne na wicher nocy – w stronę miasta
Kto ty? ktokolwiek jesteś, daj łódź twoją
Niechaj popłynę – z tą ot – duszą moją
I w głąb ją rzucę – wieki! na wieki!...
I w łódź skoczyłem – a w jego powieki
Patrzyłem smętnie jak na swe pisklęta
Zabite orzeł – kracząc to orlęta!...
Zawoła lecz z wichrami w rozpaczy –
Płyń ktoś ty kolwiek niewiasto!... tam znaczy
Się droga moja na głębiach otchłani!...
Ktokolwiek jesteś płyń!... nie do przystani!...
Niewiasta dziko jak mewa krzyknęła –
Ja jestem rozpacz!... i chyżo wiosłuję
Lecz dla tych co bez powrotu płyną,
Co już ludzkiemu oku tu zaginą
I serce żalu za niczem nieczuje –
Ja w fal kołyskach topiel[c]ów szkielety
Kołyszę z pieśnią – mnie się lęka – wieczność –
Straszna jako piorunujące tu słowo:
Niestety!...
Lecz tylko dla szczęśliwych!...
Zwano mnie: konieczność!...
I łódź sunęła chyżo w roztopionem złocie
Pian morza księżycowych co jak dzieci spały