Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Witajcie!...
Byłem spokojny jak posąg – rozumnie
Witałem mówiąc – rycerze! witajcie!...
I był tam Godfred z ludzi stem tysięcy
I dzielny Hugo, i Boemund śmiały,
I młody Tankred – ich hełmy się chwiały
Morzem piór białych –
Ja w ciszy dziecięcy
Witałem wszystkich – co wszystko wiedzieli
I w około mnie wiankiem poklęknęli...
Naglem się zerwał niemy i rumaka
Dosiadłem dziko – rumak lotem ptaka
Gnany popędził w świat nad skały morza
Kędy się księżyc układł we fal łoża – –
Dziko zagrzmiały po głazach kopyta,
Lecz dziki bardziej byłem – niech niepyta
Anioł ni szatan – jakim duch mój bywał
Kiedy w tej nocy – niemy ból swój śpiewał –
Koń wichrem pędził – a na moim ręku
Ciało kochanka mego się łamało –
I po nagości jego co na łęku
Konia się gięła marmurowo smętna
Światło księżyca swe blaski rozlało –
A serce moje szalało...
Szalało!...
O! pękaj ziemio!... zgiń skargo namiętna
Bo ty się w martwe nierozbryźniesz słowa,
Bo tam w piorunów wieńcu twoja głowa
A ty na czole bezimienność wieczną
I smętną, ponieś w twą noc bezsłoneczną –
Jak łabędź odpłyń – i nie płacz za niczem
Lecz płyń z spokojem jak księżyc obliczem
Co na pieszczoty szkieletu i fali
Patrzy – i sunie się niemo i żali
A nad szkieletu głowy sny namiętne
Rzuci kółeczko światła – ciche – smętne –
Jako płaczący uśmiech na tej twarzy
Co przebolała – i u swych ołtarzy