Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


On zna gdzieś odgłos tej świętej piosenki
Tylko mniej boski, i mniej błogi – uroczy...
Głos arf tych siłą w ducha arcydziele
Odlatującą duszę wstrzyma w ciele –
On słucha – marzy, ze już skonał ciałem,
Myśli że sięga oczyma – wieczności,
Lecz nie! – głos bliższy – i echem wspaniałem
Dochodzi słowem w grotę – w płacz radości:…
«Boga Rodzica! Dziewica!...
Bowiem stawiona Marya!...»
I zabłysnęły dwóch aniołów lica,
Każden u wchodu stanął jak lilia,
Co tony woni płacze do księżyca…
I jeden szedł z harfą i wiankiem cierniowym
Oczy miał modre anielską miłością,
Trącał w jej strony, a głosem godowym
Śpiewał unoszon cudem i boskością...
Nie jako dziewczę ziemi, ni skowronek...
Dawną Dawidów, dziś Polską smętnością...
Zanim szedł wtóry – i srebrny niósł dzwonek
Dzwonił co chwila – i znowu udawał,
I znowu dzwonił dźwięki boskie, czułe,
Jako pacholę po przed chaty progiem
Do której spieszy kapłan z Panem Bogiem
Idąc rozwiązać dusze z więzów ciała...
A w drugiej ręce niósł złotą infułę –
Weszli – a pieśń ich – z wolna ustawała
Za niemi sunął się cień biały, jasny,
Jak Ewangelii widmo – wśród promieni,
Cichy nad gwiazdy co błyszczą w przestrzeni
I po miłości ziemi swojej – własny!...
Lecz krwi miał strugę na świetlanej szacie
A w rękach kielich miał – i wieków słowo
Co się tu ciałem stało!...
I nad głową
Konającego w cichym majestacie
Miłości stanął – a siwizna biała
Wśród aureoli nad śniegi jaśniała…