Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/420

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


DROGA DO MORSKIEGO OKA.
PRZEZ BUKOWINĘ.
I.

Za mną Gewont skał książę w swoich chmur koronie
Znika we mgłach oddali otoczon skałami,
Jak lwia paszcza rozdarta Samsona pięściami,
Tam wstają nowe szczyty nad błękitów tonie!...
Piętrzy się wielki Murań dziki i ponury —
Nad nim schyla się słońce spadając za góry —
A on rośnie w ogromy — straszny i wspaniały
Cały błękitem niebios odziany w płaszcz chwały…
Muraniu! modra góro! skąd ponurość tobie?...
Zdroje grają Ci u stóp — słońce szczyt wspaniały
Całuje promieniami — i karleją skały...
Czy tęsknisz za Łomnicą kochanką w żałobie!
Żeś ostrą skronią szat swych poszarpał obłoki?...
Nie! ty pragniesz piorunu wśród ciszy głębokiej!...


II.

Tam po turniach się pasą w słońcu owce białe,
I w górnych mgłach zaleją jak motyle drżące,
W tem dziad! dziad[1]
Wrzasnął Juhas i owce dzwoniące
Jak kropelki kaskady bryznęły na skałę…
Górale jak pająki drapią się ku górze,
Białe psy się ozwały głośnem ujadaniem,
I umknął bury niedźwiedź.
A tam pod Krywaniem
Czy to się gniazdo orła czerni między zorze?
Tam — wysoko! to szałas przewodnika mego —
Młoda góralka dziecię tuli tam śmiejące,
Góral wiotki jak sokół, rumiany jak słońce
Gniazdo swoje umieścił wyżej od orlego —
Choć nędza nieraz zajrzy ślepiami sowiemi,
Jeźli gdzie, to tam jeszcze jest szczęście na ziemi...



  1. Dziadem górale zwą niedźwiedzia.