Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wzrokiem kochanka i w łzy cię rozkwili
Nad rosą kwiatów girlandą motyli,
Gdy pocałunek złoży powitania
Budzisz się ! kwiaty i ptaszęta śpiewnie
Hymn powitania nucą ci w natchnieniu,
Wielbi cię orzeł na niebios sklepieniu
A on?
On tylko – już twoich promieni –
Niedojrzy okiem…
On na mchów pościeli
Legł już bezsilny, i próżno z swych cieni
Marzy o słońcu – o tobie! W snów bieli
O swej miłości, o dniach swojej chwały –
Ha!... jemu nawet niewolno wspominać
Dni jego, gromu harmonią przegrzmiały,
Co pieśń swą kończy gdzie ją miał poczynać
A resztę z drżeniem – dośpiewują skały – –
On już ponury, obojętnem okiem
Patrzy w promienie co zbłądzą do nory,
Słucha szelestu w milczeniu głębokiem
Kiedy po kropli spada kropla cicha,
On w rozpaczliwej milczeniu pokory
W zwątpieniu, legł i już ciężko oddycha…
Coraz to słabszy – jak dum cichem brzmieniem
Kona … dźwiękami duszy … w dal ucieka…
Jak wniebowzięty ton – pod kwiatów cieniem!...
On milczy – a gość na którego czeka
O! gość jedyny w jego samotności,
Którego śledzi oczyma błędnemi,
Jest śmierć żelazna – co zbolałe kości
Na nieprzespany sen – powróci ziemi!...
Idzie już z wichry, w szyszaku i zbroi…
A duszę smętną porwie w swoje szpony
I zepchnie w otchłań cienia i płomieni
Kędy płacz wieczny – i zębów zgrzytanie!
Śmiech i fałszywe arf szatańskich drganie