Strona:PL Ernest Buława - Poezye studenta tom III.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Sklepienia zdają się głosów niewinnych,
Wzruszać głosami – i z swych łuków szarych
Ciche łzy czasem spuszczają ku ziemi,
Zdając rozrzewniać się nad dziećmi swemi
Nad ich modlitwą jasną, pomienistą
I nad tem życiem, co stoi przed niemi,
W które rozpierzchną się ptaki błędnemi
I pójdą drogą daleką – ciernistą –
A każda, każda — z tych białych postaci
Swoją niewinność w tem życiu utraci –
I każde szatan zwątpienia zatrwoży
Aż się w grób cichy – znużone położy...
I w pośród pieśni, starców, niewiast, dzieci
Zda się, że kościół niemi w niebo wzięci –
Że się oderwie od tej smutnej ziemi
I jak skrzydłami – wzleci pieśńmi temi –
Tam brzmią ich głosy tęsknemi chórami
I tak z każdego woła boleść własna,
Królowo polskiej korony! o jasna!
                                             Módl się za nami!
Lecz gdy tłum dzieci i tych starców kilka
Znów się rozbieży – i pusto w kościele,
Wtedy ponury kościół wichrem jęczy,
I jako w grobie – pośmiertne wesele –
Czasem ptak tylko po oknach zabrzęczy…
Tam przy ołtarzu w bok przy prawej ścianie –
Wisi ludowe dawne malowanie –
Chrystus na krzyżu ducha oddający
Nad złem tej ziemi strasznie bolejący –
Pobożną ręką na stopy włożone
Miał dwa sandałki szczero złote, drogie,
Kędyś w zamorskiej stolicy kupione
Ofiarowane za przestępstwa srogie.
Od dziecka skrzypek do tego obrazu
Miał wielką wiarę – i w modlitwie rzewnej
Ile szedł razy ze starca rozkazu
Czy z własnej woli – zawsze odszedł pewny,
Że będzie w każdej proźbie wysłuchany –