Boża czeladka (Kraszewski, 1874)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boża czeladka
Podtytuł opowiadanie w trzech częściach
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


BOŻA CZELADKA.

OPOWIADANIE
w trzech częściach
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

TOM I.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha l. 10.
1874.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.




IGNACEMU CHODŹCE
AUTOROWI OBRAZÓW LITEWSKICH
W DOWÓD WYSOKIEGO POWAŻANIA
dla człowieka i pisarza.

poświęca

Autor.








I to jest obłamek starego świata, którego już niema! Gdybym powiedział Wam, że ludzi takich, a raczej tych ludzi, którzy w tej książce występują przed Wami, znałem, żem ich kochał, żem w tem kółku żył, żem patrzał na nich z uwielbieniem, — możebyście uśmiechnęli się z tego jak z bajki... A jednak nie tylkom ich znał i kochał, alem ich opłakał, i znikli mi z oczów na wieki. Drogie te postacie odtworzyłem, kładnąc im aureole na czoła na jakie zasłużyli. — Nawet pani Bulska?? a! pani Bulska nie skończyła tak poetycznie w klasztorze w Rzymie, żyje i chodzi otoczona dworem już nie wielbicieli, ale pasożytów i pochlebców. — Jak w każdej powieści, jest tu rzeczywistość i poezja, prawda i zmyślenie, chociaż główne rysy z natury wzięte.
Świat chrześcjański tak ścisłem poczuciem braterstwa w jedną społeczność związany, znika nam z oczów, zastępuje go inny zupełnie ustrój stowarzyszenia na wzajemnych opartego interesach. — Jest to faktem. Odtworzyć co znikło niepodobna, zwrócić ludzkość na tory przebieżone, niemożliwa, — użalić się nad zmarłą przeszłością, nad tem co w niej pięknem i wielkiem było — obowiązkowa.
Próżny płacz nad mogiłą — nie wraca co się przeżyło. My też nie rozpaczamy wcale o przyszłości, i w niej się znajdą piękne i szlachetne strony, bo ludzkość bez idealnych popędów długo wytrwać nie może i tylko epoki przejścia obchodzą się walką o chleb powszedni. — Może taką przeżywamy — nie wiem. Lecz ani poezja nie umrze, ani ideały nie znikną, ani cześć tego co wielkie, piękne i szlachetne nie zginie. — Ze spokojem patrzym na zachodzące słońce dnia naszego, ufni w jaśniejszy poranek... Powieść ta była pisana w latach 1856 — 1857, w czasie pobytu na Wołyniu, w przededniu pierwszej naszej podróży za granicę w roku 1858. Naówczas już wzory, co nam do niej służyły, ze świata znikły, ale świeża ich pamięć w sercu naszem została.
Drugą taką Czeladkę Bożą dano nam było poznać już na tułactwie, w W. Ks. Poznańskiem — a i ta dzisiaj tylko wspomnieniem. Każdy się domyśli o jakim mówiemy domu [1]. Nasze lata już Czeladzi podobnej nie wydadzą...

Dnia 20. Lipca 1874.

Drezno.

Ktobykolwiek między wami chciał większym być, niech
będzie sługą waszym.

A ktoby między wami chciał pierwszym być, będzie

sługą waszym.

Jako syn człowieczy nie przyszedł aby mu służono,

ale służyć i dać duszę swą na okup za wielu.
Mateusz. R. XX. 26 — 28.
Trwają wiara, nadzieja, miłość: to troje, a z tych
większa jest miłość.
Paweł do Korynt. R. XIII. 13.
1. lipca 18...

Nie wiem czy się te moje wspomnienia przydadzą na co komu; tegom pewien, że ja sam za lat kilka odczytam je z prawdziwą przyjemnością, ze wzruszeniem jakiego bym doznał drugi raz rozpoczynając życie na nowo. Myśl do nich podała mi notatka, którą niedawno w szkolnych moich znalazłem papierach. Któryś z nauczycieli, zdaje mi się O... matematyk, któregośmy Cyrklem nazywali, doradzał nam nawykać do utrzymywania dziennika czynności i zapisywania doznanych wrażeń; posłuchałem go zrazu i przez cały tydzień prowadziłem, ale później nawał roboty, brak cierpliwości, przerwały to na zawsze, kilka tylko kartek zostało. Teraz w lat kilka, powróciwszy do domu, gdym w mojej izdebce układał i stare seksterna palił, świstek ten wpadł mi w ręce... spotkało go oko, zacząłem czytać, zasiedziałem się nad nim z bijącem sercem, ze łzą w oku, i taką mi sprawił niewysłowiona przyjemność, tak żywo mi moją pierwszą młodość i lata ubiegłe przypomniał, że gdy do ostatniej przyszło stronicy — zdało mi się jakbym z przyjacielem się rozstawał... Widziałem w nim znowu siebie w ciasnym i wytartym surduciku wśród grona towarzyszów wesołych, lubiących trochę poszydzić, nadokuczać, ale w gruncie pełnych serca i braterskiej miłości. Stanęli przedemną wszyscy, wielcy, mali, przyjaciele i obojętni, żywi i umarli już, którym żółty piasek młode przykrył oczy, i łzy uczułem na powiece... A! dobre to były czasy! a kto wie jaka tam czeka przyszłość, przez której ciemne głębie nic jeszcze dojrzeć nie mogę.
Ten świstek dał mi ochotę do utrzymywania dziennika; postanowiłem zapisywać, dla siebie tylko, co się ze mną dalej dziać będzie; może kiedy na starość, przeglądając notaty, doznam znów tego wrażenia, jakiem mi dziś zabiło serce... przypomnieniem przeszłości.
Ale któż to tam wie? — człek zapewne starzejąc pogardzać musi dzieciństwem swojem i śmiać się z lat młodych?.. może nie zechcę wziąć w rękę tego co dziś napiszę? Zawsze to nie źle będzie użyta chwila, nie zaszkodzi to wnijście w siebie, i zastanowienie nad ludźmi, zregestrowanie dni, które jak woda upływają niepoliczone, i toną zapomniane.
Przepraszam tylko szanowną potomność, jeśli która z tych kartek ocaleje i przejdzie do niej, żem tak maluczki, biedny i nic nieznaczący; alem ja temu doprawdy nie winien, stoję gdzie mnie Bóg postawił, i wolałbym może być w innem położeniu.
A! nie! nie! źle poczynam dziennik, bałamucę i od rzeczy prawię: — nie chcę zmiany żadnej dla siebie, nie chciałbym nawet lepszego bytu, gdybym go miał okupić postradaniem tego kółka, które mnie otacza; żalby mi było poczciwych rodziców, siostry... nawet starego dachu mchem pokrytego, pod którym się urodziłem, pod którym i cierpieć mi lżej niż gdzieindziej... Żadnych zmian! każdy ma brzemię pod którem chodzić musi, wszędzieby mi ono dolegało, a tu wszyscy dźwigamy je razem.
Powróciłem więc do chatki naszej skończywszy szkoły i Lyceum w.... ze świadectwem dobrem, i całą torbą nadziei różnego koloru. Na widok tego ubóstwa w jakiem rodzice cierpiąc milczą i pracują, serce mi się ścisnęło: musiałem się wypłakać w kątku, nie umiejąc poradzić na nie. Jakoż zdaleka inaczej mi się to wydawało, zblizka jest prawie wyrzutem dla mnie; widocznie, że bez wielkich ofiar z ich strony oddawaćby mnie do szkół, potem na naukę do... nie mogli; oprócz tego, ktoś jeszcze pomagać im musiał, bo odejmując sobie chleb od ust nie byliby temu podołali, a ojciec przebąkuje niewyraźnie o dobroczyńcach jakichś, matka mi się za nich modlić każe. Czemużby sami dla siebie nie chcieli się odezwać do tych krewnych, aby się choć cokolwiek byt ich na starość przynajmniej polepszył?? Nie wiem, miarkuję jednak, że ojciec przyjął dla mnie, czegoby dla siebie się wzdrygał; tyle ma uczucia godności, taką wytrwałość i stoicyzm rzymski w charakterze, że nikomu nic być winnym nie chce i mówić sobie nie daje nawet o cudzej pomocy; matka spełnia wolę jego, choć znać, że w jej wieku coraz trudniej dźwigać trud powszedni i niedostatek. Nie pojmuję nawet dobrze jak i o czem żyją, i nie uciekając się do niczyjej łaski obchodzą. Dziś obiegiem na nowo nasze gospodarstwo do koła, bom zapomniał jak to wygląda: ziemi kawałek bardzo maluczki, a wątpię czy urodzajna, choć się niewiele znam na tem, ale piasek z niej przegląda, a żyto jakieś rzadkie i nie bujne...
Chatka ojcowska, której lat kilka nie widziałem, wydała mi się też szczupła i biedna; rosła jakoś i jaśniała w moich wspomnieniach; ile razy powracałem do domu, dziwiłem się zawsze jej maleństwu, teraz mi w niej dziwnie ciasno, może dla tego, że sam podrosłem. Ojciec mi się postarzał, matka pochyliła i osmutniała. Andzia tylko wyładniała i z dziecka na taką wyszła szykowną dziewoję, żebym był jej nie poznał...
Po miasteczku ubogie się tu wydaje wszystko; tam na ławie siadywałem przy bogatych paniczach, z jednym z nich mieszkałem w ślicznym murowanym domu, pieniądze płynęły i przesuwały się przez ręce nasze nieopatrzne, a tu tak o każdy grosik trudno, tacy się przy nas wszyscy wydają wielcy i majętni, że ojcu lada surdut porządny imponuje. Prawda, że on sam chodzi w świcie ledwie nie chłopskiej, matka nie ma nad jeden szlafrok i odświętną wełnianą suknię, a Andzia się wcale nie stroi i łata z ostatków matczynej wyprawy...
Mówią żeśmy tam kiedyś byli bogatsi, że mamy bardzo bogatych krewnych... jakże się to stało żeśmy zeszli na ostatni szczebel ubóstwa? W stajence ledwie para wolików i para małych koni, najemnika nie mamy czem zapłacić, trzeba mu dawać w polu przysiewek; słyszę ze strachem, że czasem i chleba nawet bywa tak mało, że go oszczędzać muszą i kartoflami zastępować. Tymczasem ja, cobym rodzicom pomocą być powinien, na nic się im prawie nie przydałem, bo służby mi nie szukają i podobno trudnoby ją znaleść było, a ja nie wiem nawet jaką obrać, do gospodarki zaś niewdrożony, jeszcze się nie zdałem...
Widzę jak ojcu staremu ciężko chodzić za pługiem i od rana do wieczora z najemnikiem na równi pracować; próbowałem niby dla zabawy, choć mi wzbraniają i sochy i radła i brony, żeby się z niemi bliżej poznać, alem tylko na śmiech zarobił. Siły mi nawet do tego braknie, i jak się zawezmę choć z najlepszą chęcią, w kwadrans się zmacham zupełnie. Matce mi łatwiej pomódz przychodzi, bo tu łatwiejsze koło domu i w kuchence lub na ogródku zajęcie, alem mniej potrzebny, bo ją Andzia wyręcza, a ojciec nieraz gdy z pola powróci, to się staremu ręce trzęsą i pot kroplami z czoła spływa, aż mi się serce ściska... Przecież nigdy się nie poskarży, nie stęknie, nie westchnie, jeszcze matce otuchy dodaje, i nuci, podśpiewuje sobie niby ochoczo, choć mu pewnie w sercu nie bierze ochota do pieśni...
Wczoraj, nie mając co robić wyszedłem za nim w pole, sądząc, że gdy pod ręką będę, do czegokolwiek mnie użyje, ale mi nawet pokazać nie chciał jak iść z sochą, i odpędził pogderawszy do domu...
— Darmo, Jasiu — rzekł, to nie twoja rzecz; ja cię nie myślę zaprzęgać do niewdzięcznej roboty, na którejbyś wiek marnie sterał; ot, patrz na mnie, pracuję, Bóg widzi, nie opuszczając rąk nie od dziś, matka i ja grosza sobie żałujemy, od gęby odejmujemy, a taki bieda dokucza, i żeby nie dobrodzieje nasi, nie byłbyś ty ani liznął nauki, chyba tyle co od organisty w parafjalnej szkółce. Gospodarka, moje dziecko, dobre to dla tych co nic więcej nad nią nie potrafią, albo dla takich co jak ja po głupiemu wolą biedę a swobodę, niż trocha niewoli i tłuściejszy chleba kawałek.
— Ale tymczasem ojcze, przerwałem, niechbym się zdał na cokolwiek.
— Co to gadać! czas stracisz sam i mnie go ujmiesz, nimbym cię do czego nałamał, rychlej sam zrobię.
Spojrzałem na jego siwa włosy oblane potem rzęsistym i gdyby mi się dziś zaprzedać przyszło nie wiem jak, gotów jestem na wszelka ofiarę, żeby mu już tej zabójczej ująć pracy. Widziałem z daleka jak stawał kilka razy na zagonie, piersiami robiąc i szukając powietrza którego mu brakło, jak opadały mu ręce; on się zabija — a milczy i przyznać nie chce.
Kiedym mu powiedział, że dla nich chcę pracować, sfukał mnie ogromnie. — Patrzcie mi jaki dobrodziej! niech-no ci tylko co zarobisz na chleb powszedni wystarczy, a Panu Bogu podziękujesz. My się bez ciebie obejdziemy, byleś się ty bez nas obejść potrafił. Tymczasem głowy sobie nie łam, jedz, odpoczywaj i siły nabieraj na przyszłość, kto wie jaka cię czeka.
Podsłuchał mnie gdym matce mówił o moich nadziejach, że ich z tego stanu wyprowadzić muszę, i za to burę oberwałem. — A co ci się zda, rzekł, że mi tak nie dobrze? co ty sobie myślisz, że gdybym chciał, nie miałbym i ja tłustszego kawałka i politurowanego stołka? a co mi z tego? Tambym ja może poniewierać się musiał i kłaniać, a tu ja pan i kwita.
— Czemuż, zapytałem, nie chcesz mi pozwolić także tego szczęścia zakosztować?
— A że to na wszystko im potrzeba przyczyny? odparł ojciec — waści wychowano już nie do sochy, nie byłbyś z nią szczęśliwy jak ja.
— Toż i ojciec się do niej nie wychował, były lepsze czasy, odpowiedziałem.
— Insze, dudku, a nie lepsze... Ja ci mówię, że co ja to nie ty, i czasy też nie wczorajsze, i taki z sukmaną na plecach byś nie wytrwał, to darmo — już z ciebie paniczyk.
Nie odpowiedziałem nic, choć doprawdy mój wytarty surducina studencki i całej chłopskiej nie wart siermięgi.
Coś mi się zdaje, że ojciec ma jakieś dla mnie dotąd nie objawione zamiary; słyszałem jak z matką szeptali o mnie, Anna szyje bieliznę, mają posyłać po krawca, a jak zechcą mnie oporządzać, to ich niezmiernie kosztować będzie, bo tu grosz wiele znaczy, i dając go ubogiemu, matka dobrze ogląda czy nie ostatni wyjmuje ze szufladki.

2. lipca — Wtorek.

Ojciec kazał najmitowi orać, chodził do żyta, ale jeszcze zielone, żąć go nie pora, może tydzień postać, byle jak w przeszłym roku, o czem mi Andzia mówiła, przed samem żniwem nie spadł grad i nie zniszczył ciężkiej pracy. Czegoś zebrawszy z kufra grosz jaki był, ojciec pojechał i nie ma powrócić aż wieczorem z miasteczka; chciałem go wyręczyć, ale mi przy domu i matce zostać kazał.
Ze wszystkiem się kryją przedemną, widzę że ciężarem im być muszę; wyrwałem się o południu do chłopa, żeby mnie żąć nauczył, bo słyszę że ojciec o najemnika się kłopocze, tobym mu darmo użął choć kilka kopek i toby się zdało. Wyobrażam sobie jakiegoby to narobiło śmiechu, gdyby kto z tych moich towarzyszów szkolnych, co to po sto złotych tracili na orzechy, pierniki, jeśli nie gorsze wydatki, zobaczył mnie teraz z zakasanemi poły uczącego się machać sierpem, po zdaniu egzaminu i odebraniu patentu! A! niech się sobie z Bogiem śmieją! ja powtarzając Georgiki będę swoje robił! Chłopek, gdym mu się otworzył z tem, że chcę żąć, począł się śmiać, spojrzawszy na białe ręce moje.
— A to taki paniczyku na co? zapytał, kładąc sierp za pas.
Nie chciałem kłamać. — Widzisz mój Wasylu, ja tu jeszcze pobędę. Zdałoby się ojcu pomódz i kopę użąć, kiedy się najemnika do żyta brać musi, a grosza nie ma do zbytku.
— To wy taki na prawdę uczyć się chcecie? oho!
— A cóż? myśleliście że żartuję?
— No to co innego, odparł, ja nie pożałuję fatygi, a no uważajcie tylko dobrze jak ja to będę robił; żyta napsujecie trochę, krzyże was będą bolały, abyście sobie rąk nie pozacinali, to się nauczycie.
I dopieroż mi zaczął pokazywać powoli, jak to się żyto bierze, przygina, jak sierp zakłada, jak ucina łodygi. Spróbowałem i z razu mi nie szło, a sił nie żałując nie mogłem upiłować i garsteczki kłosów, wyrywając je z ziemi; ale po kilku daremnych wysiłkach, ukroiłem jakoś raz, drugi i choć nic do rzeczy nażąłem przecie przewiąsło. Wasyl się śmiał dowodząc, że jego dwunastoletni chłopiec daleko lepiej to umie, ale po kilku godzinach oddał mi sprawiedliwość, że i ja się czegoś mogę nauczyć. Jam dumny jak niegdyś gdy moje łacińskie ćwiczenie palmę zwycięzką otrzymało od pana profesora. Krzyże mnie bolą, ale żąć potrafię, a do tego schylania się przywyknąć można. Otoż się ojciec zadziwi, gdy stanę w szeregu z najmitem, Andzią i z nim, i pokażę co umiem! Tylko, teraz tajemnica największa! Pytali się mnie dokąd chodziłem, musiałem skłamać, boby się wygadali, a ja chcę mu zrobić niespodziankę.

3. lipca — Środa.

Ojciec powrócił z miasteczka z zawiniątkiem jakiemś i z krawcem żydkiem. Łatwo mi się było domyśleć że mnie obszywać będą... aż mi się serce pęka, że to ich tyle kosztuje. O! gdybym był wiedział, że tu im na wsi tak ciężko, możebym choć cokolwiek był grosza oszczędził. Zmarnowało się go wiele... nie ma nic, do domu powróciłem obdarty, tych trochę książek, gdyby się na nie kupiec znalazł, pozbyłbym się chętnie, nawet dwóch nagród moich... Wszak się oni obchodzą ewangieliczką i książką do nabożeństwa... a ja lepszyż od nich?... A! i palca ich nie wart jestem! Ojciec kazał na mnie brać miarę krawcowi na całe ubranie, sukno nawet cienkie... i kamizelka... i bóty widziałem przywiózł nowe. Żeby żyd nie ukradł, posadzili go krajać na oczach i szyć mu kazali tu w domu, a taka bieda z tą istotą niechlujną i dziwaczącą, która nam najlepszą izbę zajęła i majufes wyśpiewuje, na mocy tego, że po dworach robi i z biednym szlachcicem nie ma się co bardzo ceremonjować.
Upadłem do nóg ojcu i matce za tę pamięć o umie, Andzi się w oczach łzy kręciły... biedaczce, bo ona sukienczyny nie ma i musi do Bożego Narodzenia czekać póki się co nie sprzeda. Ale na co mi te suknie? ani ojciec, ani matka powiedzieć nie chcą...
Ojciec sobie ze zrzynków i resztek czapkę i kamizelkę szyć kazał, bo na więcej nie stało; wyjął perłową kapotę i tę restaurować ma żydek, choć na nią nosem kręci, że zleżała. Z przeglądu kufrów i dobywania rzeczy domyślam się, że z ojcem jechać mamy; ale dokąd? tajemnica.

5. lipca — Piątek.

Dziś przecie, według przysłowia piątek — dobry początek, do żniwaśmy wstali, krawca się pozbywszy; wyprosiłem sobie sierpa u Wasyla na ten dzień. Ranek był prześliczny, rosa osychała, gdyśmy na zagon nasz przyszli; ojciec zdjął czapkę, pobłogosławił żyto, pochylił się i w imię Boże pierwszą garść użąwszy, kłosy wytarł, a zboże rzucił dla ptastwa polnego, wedle jakiegoś starego obyczaju. Za nim rzędem stanęliśmy zajmując pólko, Andzia, najmit i ja. A ty tu co robić myślisz? spytał ojciec... czy to zabawka? Zboże zepsujesz i po wszystkiem; lepiej matkę wyręcz i jeść nam tu przynieś, kiedy już koniecznie chcesz coś robić i posłużyć!
— Ale kochany ojcze, rzekłem, ja doprawdy żąć będę.
— A to jak? myślisz, że wszystko łatwo temu, co po łacinie umie?
— Nie, bom się uczył umyślnie i żąć potrafię. Dopieroż Andzia, która wiedziała moją tajemnicę od Wasyla i kryła się z nią, nuż paplać, a ojciec rozczuliwszy się aż do łez, uściskał mnie... A! byłbym się dał za ten uścisk i błogosławieństwo pokrajać! — Bóg ci pobłogosławi, rzekł, dobry z ciebie syn... nie odrzucam twojej pomocy, użnij i ty garść chleba na ojcowskim zagonie... a! kiedyś więcej ich było, i lepiej rodziły, i nie samiśmy zbierali!
Ale Bóg tak chciał i błogosławiona wola Jego!..
I poczęliśmy żąć wszyscy, a najmit poczciwe chłopczysko, prosty wieśniak patrząc na mnie i na ojca także miał łzy w oczach jak my; robota szła żywo prócz mnie com się wlókł nie mogąc drugim podołać. Żyto na nieszczęście okazało się jak tu nazywają postępne, to jest dużo go na snop wychodziło, przerzedziła je zima, i ja kopy mojej nażąć nie mogłem, a najmit jeszcze wiązać musiał, bom się tego nie nauczył dobrze. Kiedy matka przyszła do nas o południu z jedzeniem niosąc dwojaczki dla ojca i Andzi, mnie się tu niespodziewając znaleźć, załamała aż ręce, widząc, żem w koszuli zawijał się z niemi na polu. Biedaczka ucałowała mnie w głowę i pogderała na ojca, że mi pozwolił robić. — A nuż sobie ręce pokaleczy, to niezgrabstwo, rzekła, jakże z niemi stanie przed dobrodziejami naszymi?
— Namulane dłonie, moja panno, odpowiedział ojciec, nikomu wstydu nie robią...
Wieczorem dobrze uznojony powróciłem do chaty; ale nie powiem, żeby mi ta praca ręczna nie przywykłemu do niej, była przykrą, owszem świeże powietrze, ruch, wesołość ludzi, którzy na swoich polach żęli śpiewając, radzi że się skończy głodny przednówek, przemówiły mi do duszy. Zasłuchiwałem się w te pieśni, w których tęsknocie tyle wesela, w których wesołości tyle jest rzewnego smutku! A gdym podumawszy w okienku izdebki położył się spać, ległem z uczuciem zadowolenia jakiegom jeszcze nie doznał. Starzy naradzali się długo w nocy, a Andzia szepnęła mi na ucho, że słyszała jakobyśmy zaraz po żniwach gdzieś wybierać się mieli, tak by ojciec na siejbę mógł powrócić, bo tej nikomu nie powierzał.

w sierpniu.

W tej zawierusze pogubiłem dnie, nie miałem czasu pisać i nie rychło powracam do mojego dziennika, ale go teraz z podwójną będę ochotą prowadził, bo mi się horyzont rozszerzył, i mam na co patrzeć i zbiorę co pamiętać. Ale zacznijmy lepiej od samego początku.
Gdy się żniwa skończyły, w ciągu których ja, uczeń Lyceum i jakiś tam kandydat, miałem szczęście użąć około siedmiu kop ojcu mojemu, a zatem koło dziesięciu złotych oszczędzić, i przekonać się jak to trudno rękami coś zarobić w tej pracy tak znojnej — ojciec, zwiózłszy żyto ostatnie do stodółki, wieczorem kazał mi przyjść do siebie. Ręce powkładał w kieszenie i chodził po izbie potrzęsając siwą głową; matka siedziała na przypiecku patrząc na mnie, Andzia słuchała przyczajona za drzwiami.
— Słuchaj-no Jasieńku, rzekł, jutro pojedziemy... tobie tu nie ma co robić, a od nauk do pługa szkodaby mi ciebie było... trzeba innego szukać pola, a jak ci da Bóg czego się dorobić i nas może przytulisz, kiedy już się na nic nie przydamy, tylko w kątku Boga chwalić... Potrzeba nam jechać naprzód podziękować dobrodziejom naszym, co cię na człowieka wyprowadzili.
Nie śmiałem się spytać ktoby to byli ci państwo, bo ojciec mi dotąd modlić się za nich nakazując, nie mówił nigdy wyraźniej, ale on sam począł obszerniej.
— Trzeba ci wiedzieć, odezwał się, żem o tem wcześniej nie mówił, dla tego, żebyś jako młody a nieopatrzny nie wbijał się wysoko w dumę i nie dufał zbyt przyszłości... dla tego, że losem mamy bardzo bogatych krewnych i dla na przychylnych. Nie lubiłem ja i nie lubię uciekać się do cudzej łaski, ale dla dziecka robi się ofiarę... o! Bóg widzi też że to była ofiara! Waćpan nie wiesz, że pan Jamunt jest mi przez kobiety blizkim krewnym, a to pan całą gębą.
Słyszałem ja coś już o tych Jamuntach, ale jeszczem nie wiedział dobrze co to byli za jedni i zląkłem się tylko, że mi przyjdzie stanąć przed jakiemiś panami, mnie, co tak nie umiem sobie poradzić, bodaj przy dwóch obcych osobach. Ojciec tymczasem mówił dalej:
— Trzeba pojechać, podziękować im, do nóg upaść, bo jeżeli ty wyrośniesz na człowieka, a dolę sobie siaką taką zdobędziesz, im to będziesz winien, oni łożyli na ciebie. I tak to uczynili żem ja nie wahał się przyjąć, boby się zdało, że ja im, nie oni mnie łaskę robili. Święci ludzie, powiadam... ani mi w myśli, żebym znowu im waszmości narzucał; powinieneś sam jakoś popchnąć się w świecie; ale pojechać, pokazać się trzeba, boby już niewdzięcznością pachło nawet się nie pokłonić, kiedy, jak obrachuję, do czterech tysięcy na ciebie mi dali od początku. Odzienie na jakie nas stało, masz... mnie siejba w kark — pędzi; pojedziemy jutro, pozajutro staniemy, a da Bóg za dni trzy, najdalej cztery powrócim, bo im powiem po prostu, że czasu nie mam dla posiewów i odpoczywać nie mogę. Na wyjezdnem to ci jeszcze mam powiedzieć panie Janie, żebyś znów tam nie wyglądał jak trusia, bo cię wezmą za głupca... niechże się pocieszą, żeś coś wart; nie ma się czego strachać, ani zbytniego uniżenia nie trzeba, ani dumy nie w miejscu; języka w gębie nie zapominaj, choć to wielkie państwo, bo to co ich otacza blichtry mosanie, a tak oni jak my po śmierci trzy łokcie tylko ziemi potrzebujemy... Niech cię świetność, dwór i błyskotki nie durzą: każdy sobie pan, kogo nie okuły namiętności złe, i nie złamała podłość: każdy sobie pan — powtórzył z pewną dumą ojciec — a to mi lepszy, kto czysty pójdzie na sąd Boży. Z jednej jesteśmy gliny, z jednego ojca, jeden Chrystus nas odkupił, jedno czeka niebo lub piekło, i jedna strawi ziemia... głowa do góry... ale nosa nie zadzierać... tak, Janku kochany... I co Bóg da... to da...
Staremu znowu łzy zakręciły się w oczach, pocałował mnie w głowę jak przy życie; ja z czuciem pochwyciłem dłoń jego szorstką i uściskałem ją serdecznie; matka przystąpiła do nas także... popłakaliśmy się, ale jakoś na wesoło...
Ha! ha! rzekł ojciec, powoli ocierając oczy rękawem — dziś czy jutro i rozstać się przyjdzie... nie stworzeniśmy na uciechy, musimy każdy pchać taczkę swoją...
Długo wieczorem były przygotowania do drogi, bo to do tej Borowej mil osiem opętanych, nasze konie spracowane przy roli, kłusa wielkiego nie pobiegną, i dopiero drugiego dnia stanąć mogliśmy. Matka powynosiła zapasy w węzełkach, żeby jak najmniej kupować po drodze, najmit wózek smarował i wyściełał, my pakowaliśmy rzeczy, i jakoś takeśmy się wybrali, że z wieczora wszystko było gotowe, tylko konie zaprządz. Ja sam im obrok dałem, który na mocy jutrzejszej podróży otrzymały, i tak z bijącem sercem położyłęm się spać, bo mnie ta wyprawa nie pomału niepokoiła.
Nazajutrz raniusieńko wszyscyśmy w domu byli na nogach. Matka z Andzią gotowały śniadanie, najmit konie sposobił, ja wózek ojcu starałem się wygodnie wymościć, a gdy przyszło jechać, choć to droga nie daleka, choć powrót prędki, w milczeniu jako smutnem, kryjąc się z dziecinną tęsknotą, rozstaliśmy się. Ojciec w progu jeszcze powtórzył co bez niego robić mieli, zakreślił biczem krzyż przed końmi, sam się przeżegnał, i gdym kolana matki ścisnąwszy wsiadł, ruszyliśmy powoli... Długo patrzali za nami z wrot, matka żegnając szkaplerzem, Andzia powiewając chustką, nawet poczciwy Stefan kłaniając się czapką... I tak nie opatrzyłem się jak stanęliśmy za wsią, jak w las wjechali i kraj nowy przedemną się otworzył. Tą drogą jeszczem nigdy nie był daleko za domem.
Choć to kraj płaski i smutny, ale ma swój wdzięk i mnie się podoba, czegoś serce do niego bije i tęsknotą jakąś słodką widok jego poi. Widziałem inne trochę okolice, może piękniejsze, wzgórkowate, urozmaicone, ale tam wesoło było mi, tu choć smutno, rozkoszniej. . Lasy drzemią sine... pełno drzew wszędzie, w gajach dworki, w olszynach wioski, na dachach klekocą bociany... nawet szerokie błota, mieszkanie ptastwa, kiedy się z nich gwar wieczorny odezwie, żyją mi i śpiewają...
Ojciec, kiedym tak zamyślony się przyglądał, kilka razy na mnie spojrzał, ale modlił się prawie do południa; konie szły same, bo je stare doświadczenie prowadziło, nie potrzeba było ani poganiać, ani kierować... takie mądre. Później zaczął się odzywać, ale wszystkie jego uwagi były gospodarskie... najwięcej go obchodziły kopy w polu, rola i jutrzejsza pogoda. Borowej nie wspomniał, choć radbym był czegoś się o niej dowiedzieć więcej nad to co mi w domu mówił. Popasaliśmy w małej karczemce nad drogą, i do nocy się wlokąc, bo konie coraz szły opieszalej ku końcowi dnia, stanęliśmy na nocleg we wsi już do tych państwa chorążych Jamuntów należącej. Ojciec się tak rozrachował, żeby nie zbyt rano przybyć, ani nadto późno, przed samym obiadem. Przespaliśmy się na sianie, i ze dniem byliśmy na nogach. Rozumie się żem ojcu zaprzątać się nie dał ani końmi, ani pojeniem ich, ani przyniesieniem siana, bo stary widocznie był drogą zmęczony. Gdy z rana wstawał, dobrze się musiał zeprzeć na rękach, żeby dźwignąć z ziemi i za krzyże się pochwycił. Znowu tedy po grobelkach i piaseczku, truchtem do tej Borowej, a tu jak nie widać tak niewidać, aż mnie to trochę zniecierpliwiło.
Nareszcie wybraliśmy się z lasu od którego wiodła piękna lipowa stara ulica do miasteczka, bielejącego w dali. Zdaleka to już poważnie wyglądało, a na prawo dwór ogromny, zabudowania mnóstwo, kościół na pagórku widny na całą okolicę, ogrody poobmurowywane, słowem, rezydencja jakaś pańska, przy której małe miasteczko jak z kart się wydawało drobne i malutkie, chociaż dosyć porządne. Nazwisko to tylko miasteczka nosi, bo trocha żydów pośrodku, a dalej ulice z chatami wieśniaczemi porządnemi, i mieszczanie widać koło roli się zajmują. Zajechaliśmy na rynku do karczmy skromnej, żeby się tam przebrać i dowiedzieć co się dzieje we dworze; obejrzałem się po placyku, na którym na targ się ludzie zjeżdżali. Może mi się to wydaje, ale po wsi zaraz poznasz dziedzica, a po twarzach ludzi pana: tu czegoś swobodnie i wesoło jak nigdzie. Kilku dworskich porządnie ubranych kręciło się na placyku, i na zapytanie ojcowskie odpowiedzieli mu tak grzecznie, jakiem się nie spodziewał, bośmy ubożuchno i pokornie wyglądając, ledwie mogli na to rachować, że nam odpowiedzieć raczą. Konie zostawiwszy u znajomego żyda, bo bryczyną nasza do pałacu zajeżdżać nie wypadało, poszliśmy już dalej z ojcem piechotą. Ojciec wziął co najlepsze odzienie, perłową kapotę, chustkę na szyję, czapkę z barankiem, laskę, i poważnie mi wyglądał choć ze staroświecka. Zaraz za miasteczkiem dwa wielkie stawy i grobla topolami wysadzona dzieli od niego dwór, który na drugie i lepsze miasto wygląda, tyle tu murów i budowli. Znać państwo było, aż po mnie ciarki poszły; myślałem, że nigdy nie trafimy do tego człowieka, którego taki tłum otacza. Ojciec, że tu już nieraz i co roku bywał, tłumaczył mi wszystko; za groblą poczęła się szersza jakaś ulica wysadzana, z obu stron otoczona dworkami i ogródkami ślicznemi. W nich sami dworscy, oficjaliści, kapelan i rezydenci mają mieszkania; westchnęliśmy oba myśląc, żeby ojcu choć na starość taki domek cichy i miły, w jakich ci szczęśliwi obie siedzą.
Przed bramą pałacową na wałach, która jak pałac wyglądała, bo o piętrze i z wieżą zegarową, w cieniu ogromnych drzew, ogrodzony sztachetami białemi, z wysypaną piaskiem ścieżynką do drzwi wiodącą, zatrzymał nas dworek rządcy, pana Doroszeńki, do któregośmy z ojcem naprzód zaszli.
Jak ci ludzie tu mieszkają! jak żyją! Szczęściem, znaleźliśmy naszego krewniaka, bo i panów Jamuntów i nasz podobno kuzyn, porucznik Doroszeńko. Wszystko to wesołe, grzeczne, przyjacielskie, a tak się nam po chacie naszej pańsko wydaje. Mnie już w tym dworku cudzo było i trudno jak w pałacu, myślałem co to będzie dalej. Porucznik, ogromny mężczyzna, wąsaty, łysowaty, wesołej twarzy, zobaczywszy mojego ojca pokornie w progu mu się już kłaniającego, na powitanie poskoczył z otwartemi rękami. Naprzód go wyściskał na wszystkie boki, potem na mnie spojrzał com mu się przedstawiać nie potrzebował, bo po twarzy i z miny domyślił się, żem ów Jaś o którym słyszał choć go nie widział jeszcze.
— A! witajże kawalerze — zawołał — bliżej, śmielej! chodź tu, niech ci się przypatrzę... chłop jak dąb! — dodał — będzie chorąży kontent...
— Wlaśnież to ja z nim między siejbą a żniwami dobrawszy parę dni wolnych, chciałem się państwu chorążstwu za ich łaskę pokłonić. Kochany porucznik nam prezentację ułatwi.
— Albo to nas o audjencję prosić potrzeba! — odezwał się rządca; — czy to my tacy formaliści? Waćpan znasz naszego chorążego i naszą poczciwą panią; magnaci re et nomine mosanie, ale sercem szlachta... dostąpić do nich nie trudno, czy w aksamitach czy w kapocie. Każdy u nich człowiek... a toć przecie familja!
— E! ba! a cóż to uboga familja, to kołtun mości dobrodzieju — rzekł ojciec wzdychając.
— Tylkoż nie wy — odparł porucznik, których prosić potrzeba i nabijać się żebyście cokolwiek przyjęli... No! siadajcie, zaraz będzie msza, pójdziemy razem do kościoła, zadzwonią, a potem ks. Ginwiłł tędy ze swojego dworku iść będzie mimo okien, to go zobaczym, i wedle zwyczaju do furtki zapuka... żebym nie opuścił nabożeństwa... A możeby czy kawy czy wódki?.. no? jak?
— Rano jeszcze — rzekł ojciec.
— Bo i ja bym co przetrącił — rzekł pan Doroszeńko — jeździłem już po folwarkach, to się na apetyt zebrało: cóż? kawy? — Klasnął w ręce i kozaczek przybiegł, któremu śniadanie bardzo dla nas potrzebne podać kazano, a ojciec gawędził z Doroszeńką; jam się rozglądał to po izdebkach, to ku pałacowi, który ztąd widać było dobrze. Gmach ogromny, piątrowy, dwie oficyny podobne... przed gankiem cała oranżerja, uliczki z drzew cytrynowych i pomarańczowych... trawy zielone jak aksamit postrzyżone.
— Ot, waść nic do rzeczy robisz — odezwał się po chwili rozmowy Doroszeńko do ojca, że się tam na chudym zagonie siedzieć upierasz. Ładnie to, że wolisz swoją pracą nabyty, niż łaskawy chleb cudzy, ależ przecie i tu byś się przydał, a nie jadłbyś go darmo. Już to co się tycze pana chorążego, znasz go i wiesz, że jak jest z kościami poczciwy, tak od niego trudno się co dopytać: milczy całe życie. Mówią że jeszcze od sejmu Grodzieńskiego na którym się znajdował, jak umilkł w czasie sesji milczenia, owej nocy pamiętnej, chyba gwałtem i z potrzeby co przemówi; no, ale chorążyna, która się wszystkiem za niego i za siebie trudni, nie raz ale sto razy mi to wspominała, że waćpaństwo powinni byście przenieść się do Borowej. Służba służbie nie równa; u takich ludzi sługa to przyjaciel i pomocnik... wierzaj mi... toć ich znasz.
— Ale ja w swojej chacie pan...
— No, ja w moim dworku — odparł Doroszeńko — co myślicie? Jak czasem nasi chorążstwo łaskawi mnie odwiedzić, choć to i chata i ziemia ich własna, tak się akomodują, jakby nie wiem gdzie byli w gościnie! Oni ludzi szanować umieją... no! no! — rzekł skręcając rozmowę, a z synem co robisz, panie Ignacy?
— Jeszcze nie wiem — odparł ojciec smutno — szkoły skończył, pójdzie pracować, właśniem się z wami chciał poradzić... Ale naprzód podziękujmy no państwu, że go na człowieka pokierowali.
Doroszeńko spojrzał na mnie z uśmiechem.
— No! to daję waści słowo, że my go tu już ztąd nie puścimy.
— A! niech Bóg uchowa! — zawołał ojciec — a do czegożby to było podobne! gotowem ztąd się zawrócić; myślicie że ja wam go narzucam?
— Niby to ja ciebie nie znam, stary tetryku, rozśmiał się rządca — bądź spokojny, ja tej myśli nie poddam, ale zobaczysz co powie chorążyna, co on, i co młody nasz pan...
— A jest i młody?
— Wszyscy są... my tu zawsze w domu siedzimy jak wiesz... czasem z Olesiem, (bo wiesz że tu inaczej młodego nie nazywają) na polowańko, trochę w sąsiedztwo, ot do Romanówki, albo tam gdzie i dalej, a reszta w domu; albo to nam tu źle?? Starzy świata nie lubią, młody także... ale poczciwego sąsiedztwa nie zapominamy, ani ono o nas; mało który dzień żebyśmy kogo nie mieli... kościół parafjalny w dziedzińcu.
Gdyśmy tak rozmawiali, postrzegłem sunącą się od alei figurkę mała, tłuściuchną, białą, w czarnej sukience; za nią szło z pięć albo i ze sześć psów. Był to mężczyzna podżyły i poważny, z brewiarzem pod pachą, w którym domyśliłem się ks. Ginwiłła, proboszcza tutejszego i kapelana, a naszego kuzyna także. Razem i głos sygnaturki kościelnej dał się słyszeć, oznajmiający, że czas był na mszę. Ksiądz zbliżył się do furtki i zastukał w nią mocno, a Doroszeńko przez okno na niego kiwnął, żeby zaszedł.
Jakoś i to wesoły człowiek, bo na progu ojca serdecznie przywitał uśmiechając się na widok jego.
— A ty tu hreczkosieju stary? ha! takeśmy cię złapali! ha!
Obrócił się do mnie.
— A to twój syn... — popatrzył mi bystro w oczy.
— Dobrze mu z nich patrzy, dobrze... — zawołał gdym go w rękę całował — roztropny a nie matacz... A umiesz do mszy służyć? — zapytał.
— Umiem.
— No, i choć pod wąsem nie powstydzisz się?
— A! niechże Pan Bóg broni, księże kanoniku — zawołał ojciec.
— Na początek więc... a tyś pierwszy raz tu? zapytał.
— Pierwszy, księże kanoniku.
— Na początek do kościoła pójdziemy, i panowie za mną! Patrzajcie, już się i najedli, rzekł spoglądając na stół — o! a ja jeszcze nic w gębie prócz pacierzy nie miałem... No! nie marudźcie, a chodźcie, ho po pierwszym dzwonku oboje chorążstwo zaraz przyjdą na mszę... Pan Jan... wszak Jan? ze mną...
Nie dał nam czasu księżyna więcej mówić, ani mnie się strachem wytłumaczyć od służenia do mszy i pociągnął nas za sobą. Ojciec widząc, żem pobladł, zbliżył się do kanonika.
— Służyć do mszy świętej umie — rzekł cicho, ale taki z niego tchórz, że gotów balamuctwo jakie przy ołtarzu zrobić, albo języka w gębie zapomnieć...
— Co? prawda to? — spytał ks. Ginwiłł... nie może być! gdzież? ojciec własny cię obgaduje, panie Janie... Toś ty tchórz? hę? a fe! a fe! młody człowiek powinien być śmiały... i czego się tu bać? No! nie nm rady, wiara za mną...
I pociągnął mnie za sobą. Na progu czekały psy które się za kanonikiem przywlokły; znak im dał żeby dalej nie szły i porozchodziły się z pospuszczanemi głowami. Szczęście dla mnie że ojciec z panem Doroszeńką nie szli daleko, bo mi samemu z kanonikiem tak było, żem nie wiedział na którą nogę stąpić. Z początku zaczął mnie rozpytywać, ale widząc, że nic do rzeczy i urywanemi słowy mu odpowiadam, uśmiechnął się i pacierze głośno odmawiał, nie spuszczając mnie z oka. Jabym się był może rozgadał i ośmielił, ale dzwonek zwołujący na mszę mnóstwo osób wywołał z dworków; otoczeni byliśmy ludźmi którzy się nam ciekawie przypatrywali... oczy ich mnie paliły. Przeszedłszy bramę pałacową weszliśmy na dziedziniec ostawiony drzewami w wazonach, a dalej furtką z krzyżykiem na drugi kościelny. Tu już raźniej mi było, bośmy idących wyprzedzili i kanonik wprowadził mnie do zakrystji za sobą.
Do mszy już było wszystko przygotowane... Kościół przepyszny, jakiegom jeszcze nie widział nigdzie na wsi: znać że na chwałę Bożą nie szczędzono.
Przeze drzwi od zakrystji, stojąc z mszałem, moglem mu się dobrze przypatrzeć: dosyć wielki, obrazy prześliczne, ołtarz wielki od marmuru i złoceń... choć to dzień był powszedni, ludzi się zebrało dosyć wiele, znać dworscy; jakaś staruszka małego wzrostu, i o lasce wchodzący jegomość siwy, krótko ostrzyżony z zaczesanemi do góry gęstemi włosami, zwrócili moją uwagę... byli to sami państwo. Skromnie ubrani pomieścili się sobie w ławeczce; za niemi wszedł mężczyzna lat już około czterdziestu mający, podobny do starego; nazywają go tu młodym panem lub Olesiem. Wszystko twarze tak poczciwe, dobroci pełne i braterskie, że spojrzawszy na nie pokochać musisz od razu. Przy nich kołem mnóstwo się ludzi umieściło z troskliwością starym posługując... Gdy mi zasygnowawszy wychodzić przyszło z mszałem, nie wiem doprawdy jak się dostałem do wielkiego ołtarza, tak mi twarz paliła, tak nogi drżały, zwłaszcza gdym postrzegł że wszyscy na mnie patrzą. Wzrok ojca, który stał przy panu Doroszeńce jakoś mnie podtrzymał, obawiałem się mu głupotą moją zrobić przykrość, i tak jakoś szczęśliwie wybrnąłem z ministrantury.
Msza odbyła się prędko, a ja z kanonikiem wszedłem nazad do zakrystji, czekając czy ojciec po mnie nie przyjdzie i nie wiedząc co robić z sobą. Na nieszczęście, przy wyjściu postrzegli ojca państwo i pociągnęli go za sobą, a ja się zostałem z księdzem, który jeszcze pacierze odmawiał. Już byli wszyscy z kościoła powychodzili, kiedy ks. Ginwiłł podniósł się z klęcznika i obejrzawszy na mnie uśmiechnął.
— No! chodź trusio kochany — rzekł — już ja cię sam zaprowadzę do pałacu, a wstydź się takiem być dzieckiem. Pana Boga się bój, grzechu się lękaj, a ludzi nie ma czego. Śmiało, śmiało! zresztą to tacy poczciwi państwo, że bodaj się tacy na kamieniu rodzili; ośmiel się, bo cię za dudka wezmą.
Jakoś mnie istotnie oprzytomnił. Poszliśmy tedy znowu w dziedziniec pałacowy, i wprost do wielkiego wejścia; tu mi się jednak tak w oczach dwoiło, żem z razu nie wiele widział. Ślicznież tu ślicznie! W sieni wielkiej cały nasz dworek, a może i stodółka by się pomieściła razem; ogromne stare obrazy na ścianach; służby mnóstwo... spojrzeli na nas, ale i po ludziach znać było, że nas dobrze przyjmują, bo żaden z mojego szaraczkowego surduta, od którego ich liberje daleko były lepsze, nie uśmiechnął się nawet. Kanonik wprowadził mnie do salonu ogromnego, choć poczerniałego a staroświeckiego, ale wspaniałego bardzo.
Zdawało mi się po naszej chacie, że to sen dziwny, marzenie jakieś czy widzenie... W sali nakrywano do śniadania, przeszliśmy ją i na prawo wsunąłem się za kanonikiem do pokoiku, w którym znalazłem dużo osób, oboje tych staruszków widzianych w kościele, młodego pana, Doroszeńkę i ojca. Oprócz nich, wówczas jeszcze nieznajome mi kobiety i mężczyźni zajmowali głąb... nie wiem co się ze mną działo, gdy mnie ojciec przedstawił państwu chorążstwu; chciałem im do nóg upaść, ale mi nie dali, sam nic nie powiedział, tylko za rękę chwycił mnie silnie i spojrzał wymownie; sama uśmiechnęła się widząc moje zakłopotanie.
— A toś do mszy służył, panie Janie, - odezwała się miłym jakimś, ośmielającym głosem... Kanonik cię zaraz zwerbował. No! chwała Bogu, nauki skończyłeś — dodała — pięknie mi wyglądasz, ojca z twarzy przypominasz, a daj Boże byś mu był i duszą podobny.
Ojciec się skłonił ze łzami, które ciągle musiał ocierać.
— Tylko oczów niespuszczaj, nie obawiaj się, dodała — jesteś tu między swojemi... nie ma czego się mięszać... Chodźmy no do śniadania, bo musicie być głodni.
— A już ich Doroszeńko nakarmił przede mszą! ozwał się kanonik.
— E! podryw nam robisz — przerwała pani idąc przodem do sali — zawsze po swojemu, poruczniku.
Wszystko się ruszyło do śniadania, ja oczy podniósłszy mogłem się im lepiej napatrzeć. Chorążyna lat około sześćdziesięciu mieć musi, ale twarz mimo starości tak świeża, rumiana i wesoła, takiego co ma młodego, że z pod niej niezwiędła przegląda dusza. Musiała być bardzo piękna za młodu, wzrost tylko niewielki, a dziś już się trochę pochyło trzyma, zawsze uśmiechniona, każde jej słowo nacechowane anielską dobrocią, sama wesoła, lubi to i w drugich. Wszyscy też tu jakoś pogodnie i swobodnie wyglądają. Wśród dworu tylko jedna posępna i milcząca twarz pana odbijała wyrazem tęsknoty. Jest to starzec już złamany życiem widocznie, silny jeszcze ciałem, ale upadły na duchu, niezmiernie mało mówiący, zamyślony... Budowy silnej, dziś się zgiął już i nieco nogami suwa, blady, oczy czarne, wielkie i żywe, włos siwy obfity, ubiór ciemny bardzo prosty. Chociaż nie odzywa się prawie, nie zastrasza tak jakby sobie wyobrażać można; widać że to milczenie pochodzi nie z pogardy dla ludzi, ale z niezwyciężonego smutku leżącego na duszy; myślą jest gdzieindziej. Najczęściej chodzi po pokoju ręce założywszy w tył pod suknię, lub siada w oknie i patrzy, ale znać że nic nie widzi.
Gdy ma do kogo co powiedzieć, mrugnie i pocichu krótko coś tylko szepnie, a potem znów chodzi i myśli. Wszyscy go tu szanują, ale w licznych rezydentach i dworakach nie znać uniżoności i przypochlebienia się ani jemu ani pani: swobodni są, śmieją się, chodzą, żyją, nawet ojciec w swojej perłowej kapocie, rozruszany przez panią Jamuntowę, która go w opiekę wzięła, wnet się ośmielił i rozgadał. Młody pan, którego tu Olesiem wszyscy nazywają, nie jest już wcale tak młody, owszem dojrzały mężczyzna, coś do ojca podobny, jak on milczy, ale mniej przecie i jak on dobrym się zdaje. Piękny wcale, postawa szlachetna, czoło wysokie, nos prosty, usta łagodnego wyrazu.. Dziwi mnie jak to ci wielcy panowie nic na tych którychem sobie w nich wyobrażał nie wyglądają, nie pooznałbyś, że te pałace, majętności, ogrody, ziemie i bogactwa do nich należą; że ci ludzie w takiej liczbie ich otaczający żyją z ich łaski.
Pani Jamuntowa rozmawiała z ojcem tak uprzejmie, ażem ją za to pokochał; mnie młodszy pan wziął w opiekę i jednem słowem ośmielił.
— Do czego masz ochotę? — zapytał mnie odciągnąwszy w drugi koniec sali i sadzając przy sobie, mów mi otwarcie, panie Janie, jak bratu...
— Doprawdy sam nie wiem jeszcze i nie miałem czasu wejść w siebie; dotąd zajęty byłem nauką, która mi dosyć smakowała — rzekłem; teraz wróciwszy, do domu, i przypatrzywszy się ciężkiej pracy ojcowskiej, najpierw jemubym chciał być pomocą. Rodzice starzy a biedni...
— No! — więcbyś gospodarował? prawda?
— Gdyby ojciec pozwolił, pomagałbym mu...
— A on nie chce?...
— Właśnie, że mi nie dopuszcza!
— Stary dziwak zawsze — odpowiedział pan Aleksander, ale na ten raz ma może słuszność; gospodarstwo wasze małe, nie ma tam co robić, tybyś się na niem zmarnował.
— Ale ojciec się zamęcza!
— I to dobrowolnie — rzekł pan Aleksander znowu; — nie chce się ztamtąd wynieść, choć dawno go o to prosimy — to bardzo mała jakaś cząsteczka?
— Kawałek pola i chata — odpowiedziałem, pole sami zarabiają...
Pan Aleksander podniósł oczy z jakiemś uczuciem podziwu zatrzymując je na ojcu.
— Nie mówił ci coby chciał z tobą zrobić? — spytał.
— Myśli mną pokierować inaczej, przy sobie trzymać nie chce, to pewna...
— A ty? — zapytał.
— Pójdę służyć — odpowiedziałem.
Nic już mi więcej nie mówił, ale uważałem, że się ze mną i ze starym obchodzili jak prawdziwi krewni, i za nic im nie byłem tak wdzięczen, ile za tę ich serdeczność, za troskliwość, żeby nas nie upokorzyć w niczem, za to zniżanie się dobrowolne do obyczajów, pojęcia i położenia biednych ludzi. Śniadanie przeszło bardzo wesoło: ksiądz kanonik żartował, pan Doroszeńko opiekował się ojcem, a wszyscy, nawet ci których nie znałem, tak byli dla nas uprzejmi jak sami gospodarze. Oprócz rządzcy a naszego krewniaka, który w takim stroju jak był, przyszedł do pałacu, i kanonika księdza Ginwiłła, znajdowali się jeszcze i inni do tego dworu należący. Niemłoda już kuzynka, którą mi ojciec w rękę pocałować kazał, panna Jamuntówna, słuszna, sucha i sztywna, i choć trochę dumniejsza od samej pani, ale niemniej od niej chętna dla nas i uprzedzająca; przy niej jej synowica Krzysia, śliczna bruneteczka, mała i żywa, z której ciągle ksiądz Ginwiłl żartował, że raki piekła; pan kapitan Zbrzeski szpakowaty kawaler nadskakujący obu, z kolczykiem w uchu i wysoko podpiętą na halsztuchu chustką białą...
Uważałem także w kątku ciągle siedzącego pana Hończarewskiego, o którym mi po cichu powiedział pan Doroszeńko, że ma lekkie pomięszanie z naczytania się Pisma Świętego, i uważa się za proroka, zresztą najlepszy człowiek w świecie, ale że sobie samby rady nie dał, tu go państwo Jamuntowie przytulili. Było jeszcze kilka figur mniej wydatnych, do których się przybliżyć nie mogłem.
Wszyscy mnie karmili przy tem śniadaniu, sama pani, panna Jamuntówna, ksiądz Ginwiłł, Doroszeńko, pan Aleksander, a że nikomu odmówić nie chciałem, już nie wiem wiele zjadłem i czego. Zaraz potem wszyscy się rozchodzić poczęli, a nas zatrzymała sama pani i obu poprowadziła do drugiego pokoju, nadszedł i stary pan chorąży ręce trzymając za sobą, i pan Aleksander.
— No, kochany panie Ignacy, odezwała się do krosienek siadając chorążyna, bo ciągle robotę jakąś robić ma zwyczaj, jeśli nie pończochę to włóczkową na kanwie robotę, lub siatkę — co tam myślisz o synu?
— Cóż? w świat pójdzie? a najpewniej go w służbę oddam, niech się pokory uczy, której ja nie miałem nigdy, i to mnie na starego obdartusa wykierowało...
— W jakąż służbę?
— Rachmistrzem lub pisarzem będzie na początek, rzekł ojciec — pisze pięknie, rękę ma dobrą...
Matka spojrzała na syna...
— Ot jak się to dobrze składa, odparła śpiesznie — a tu właśnie...
Ojciec się namarszczył, chorąży spoglądając na niego chodził po pokoju... pan Aleksander ramionami ruszał.
— A tu właśnie, dodała, nam kogoś, to jest Olesiowi by potrzeba do listów, do różnego tam pisania... gdybyś go nam chciał powierzyć.
Stary zaczerwienił się jak pons... i machnął ręką.
— Szanowna pani chorążyno dobrodziejko, rzekł bijąc się w piersi — nie upokarzajcie do ostatka dobrodziejstwami swemi! wychowaliście mi syna, za co do grobu poniosę wdzięczność; za cóż się jeszcze będziecie nim obarczać? Pozwólcie się szczerze odezwać staremu, który was czci i kocha, tak po wieśniaczemu, bez obłudy i frantowstwa. Wy go nie potrzebujecie, on się wam na nic nie zda, wprost chcecie znowu biedakowi pomódz, a na siebie wziąć ciężar. Macie ich już i tak dosyć... macie... niech o swej sile idzie dalej, toć i dla niego lepiej.
Stary łzy miał w oczach, pani Jamuntowa wstała od krosien żywo i poszła do niego.
— Ale mój panie Ignacy, spytajże się Olesia, spytaj mego męża, księdza kanonika... kogo chcesz, że tu nam młody człowiek potrzebny do pisania i pomocy w rachunkach i gospodarstwie... Nawet trochęśmy liczyli na to, że jeśli się to z twojemi projektami zgadza, to nam Jasia oddasz...
— Oho! pani chorążyno dobrodziejko, rzekł ojciec śmiało — starego wróbla na plewy państwo łapiecie. Ktoby waszego świętego serca nie znał, tenby gotów uwierzyć!..
— Poradź-że tu co z nim! zawołała chorążyna, ramionami ruszając i śmiejąc się — mój Olesiu, ty pomagaj!
Obsiedli tedy ojca, który choć uporczywie stał przy swojem, zmiękł jednak, gdy chorąży, ciągle milczący, przyszedł do niego, popatrzył się mu w oczy długo i szepnął suchym jakimś dziwnym głosem:
— Panie Ignacy, zostawisz nam syna... ja mówię!
Potem kiwnął tylko głową i odszedł, powoli się przechadzając po pokoju.
Ojciec się skłonił i wysunął ze mną.
— Od objadu nie odjeżdżaj! dogoniła go pani chorążyna... bo się słyszę spieszysz... dziś cię nie puścimy...
— Tylkom co się obżął, a siejba za pasem, rzekł ojciec... muszę spieszyć...
— Ale nie dziś!
— Jutro do dnia!
— No! po obiedzie o tem pogadamy...
Wyszliśmy znów przez wielką salę i przedpokój, w którym słudzy właśnie śniadanie jedli; ojcu któryś z nich poskoczywszy podał jego kij jałowcowy z kąta, a w ganku znaleźliśmy oczekującego na ławce księdza Ginwiłła, który w czasie śniadania napakowawszy pełne kieszenie obłamkami chleba, już był otoczony psami i karmił zewsząd zbiegające się stworzenia.
Z nim razem powoli powracaliśmy do pana Doroszeńki, u którego do obiadu mieliśmy zostać, żeby nie być ciężarem państwu chorążstwu. Zastaliśmy porucznika z ekonomem na jakiejś gospodarskiej naradzie, a że na niego jeszcze kilkoro ludzi czekało, ksiądz Ginwiłł pociągnął nas do siebie.
— To stary gdera, nim on się ze swojemi pacjentami upora, chodźcie do mnie... i on się potem przywlecze.
Wszystko mi tu dziwnie inaczej się wydało, niżelim się spodziewał — od razu czułem się swój, śmiały i wesół, jak gdybym do starych wrócił znajomych, tak każdy umiał dodać mi odwagi, tak otwarcie i szczerze mnie przyjęto. Nawet ta wielkość dworu, to państwo przestało mi ciężyć, gdym poznał mieszkańców tej małej Borowskiej Rzeczypospolitej.
Dworek księdza Ginwiłła był o kilkadziesiąt kroków od pana Doroszeńki, otoczony ogródkiem, po klasztornemu prostemi, ale bujno rosnącemi kwiatkami zasadzonym. Stara lipa, jodła ogromna, pod nią ławka i krzyż drewniany jedyną były ozdobą malutkiego, jak go kanonik nazywał, wirydarzyka. Już przez ulicę idąc, wszystkieśmy psy za sobą poprowadzili, bo im ksiądz kawałek po kawałku chleba rzucał, wypróżniając kieszenie. We dworku, w progu, w sieni pełno było kaleków, obszarpańców i chudziny wszelakiego rodzaju, bo ksiądz Ginwiłł tłustych faworytów, czyhających na podchwycenie jałmużny, odpędzał tupiąc nogą, a szczególnie protegował wiejskich Brysiów i Kruczków z chudemi bokami. Stworzenia te widać znały go dobrze i czekały na powrót jego, bo się zaraz potem rozeszło, odebrawszy posiłek wyznaczony. W dworku czyściutko było i porządnie, ale za hałasem ptastwa gadać było trudno, bo klatki wisiały w każdem oknie, a kilku kanarków swobodnie po izbie latało, i jak tylko kanonik wszedł, tak mu to wszystko posiadało na rękach i ramionach; każdego z nich nazywał po imieniu i znał osobiście.
Usiedliśmy na rozmowę, choć ojcu ciężko było przy szczebiotaniu tego ptastwa głos podnieść; nadszedł wkrótce i pan Doroszeńko.
— No, to tedy, rzekł, postanowiono, że Jaś zostanie z nami.
— Ale cóż z nim robić będziecie? spytał ojciec.
— Juz-że ci go nie poprowadzimy do zguby, rzekł ksiądz Ginwiłł — to pewna, ja na kawalera baczne mieć będę oko żeby nie próżnował. Chorąży sam powiedział że zostanie, nie ma co gadać.
— Ale na co się wam przyda?
— Naprzód ja go nauczę polować, rzekł Doroszeńko, kapitan Zbrzeski umizgać się, ksiądz Ginwiłł modlić i ptaszki hodować, panna ciocia trzymać się prosto, Krzysia raki piec, chorąży milczeć, chorążyna być poczciwym, a pan Aleksander serdecznym... edukacja skończona...
— Cóś czy nie będzie zanadto, spytał kanonik, bo tam słyszałem o umizgach, a na to jeszcze nie czas.
— Nauczy się zawczasu, to potem jakby znalazł, dodał wesoło Doroszeńko.
— Ale żeby na ten kawałek chleba zarobił, rzekł ojciec — ja darmozjada nie będę miał za syna... niech pracuje...
— Damy mu robotę... pan Aleksander potrzebuje kogoś istotnie.
Już nie pamiętam rozmowy, która trwała do obiadu, bo mi ta myśl pozostania w Borowej dosłyszeć jej nie dawała. Czułem się nią szczęśliwy, bo widziałem jak tu wszystkim dobrze było; ale wspomnienie ojca, który sam jeden miał powracać do swojej ciasnej chatki, matki, która tam odpoczynku nie znając, z siostrą się koło gospodarstwa krzątała, biednego naszego kątka, jakąś tęsknotą napełniały serce i zgryzotę czułem żem ich opuszczał. Pod koniec rozmów, które się toczyły o rożnych rzeczach, a najwięcej o samym dworze i chorążstwie, ojca wybadywać poczęto o jego stan i gospodarkę, ale ogólnikami ich zbył.
— Cóż mosanie poruczniku, rzekł, dobrze mi tak jest i kwita... Żyto zżąłem, do nowego wystarczyć powinno, synem się kłopotać nie będę, córkę szlachcic jaki poczciwy weźmie, a nam do terminu nie daleko!... ot i po wszystkiem...
— Nie wiadomo kto z brzegu! odparł ksiądz Ginwiłł.
— Od Jasia dowiemy się o wszystkiem lepiej, szepnął Doroszeńko... i starego taki do Borowej wyciągniemy kiedyś.
— Oho! nie głupim, żeby się tu rozpieścić, jak wy na starość, a potem...
Dano znać do stołu bębnem, który od bramy zamkowej usłyszeliśmy, i zaraz się ze wszystkich dworków ruszyli, kapelan, rządzca, rezydenci, panny siadające do stołu, dążąc ku pałacowi. Była myślę druga godzina, gdyśmy się zebrali do sali jadalnej. Ksiądz Ginwiłł odmówił modlitwę, uszykowaliśmy się jak Bóg dał i wszystko to zasiadło przy długim stole w pokoju po lewej ręce, którego ściany mnóstwem portretów były zawieszone. Pani chorążyna miała krzesło pierwsze, stary nie siadał do stołu, ale syn go zastępował. Mnie posadzono za księdzem kanonikiem przy panu Hończarewskim, który naprzód mi się długo bardzo przypatrywał, potem z cicha zapytał kiwając głową:
— Czytałeś asindziej Objawienie św. Jana?
— Jakże chcesz? przerwał czyhający widać kanonik, widzisz że mu Pisma Świętego dla samego jeszcze wieku czytać nie wolno!
— A! a! I począł jeść pan Hończarewski, a upatrzywszy chwilę, gdy proboszcz się od wrócił, znowu mnie zagadnął:
— Wiesz kiedy będzie skończenie świata?
— Nie wiem...
— To się dowiesz odemnie... obrachowałem to z pewnością: lat trzy, miesięcy ośm, dni dwanaście...
— Ale...
— Zadnego ale tu nie ma, podchwycił — proroctwa się spełnią do joty... zobaczysz... nie mówię o tem przed wszystkiemi, żeby ich nie przestraszać... szczególnie przed panią chorążyną, która się lęka... ale myśmy to wiedzieć powinni...
Proboszcz dosłyszawszy głos odwrócił się, a Hończarewski spuścił głowę na talerz i udał zajętego jedzeniem.
Przyznam się, że stosunek tych osób pod jednym zgromadzonych dachem, był dla mnie i jest niepojętym. Nie znam świata i małom go widział, ale wiem, że to się inaczej zwykle dzieje po pańskich domach: tu znać poszanowanie, ale obok niego serdeczna miłość trzyma wszystkich i łączy, nie ma przymusu, wygnano pochlebstwo, każdy jest sobą i nie zapiera ani myśli ani charakteru. Nikt nikomu nie zazdrości, nikt na nikogo nie narzeka, twarze rozweselone, pogodne oblicza; a jeśli smutek zobaczysz, pewnie go nie swoje, ale cudze jakieś cierpienie wywołało.
Im dłużej na ten świat patrzę, tem więcej mu się dziwię; miałożby tak być wszędzie, jak tu u nas w Borowej?
Po obiedzie przeszliśmy do pokojów, gdzie mnie pan Aleksander wziął pod rękę.
— Więc zostajesz z nami? — rzekł uśmiechając się do mnie — już ci mieszkanie niedaleko mojego wyznaczono i myślałem o tobie; bardzo mi będziesz pomocny. Zresztą nie zarzucę cię pracą zbyteczną, zostawię ci czas na własne ukształcenie, na czytanie i rozrywkę... nie powinienbyś się tu znudzić z nami... Kapitan Zbrzeski, najlepszy w świecie człowiek, pokaże ci wszystko... Potrzeba kilka dni na to, żebyś się z naszem życiem oswoił i obył... Nadewszystko proszę cię o szczerość i otwartość z nami... w każdym razie uciekaj się do mnie.
Powiedział mi to z takiem uczuciem, z taką serdecznością, że mnie całkiem za serce pochwycił; ojciec przystąpił z podziękowaniami, ale mu usta zamknięto...
— Andzi swojej toś nam ani pokazał — przerwała z wymówką chorążyna uśmiechając się i grożąc — nie chciałeś mi jej dać, niedobry człowiecze! ha! ale my o niej nie zapominamy, i panna Jamuntówna przygotowała tam dla niej maleńką odemnie pamiąteczkę... oddadzą tam ci pudełko...
Ojciec się znowu zapłonił — ale mu przerwano podziękowania, zabawiając jak kto mógł.
Nadszedł wieczór i znowu wszyscy się zebrali do salonu. Chorążyna z pończochą, panna Jamuntówna i panna Krystyna z robotami, pan Aleksander z książką, którą przewracał przy stoliku, ksiądz Ginwiłł i inni, a w dodatku ktoś z sąsiadów. Chorąży był także ale milczący jak zawsze, chodził tylko po pokoju z założonemi rękami. Kanonik panną Jamuntówną po wieczerzy siedli do marjasza, ja patrzałem daleka i rozmawiałem z panem Doroszeńką, który mnie wziął wyraźnie pod swoją opiekę, i obiecał objaśnić co tu jeszcze dla mnie niepojętego i niezrozumiałego w tem życiu tak nowem, a tak spokojnem i wesoło płynącem.
Ojciec poszedł nocować do pana Doroszeńki, do którego stajni konie jego sprowadzono rano jeszcze, ja z nim także, bo miał odjeżdżać raniuteńko turbując się o dom i posiewy, które czas było zaczynać. Spędziliśmy jeszcze kilka godzin na gawędzie, a pan porucznik opowiadał nam o Jamuntach, co dla mnie najciekawsza. Ojciec choć ich zna dawno, nigdy się jednak na dłużej nie przybliżył do nich, i wiele rzeczy nie rozumiał także. Słuchałem pilnie i lepiej pojąłem tych ludzi.
Jamuntowie, jak on powiada, dawniej byli bogatsi jeszcze, choć dziś zostało im z okrawków fortun dziadowskich kilka tysięcy dusz, klucz Borowski składający się z kilkunastu folwarków, dobra znaczne na Wołyniu i Ukrainie. Imie to ma być prastare litewskie, znakomite i pochodzenie książęce; mogliby więc wcale na innym świecie i inne wieść życie, ale sobie dobrowolnie ten kąt i ustronie obrali. Oboje chorążstwo nie pragną świata, który im się próżny i czczy wydaje, a zbyt wielkich za swoje błyskotki ofiar wymaga; unikają stosunków z tymi, których za równych sobie uważać mają prawo, ale ich nie odpychają; osiedli dobrowolnie w odludnym zakątku Litwy, w nim przeżyli długie lata i jużby się za nic nie chcieli dziś wynieść z niego. Życie tu regularne i jednostajne, przerywa rzadko przybycie jakiego kuzynka bogatego lub jak ja biednego, najazd sąsiadów, uroczystość kościelna i gospodarska. Ale otacza ich liczne koło rezydentów, krewnych, wychowańców, które ja pomnożyłem dziś jednym nieużytecznym członkiem. Sam pan chorąży, od sejmu Grodzieńskiego wpadłszy w melancholję jakąś, dość późno został zniewolony do ożenienia z panną Pacówną, wielkiej familji i serca osobą, która mu się całkiem poświęciła. Nie była ona już młodą, gdy szła za niego, ale bardzo piękna i niezrównanej dobroci, cierpliwości i spokoju duszy. Nikt jej nie widział utyskującej chyba nad cudzem nieszczęściem, swoje po cichu Bogu powierza, i jeśli płacze, to tak, że ludzkie oko nie widzi; dla świata ma twarz zawsze rozpromienioną i humor wiecznie jednaki.
Pan Doroszeńko nie mógł się jej dosyć nauwielbiać, ale dość zobaczyć by temu uwierzyć. Pałac w Borowej jeszcze dziadowski być ma, a że wygodny i okolica cicha, a do życia nie braknie nic, chorąży tu sobie wolał obrać rezydencją niż na Wołyniu, gdzie ma także dom pański oddawna niezamieszkany, a od lat kilkunastu podobno obrócony na magazyn czy lazaret wojskowy. Rodzina Jamuntów mało głośna w historji, sięga wszakże Jagiellońskich czasów, i starzy genealogiści wywodzą ją od książąt litewskich; nie używa wszakże tytułu żadnego, bo się znać o to starać nie chciała jak drudzy, ale zdawna ma swój własny herb, i nad nim płaszcz i mitrę książęcą. Jakoś to rodem i tradycją tak szło zawsze, że wszyscy Jamuntowie byli ludźmi miłującemi spokój, gospodarstwo, wiejskie życie na ustroniu i niezależność; nie dobijali się urzędów wyższych nad prowincjonalne, nie sięgali po władzę i znaczenie, nie posługiwali się koligacjami dla podniesienia. Chociaż kilku z nich pożeniło się bardzo bogato z dziedziczkami imion historycznych, wielu też miało za sobą ubogie tylko szlachcianki, i drzewo ich genealogiczne tę przedstawia osobliwość — którą, jak powiada pan Doroszeńko, w innych domach tylko do XVI. wieku widać i to nie we wszystkich, — że łączy w sobie najświetniejsze u nas imiona krajowe z najmniej znanemi, z których parę nawet wątpliwego szlachectwa i niewiadomego pochodzenia. Panny Jamuntówny wychodziły też to za kniaziów, to za prosta ubogą szlachtę, panowie brali z wielkich domów i zaścianków, jak się im podobało. W ten sposób stosunki z panami i drobną zagrodową szlachtą uczyniły ich naturalnie pośrednikami między magnatami a biedną klejnotową bracią w szaraczkowych kapotach; dom ich jak dziś, zawsze się otwierał z równą życzliwością dla księcia Radziwiłła i dla takich jak my zagonowców, a kuzynkiem nazywają równie głośno i ojca mego naprzykład i jakiegoś tam hrabię, lub księcia, ani się szczycąc ani się wstydząc jednego i drugiego. Mówi pan porucznik, że charakter tego domu, rzeczą pańskiego, zawsze był raczej szlachecki niż pański, a zamożność jego nigdy nie zrodziła pychy i zamiłowania w zbytkach; lubili się tylko otaczać mnóstwem przyjaciół, podupadłych krewnych, ubóstwa, wylewać na gościnność tradycjonalną, świadczyć duchowieństwu i t. p. a czynili to i czynią tak skromnie i cicho, jakby wszelki rozgłos był dla nich przykry. Z tych powodów i rodzina Jamuntów, choć pochodzeniem i bogactwy arystokratyczna, nigdy jednak przez właściwą arystokrację, choć skoligaconą, ale inaczej pojmującą swe stanowisko na świecie i życia zadanie, zupełnie na stopie równości do koła ich przyjętą nie była, i nie została zapisaną do złotej księgi. Uciekano się do niej, gdy trudno było gdzieindziej stosowną koligacją wynaleźć, ale bratano ostrożnie i niechętnie, mówiono z jakimś przekąsem, nie pojmując że się tak poniżali i poniewierali dobrowolnie. Wpływ znowu Jamuntów na szlachtę, na rodziny z nią powiązane tysiącem węzłów wdzięczności i obowiązków, był zawsze i jest niezmierny, miłość ku nim powszechna i zasłużona. Nie ma słyszę w kraju familji, z którąby przez kogoś i jakoś zbratani nie byli, dołem i górą mając kuzynowstwa co nie miara... Idzie też to wszystko jak ja w dym do Borowej, i szlachcic nie mogąc sobie sam poradzić, byle się odezwał do Jamuntów, to mu córkę wezmą, albo się synem zaopiekują. Państwo chorążstwo czynią to trybem rodziców swoich i dziadów, którzy nie inaczej sobie poczynali, wychowując, oddając do szkół, promowując, wyposażając, wydając za mąż, sposobiąc na ludzi, tak się tem zajmują gorliwie i serdecznie, jakby nie o dalekich krewnych, ale o własne chodziło dzieci.
Ojciec pana chorążego, jak on całe życie prawie spędził na wsi; żonaty był z Ginwiłłówną, ubogą szlachcianką, ale kobietą tak zacną jak rządną i pobożną, do późnego wieku niezmordowaną w pracy, która choć zdrowia nie miała, sama się wszystkiem zajmowała, o najmniejszej w domu wiedziała rzeczy i trzymała w rygorze wszystkich. Chociaż za ostatniego Sasa, przez spokrewnionych z sobą Potockich, Sapiehów, Mniszchów i Brühlów mógł bardzo łatwo sięgnąć po krzesło, wyprosić sobie starostwo lub tytuł dworski, wcale się jednak o to nie ubiegał. Zrobiono go raz niespodzianie, w niedostatku kandydata, marszałkiem trybunalskim, sądząc że interesa familji przez wdzięczność promować będzie: ale zasiadłszy w prezesowskie krzesło, gdy nie oglądając się na tych, co go forytowali, począł rąbać wedle sumienia sprawy familji i okropnego bigosu swoim protektorom narobił, już go potem z Borowej nikt więcej nie ruszył. Spędził więc resztę życia ze szlachtą, wśród licznego dworu, a że to była pora po temu, dosyć wesoło ją przehulał z sąsiadami, zostawując po sobie tylko córkę i syna jedynaka. Po jego śmierci, wdowa, Ginwiłłówna z domu, długów trochę spłaciwszy i wiele czyniąc dobrego, doczekała wzrostu syna i córki, i dożywszy lat stu z kluczykami w ręku, usnęła spokojnie gdy syn miał się żenić z Pacówną, którą mu wybrała i wyswatała sama z wielkiego domu. Ta pani, dziś żyjąca wszedłszy w dom Tamuntów, doskonale przejęła się tradycją familijną, poślubiła stare jego obyczaje, i nie myślała wcale dźwignąć rodziny z tego, jak drudzy go zwali, upadku i zaskorupienia na wsi. Zrazu familja jej usiłowała chorążego na większy świat prowadzić, ze wsi ściągnąć go do miasta, dać mu urząd i wyrobić stanowisko inne; ale narzucone chorążstwo litewskie przyjąwszy z uśmiechem, order konferowany przez króla schowawszy do szkatułki, pan Jamunt cofnął się od sejmu Grodzieńskiego, opanowany melancholją, do Borowej, po której zawsze tęsknił, a żona, jak on zasmakowawszy w wiejskiem tyciu, pojechała z nim wcale także po Warszawie nie płacząc. Serdeczniej się kochać, jak się to małżeństwo kocha, niepodobna, ani lepiej pojąć wspólność i podział losów i życia. Chorążyna nie myśli jeno o biednym mężu swoim, a on na jej najmniejsze żądanie, choć tak na pozór chłodny i milczący, gotów życie postawić. Długo z początku Pan Bóg im dzieci nie dawał, wreszcie z wielką radością ubogich krewnych, a niesmakiem tych, którzy już na spadek rachowali zapewne, urodził się im pan Aleksander, dziś jeszcze Olesiem zwany, choć ma z górą lat trzydzieści. O tym jako o najwięcej mnie obchodzącym, pilno nastawiłem ucha, gdy porucznik opowiadał, bo z pierwszego wejrzenia pokochawszy go, radbym wiedział jak mu dogodzić, mając mu służyć za podręcznego. Wykapany słyszę ojciec, choć żywszy jeszcze od niego ale duszę po nim i po dziadach odziedziczył. Wychowywano go też tak, by na panicza pospolitego nie wykierować; do lat dwunastu byli nauczyciele w domu i ksiądz kanonik Ginwiłł zajmował się pod kierunkiem samej pani; potem go wprost oddano do szkół, żeby się za coś lepszego od drugich nie miał, skromnie go tam utrzymując, wreszcie odesłano do Uniwersytetu do Wilna. Podróżował lat parę i do domu powrócił, dla pomocy matce w interesach. Porucznik się tylko tem przestrasza i wzdychając mówi, że obawia się wielce, aby jak ojciec i pan Aleksander nie popadł melancholję, jeśli się nie ożeni i dłużnej kawalerem żyć będzie. Już i tak ma do tego wiele skłonności, milczący bardzo, często zamyślony i chmurny, i gdyby nie polowanie, które go rozrywa, siedziałby nad książką lub chodził jak ojciec po salonie, godziny całe spędzając na jakiejś dziwnej zadumie. Sama pani płacze słysze po kątkach, niepokojąc się o syna, i o niczem nie myśli, tylko jak by poradzić, ożenić go, wyprawić w podróż, ożywić czem, żeby się nie opuścił i nie zestarzał w tem pogrążeniu, które z wiekiem siły nabrać może. Parę lat temu jeździł przez posłuszeństwo dla matki do Warszawy, odwiedzał domy krewnych, ale i jemu się tam żadna nie podobała i on znać im nie przypadł do smaku, bo powrócił znużony, nie zawiązawszy nigdzie ściślejszych stosunków, bez ochoty do ponowienia drugi raz tej wyprawy.
Tylem na razie potrafił wyciągnąć z porucznika, który rozgadawszy się, byłby do rana to i owo o Jamuntach prawił, bo ich serdecznie kocha, a panem Aleksandrem jak synem się kłopocze; ale ojciec, obaczywszy na zegarze dochodzącą północ, sam pana Doroszeńkę pożegnał. Poszliśmy spać naprzeciw, do drugiej izby; myślałem, że zmęczony tym dniem zaraz się położy, ale długo chodził jeszcze nie mogąc się uspokoić, i widziałem, że się biedny kłopotał nie kim tylko mną. Wreszcie uściskał mnie i rzekł stłumionym głosem, całując w głowę:
— Stało się, moje dziecko — zostajesz tutaj... Niechże ci Bóg błogosławi; pewny jestem, że ci źle nie będzie, ludzie to zacni „czeladka Boża“ serca złote... ale w ogromnym dworze, w tłumie tym znajdzie się i lepszy i gorszy; jak ty sobie dasz radę, jak wywiniesz bez upokorzenia, bez poniżenia i bez niepotrzebnych fumów? Młody, bez doświadczenia, bez znajomości ludzi, Bóg widzi, nie wiem czy instynktem trafisz, i to mnie niepokoi. Słuchaj-że, jakby uchowaj Boże nieszczęście jakie, nieporozumienie... dawaj mi znać; radź się pana Doroszeńki, radź kanonika, wszystko to krewni i ludzie życzliwi; zresztą niech cie Matka Najświętsza płaszczem opieki swojej okryje!
Położył się stary, ale słyszałem, że usnąć nie mógł, przewracał się z boku na bok, wzdychał, i ledwie na brzask brać zaczęło, po cichutku z łóżka wstał do koni. Ja, że oka także nie zmrużyłem, podniosłem się i razem poszliśmy do stajni gotować do drogi, bo ojciec chciał do dnia i bez pożegnania wyruszyć, spodziewając się wypoczętemi końmi w letce dociągnąć na noc do domu. Zawiódł się tylko na tem, że myślał jechać pozbywszy mnie sam jeden bez pakunku, bo mu nakładli pełen wózek różnych rzeczy, które z wieczora przysłała jeszcze chorążyna, a te zaważyły więcej pewnie niż ja i mój lichy tłumoczek. Nimeśmy się wybrali, wstał i pan Doroszeńko, który pierwszy zawsze we dworze jest na nogach, musieliśmy pójść do niego na kawę, i ojciec po wschodzie słońca dopiero do wózka się swojego dostał.
Nic nie powiem o pożegnaniu z nim, bo je zawsze pamiętać będę i zapisywać go tu nie potrzebuję; były w niem łzy i milczące błogosławieństwo i strach dla nas obu, a gdy kałamaszka zaturkotała w ulicy i siwa jego głowa znikła mi w drzewach, zostałem tak osamotniony, z tak boleśnie ściśniętem sercem, że mnie pan Doroszeńko ściągnąć musiał z ganku, bobym był stał nie wiem jak długo, nie wiedząc co czynię.

15. sierpnia.

Pan Aleksander kazał mi wyporządzić dwie izdebki na dole w pałacu, pod pokojami, które on zajmuje na piątrze; dodano mi kozaczka do usług, i jestem tu jakbym w rodzicielskim był domu. Nawet i to obrachowali i obmyślili, że w pierwszych dniach potrzebować będę zachęty, ośmielenia, pociechy, i tacy są dla mnie troskliwi, tak dla mnie serdeczni, że w ciągłej tylko żyję obawie, jak się im odwdzięczyć, jak okazać, że to uczuć umiem. Prosiłem o robotę, ale młody pan kazał mi czekać i rozglądać się jeszcze, a pan Doroszeńko z jego rozkazu wyliczył mi pięćset złotych na tymczasowe oporządzenie, bo się postrzegli, że bardzo koło mnie ubogo. Oprócz tego chorążyna sama kazała mi szyć koszule; a, żebym miał na czem wyjechać, stary, który nigdy prawie nie mówi, zbliżył się do mnie i lakonicznie mi powiedział:
— Jest tam koń dla waszeci, pilnujże go...
Podziękować sobie nie dał i poszedł.
Pobiegłem do stajni, gdzie mi zaraz koniuszy Pulikowski, podporucznik ułanów wysłużony, a jak on powiada, nasz także krewny, pokazał skarogniadego, przeznaczonego dla mnie z siodłem i całym moderunkiem.
Pulikowski taki poczciwy jak oni tu wszyscy, śmieszny trochę, podejrzliwy do zbytku, sam nie wiem jak na konia siąść może, bo otyły niezmiernie i nogi ma króciutkie, ale samą wagą soją jeśli nie siłą i zręcznością konia musi pokonać. Śmieją się tu z niego we dworze, że nieustannie mu się przywiduje, to że pod nim ktoś dołki kopie, to że mu ktoś szkodzi, że ktoś nań koso spojrzał, że go o coś posądzono, — ale go kochają, bo wart. Klnie okrutnie po żołniersku, impetyk, zdaje się, że ludzi porozbija i pokaleczy, a nikt się go nie boi, bo wiedzą, że to słomiany ogień, który buchnie tylko i zagaśnie. Ksiądz Ginwiłł, który ma wpływ na niego wielki, bo Pulikowski pobożny bardzo, ciągłym jest powiernikiem jego boleści, pocieszycielem i doradźcą, ale mu z głowy wybić nie potrafił ani podejrzliwości, ani tych impetów.
Kiedym przyszedł do stajni, uściskał mnie jako krewniaka, konia zalecił, zapewniając, że go sam wybrał, a potem poprowadził mnie z sobą do kwatery, którą nad stajniami zajmuje. Musiałem wysłuchać jego użaleń i opowiadań, i gdybym nie był przestrzeżony przez księdza Ginwiłła, jak o biednym Hończarewskim, nastraszył bym się może tej podejrzliwości biednego żołnierza, który tu żyje w ciągłym niepokoju ducha.
— To nie ma gadania, rzekł mi, że ludzie złoto szczere; on anioł pochmurny, — ona anioł promienisty, młody planetami, mosanie... Ks. Ginwiłł święty, apostoł... no! i Doroszeńko poczciwy; ale nie ma dworu bez intryg... Naprzykład ja, komu tu co winien? komu w drogę wchodzę? cicho siedzę na mojej górce, a co mam zgryzoty z tą czeladzią, tylko Bóg jeden wie... no! a patrz że intrygi są... Panna Jamuntówna mnie cierpieć nie może, wiem to, że chodzi z donosami do pani... Zbrzeski by mnie w łyżce wody utopił, Hończarewski im służy, to mnie, bo to warjat... jeśli nie udaje warjata! Słowem męki cierpię czyscowe... Choć ty mi bądź wiernym przyjacielem, mój Jasiu... a pilnuj się i miej oko, żebyś sobie także nieprzyjaciół nie zrobił, bo życie przeklniesz...
Nasłuchawszy się pana Pulikowskiego, powróciłem do pałacu, i zaczynam się lepiej rozpatrywać w tem co mnie otacza. Zdaje mi się po dawnym bycie moim, że gdzieindziejbym już nie chciał żyć i inaczej — tak tu swobodnie i dobrze ludziom, tak ci drodzy chorążstwo pilnują, by u nich wszystkim było swobodnie i do syta. Ale na ich twarzach, choć sama pani szczebiocze i krząta się, uśmiecha i żartuje, znać głęboki nieuleczony smutek. Ten starzec przygarbiony i milczący w nieustannym ruchu, a tak rzadko otwierający usta, blady, zagłębiony w sobie, przykre robi wrażenie. Chciałoby się mu coś poradzić, okupić sobą pociechę dla niego, a na to podobno nie ma sposobu: nie widziałem jeszcze uśmiechu na jego ustach. Wieczorami przed kolacją i po niej wszyscy się zbierają do pokojów, i on zwykle przybywa także. Na wielkim okrągłym stole przed panią stawiają lampę, przynoszą książki i gazety, i albo pani chorążyna, która mimo wieku ma oczy i głos dobry, albo panna Jamuntówna, panna Krystyna, ksiądz Ginwiłł, czytają głośno.
Mówią, że to jest jedyna rozrywka starego, który po cichutku przechadza się, staje niekiedy przy stole i słucha z wielką uwagą. Wczoraj kazano mi spróbować czytać, ażeby jakieś niby dać zajęcie, i nadspodziewanie moje, choć mi się w oczach ćmiło i głosu brakło, jakoś mi się udało. Chorąży widocznie był rad, że mnie wyraźniej słyszał, pan Aleksander rzekł potem: — Otoż już masz zajecie jedno... wyszukiwać co czytać i czytywać nam wieczorem, a piersi cię boleć nie będą? — Zapewniłem go, że mi to łatwo przychodzi, i żem w szkołach do tego przywyknął.
Czytaliśmy tego wieczora historję Jana Kazimierza, bo stary szczególniej poetów i historyków lubi; uważałem, że przy mowie króla, którą miał składając koronę, chorąży stanął bliżej stołu, wargi mu drżały, oczy pałały, i łza szklista zakręciła się w oku; ale ledwie się ona pokazała na powiece, zniknął żeby ją ukryć przed wszystkimi. Ja tylko może i chorążyna, która niespokojne rzuciła wejrzenie za odchodzącym, uważaliśmy dobywające się z niego uczucie które ta mowa wywołała.
Resztę wieczora wszyscy już byli pochmurni, a chorąży wyszedł po cichu wcześniej niż zwykle; nie śmiałem żadnej z tego powodu zrobić uwagi, ale księdzu Ginwiłłowi mówiłem, że możeby inny wybór przedmiotów dla starego zrobić wypadało, dy tak jest drażliwy.
— Dajno waść pokój, odpowiedział mi, intencja dobra, ale ty tu jeszcze nikogo nie znasz i nic nie wiesz... czasem się człowiekowi wypłakać potrzeba, i łza to dar Ojca niebieskiego, bo cierpienie bez niej duszę by wyjadło. Czytaj co znajdziesz na stole, później lepiej zmiarkujesz, co mówię. Chorąży potrzebuje karmić się przeszłością, bo dla niego pono teraźniejszości i jutra nie ma... jasno on widzi miecz Boży nad nami i znać rozumie, ileśmy nań zasłużyli. Wielka tam dusza w tej zimnej powłoce...
Trochę mi z tego powodu ksiądz Ginwiłł świat tutejszy objaśnił; a on tak mówi do serca, tak po prostu, że go się nasłuchać nie mogę. Zbliżyliśmy się do siebie od pierwszej owej mszy, do której mi służyć kazał; im więcej go poznaję, tem goręcej kocham... słodszego charakteru i wypogodzeńszej nie znam duszy, przesiąkł duchem Ewangelii i patrząc nań zdaje się, że z Apostołami chodził słowem miłości nawracać świat i wypędzać pogaństwo. On tu we dworze nauczycielem, doradźcą, powiernikiem, gołębiem z różczką oliwną, stróżem sumienia i przyjacielem wszystkich. Nie ma ktoby go nie kochał. Przypatruję się życiu jego i uwielbiam... jak on ludzi zna, jak do nich przemówić umie, jak ich kocha! Nie wystarcza mu miłości ku bliźnim, musi dla zapełnienia serca nawet ptastwo i źwierzęta, aż do najmniejszego robaczka miłować i opiekować się niemi.
Jak dzień, z pacierzami po ogródku lub w ulicy chodzi, a za nim w ślad gołębie jego, hodowane sroczki, karmione przezeń wróble i całe chmury przyjaciół skrzydlatych... a niechno się pokaże w ulicy, tam znowu z całego miasteczka psy które karmi, otaczają go i wloką się za nim.
Jeszcze go nikt zagniewanego nie widział, a gdy go co oburzy, nogą tupnie, splunie, ruszy ramionami i zawoła:
— Co bo to znowu jest! i zaraz spieszy naprawiać, co ktoś popsuł.
Odprawiwszy mszą, kij w rękę i po miasteczku, do swoich ubogich, do dzieci, którym obrazki rozdaje, katechizmu na ławce pod kasztanami siedząc całemi dniami uczy, karmi, odziewa i bawi się z niemi. Samem widział jak po skończonej nauce, rozdawszy jabłka i gruszki, które miał w kieszeniach, w piłkę z żaczkami swemi grał z taką ochotą, jakby jeszcze był studentem, i latawce im kleił. Dworek jego w wiecznem oblężeniu, a onby podobno i sutanny poczciwej nie miał, gdyby o nim chorążyna nie pamiętała. Grosza nigdy nie zatrzyma, a w miasteczku jak tylko zwąchają że pieniądze ma, póty go nachodzą, póki do ostatniego szeląga nie odda. I nadużywają go i kłamią mu, ale go to nie poprawia, bo się wstrzymać nie może i korci go pieniądz, pliki nie wysypie do grosza. Jest w miasteczku niepoprawiony pijaczyna, którego nazywają grenadjerem, ogromny chłop, okaleczony w wojsku, bo nogę stracił w tureckiej wojnie; ten tak umie zawsze kanonika podejść i rozczulić, że choć go zna, raz mu, nie mając już co, starą sutannę musiał oddać. Dowiedziawszy się, że ją przepił, i że żydek na szarafan jego poczciwe odzienie przerobił, ksiądz Ginwiłł w wielkiem oburzeniu zakazał by mu się grenadjer nie pokazywał więcej; ale gdzie tam! trzeciego dnia potem kanonik miał pieniądze, i kaleka przywlókł się zaraz nie zważając na pogróżki. Boki trzeba zrywać jak to pan Doroszeńko opowiada. Zobaczywszy przez okno grenadjera, kanonik zaczął nogą tupać i zawołał:
— Powiedźcie mu niech sobie idzie precz ten niezdara... bo mnie do passji przyprowadzi... i kijem go będę bił, a toż sutannę przepił i wiem o tem! wiem!
Posłał służącego aby mu to powiedział, a sam schował się do drugiego pokoju, ale nieustannie wyglądał przez okno niespokojny, czy grenadjer odszedł. — Ten ani myślał pójść i wprost okna stanąwszy, odpowiedział, że póty stać będzie, póki proboszcza nie przeprosi. Deszcz zaczął padać, kanonik chodził po izbie powtarzając:
— Niech moknie, niech moknie... niezdara jakiś!
Po kwandransie począł już inaczej, widząc upor grenadjera. — A to mu gotowo zaszkodzić, ten deszcz... stoi i stoi... odprawcież go...
Nareszcie widząc wytrwałość żołnierza wyszedł na ganek w strasznym niby gniewie, którego do progu nie dotrzymał.
Żołnierz, który go znał, zamiast się uniewinniać, wzdychał tylko i łzy ocierał.
— Obrazić takiego dobrodzieja, mówił z cicha... a! grzech wielki... winien jestem... pójść chyba i utopić się, jeśli mi ksiądz kanonik nie przebaczy...
— Patrz! niezdara! utopić się... w wódce!
Żołnierz przychylił mu się do nóg; ale że o kuli szło niezgrabnie, ksiądz się zląkł żeby nie upadł i nie skaleczył się, podniósł go i łajał po swojemu.
— E! to to! jakiś niezdara! dziecko moje! a godzi się to! a godzi! wstydź się.
— Księże proboszczu dobrodzieju wysłuchaj tylko! nakłoń ucha łaskawego... jam nic nie winien...
— Słyszycie! a moja sutanna na żydzie?
— A żyd to nie człowiek? rzekł żołnierz. Wszystko to fałsz co źli ludzie nagadali na mnie, nie przepiłem jako żywo, ale żyd pogorzelec nie miał czem plecu okryć, oddałem mu ją...
— O, kłamiesz już bratku!
— No to prawda, że przepiłem, zawołał grenadjer... przyznaję; ale czy to po chrześcjańsku księże kanoniku, tak być surowym? Gdyby nie ta wódka cóżby mnie już na świecie trzymało kalekę nieszczęśliwego!..
— Ale wódka cię zabija, człowiecze!
I tak rozbrojony kanonik, że deszcz lać począł, wziął grenadjera do domu, z godzinę mu dawał nauki, musiał w końcu nakarmić bo był głodny, i z jałmużną odprawił. Żołnierz nawet potrafił wymódz, że mu przed strawą kieliszek wódki nalał proboszcz... choć z razu się na to oburzył.
— A co to, ja jeszcze ci do pijaństwa pomagać będę?
— Ojcze, dobrodzieju... stary nałóg, jeden kieliszek, kropelka przed jedzeniem...
— Nie dam!... odzwyczaj się.
— Nie mogę od razu, i żołądek tak mam słaby, że jedzenia bez wódki nie wezmę...
— Nałóg! nałóg! — powtarzał kanonik, ale ulitowawszy się wreszcie, jak najmniejszy wybrał kieliszek i sam mu go nalał.
Kiedy tę całą historję przy nim opowiadał pan Doroszeńko, ujrzałem łzę w oku kanonika...
— Śmiejcie się, rzekł, śmiejcie... Bóg z wami! Czasem i pobłażyć i ulitować się potrzeba słabości ludzkiej, któż jej nie ma... od razu nie uleczysz, musisz powoli ją pokonywać, a grenadjer mniej teraz pije... Ot, gdybym był wymagał z razu żeby całkiem przestał, byłbym go od siebie odpędził na zawsze... dziś widzę już skutek, opamiętał się...
— Gdzie zaś, odparł pan Doroszeńko, pije okrutnie, wczoraj w rynku widziałem go śpiewającego Czumadrychę na całe gardło i wywijającego kijem nad żydziukami.
Kanonik ręką tylko machnął i poszedł.

16. sierpnia.

Jak mi tu dobrze! cóż kiedy myśląc o ojcu, o matce, o Andzi, o naszej chatce ubogiej, wstyd mi i żal, że sam używam, podzielić się z niemi nie mogąc... a tam moja matuchna kochana wzdycha nad pracą, która jej drżące ręce wysila, ojciec uznojony powraca wieczorem, Andzia marnieje w troskach codziennych... Chorążyna kazała mi opisywać sobie nasze gospodarstwo, i gdym jej opowiadał, widziałem że szukając kłębuszka rozpłakała się... bo nie miała pojęcia, żeby ojciec w tak bardzo ubogim był stanie, a często nawet nie pewien powszedniego chleba...
— A nic od nikogo przyjąć nie chce, — rzekła poruszając głową, — pięknie to zaprawdę; ale jakoś nie po chrześcjańsku mieć tyle dumy i tak w poczciwe serca nie wierzyć. Ale już ja o znam, całe życie był taki...
Nigdybym nie śmiał przed kim innym rozwodzić się z drobnostkami, które nas tylko obchodzić mogą, a których taka pani jak ona, wychowana w dostatkach i pojąćby nie potrafiła; ale ona zgaduje sercem, a tak umie się w położenie cudze wcielić, że się człowiek mimo woli do dna wygada. Znać, że było zadaniem ich życia zespolenie się takie z ludźmi i wchodzenie we wszelkie położenia, pojmuje od razu wszystko, umie obrachować następstwa, zgaduje uczucia... a tak zna ludzi!
Nareszcie pan Aleksander dał mi robotę, ale wstyd powiedzieć, więcej zabawkę; wprowadził mnie do biblioteki pałacowej, oddał od niej klucz i powierzył jej zarząd, spisanie katalogu, dopilnowanie całości.
— Oprócz tego, rzekł, czasem cię użyję do listów, wieczorami czytywać nam będziesz, a żebyś wiedział jak się urządzić, w imieniu ojca naznaczam początkowo trzy tysiące... rocznie, to ci powinno wystarczyć.
— To zanadto! zawołałem, zmiłuj się pan nie psuj mnie swoją dobrocią! — cóż ja z temi pieniędzmi robić będę! Uśmiechnął się. — Użyj ich jak chcesz, rzekł, to zwykła była u nas pensyjka bibliotekarza, a od śmierci poczciwego Żarny nie mamy go... i bardzo nam z tem źle...
Nie wiedziałem jak dziękować, ale mnie i strach brał, czy podołam temu; musiałem więc szczerze się wyspowiadać od razu.
— Nie wiem, rzekłem, czy ja tu potrafię spełnić mój obowiązek należycie... obawiam się.
— Niczego się nie lękaj; do biblioteki dodaje ci się stary Mateusz, który był ciągle przy Żarnie i wie jak się obejść z książkami, czyta, czyta nawet trochę, wie gdzie co leży, pokaże ci. Zresztą, zbiór cały w najlepszym porządku, należy tylko oswoić się z nim i katalogi podopełniać nowo przybyłemi dziełami. Przeczytasz parę dzieł o bibliografii i nauczysz się; jest to obowiązek ważny, któren możemy powierzyć tylko człowiekowi sumiennemu i zasługującemu na ufność naszą; dla tego rodzice moi ciebie panie Janie obrali na to. Nie zaszkodzi ci też, że zmuszony niejako ciągle mieć książki w ręku, czytać będziesz więcej, i swoją pracą wychowanie niedokończone uzupełnisz... Zresztą w wątpliwych rzeczach zawsze ci chętnie radą usłużę.
Tak tedy uroczyście zostałem mianowany bibliotekarzem i lektorem. Stary Mateusz, w długiej kapocie po pięty i okularach na nosie, przyszedł mi się zameldować, oddano mi klucze i katalogi; całe dnie spędzam na górze, obeznając się z temi skarbami, do których przystęp mam wolny. Biblioteka mieści się w jednej wielkiej piętrowej z galerją sali, w skrzydle przy pałacu, i w ślicznym ją znalazłem porządku. Poprzednik mój miał w niej zamiłowanie i nie wiele mi do roboty zostawił. Zbiór ten znać troskliwie od lat kilkuset pomnażany, a nie strwoniony ani razu, zawiera w sobie istotne skarby, jakich pojęcia nie miałem; przepyszne księgi, rzadkości i tyle tego, że gdyby obszerniej się rozłożyć można, dwie takie sale zajęłyby napchane tu książki. Stary Mateusz jest mi wielką pomocą, i rozpowiadając o Żarnie, bawi mnie i uczy. Kocha on te książki, których nie czyta i przywiązał się do nich, znając każdą z okładek, wiedząc wiele które dzieło ma tomów, bo je sam przesusza i oczyszcza. Mole i myszy, wielcy jego nieprzyjaciele, spać mu i spocząć nie dają. Stawi polapki, wynajduje coraz pewniejsze środki przeciw robactwu, i tak jest temu oddany, że całe dnie zasadzki robi na jednę biedną zabłąkaną w bibliotece myszkę. Często wlatuje do mnie zaperzony cały z doniesieniem, że na pyle rozpoznał ślady chodzących myszy, lub przynosząc przedziurawioną przez mola okładkę.
— Te mole do grobu mnie zaprowadzą! powiada... na wszystko jest sposób, a na nie żadnego... już zdaje się śpię spokojnie... nie ma ani jednego, wygubiłem z kretesem, patrz! z zimy wezmę książkę, djabli ich napłodzili za okładką, a jak jeden jest... bywaj zdrów! będą tysiące... Obiecałem mu że się zajmę z nim razem formalną wyprawą przeciwko molom.
— W starych oprawach jakoś to się nie trzyma, — dodaje — ale które tylko Icek oprawiał, pełno... to jak do człowieka, — powiada z zabobonną wiarą — po jednym nie ma robactwa, drugi gdzie się dotknie, to go naprowadzi.
Z mieszkania mojego trzy kroki do biblioteki tylko... wziąłem się sumiennie do obowiązku i siedzę tu niemal dzień cały, a Mateusz rad mi bardzo dotrzymuje placu, opowiadając o nieboszczyku Żarnie, jego fantazjach, obznajamia z pólkami, posługuje czasem nie bardzo zgrabnie, ale zawsze serdecznie. Czuję, że polubię moje zajęcie i ten cmentarz myśli, który żywego człowieka myśl wskrzesza... Gdym przyszedł do pokojów po oddaniu mi klucza przez pana Aleksandra, wszyscy na mnie patrzali, jakby wybadać chcieli czym z nowego położenia mego rad, a chorążyna po obiedzie wziąwszy na bok — spytała: — a co kochanie? powiedz mi szczerze czy ci to po myśli; młody jesteś, potrzebujesz ruchu, możebyś się nie rad zakopywać z książkami? szczerze? szczerze?
Ale po twarzy mojej poznać mogła, żem był szczęśliwy, i sama spojrzawszy na mnie — rzekła: — no, to chwała Bogu!
Miałem także nauczkę od księdza Ginwiłła, który po obiedzie poszedł ze mną do ogrodu.

— Słuchaj-no chłopcze — rzekł — zrobili cię bibliotekarzem; niechaj-że słowo, które ci z dobrego i życzliwego serca powiem, nie pójdzie z wiatrem. Miałbym na sumieniu, gdybym cię nie przestrzegł. Jesteś jak aptekarz, który lekarstwa i truciznę ma w ręku, możesz dać sobie zdrowie, ale i zabić się łatwo... książki są złe i dobre i czytać je umieć trzeba, wątpię żebyś o tem wiedział. Niech cię próżna ciekawość nie prowadzi do złych i płochych książek; gorsze one niż żadne, żywy człowiek nie zgorszy tak jak ta martwa pleśń zepsucia; nie rwij się do złego a nędznego, zaczynaj od zdrowych pokarmów, nie czytaj bez wyboru, i nie zabawiaj się czytaniem. Wiele ludzi poginęło na duszy nierozważnie okarmiając się strawą, której sobie wybrać nie umieli... nie porywaj się do tego co zaciekawia i draźni, do niezrozumiałego, do fantazyjnego, pocznij od łatwych a poczciwych rzeczy. Nie jedna książka jako pomnik jest ważną, maluje czs, pojęcia, a przecież nie zdrową być może do czytania... trzeba ją chować, ale wiedzieć komu dać czytać. Wiara jest darem bożym, sprawą łaski; kto ją ma a narazi się na jej stratę, grzeszy przeciw Duchowi Świętemu, i nie łatwo odzyska... pamiętajże chłopcze, radź się, a namiętnością i w nauce nie kieruj... szyderstwa strzeż się, dowcipowi nie dowierzaj; to co cię rozpłacze nie zepsuje nigdy, co rozśmiesza, często.

18. sierpnia.

Gdyby świat wszystek był jak oni, jakże żyć na nim byłoby lekko i wesoło. — Zapewne skutkiem dobroci państwa, to co ich otacza tak poczciwe, łagodne i pokory a miłości pełne, bo duch ich rozpromienia się, roztapia lody, łamie egoizmy, zniewala, poprawia, oczyszcza, podnosi. Ja sam, od czasu jak wstąpiłem na tę ziemię błogosławioną, czuję żem wielu złych popędów się pozbył, i jakoś w zaczarowanem tem kole złagodniał i wydobrzał. Nie wszyscy i tu aniołowie, ale przynajmniej nienawiść, zazdrość, sobkostwo, te tak niechrześcjańskie grzechy znikły, i jeśli są, kryją się i wstydzą siebie. Poznaję ich lepiej i zdumiewam się; może inaczej otoczeni, w innem społeczeństwie ciż sami ludzie przekształciliby się, i takimi by być nie potrafili; tu jedna cnota rozgrzewa i rozbudza, pociąga, nawraca i ulepsza. Szczęśliwy, kto mając taką siłę, potrafi jej użyć śmiało i przykładem swym rozszerzy koło czynności, koło zasługi. Dziś zły, przewrotny, nienawistnych usposobień człowiek, wyżyćby tu nie potrafił, uciekłby lub powoli odmienić musiał. A jednak nikt tu nie działa siłą, przemocą i grozą, ale jak ksiądz Ginwiłł powiada, orężem Chrystusowym zapomnianym, miłością ewangieliczną, pobłażaniem, cierpliwością, pokorą. Nie ma tu różnic, jakie gdzieindziej w formy towarzyskie wkłada stara klasyfikacja społeczna, wszyscy zdają się rodziną, braćmi; nie odejmuje poufałość przyzwoita i poszanowanie godności człowieczej, szacunku jaki należy starszym, jaki się wydziela cnocie, ale też ozłocony spekulant, przyjeżdżający tu z tytulikiem, zdziwiłby się może, bo by mu tutaj prócz szczerej gościnności, nikt honorów nadzwyczajnych nie oddawał.
Widzę ze smutkiem, żem wpadł w wyjątkowe towarzystwo, w fenomenalne zjawisko, w ideały, i chociem szczęśliwy, smutno mi na wspomnienie, że z tego ogrzanego zakątka wyjść później na zimny świat może być bardzo przykro, bardzo ciężko!
Wczoraj wieczorem, po czytaniu, że księżyc ślicznie świecił i wieczór był cudny, odprowadzałem pana Doroszeńkę do jego mieszkania, i zagadałem się z nim co mi w korzyść poszło, bo trochę na smutek, jaki się czuje w duszy gospodarzy, oczy mi otworzył... matka i ojciec jednego mając syna trwożą się o swój skarb, widzą z przestrachem upływające lata, uciekającą młodość jego, radziby mu dać szczęście, rodzinę, dom, przyszłość, a pan Aleksander potrząsa głową i żenić się nie chce; pozwoliliby mu pewnie wziąść za żonę każdą kobietę, do której-by serce skierował, bo pewni są że złego nie zrobi wyboru; cóż kiedy to serce przemówić nie chce. Domyślają się ludzie, że musiał zostawić za sobą może jaką miłość młodzieńczą, może jaki grób, któremu poprzysiągł wierność, i niepokoją tym chłodem, bo go i pojąć trudno.
Ja codzień widując pana Aleksandra, całego, mogę powiedzieć, nie znam jeszcze, tylko ze strony dobroci i łagodności niewyczerpanej, najwięcej z opowiadań Doroszeńki i księdza Ginwiłła, bo ci i cały dwór patrzą nań jak w tęczę i czytać by radzi na czole, co się tam w tej zamkniętej dzieje duszy. Mówią że żywym był bardzo i wesołym za młodu, ognistą miał naturę, z nią jeszcze ze szkół powrócił, z nią do Wilna pojechał, ale jej nazad nie przywiózł. Drudzy przypisują jego powolną melancholją i smutek wpływowi ojca, na którego patrzy, i jego boleścią się przejmuje, zaradzić na nią nie mogąc. Matka, krewni, my wszyscy tak chodzimy koło niego, tak go pieścim, że innyby się popsuć mógł i zmięknąć, ale nie on. Jest w tym człowieku hart duszy niepospolity, który nie dopuszcza zewnętrznych wpływów, jest coś charakteru ojcowskiego... kto wie co nań podziałało za młodu i uczyniło tak zimnym, tak obojętnym na przyszłość? ojciec od czasów sejmu Grodzieńskiego chodzi jak zabity, może podobne wrażenie moralne wywiózł syn z Wilna? tak utrzymuje ksiądz Ginwiłł, który powiada, że o żadnych miłostkach nie wie, a gdyby były, cośby się z nich na wierzch wybiło, bo tu tajemnic nie ma. I dla czegożby miał się ukrywać z poczciwą łzą? człowiek ten złamany czem innem, dźwiga się przecie, żyje, pracuje nad sobą by zniewolić do działania, by czasem radość okazać, ale w głębi nic go nie zajmuję i nie bawi, udaje tylko, powiada Doroszeńko, pasję do polowania dla tego, że z nią może często być samotnym, i rodzice widząc go niby zajętym nią, cieszą się, że ma w czemś upodobanie i przyjemność. W istocie i to dla niego obojętnem, jeździ, strzela, ale raz za dom się wyrwawszy, nie ma żyłki myśliwskiej... dopiero opowiadając rodzicom, zdaje się ją odzyskiwać. Wprost pobożne kłamstwo. Uchodzi jednak za myśliwca pan Aleksander; ja z książek które bierze w bibliotece po trosze wnioskuję o charakterze... wszystko to rzeczy poważne, najwięcej historja i prawo, rzadziej poezja i lżejsza literatura. Czyta wiele i prędko, załamuje karty, znaczy, znać pracuje i całą duszą chwyta przedmiot który studjuje.
Ale że pan Aleksander wszystkich najżywiej obchodzi, każdy ma jakąś teorją, którą sobie zrobił, i nią go tłómaczy. Ksiądz Ginwiłł przypisuje ojcu, atmosferze tutejszej, zresztą jakiejś tajemnicy zmianę swego dawnego ucznia, którego nie poznaje; Doroszeńko powiada, że brak zajęcia i wrażeń odjął mu ochotę do wszystkiego, oba wotują za jaką podróżą i radziby królewica jak w bajce w daleki kraj wysłać po zaczarowaną królewnę; kapitan Zbrzeski przysięga, że w tem jest jakaś ukryta miłostka stara... Pulikowski widzi intrygę, Hończarewski przeczucie skończenia świata, panna Jamuntówna wzdycha i nic nie mówi, ale kabałę kładnie....
Matka modli się... ojciec patrzy i czasem łza mu prześliźnie się przez oczy, ale z nią ucieka...
Ja nie wiem czego ci ludzie tak się lękają? pan Aleksander nie jest jeszcze tak stary, nie doszedł lat czterdziestu, w sile wieku i dojrzałości, pracuje, nie ma dziwacznej mizantropji, nie chowa się od ludzi, serce w sobie zachował anielskie, czyżby już przyszłość dlań zamkniętą być miała?
— A co mi z tego, powiedział Doroszeńko, gdyśmy o tem rozprawiali, że się w końcu dla przyjemności rodziców ożeni, kiedy serce jego nie przemówi? co to mi za szczęście będzie? zamknięty w sobie, zobojętniały, nie pozna co ziemia ma najpiękniejszego...
Ksiądz Ginwiłł się oburzył. — Co waćpan pleciesz! co pleciesz człowiecze! Wam zawsze w głowie romansowa miłość nie Chrystusowa... niech się tylko z poczciwą kobietą ożeni, a wszystko będzie dobrze.
— Przyznam się księdzu kanonikowi, przerwał kapitan Zbrzeski, że tak dla powiększenia rodziny z obowiązku się żenić, to chyba można gdyby dwoje było na świecie, ale inaczej...
— A że się waści, choć włos szpakowaty, po głowie uwija ni to ni owo! chcesz żeby cały świat szalał?
— Gdzie włos szpakowaty! zakrzyknął Zbrzeski zagniewany i skręcił rozmowę, — u mnie?
— No, a przejrzyj-że no się w zwierciedle, — odparł kanonik śmiejąc się...
Ale nie ma dnia, żeby o tem narady nie było, a chorążyna z poufalszemi ciągle słyszę wzdycha i prosi: — moi dobrodzieje ożeńcie mi Olesia.
— Jak pana Boga kocham, powiada Zbrzeski, jabym mu dziedziczkę Samarkandy i Golkondy przywiózł, gdyby zażądał, a cóż my winni że nie chce? niech tylko JW. państwo namówią do ożenienia, niech się pokocha, niech się uśmiechnie, a już będziemy skakać i szyje kręcić, a taki go ożenimy — choćby pannę wykradać przyszło zbrojną ręką...
— Weźcie go asanowie po sąsiedztwie; są słyszałam domy godne i dalej, których nie znamy, i tu w okolicy znajome panny; czemu nie szukacie pretekstu, żeby zajechał, zbliżył się, poznał... bo widzicie moi drodzy — dodaje chorążyna — my starzy oboje, a ja pewna jestem, że jak się za nas nie ożeni, to nigdy! cóż za przyszłość! Zła żona lepsza od żadnej....
— Wieleby to o tem mówić, miał jakoby raz odpowiedzieć ksiądz Ginwiłł.
Tu gdzie najmniejsze pragnienie chorążstwa staje się rozkazem, a wszyscy na wyprzódki lecą, żeby je spełnić, można miarkować jakby chciano chorążynie dogodzić; ale dotąd próżno pan Aleksander jeździł po sąsiedztwie, i próżno sąsiedztwo spraszają do Borowej... gdy rodzice mówią o tem, pan Aleksander odzywa się zawsze:
— Jeszcze czas, jeszcze czas... proszę mi to zostawić...
Zdaje mi się, że chorążyna daleką kuzynkę, synowicę panny Jamuntównej, sprowadziła do domu w tej myśli, słysząc o jej piękności, że może Oleś pokocha codzień ją widując, przywyknie przynajmniej... ale on ją traktuje jak dziecko i wszyscy tu mówią, że żadnego na nim nie zrobiła wrażenia.

20. sierpnia.

Pomiarkowawszy, że pieniądze dane mi przez pana Aleksandra na nic mi tu nie są potrzebne, bo wszystko mam czego dusza zapragnie, a trochę porządniejszą odzież od święta jużem sobie sprawił, wysłałem je wczoraj z listem do ojca, prosząc żeby ich użyli dla siebie. Rad jestem, że przy tej zręczności wiadomość o nich mieć będę, bo mi tamto ciężkie życie często się we snach przypomina i widzę ojca schylonego nad zagonem, ostatkiem sił pracującego na chleb razowy, matkę wzdychającą po cichu, Andzię wypatrującą promyka słonecznego, chatkę pochyloną, chude woliki nasze, i czuję że oni tam także o mnie niespokojni być muszą, gdy mnie tu aż nadto dobrze, aż mi wstyd żem swobodny i szczęśliwy.
W przeszłą niedzielę odpust mieliśmy w Borowej, i pobożnych zjechało się mnóstwo; ksiądz Ginwiłł użył mnie w wilją do przystrojenia kościoła, któryśmy ubrali w jesienne kwiaty, w wazony z oranżerji, i wyglądał prześlicznie. Całe sąsiedztwo mogłem widzieć tą razą, bo prawie wszyscy byli na obiedzie w pałacu, a choć każdej niedzieli bywa dosyć, teraz na mil pięć każdy dla odpustu przybył, i każdego najuprzejmiej przyjmowali chorążstwo.
Miałbym co pisać, gdybym chciał pozbierać moje wspomnienia, taka tu była rozmaitość postaci i tyle różnych ludzi, począwszy od ubogiego szlachetki na kilku chatach, do dziedzica wsi kilku. Chorążstwo są kochani i cenić ich umieją wszyscy; poznać to było łatwo po twarzach z jakiemi dawniej niewidziani przystępowali do nich. Chorążyna szczególniej od rana była zajęta przygotowaniem przyjęcia, nabożeństwem, potem kochanemi gośćmi, między którymi nie było różnicy; każdy z uśmiechem witany w progu, przyjęty był serdecznie, każdego rozpytywano o rodzinę, gospodarstwo, powodzenie, i dzień zszedł bardzo wesoło. Nawet pan chorąży dla gości trochę wyszedł z zadumy i milczenia, zmuszał się do przemówienia słów kilku i jakiegoś uśmiechu, który z podziwieniem oglądałem na bladej jego twarzy. Na cmentarzu, po summie, chorążyna od jednego do drugiego chodziła zapraszając i nie pominęła najbiedniejszego, a po staremu, jak skoro gość, każdy tu był równy, wszyscy u jednego siedli stołu, braterską gromadką. My domowi, szczególniej kapitan Zbrzeski, Doroszeńko, ja nawet, ksiądz kanonik, wyręczaliśmy gospodarzy zabawiając, sadowiąc gości naszych. Mnie ten tłum zabawiał, a nie sądzę żeby inni nie byli mu radzi. Kapitan latał za najmłodszemi panienkami, Doroszeńko układał polowania, a że zbiory pokończone, powszechna rozmowa toczyła się o gospodarstwie. Hończarewski tylko był smutny jak zawsze, póki sobie nie dobrał towarzysza, z którymby o Apokalipsie mógł rozprawiać, zamknąwszy przed proboszczem, pilnującym aby nie bredził, a pan Pulikowski oglądał się wyszukując ktoby na niego koso spojrzał. Wyspowiadał mi się po kilku kieliszkach węgierskiego, że największe ma podejrzenie na pannę Jamuntównę, jakoby ta szkodzić mu miała upatrując w niej poprzysiężoną nieprzyjaciółkę, z powodu jak utrzymuje, że się z nią żenić nie chciał. Chorążyna była przy swym wieku zdumiewającą dla mnie, cały dzień chodziła od jednego do drugiego, rozpytywała, sadzała, karmiła, bawiła, niezmordowana, z uśmiechem na ustach i taką swobodą umysłu, jakby nic na sercu nie miała. Niekiedy tylko ukradkiem śledziła syna, czy też w tem licznem towarzystwie nie ożywi się i nie przybliży do kogo. Inni dworscy także za nim chodzili oczyma, ale ja nie postrzegłem nic, oprócz największej grzeczności i przybranego na ten dzień humoru.
Było u stołu osób ze sześćdziesiąt... niektórzy się porozjeżdżali zaraz do domów; bliżsi sąsiedzi zostali na nieszpory uroczyste, kilka osób było na wieczerzy, i jużeśmy nie czytali, a czas upłynął na rozmowach...
Z pałacu, jeszcze poufalszych do siebie zaprosił na herbatę i kieliszek wina Doroszeńko i mnie dla bawienia kompanii być kazał. Dostał mi się w podziale poczciwy człowieczysko, pan Adam Bundrys, najbliższy sąsiad Borowej, dziedzic Romaszówki i Horkowicz, któregobym nie wiedział czem zająć, gdyby sam niezmordowanie o polowaniach nie gadał, tak że dosyć mi było cierpliwie słuchać. Szlachcic prosty, rubaszny, twarz czerwona, wąs spuścisty, głowa łysa, mały i pękaty, widać z kościami poczciwy, ale jak mój ojciec, czujący się najszczęśliwszym u siebie i między bracią, a w pałacu nawet u chorążstwa nie na miejscu.
Pierwszy to człowiek, który zdaje mi się na naszych drogich panach poznać się nie umiał; wie on ich dobrą stronę, kocha nawet, a boi się.
— Widzisz waść, jak się zowie — począł do mnie po cichu, gdy mu węgrzyn języka rozwiązał — to panowie... ja ich znam: święci ludzie, ale grzech pierworodny we krwi, jak się zowie... jest!
— Panie sędzio — odpowiedziałem — wiem, że o drugich takich trudno podobno na świecie — jest-że w ich obejściu cokolwiek coby dumą trąciło, coby upokarzało? całem życiem zdają się prosić o przebaczenie, że im Bóg dał więcej niż drugim, a tem co mają jak się dzielą, ja wiem najlepiej. I łza mi się w oku zakręciła.
— Mój ojciec — dodałem — ubogi zagonowy szlachcic, a gdybyś go pan widział, jakiem sercem i po familijnemu go przyjmują, choć bardzo dalecy jesteśmy krewni — zresztą to co uczynili dla mnie, dało mi ich poznać lepiej — nie mówmy o tem.
— Albo to ja tego wszystkiego nie wiem — zawołał Bundrys żywo — co mi to, jak się zowie, nowinę powiadasz; ojca waścinego znam dobrze a ich jeszcze lepiej. Chorążynę bym żywą kanonizował, chorążego czczę i wielbię, pan Aleksander człowiek jakich mało, a taki gdzieś tam w nich siedzi ten grzech pierworodny i kiedyś się odezwie.
— A w nas szlachcie? — spytałem — nie takiż sam grzech upatrzy chłopek?
— No! to może być — rzekł Bundrys, wszyscyśmy ludzie, ale ja się pana boję, jak konia, o którym nigdy nie wiem, kiedy mu przyjdzie fantazja wierzgnąć i głowę mi rozkrwawić. Oni, bo widzisz asan, jak się zowie... choć ich chrzest Chrystusów obmyje i połączy z społeczeństwem jednem, zawsze po troszę chcą przodkować i rządzić... zawsze im w głowie, że kiedyś byli pastuchami, a my bydłem...
Ot ten, ten — dodał, — na jednej wiosce szlachciurka, że nosi imię podobne do pańskiego, widziałeś go dziś rano, wszystkich nas nazywa demokrady (demokraty) — a ja mu za to skomponowałem, że oni a reszta graty (arystokraty) a co?? nie dobrze? hę?
I rozśmiał się serdecznie stary ze swego konceptu, poglądając na mnie.
— Ba! dodał — żeby to jeszcze panowie byli podobni do Jamuutów, darowałbym im; ale to wyjątek, a zamiast ich naśladować, tak na nich patrzą jakby krzywdę robili imieniowi i ich klice... Nie zajrzy tu żaden, chyba żeby z nich grosza wyciągnąć — a wspomnieć im Jamuntów, nosami kręcą jakby ich co nieprzyjemnego zaszło. Koniec końcem, kawalerze, choć święci, ja ci powiadam, bądź ostrożny, łaska pańska na pstrym koniu jeździ...
Ale, ale, — dodał — u mnie we wtorek wielkie polowanie, prosiłem pana Aleksandra, przyjedźże i waść z Doroszeńką...
Pytałem później porucznika, co pan sędzia może mieć przeciwko państwu, że i im nie wierzy i w ogólnym wstręcie dla wszystkich, a reszta gratów mieści, ale się rozśmiał ze mnie.
— Zachciałeś — rzekł — dziwak stary, duma w nim gra, znamy go z tej strony; najpoczciwszy z ludzi, ale już się z tem urodził i z tą łysinką zginie, że ma jakąś ansę do panów. Czasem przy stole, tu u nas, w oczy chorążynie i chorążemu zaczyna swoją chryję i prawi im toż samo, a oni się śmieją tylko. Ale niechże największy nieprzyjaciel, najdumniejszy z owych a reszta gratów, zaboli i jęknie, pierwszy sędzia w pomoc mu przyjdzie po chrześcjańsku i zapomni o swojej nienawiści, która u niego jest tylko fantazją szlachecką. Wszyscy my go tu kochamy i umyślnie nie raz obroną magnatów trochę mu krwi napsujemy. Nikt nie ma takiego zbioru anegdot o przemocy panów, o ucisku jaki wywierali, o spodleniu szlachty, jak on... Prawda, że stosunków też z niemi unika i w jednej Borowej bywa, a raz gdy w ganku dowiedział się, że hrabia P.... krewny chorążstwa przyjechał do nich na dni kilka, kazał nie wysiadając zawrócić, i na pokoje wejść nie chciał. Poszedł do księdza Ginwiłła, przed którym się wyspowiadał z tej nienawiści, ksiądz go zburczał surowo, ale to nic nie pomogło.
— Duma w waści — powiada kanonik zawsze — pokory chrześcjańskiej za grosz, zazdrość zła... tak! tak! Albośmy to nie bracia wszyscy, a że starsi czasem się nam nie udają i chcą imponować, żałować ich nie złorzeczyć, poprawiać nie uciekać, nawracać nie gardzić! A waćpan to nie jesteś po swojemu arystokrata przez to samo co czynisz? a nie popychasz tak samo żyda że żyd, chłopa że cham, i tym podobnie niezważając że i to bracia? a waćpan to nie grzeszysz? Myśmy zgodni i sercem połączeni być powinni, a nie wyszukiwać powodów do nienawiści i rozróżnień.
Ale sędziego Bundrysa już nikt nie przerobi podobno; to szczęście, że przy tym bziku serce dobre i charakter rzadkiej szlachetności, a cała rzecz kończy się na gawędzie i dowcipkowaniu, do których nawykł.
We wtorek tedy ruszyliśmy zaproszeni wszyscy do Romaszówki i to do dnia, pan Aleksander z Doroszeńką na jednym wózku, kapitan Zbrzeski ze mną, Pulikowski także z którymś z dworskich; a uważałem, że przez nadzwyczajną delikatność, chorążyc jak najskromniej się wybrał, aby szlachcicowi niczem to nieszczęsne państwo w oczy nie biło.
W Romaszówce dwór stary ogromny drewniany, porządnie utrzymany choć dach słomą kryty, żadnego występu i nic dla oka, ale że to odwieczna sadyba Bundrysów, sady cieniste, lipowe szpalery i aleje, gaj też za ogrodem, a czysto i starannie w każdym kątku, miłe to robi wrażenie. Sędzia starał się widać żeby nic dawnego obyczaju w zabudowaniach gwoli nowej modzie nie zmienić: na środku dziedzińca staroświecki jeszcze króluje piątrowy sernik, na prawo lamus, z galerją na słupach rzeźbionych opartą, dalej świronek nasz litewski, a tuż i stodoły, odryny, klunie, szopki. — We dworze też znać od lat stu na włos nic się nie zmieniło: sień jak stodoła ogromna a w niej pełno harapów, trąbek, torb i myśliwskiego przyboru, nawet zwierzyny świeżo ubitej na kółkach; w pokojach sprzęt nie politurowany, okryty perkalikami i włosieniem, biurka stare gdańskie, zegar w szafce pomalowanej w kwiaty, obrazy czarne od okopcenia otoczone wiankami i palmami.
Choć to było bardzo rano, sędzia czekając nas kazał już nakryć do śniadania po litewsku sutego i stół zastaliśmy pełen wędliny, serów, nalewek, wódek, słodyczy, a rad czy nie rad każdy jeść musiał, gdy dwie przystrojone dzieweczki wniosły bigos, rosół i zrazy. Służącego jednego tylko trzyma sędzia, bo męzką usługę ma już za arystokracją, i brzydzi się lokajem obawiając u niego herbowych guzików. Wszyscy byliśmy w najlepszym humorze, nawet pan Aleksander, który zajadał śniadanie na pociechę Bundrysa, i uśmiechał się na jego żarciki. Z rosą jeszcze ruszyliśmy do kniei, dokąd dawno już poszły obławy, pojechali strzelcy nasi i Romaszowiccy. Byłem w niemałym kłopocie z moją strzelbą, z którą się zaledwie obejść umiałem, bom ją podobno drugi czy trzeci raz w życiu w rękach trzymał... naśmieli się też ze mnie jako z nowicjusza, podrwiwając, że będę z książki strzelał i po łacinie polował. Mnie śliczny ranek, gwar ten wesoły, humor dobry i jesienne widoki najwięcej cieszyły, i dawałem z ochotą bawić się sobą.
Gdy przyszło rozstawiać, sędzia mnie jako gościowi przy sobie i chorążycu miejsce naznaczył, ogólne wskazując prawidła, żebym w głąb kniei się nie puszczał, nie ruszał się, nie gadał, psa, i człowieka strzegł się postrzelić. Po cichutku ścieżką ledwie znaczną rozprowadzeni stanęliśmy a ja przy pniaku sparłszy się na strzelbie mogłem myślom puścić wodze, prawie pewien będąc, że na mnie nic nie wyjdzie. Polowanie ma swój urok i przyjemność — nie rozumiem głupiego sportu anglików, którzy gotowi w lochach polować na szczury byle polewać; ale w lasach tych ślicznych, pod niebem pogodnem, w piękny dzień jesieni, myślistwo jest uczciwą zabawą, do której w sobie czuję żyłkę. Ostatnie to przypomnienie nie tych czasów, kiedy ono jeszcze było niemal koniecznością i człowiek żeby kawałka mięsa dostać, musiał się sam o nie starać.
Stałem tak nieruchomy w błogiem jakiemś zadumieniu, przypatrując się głębi lasu w najpiękniejsze czerwone i żółte liście ubranej, gdy mi si coś szarego mignęło, dwa ciche: — pilnuj! dały się słyszeć obok, zachrzęszczały gałęzie, strzał się rozległ krótki i urwany, i z między krzaków naprzeciw pana Bundrysa poskoczyła ogromna wilczyca, zaszczekała, parę razy chwyciła się za bok raniony, i juchą brocząc poschłe trawy na ziemię upadla. Myśliwi poprzybiegali natychmiast ze swoich stanowisk, aby nieprzyjaciela obalonego oglądać, nad którym stał, czyszcąc fuzję drżącemi rękami pan sędzia, gładził wąsa i urywanemi słowy przez klak, który trzymał w ustach, opowiadał nam, jak ubił matkę.
— Otóż to mości dobrodzieju, jak się zowie, mówił do mnie i pana Aleksandra, pośpieszającego z innemi ku niemu — prawdziwie szczęśliwe polowanie. Jejmość leży... teraz wilczęta już nasze, pobijemy je do jednego, matkę im wziąwszy i tylko mi żal, że się to któremu z gości nie dostało. A czemuż waćpan nie strzelał? — spytał mnie; wszak szła na strzał do ciebie... i musiałeś ją widzieć!
Przyznać się mi było trzeba, że zamyślony gdym coś szarego zobaczył, niemogąc między krzakami rozpoznać, nim fuzję porwałem, już wilczyca była znikła.
— Fryc mospanie! — zawołał Bundrys — a byłbyś się mógł pochwalić, że na pierwszy strzał dostałeś matedorę...
— Strzał mój był celny — dodał oglądając się — nieprawdaż?... jak się zowie... dobrze miałem na knieje wyrapione oczy, kiedyście mi pilnuj! zawołali: patrzę... mignęło tylko coś między brzeziną a temi błotami nad łużkiem sunie bestja języka wywaliwszy, stanęła, ogląda się a potem jak da susa, a ja ją wziąwszy pod łopatkę jak trzepnę... i wywróciła się... Jednakże, jak się zowie, jeszcze kilkanaście kroków zrobiła chwyciwszy się za bok, aż sobie natargała sierci, i dopiero jak się z niej jucha lać poczęła, upadła tarzając się... Ot tobie za moje barany i cielęta moich chłopków, jejmościuniu...
— Śliczny strzał, kochany sąsiedzie — dodał pan Aleksander, przybliżając się do wilczycy, która już wyciągnięta, martwa u nóg naszych leżała.
— Było tam później kilka strzałów na linii: niech no się dowiemy od strzelców z jakim skutkiem; wypadnie tedy pomyśleć, gdzie jeszcze i którą knieję zająć, może się jeszcze poszczęści; w polowaniu jak w życiu, póki idzie, jak się nie powodzi, to darmo upierać, jak się zowie, a łyka drzeć póki się dadzą.
— Prawda! — powiedzieliśmy mu wszyscy.
Bundrys wciąż ust nie zamykał.
— Powiesz mi pan dobrodziej, że to przesądy dodał — bo wszystko teraz przesądy u was, ale ja wyjeżdżając z domu dobrą miałem otuchę: psy się tarzały, żadna stara baba z wiadrem nie przeszła nam drogi, wszystko się kleiło, nawet hetman pański, obrócił się do pana Aleksandra, mój ty królewiczu Borowski — pan Doroszeńko głos mitygował i pofolgował despotyzmowi swemu, jak się zowie, zostawując rozpoznanie wagi kniei strzelcom moim.
Gdy to mówił, z tylu za nami dał się słyszeć donośny pana Doroszeńki wykrzyknik....
— O la Boga, panie sędzio — dla czego? — bo hetman Doroszeńko wiedział dobrze, że strzelcy Romaszowieccy, a mianowicie nieoszacowany Kiryłło, ślicznie rozstawili obławę i nas.... jak z książki... Jednakie gdyby byli zajęli uroczysko Borowe Niwy i zachodzili dalej, to byśmy i szczenięta wszystkie pobrali jak w worku... a tak poszły!
— Ale poczekaj-no poruczniku, były strzały, zobaczymy, może się i im dostało.
— Jeden strzał to już ręczę, że pudło, huknął po lesie jak na wiwat; drugi może być pewniejszy... Jednak wątpię, może jaki nowicjusz na zajączka się połakomił.
W tem ścieżynką od boru zbliżył się w łapciach i torbie borsuczej na plecach, ze strzelbiną lichą, szpakowaty, malutki, z wąsami popodstrzyganemi, ślepy na jedno oko ów sławny Kiryłło, kłaniając swemu panu czapką do kolan.
— Wiesz mosanie, jak się zowie — zawołał Bundrys, — na polowaniu czapka na łbie, wszyscy myśliwi, nie ma panów — nakryj-że łeb.... i patrzaj co to jest... a ha! starucha!... a wy coście zrobili?
— Troje młodych...
— O! — Sędzia aż poskoczył z radości, nigdym jeszcze nie widział tak uszczęśliwionego człowieka. Pan Aleksander tylko się uśmiechnął.
— Niech-że cię! jak się zowie... bodaj-eś poszedł głową w żyto!! stary mój — dajcie mu kieliszek wódki... a kto zabił?
— Jedno ja...
— O! bo to ty zawsze sobie dobry kątek zostawisz, filucie jaki stary — mówił niepohamowany myśliwiec — a Kiryłło uśmiechnął się i jedynem okiem jakie miał mrugnął, machając ręką, powtórzywszy po cichu zamiast odpowiedzi, pocieszne przysłowie, którem go prześladuje pan Bundrys.
Jak toj kazau, wyszło na toho, także i to...
— Drugie zabił Janek jakiś, trzecie pan Zbrzeski... dopieroż śledztwo, że jeszcze ktoś strzelał — do czego?
— Ktoś spudłował! — zawołał Doroszeńko — ręczę za pudło!
Wtem ujrzeliśmy spoconego Pulikowskiego, który zbliżał się do nas z miną zafrasowaną, poglądając na fuzję... i domyśliliśmy się po twarzy, że jemu się owe pudło przytrafić musiało, bo rozogniony był okrutnie.
— Nikogo nie posądzam, nie obwiniam nikogo — rzekł z zapałem... — ale to rzecz nienaturalna...
— Żeś spudłował? — zapytał — Doroszeńko.
— A tak! naprzód już to postawiono mnie w takiej gęstwinie, że o krok przedemną nic widać nie było, oczewista machinacja... wiadomo jak u mnie moja Segalasówka utrzymana; na kwadrans postawiłem ją w sieni, już jej coś zrobiono... strzelam, jak mnie wytnie w pysk!
— Stary nabój!
— Dzisiejszy...
— Toś go przesadził!
Pulikowski kiwnął tylko głową jakby chciał powiedzieć:
— Żartuj zdrów! i dodał:
— A taki i z tem wszystkiem nie musiałem spudłować zupełnie, strzał był trafny... wilczak się pochwycił i zaskomlał, na liściach jest krew... pewnie gdzie leży w krzakach, a znajdą go to powiedzą, że ktoś inny go zastrzelił... ze mną tak zawsze!!.
Choć tylko cośmy zjedli śniadanie, pan Bundrys zawnioskował, aby wypić pogrzebowego i cokolwiek przekąsić, reflektując, że dużo jest jeszcze do roboty; musiano się zgodzić, zwłaszcza pan Aleksander, który się obawiał żeby szlachcic zaraz mu nie uciął, że pańskiej gębie proste wieśniacze przysmaczki nie w smak idą.
— Kiryłło — zawołał sędzia — podać tu Refektarzyk.
Dowiedziałem się, że Refektarzykiem nazywała się skrzynka umyślnie konceptem gospodarza sporządzona do polowania, która na wozie za nami jeździła z kniei do kniei, mieszcząca wygodnie, co tylko do śniadania mogło być potrzebnem, nawet nad miarę — ale tu jedzą i piją ogromnie.
Było w niej z pięć dużych flasz starki, parę gdańskiej wódki prawdziwej, szynka, ozór, ser, tluczeńce, pierniki, śliwki suszone, wszystko najporządniej w pudełeczkach poumieszczane, i z Refektarzykiem wyśmienicie się bez obiadu obejśćby można. Ja ledwiem się wykręcił od starki, ale pół kieliszka złotej wody wypić musiałem dla pozyskania lepszego oka, jak mówił pan Bundrys.
Wesoła zawiązała się rozmowa między strzelcami ściągającemi na plac, rozpatrywano zabitego zwierza dochodząc strzałów, przypominano dawniejsze różne wypadki osobliwsze i zdaje mi się, że prócz Aleksandra i mnie, każdy coś trochę zapolował. Biedny Pulikowski wziąwszy mię na stronę, kiwał głową i skarzył się, że i tu jest intryga.
— Zobaczysz waćpan — rzekł — wszyscy coś zabiją, a ja nic... Zawsze tak... prześladowanie we wszystkiem. Chciałem mu to wybić z głowy, ale niepodobna, zdaje się, że mu z tem milo, choć cierpi niby i chodzi pochmurzony niedowierzając nikomu. Uważałem że poczciwy gospodarz, zalecił jak najmocniej Kirylle, aby go w najlepszem miejscu postawił, ale Pulikowski zszedł z luki, pewien będąc, że go źle umieszczono, i przepuścił wilka... Spolowaliśmy parę kniei jeszcze i na późny obiad, o godzinie czwartej czy piątej wróciliśmy do Romaszówki. Dopiero tu od Doroszeńki dowiedzialem się, że pan Bundrys ma córkę jedynaczkę; miałem go za kawalera dotąd, pokazuje się, że wdowiec, a panna Konstancja dorosła już i na wydaniu, ale szlachcic ją trzyma w kątku.
Pulikowski wziąwszy mnie do swojego wózka, gdyśmy powracali wciąż gadał o Bundrysie, nie tając się z żalem jaki miał do niego.
— Niby to on dobry, ale filut — mówił — ja jego dawno znam i wiem jak moją kieszeń; i on mnie prześladuje... Czyhają na mnie. Bundrysów tu pełno w okolicy, szlachetki... Sędziego pana Adama ze szkół w Łyskowie ojciec oddał do palestry, żeby się przetarł i tam odbywał akademją, potem go posadzili w Horkowiczach na gospodarstwie; około lat trzydziestu mając ożenił się, już pan swojej woli i doli, z szlachcianką ubogą; żyli z sobą do lat dziesięciu, potem mu Bóg dał córkę a wziął żonę. Już to nie ma co powiedzieć, że dla dziecka się poświęcił, czuwając nad nią z wylaniem się i przywiązaniom największem i dobrze ją słyszę wychował, ale po swojemu. Francuzkiej elegantki mieć z niej nie chciał, nie oddał też za dom na pensją, bo to dla dziewcząt licha warto, i sprowadził do niej nie młodą już wdowę, którą waćpan poznasz, panią Osmólską, krewnę swoją blizką. Pani Osmólska dobra kobieta, ale i ta należy do związku przeciwko mnie z panną Jamuntówną... pewny jestem... chcą mnie koniecznie ożenić i prześladują, żeby zmusić...
Starałem się biednego Pulikowskiego czemś zająć, żeby go od powtarzania mi tych użaleń i przewidzeń odwieść, bo to na obłąkanie zakrawa, i temum winien że mi całą drogę opisywał pannę Konstancję i panią Osmólską.
Ciekawym też był panienki, którą z takiem staraniem sędzia wychował, ale o mało nie odjechaliśmy nie widząc nikogo, bo pan Aleksander był w ubiorze myśliwskim i tak się kobietom nieznajomym przedstawić nie chciał, bojąc się by drażliwy Bundrys za lekceważenie sobie tego nie poczytał. Ale sędzia inaczej to wziął.
— To to u was u panów te ceremonje czcze, a u szlachty nie ma tego — odpad — frakiem się brzydzimy, moja córka szlachcianka choć mi ją wydelikacili, ale serce poczciwe i dziewczyna sobie prosta, a poczciwa...
I tak zaciągnął nas do pokoju, gdzie zastaliśmy już panią Osmólską, poważną kobietę, wyraźnie na nasze przybycie wystrojoną w jedwahną suknię, i pannę Konstancję, a jak Bundrys nazywał Kocię, która jest cudem piękności. Uważałem, że pan Aleksander, pierwszy raz jak ja spotykający ją, zastanowił się nieco spojrzawszy na nią, znać nie spodziewał się nic podobnego zobaczyć. Ależ bo w istocie anielskiej urody i sędzia może się nią pochwalić...
Dosyć słuszna, na podziw zręczna, z niebieskiemi oczyma, z usteczkami uśmiechnionemi, tylko jej skrzydła przypiąć a zdaje się poleci. A taka wesoła, żywa, miła, grzeczna, że człowiek nie wie co w niej lepszego, czy ta piękność nadzwyczajna, czy dobroć, która przez nią mówi. Zaraz znać, że pan Bundrys ją kocha i pieści, bo ona tu w domu królową i przy niej on najlepszym sługą. Pani Osmólska, ojciec, ludzie w oczy jej tylko patrzą, żeby zgadnąć co myśli. Wszyscy wiele nas było musieliśmy się zaciągnąć pod jej panowanie, i wzięła nas od razu w rządy swoje, z taką swobodą, tak jakoś nic nie mieszając się, z dziecinną prostotą, z zaufaniem, że w pół godziny byliśmy jakby od wieków z nią znajomi i przyjaciele. Bundrys się śmiał, zacierał ręce. Osmólska chodziła tylko mitygując jej żywość i zbytnią może szczerość. Przy stole posadzili przy niej pana Aleksandra i słyszałem jak mu powiedziała:
— Od czasu jak wróciłam od PP. Wizytek, ciągle się napieram u ojca, żeby mnie zawiózł choć do kościoła do Borowej i jeszczem się nie doprosiła...
— Nie pojmuję jak to być może — odpowiedział — żebyś pani czego żądać mogła, a ktoś jej odmówił!
— Ale mnóstwo rzeczy! — poczęła szczebiotać Kocia — nie tylko to jedno... mnie nic nie wolno.
Ojciec to dosłyszał i zaraz się odezwał:
— A tak panience się dawno chce do Borowej, ale ja nie głupi, napatrzy się państwa i waszych pałaców, to jej się zechce, żebym jej tu w Romaszówce takie same stawiał...
— Ale mnie tu tak dobrze, że nigdzie na świecie lepiej być nie może, i żaden pałac milszy być nie może od Romaszowickiego dworu... to tylko ciekawość.
— Pierwszy gradus do piekła — rzekł Bundrys.
Doroszeńko nie spuszczał oka z panny Konstancji. Kapitan Zbrzeski ją pożerał... a przyznam się, że na ten świeży kwiatek i mnie miło było spoglądać z mojego kątka... Ona bawiła szczególniej pana Aleksandra, który doprawdy jakoś przy niej rozruszał się i rozweselił, pierwszy to raz takim go widziałem. Musiało to być uderzające, kiedy porucznik łokciem mnie trącił i szepnął:
— Patrzajno... ta ślicznotka naszego tetryka rozochociła... gada... śmieje się szczerze, dalibóg... w oczy jej patrzy! A! błogosławione by też to było polowanie... ale cyt!
Zakąsił usta... Obiad był taki, jakbyśmy tydzień nic nie jedli, a Bundrys nielitościwie gościnny; jeszczem nie był nigdy na takim traktamencie natrętnym. Sędzia nakładał na talerze, sędzianka pilnowała każdego, kazano powracać z półmiskami, dolewano, zaklinano, aż strach. A gdy inaczej nie mógł Bundrys kończył przycinkiem:
— To już chyba to nasze szlacheckie jadło dla popsutych waszych gąbek nie smakuje!
Śmieliśmy się, a jeść i pić musieli, i sędzia też był w różowym humorze, nawet dla pana Aleksandra swoich zwyczajnych anegdotek zaprzestał... Starsi sobie trochę podpili; kapitan Zbrzeski począł w niedostatku innych, do pani Osmólskiej się przysiadać, bo pannę Konstancję zabrał nam chorążyc, czy ona jego; Doroszeńko poczciwy wojenne dzieje opowiadał. Pulikowski na ganek wyszedł ubolewać nad sobą z lampeczką w ręku, obawiając się wzroku pani Osmólskiej... I ja dobrze nie wiem jakeśmy się z Romaszówki wydobyli, bo się sędzia usadził z innymi, żeby mnie podpoić a jak żyję tak nie piłem, aż mi się okrutnie głowa rozbolała. To tylko pamiętam, że całą drogę Doroszeńko, z którym mnie posadzono na wózku, cmokał i powtarzał do siebie: Daj Boże! ale co o tem myśleć; a powróciwszy pobiegł do księdza Ginwiłła, z którym z godzinę rozprawiali. Nazajutrz kanonik wziął mnie na stronę:
— Słuchaj-no — rzekł — a tobie jak się w Romaszówce podobało?
— Gdyby nie tak karmili i poili...
— No! a reszta...
— Ludzie serdecznie gościnni...
— A panna Konstancja? doprawdy taka piękna?
— Jak anioł!
— Tfu! splunął kanonik, gdzie ludziom do aniołów, którzy patrzą na oblicze Boże... dajże mi pokój... Prawda to co powiada Doroszeńko, ze pan Aleksander... że panu Aleksandrowi... to jest, że nasz Oleś ciągle był z nią?
— A jużciż jako pierwszy w towarzystwie, bo ona go bawiła.
— Ale uważałeś czy się nie przymuszał i wesół był szczerze?
— Zdaje się, zresztą mnie podpoili trochę...
— A fe! tego nie pochwalam, wyjdziesz na grenadjera! do czego tobie to! Woda kochanie to napój dla młodych i starych najzdrowszy... wódka lekarstwo lub trucizna.
— Kiedy się usiedli mnie spoić.
— Powinieneś był uwziąć się i nie dać... wyrzucę to sędziemu; niech-że starzy, ale waści o chorobę mogli przyprawić.
Poszliśmy z zadumanym kanonikiem, który pociągnął do chorążynej.
Ja z tej wrzawy myśliwskiej z podwójną przyjemnością wróciłem do mojego kątka spokojnego i zajęć bibliotecznych. Zastałem biednego Mateusza w wielkim kłopocie, znowu mu mysz pochodziła po półkach, i w wielkiej Encyklopedji jeden tom zagiął się przy wsuwaniu. Suszył właśnie foljaly i musiałem słuchać teorji gnieżdżenia się molów w różnego rodzaju okładkach, z których jak się zdaje nowe są najniebezpieczniejsze.
— Nie ma jak stare dębowe okładki pokryte świnią skórą... ot jak pierwsze tomy Balandzistów tych (byli to Bollandyści) — mówił, jeszcze późniejsze pargaminowe jako tako, a dalej już nasze półskórki to plugastwo; lepsze proste szycie, mól nie ma gdzie mieszkać długo i zgubić go łatwiej, a w te klejonki jak się zaszyje, niczem go nie wykurzyć, póki do szczętu nie zje klajstru a z nim i papieru...
Mateusz ma szczególniejsze poszanowanie w ogólności dla starych, dla grubych i nieudźwignionych foljałów, a prawdziwą namiętność dla Kroniki Świata Norymbergskiej z rysunkami Plejdenwurfa i Wohlgemutha, nad którą go najczęściej zastać można. Włożywszy okulary na nos, przegląda ją począwszy od stworzenia świata, i gdy przyjdzie do owych ludzi o głowach sześciu, o trzech nogach, z dziobami, o których wyobraźnia średniowieczna marzyła, nie może się napatrzyć cudowisk powtarzając: — I wszystko to panie na świecie bywało! Jezu Marja! słychane rzeczy!
Czasem znajduję go zaczytanego z usty otwartemi na środku sali tak, że mnie wchodzącego nie słyszy, i starając się pochwycić myśl wydzierającą mu się, ze zmarszczonemi brwiami, zagniewany niemal na książkę syllabizuje dziwując się, że zrozumieć nie może. Stary ma chwile, w których mu te druki dokuczają i gderze na ludzi, że ich tyle nazbierali. Dość że zawsze się śmieję i zabawię serdecznie, gdy z nim pobędę.

25 sierpnia.

Od kilku dni nie miałem czasu nic wpisać, tak bylem zajęty czy leniwy; zresztą wszyscy tu po trosze w tym raju uczymy się próżnowania, a ja choć go sobie nie pozwalam, mam do niego także usposobienie. Z biblioteką i Mateuszem nie robotę mam ale zabawę; ja katalogi piszę i sprawdzam, on nosząc książki i robiąc śledztwa o myszach i molach nad głową mi gderze, gadamy z nim o nieboszczyku bibliotekarzu, którego wszystkie nałogi przejął starowina; potem pan Aleksander przyjdzie czasem do mnie i da mi jakiś arkusz do przepisania lub rachunek do zrobienia, obiad i gawędka.
Gdy w bęben zabębni kuchta przy bramie pałacowej, z dworków się rusza kto żyw, Pulikowski ze stajni, Hończarewski ze swego mieszkania w oficynie, i prawie razem schodzimy się wszyscy do sali, gdzie najczęściej już nad krosnami zastajemy panią chorążynę, która każdego wita jakiemś słowem przyjaznem i troskliwości pełnem, czasem chorąży do kogo się odezwie. Hończarewski oprócz Apokalipsy, z którą się tai dla proboszcza niemiłosiernie go fukającego za prorocze jego dziwactwa, ma sobie za obowiązek zgadywać pogodę z pająków, znaków różnych na niebie i ziemi i barometru. Żeby mu się więc zdawało, że nie darmo chleb je, i coś robi a na coś się przydał, najczęściej sam stary, gdy wnijdzie do pokoju, pyta go: No, a co? jak barometr?
Hończarewski przybiera naówczas tak poważną minę, jakby nie tylko zgadywał pogodę, ale ją robił dowolnie. Jest to mały i chudy staruszek, z długą szyją, na której osadzona głowa bardzo wielka, łysa, z oczyma niezmiernie wydatnemi, usta wpadłe, czoło pokrajane fałdami, ubrany zawsze jednakowo, we fraku sieraczkowym starego kroju i aksamitnej w kraty kamizelce. Gdy go spytają o pogodę, tajemniczą robi minę, zacina usta jeszcze więcej, i odpowiada wedle humoru, prorokując naprzód więcej niż barometr i ludzie wiedzieć mogą. Te jego przepowiednie, ziszczające się czasem lub fałszywe, są zawsze przedmiotem chwilowej przedobiedniej rozmowy.
Pulikowski wślizga się nieznacznie, o ile mu otyłość pozwala, wzrokiem przelękłym spogląda na pannę Jamuntównę i jak najdalej się od niej odsuwa, starając jak najniżej ukłonić. Ksiądz kanonik wpada żywo zwykle z powitaniem staroświeckiem: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!... i wesołością na twarzy... Pan Doroszeńko poważnie wchodzi zacierając ręce, kapitan Zbrzeski ze swoją czapeczką włóczkową niby wojskowego kroju, zamaszysto wchodzi i natychmiast do kobiet się przysuwa, które prawdę powiedziawszy, śmieją się z niego. Nigdy nie przychodzi bez jakiegoś dowodu pamięci o płci pięknej i zdradliwej, jak ją zowie, przynosi bukiet, owoc, osobliwość jaką ogrodową, naprzykład dwa zrosłe orzechy lub dziwnej formy jabłuszko i oczyma ofiarując je Krysi, ręką starszej pannie Jamuntównie oddaje.
Gdy i pan Aleksander wejdzie, a matkę w rękę pocałuje, pani wstaje od krosienek i wszyscy idziemy do jadalnej sali, gdzie już każdy ma miejsce swoje. Ja uprosiłem że na końcu szarym z Pulikowskim jadam, jako najmłodszy i najpóźniej przybyły; a mam zręczność biednego podporucznika rozbawić i pocieszyć. Po obiedzie chwilę jeszcze trwa rozmowa przy czarnej kawie, którą sama pani podaje tym co pija, i zaraz się rozchodzimy każdy do swojego kąta, wyjąwszy, jeśli kogo państwo chcą zatrzymać.
Proboszcz zawsze z naładowanemi dla psów kieszeniami kroczy do dworku, gdzie już na niego i dzieci i ubodzy jego czekają, ja do biblioteki lub do ogrodu, i poobiedzie mamy znów wolne, aż do herbaty i wieczora.
Na czytania nasze, kto tylko ma czas, przychodzą wszyscy, ale Doroszeńko nie zawsze może, Pulikowski spóźnia się do kolacji, żeby jak najkrócej być ze straszną panną Jamuntówną. W sali gdzie czytujemy, każdy ma już swoje krzesełko, przy stole okrągłym, ja jako lektor, pani z pończochą, dwie panny Jamuntówny, jeśli jest kto z gości, pan Aleksander w kąciku ciemnym za matką, stary chorąży chodzi prawie zawsze, ksiądz Ginwiłł lokuje się przy piecu lub przybliża do stołu, Hończarewski siaduje przy drzwiach, Kajetan Zbrzeski naprzeciw kobiet, Doroszeńłko, jeśli jest, koło proroka... Pulikowski za firanką pod oknem.
Najniesłuszniejsze to uprzedzenie jego przeciw nieszczęśliwej pannie Jamuntównie, która jest sobie trochę sztywna i nieco dumna, lękając się zawsze żeby jej nie chybiono, gra w marjasza z gracją, ciągnie kabałę, śpiewa jeszcze (co przez okno słyszę) dawne piosnki czyli texta z czasów Konfederacji Barskiej, a zresztą, choć gderze w garderobie i ostro pilnuje panny Krystyny, najlepsza w świecie osoba. Prawda, że radaby wydawać się jeszcze młodą, ale że była piękną, a młodość i wdzięki na nic się jej nie przydały, nie dziw, że chciałaby je przeciągnąć. Panna Krystyna, ładne dzieciątko, wesoła i figlarna, której obowiązkiem siedzieć cicho, pończochę robić i piec raki.
Otóż całe towarzystwo nasze, i całe życie, tak utkane z godzin jednostajnie płynących, jak piękna materja kwiecista, w której ani węzełka, ani skazy nie dostrzeżesz.
Widzę ze wszystkiego, że opowiadanie pana Doroszeńki o Koci Bundrysównie mocno zajęło chorążynę, bo się o nią nas wszystkich rozpytuje, bada i zabiera się nawet odwiedzić sędziego, co że rzadko się trafia, zrobi w sąsiedztwie wielką zazdrość i będzie długich rozpraw przedmiotem.
Pan Aleksander ze mną jeździł drugi raz do Romaszówki; była to prosta grzeczność tylko dla pana Bundrysa którego zaprosić chciał sam osobiście na polowanie, i nie powiem żebyśmy tam bardzo dokazywali, ja przynajmniej, siedząc przy pani Osmólskiej, dosyć się nudziłem, choć zacna ta pani usilnie pragnęła mnie zabawić; pan Aleksander trochę pogadał z Konstancją, która do nas wyszła, uprzejmie, wesoło jak z siostrą, alem ja nie postrzegł żeby tam coś więcej być miało. Przecież gdyśmy powrócili do domu, widziałem, że wszyscy z tego zaraz poczęli wnioskować, nawet chorążyna kazała mnie przywołać do siebie, i poznałem po niej, że nie chcąc się wydać z tem, że ją to tak bardzo obchodziło, bardzo mnie wypytać pragnęła.
— Siadaj-no panie Janie, tu blizko kolo mu ich krosienek — odezwała się wesoło patrząc mi w oczy — ja trochę jestem głucha... rozpowiedz mi co to tam robiliście w Romaszówce?... Jeździłeś słyszę z Olesiem?
— Pan Aleksander był tak łaskaw, że mi sobie towarzyszyć kazał — rzekłem.
— No! ale cóż? jak? rozpowiedz-no mi wszystko, jakże to było?
— Jeździliśmy zapraszać sędziego na jutrzejsze polowanie.
— A! no to dobrze, ale cóż? — wyszła ta panna Konstancja?
— Wyszła.
— Oleś z nią gadał?
— Rozmawiał...
— To słyszę wesołe dziewczę i ładne? — spytała.
— A już to że śliczna to jak anioł.
— Patrzajże! opisz mi ją, panie Janie, jak wygląda?
— Dosyć słuszna, bardzo zręczna, oczy niebieskie, twarz miła, wesoła, figlarna, ale dobroci pełna.
Na to wszedł ksiądz Ginwiłł i głową zaczął kiwać w progu na mnie, widząc mnie z takim zapałem opisującego, co mu się zdało widać nieprzyzwoitem, ale chorążyna skinęła na niego.
— To ja się go rozpytuję o Bundrysównę.
— A! — rzekł.
— No! mów-no, mów... piękna powiadasz wesoła... blondynka?
— Tak, niezbyt jasna.
— Oczy niebieskie? duże?
— Śliczne... twarz jaką tylko na obrazach się widuje.
— A nie uważałżeś jakże ona była dla Olesia? bo to mnie wszystko widzisz obchodzi, oni tam tacy grymaśni...
— Niezmiernie owszem byli grzeczni.
— Grzeczni? ale ona?
— Śmiała się, rozmawiała.
— A Oleś w dobrym był humorze?
— Jak zwykle... mnie się zdało że w bardzo dobrem usposobieniu.
Spojrzała na księdza Ginwiłła, który milczał zadumany; wkrótce potem wyszliśmy.
— Otóż masz — rzekł do mnie — biedna nasza chorążyna już marzy... Waćpan to nic nie wiesz, dla czego się tak rozpytywała, ja to już razy kilkanaście te paroksyzmy przebywałem. Kończą ci się zawodem, a bodaj żeby i teraz tak nie było. Biedna matka, chciałaby syna widzieć żonatym i szczęśliwym, a ten się na biedę żenić nie myśli... Było to już tych panien dosyć, a za każdą też same interrogatorja, poznaki, uciechy, a potem smutek i płacze pokątne. Waćpan pamiętaj, nie karm ją próżno ladajakiemi przywidzeniami, jeśli się pytać będzie; mnie się zdaje że to darmo... jak Bóg zechce, zrobi się to bez ludzi! a widać nie było dotąd woli Bożej i próżne usiłowania. Panna Bundrysówna ma może lat siedemnaście; obliczyłem dobrze; pan Aleksander około czterdziestu... gdzież to się może sobie podobać? ta zwyczajnie młokos, dzierlatka, pusto w głowie, ten sensat... a w dodatku tatunio, który a reszta gratów nie cierpi... Gdzież to jedno z drugiem powiązać!...
Ale próżne były kanonika rozumowania; cały dwór rozpromienił się nadzieją; pierwszy raz w życiu miałem nawet szczęście być zaproszonym przez pannę Jamuntównę do jej mieszkania, i wyprawiwszy synowicę, żebym nie pomyślał zapewne, że co myśli o nas... przyzwała mnie pod pozorem narady o jakieś tam sukienki, co je chorążyna dla Andzi szyć kazała.
Poczęło się prawda od sukienek, ale panna Jamnutówna zrobiła zaraz zapytanie o odwiedziny w Romaszówce: musiałem znowu opowiadać i jak najkróciej się wyspowiadałem, słuchając rady kanonika, a nie wiele dając im nadziei, jakbym nie rozumiał o co chodziło. Uważałem z twarzy panny Jamuntówny, że mnie musiała wziąć za dosyć nierozgarnione stworzenie, alem się na to poświęcił.
Ledwiem od niej wyszedł, porwał mnie Doroszeńko i kapitan Zbrzeski, oba ciekawi i pałający, a tu się wykłamać było trudno, bo mnie w takie wzięli obroty, że od wstąpienia na próg do wsiadania na bryczkę musiałem każdy nasz ruch, słowo, śmiech i minę opisywać. Hończarewski zbliżył się także zadumany i słuchał poważnie; nareszcie gdym dokończył, skonkludował:
— Wiek niewiary! wiek bezduszny! wiek filozofji i szyderstwa... gdybyście mieli ducha, nie potrzebowalibyście o nic pytać, wiedzielibyście wszystko. Każda rzecz od razu się daje wyrachować z początków, lub odgadnąć i wyprorokować niemylnie. Pierwsze widzenie się pana Aleksandra z panną Konstancją nastąpiło pod znakiem Bliźniąt...
Wszyscy się śmiać poczęli.
— Otóż masz wartogłowów! — zawołał poważnie wieszcz wyciągając obie ręce i załamując je potem, śmieją się! śmieją! a nic nie wiedzą! nic! Bliźnięta oznaczają połączenie... to jawna i oczewista. Księżyc był w pełni i to znak dobry, a w ostatku stuletni kalendarz...
— Bywaj zdrów kiedy już i stuletni kalendarz na placu! — przerwał Doroszeńko.
— A kiedy tak to nic nie powiem! nic! — zawołał Hończarewski — kłaniam uniżenie, nie będziecie wiedzieli.
— Gadajcie co chcecie — rzekł Zbrzeski — ja się na tem znam, pan Aleksander zaszłapał!
— Małoś to już razy tak mówił?
— Nigdy z pewnością! — zawołał Zbrzeski — dziś głowę daję...
Pulikowski, który widząc zawsze dwóch naradzających się lub rozmawiających, podejrzewa że nań coś knują, niespokojny podbiegł powąchać spisku i wmięszał się do nas; ale widziałem z miny, że rozmowę o sędziance wziął za podstawioną umyślnie i odszedł kwaśny kiwając na mnie.
Pobiegłem za nim.
— Słuchaj chłopcze — rzekł, wpatrując mi się w oczy — miałem cię i mam za niezepsutą istotę, prawą i szlachetną... a i ty widzę należysz do nieprzyjaciół moich... Chodziłeś już do tej czarownicy Jamuntównej, teraz jakieś konszachty, to coś jest, przyznaj mi się!
Powiedziałem mu o co chodziło, ale odszedł nie wierząc i grożąc mi; tymczasem Doroszeńko i kapitan rozprawiali zawsze o jednem.
— Teraz — rzekł pierwszy, przypuściwszy że już się pokochał, co ze starym Bundrysem zrobimy? wszak ci on nie zgodzi się na to żeby córka jego miała wnijść do rodziny a reszta gratów?
— Co? — zakrzyknął Zbrzeski z zapałem — a to ją wykradniemy.,. to go porąbiemy... to historję zrobimy!
— Dopiero by było krzyku na przemoc magnata... a stary by nam jak psóm we łby postrzelał... z nim nie łatwa sprawa...
— Niech mu się tylko klei — rzekł Zbrzeski — damy sobie rady, zrobimy konfederacją, przypaszemy oręż i zbrojną ręką bodajby...
— At! żarty, ale jak pokonać sędziego?
— Myślicie że będzie przeciwny?
I tak długo jeszcze oba na wierzbie gruszki trzęśli; ja musiałem odejść, bom widział że końca nie doczekam, ale to dowód jak tu wszystkich obchodzi to czego chorążstwo pragną.
Umieli oni od najmniejszego do największego przywiązać do siebie wszystkich, tak że każdyby chętną z siebie dla ich szczęścia zrobił ofiarę, właśnie może dla tego, że oni nigdy żadnej nie pragną, i tym co ich chleb jedzą i na łasce ich żyją, sami jeszcze zdają się okazywać wdzięczność... Dla nich znać, że to równi im ludzie, że to członkowie jednej wielkiej rodziny, a miłość chrześcjańska prawdziwie czynem w ich sercach. Małe to są rzeczy, ale najmniejszej nigdy nie dojrzałem w nich próżności i pragnienia utrzymania się na jakiemś stanowisku, pokazania się, przodkowania. Najwyższa pokora i niewyczerpana łagodność znamionują każdą ich czynność. W kościele u nas bywało, gdy się szlachta zejdzie, co to intryg o pierwszą ławkę, jakie parcie się naprzód, ile zgryzot gdy się kto nie dostał gdzie mu się niby należało; tu oni wszyscy nie raz w tłumie, bojąc się potrącić żebraka, późno przyszedłszy siadają przy drzwiach, nie dozwalając sobie robić miejsca, a chorążyna powtarza:
— Dom Boży, co my tam znaczym robaki... tyle jeden co drugi, a często najlichszy najwyżej by stać powinien.
Tak ciągle. Chorąży sam jeśli słowem nie może, to uśmiechem i twarzą ludzi ku sobie pociąga; jego smutek ma w sobie coś takiego uroczystego, wielkiego, a milczenie tyle męstwa, że nieraz dopatrzywszy łzy w jego oku chce się przed nim upaść na kolana. Wiem że ja patrzę nań jak na męczennika. Zdaje się nie nie widzi i w istocie nie dostrzega często tego co się tyczy osoby jego, ale co ludziom potrzebne pierwszy zobaczy; nawet ten ślub milczenia mimowolny przełamuje gdy sądzi że komu słowo jego potrzebne. Na modlitwie jeszcze potężnieje i niemal się przeistacza; patrząc nań przyszło mi na myśl com nieraz czytał o pobożnych i błogosławionych, że się mienili i rozjaśniali modląc, z nim właśnie dzieje się tak samo. W domu to niemal pospolity człowiek, w kościele twarz mu się wypogadza, oczy jaśnieją, wargi drżą, a często skończy się nabożeństwo, wyjdą wszyscy, on jeszcze się modli i płacze, aż mu ktoś musi przypomnieć godzinę i niepokój żony, która o zdrowie jego niezmiernie troskliwą będąc, pilnuje go jak dziecko.
Żyje jak anachoreta, dla siebie niezmiernie mało potrzebując; zbytek mu obojętny, w jego mieszkaniu prócz klęcznika, obrazów kilku i książek nie ma nic; z rzeczy powszednich, których każdy potrzebuje, do których się przywiązuje i otacza niemi, ani jednej fraszki, do którejby przywiązywał jakąś cenę. Nigdy nie połajał nikogo, nie zmarszczył się nawet, ale cały dwór na skinienie jego w ogień by poleciał, a jeśli zażąda, nie dla siebie ale dla żony i syna czegokolwiek, nie ma, nocy, przeszkód, oddalenia, wyprzedzają się wszyscy, aby go natychmiast zaspokoić. Niezmiernie hojny, rozrzutny prawie, groszem sypie i nigdy się nań nie ogląda, a jednak mówią że fortuny nie nadwerężył: Bóg niewidzialną dłonią dosypuje co oddają dzieciom jego.
Gospodarstwo i zarząd majątków, o ile poznać je mogłem, starannie dopilnowane, ale celem tu nie jest jak gdzieindziej samo tylko przysporzenie grosza. Widać że Jamuntowie od dawna pojmowali jakoś lepiej to zadanie i obowiązki posiadaczów ziemi, a pan Aleksander, który się najwięcej zajmuje ogółem interesów i administracją, bardzo jasno cel widzi przed sobą. U nas dziś powszechnie, kto ma ziemię z włościanami, widzi mu się, że ją dla tego ma, aby na niej pieniądze robił i używał; dawniej jednak musiało to być inaczej, i teraz by inaczej zdaje się być powinno. Posiadanie ziemi wkłada inne obowiązki na właścicieli, którzy nie koniecznie spekulować i ciągnąć grosz powinni, żeby się nazywali dobrymi gospodarzami. Tak też Jamuntowie od wieków patrzali na położenie swoje i obowiązki względem włościan, więcej się troszcząc o ich dobry byt, o wykształcenie moralne, niżeli o swoje dochody. Każde więc przedsięwzięcie ma dla nich dwie strony: pierwszą, jego pożyteczność ogólna dla majętności zamieszkujących ludzi, drugą dopiero korzyć własna. I wpływem dobrego przykładu, serdecznym tym związkiem ze swoimi włościanami dokazali tego, że choć lud tu zapewne nie jest z samych złożony aniołów, lepszy wszakże niż gdzieindziej. Wszyscy oni zawsze są gotowi na każde żądanie chłopka do porady, pomocy, do żywego udziału w jego losach; każdy ma prawo przyjść, rozmówić się szczerze, poboleć przed niemi, wyłożyć im swoje potrzeby, i odchodzi pocieszony i zaspokojony. Ani pan, ani pani, ani pan Aleksander nie każą odesłać chłopka, znając jak jemu czas drogi, z powodu że są goście, lub że im nie chce się wynijść na gawędę: czują się do obowiązku, i skoro w ganku ukaże się który z gospodarzy, służący oznajmuje natychmiast, bo wie że czekać nie powinien. Ten związek z wieśniakiem sprawia, że dwór i wieś składają tu jeszcze tak jedną rodzinę, jak niegdyś zapewne nią były. Wybór pana Doroszeńki ułatwia im to, bo porucznik pojmuje jak oni wielki obowiązek pana i spełnia go w zastępstwie za nich nadzwyczaj sumiennie. Cierpliwy, obdarzony pamięcią ogromną, każdego zna, wie okoliczności tyczące się jego gospodarstwa, umie wejść w potrzeby, i gotów cały dzień siedząc na ławie, słuchać długich użaleń, skarg i prośb gromady.
Naturalnie że w ten sposób nie mogą państwo Jamuntowie zbyt wielkich ciągnąć korzyści z dóbr swoich, i to ich nie wiele obchodzi: ale też pan Aleksander nie raz powtarza, że to jest nie darowaną ze strony naszej omyłką, iż weszliśmy na fałszywą drogę i pojęcia o celu stanowiska pańskiego i zadaniu tego powołania. Powiada on i zdaje mi się, że ma wielką słuszność, żeśmy zbłądzili przez naśladownictwo Zachodu, z panów, to jest starszych gmin i przewódzców ich, naczelników, przerabiając się na spekulatorów i robigroszów. Każdy dziś z majątkiem postępuje jak kupiec z towarem, frymarczy nim. Sprzedaje, kupuje, stara się jak największy zysk wyciągnąć, a potem Bóg wie jak zebranym groszem nasycić swą namiętność, i użyć go dla fantazji. Dawniej dóbr nikt nie sprzedawał, i nie abdykował swej władzy naczelnika dobrowolnie, czynił to chyba zmuszony koniecznością; dziś nic pospolitszego nad frymark dobrami i proste spekulowanie ziemią, którą się uważa za taki jakiś towar, za materjał przemysłowy, jak wszelki inny przedmiot handlu. I trudno dziś inaczej wyłożyć panom ich przeznaczenie, gdy pod pozorem dobra ogólnego i postępu kto najwięcej wyciąga grosza z ziemi, ten dostępuje imienia rządnego i zabiegłego człowieka, jak gdyby wioski i majętności dane były na to, ażeby nie rozszerzając obowiązków, dostarczały tylko fantazjom i zachceniom dziwaka.
Jamuntowie mają to podaniem od praojców, że się niejako nie uważają panami w pospolitem rozumieniu wyrazu, ale naczelnikami, rządzcami ludu im powierzonego, z którym stoją w żywym i ciągłym związku, jak dziadowie ich z dziadami tych wieśniaków. Dla tego tu przywiązanie wzajemne mieszkańców do nich i ich do ludzi, z którymi są w ciągłych i najściślejszych stosunkach, trwa gorące i codzień wzrasta, zamiast się osłabiać, jak gdzieindziej. Nigdy tu włościanin nie posłyszy słowa poniżającego, ani może być odepchnięty, ani uczuje wzgardy; przecież go nie rozzuchwala łagodność i sprawiedliwość; owszem, to postępowanie uśmierza w nich namiętności, do których lud z położenia swego tak jest skłonny i szczepi miłość, bo najlepszą nauką przykład.
— Jakiem się ziarnem sieje — mówi ksiądz Ginwiłł — takie plony otrzymuje; kto zasiewa nienawiścią, nienawiść zbiera, kto miłość daje, miłością mu płacą.
Trzeba też widzieć, jak tu ludzie kochają poczciwych Jamuntów, i jak nieraz o mil kilka przychodzi gospodarz do Borowej, dla niczego, tylko tak, żeby się na pana swego popatrzeć.
Nie potrzeba sobie wyobrażać, żeby ta łagodność przechodziła w pobłażanie występne, bo Doroszeńko znowu, mając za zasadę, że z niedorosłym ludem jak z dziećmi postępować potrzeba, nie przebacza złemu aby go nie krzewić; ale nigdy słusznie ukarany wieśniak za przestępstwo, serca nie straci dla tego który sprawiedliwość wymierzył; jest w nim niewygasły instynkt prawa i prawdy, który mu wskazuje, że był winien, a często sprowadzenie na drogę choć ostro użytemi środkami, wdzięczność w przyszłości wyrabia, choć chwilowo przykre.
Więc to pierwszy cel ich gospodarstwa: polepszyć byt i poprawić stan moralny włościan, a jak dla siebie tak dla nich nie stawią na pierwszym planie agronomji i upędzania się za zyskiem. Chłopek i pan, zaprzątnieni spekulacją, wprawdzie stają się porządniejsi, ale chłodnieją, zasklepiają się w egoizmie, i rozbrat biorą ze społecznością ślubując wiarę groszowi. Zresztą, gdy tu każdy gotów się dzielić i pomagać jeźli komu zabraknie, nigdy bieda nie dokuczyła jeszcze najmniejszemu z włościan Borowskich. Pracują oni, oszczędzają, rządzą się dobrze, ale wiedzą i widzą na panach, że zadaniem życia nie jest przysporzenie sobie, ale zespolenie się z bliźniemi.
We dworze gospodarstwo idzie starym trybem tradycyjnym; chciano namówić pana Aleksandra na jakiegoś tam niemca agronoma, na założenie cukrowarni w dobrach wołyńskich, na sukiennicę, płodozmian i wszystkie te nowostki, któremi się psują i bawią ludzie postępowi; ale on jasno pojął, że w dniu w którymby z pana stał się żydem, kupcem i industrjalistą, przestałby być posłannikiem powołanym do przewodniczenia swej gromadce. Grosz i zbogacenie wcale według niego, bo to powtarzam co mi mówił, nie jest głównem zadaniem ludzkości, ale jednem z bardzo nawet podrzędnych, a społeczność czyniąca go wyłącznym celem swoim jest wprost chora i zbłąkana.Chodzi nam o wprowadzenie w czyn nauki Chrystusowej, gdy połowa świata jeźli nie imieniem, to rzeczą jest pogańska, nie o pomnożenie tego co samo z siebie jest niebezpieczeństwem więcej niż korzyścią. Pilność około roli i całego gospodarstwa tak tu jak w innych majątkach wielka, pracują wszyscy, krzątają się, ale nie wychodzą z drogi jaką im Pan Bóg wyznaczył, na fabrykantów i refermerów zagranicznych.
Idzie to sobie dobrze, ale po prostu, nie wydzierają nowych łanów, nie szukają źródeł dochodów, któreby jak fabryki naprzykład ludzi psuły i odrywały od roli, lub z trybu ich życia w stan jakiś nieokreślony, pośredni wypychały, ale nie opuszczają gospodarstwa i pracują wszyscy.
Ulepszenia, które mogą ludziom ulżyć roboty, poprawić tryb jakiś błędny postępowania, zastąpić mozolną pracę łatwiejszą, powoli się zaprowadzają, o tyle jednak, o ile natury naszej starej gospodarki nie zmieniają... Ale że wieśniak na pierwszym jest względzie zawsze, państwo Jamuntowie ważą dobrze, czy nowe które się wprowadza, złego mieć wpływu nie będzie. Tak, choć dobra Borowskie z szynków samych robiły około stu tysięcy dochodu, dziś po usunięciu żydów i urządzeniu karczem nowem, o połowę się to zmniejszyło; w dobrach wołyńskich stał pustką pałac stary, żyd go chciał kupić lub nająć na fabrykę, któraby zarobku dostarczyła wprawdzie wieśniakom, ale szkodliwy by na nich wpływ wywarła, woleli więc Jamuntowie oprzeć się tej spekulacji, a gmach oddali na lazaret.
Pomimo gospodarstwa, któreby się dziś opieszałem nazwać mogło — bo lada szlachcic dziś chciwie się przerabia na spekulanta, i plując na żyda sam z nim staje w szrankach, pradziadowskie ziemie przerabiając na towar, lub sącząc z nich soki ostatnie — Jamuntowie nie tylko mają do syta, ale corocznie są w stanie robić wiele dobrego i nigdy im grosza nie braknie. Całym ich zbytkiem gościnność i wylanie się dla ludzi, innego nie potrzebują i nie znają: stół jak u zamożnego szlachcica nasz staroświecki, konie ze swojego stada, powozy po lat kilkadziesiąt mają, sprzęt w domu dziadowski jeszcze... Przykupują do biblioteczki książek, rozdają ubogim, podtrzymują krewnych, karmią poddanych, i jeszcze się im zostaje od dochodów zawsze sumka jakaś na nieprzewidziane wypadki. Tu zaś nieprzewidzianych wypadków mnóstwo, bo nie ma dnia, żeby się wózek nie zatoczył, żeby ubogi nie przywlókł, ktoś nie przyjechał o pożyczkę, nie napisał o wsparcie. Ja, że na te listy i prośby odpisuję i często mi powierza pan Aleksander załatwienie takich interesów, wiem o tem najlepiej. A odbywa się to dzieło miłosierdzia tak cicho i skromnie, że nikt o tem nie wie, i gdy datek wziąwszy podupadły szlachcic przyjdzie podziękować lub pokłonić się dobrodziejom, nie trzymają go u drzwi, nie odpędzają jak natręta, ale przyjmą jak serdecznego gościa, dając mu w dodatku zapomogę serca i miłosierdzia, i nie spychając go na stopień obojętnego żebraka.
Wybór naszego krewniaka Doroszeńki szczęśliwie się im udał bardzo; dawny wojskowy, człek do pracy przywykły, niemający żadnych fantazyj, rozsądny a z sercem, spełnia wyznaczony mu obowiązek z takiem poświęceniem, żem jeszcze nigdy od niego nie posłyszał, żeby się na jego uciążliwość poskarżył. Zapaliwszy nie raz fajkę, jak siądzie w ganku dworku, otoczony żydami, mieszczanami, wieśniakami, przybyszami z różnych majątków, ledwie ma czas co zjeść, i tak do wieczora przebawi. Wie on, że nie dosyć wieśniakowi dać czego żąda i zrobić po jego woli, ale z nim koniecznie po ludzku rozgadać się potrzeba szeroko, dać mu się wytłómaczyć, wysłuchać cierpliwie i nagiąć się do jego sposobu widzenia rzeczy. Doroszeńko do każdego z nich przemówi jego językiem, wypali reprimendę, powie bajeczkę, przywiedzie przysłowie, pośmieje się, wybada, i że go oszukać nie łatwo, a serce jest na dnie, tak go kochają tu jak obojga państwa. Zresztą i pan Aleksander i pani i sam chorąży, gdy ich do człowieka wywołają, dla żadnych tam swoich pańskich zatrudnień lub zabawek nie zbędą go lada czem i mają zawsze tyle czasu ile potrzeba, żeby się wieśniak wygadał im i roztłómaczył, a nie odeszlą do nikogo po odpowiedź z kwitkiem.
Naturalnie, że jak z księdza Ginwiłła ów pijak grenadjer, tak z nich korzystają ludzie, i oszukują czasem nie miłosiernie, ale nie lepiejże być zwiedzionym i nadużytym, niżeli nieużytym? Często ubogi osobno do pani, do pana, do pana Aleksandra, do księdza Ginwiłła i do pana Doroszeńki się udaje, od każdego coś pochwyci i nierychło okaże się, że wytargował więcej może niżby był wart — ale to ich bawi nie gniewa: nie godziż się przebaczyć biedzie, gdy się nieraz występkowi w wielkim świecie dla glansowanych rękawiczek tyle przebacza!

20. sierpnia.

Byłbym nie wiedział o dzisiejszym dniu imienin księdza Ginwiłła, gdyby mnie wczoraj wieczorem Doroszeńko nie postrzegł. Po wieczerzy zbliżył się do mnie i szepnął mi w ucho: — Jutro raniusieńko wszak razem pójdziemy z powinszowaniem?
— Do kogo? z jakiem?
— A to ty nie wiesz? a prawda! Jutro Sgo Augustyna, imieniny księdza kanonika...
— Państwo się już przygotowali — dodał po chwili — jak rokrocznie. Chorążyna mu sprawiła śliczny fotel skórą wybity, chorąży kupił pyszny brewjarz paryzkiej edycji. Oleś podobno jakiś obraz sprowadził, panna Krystyna z ciocią wyszyły przepyszną komeszkę...
— A! nieszczęście, — zawołałem — a ja nic nie mam!
— I ja — raekł Doroszeńko — bo cóż mu dać, chyba kalekę psa albo łapatego gołębia, żeby je hodował... Ja wiem nawet, że te prezenta, choć wdzięcznem przyjmie sercem, więcej mu kłopotu zrobią niż przyjemności, bo on ani wygódek ani przyjemnostek życia nie ceni. My sobie pójdziemy po prostu i złożym suche życzenia, do których ja siemie lniane i groch dla ptastwa przyłączę, a prócz tego, że się kasa wyczerpała, bo ksiądz Ginwiłł u mnie przedwczoraj pięć złotych pożyczył, kazał chorąży wypłacić mu tysiąc złotych, bo już ubogim rozdaje suknie, i łyżki, których miał pięć, począł sprzedawać żydom.
Dzień był bardzo piękny, choć ranek chłodny, wstałem raniej, wiedząc że ksiądz Ginwiłł nie zasypia długo i pobiegłem do porucznika, który już na mnie czekał.
— No, chodź — rzekł — jużeśmy się trochę spóźnili, bo fotel od chorążyny ponieśli...
Wchodzimy do izdebki księdza Ginwiłłaa właśnie w chwili gdy służący, rugując jego stare krzesło, do stolika mu przysuwali śliczny gotycki rzeźbiony palisandrowy fotel, a kanonik stał we drzwiach osłupiały, z kartką chorążyny w ręku. Niesłuchając nawet powinszowań naszych księżyna rzucił się do ludzi.
— Czekajcie! na Boga! alboż ja na tem będę siedział! nie zabierajcie mi staruszka... a! zlitujcie się! Otóż masz! Czy pani chorążyna myśli, że ja na tem cacku usiądę! Ale fe! to chyba do zakrystji czy do kościoła! Gdzież to u mnie, psy powalają!... ptastwo opaskudzi! i jabym się do tych poduszek nie przyzwyczaił! jeszcze się spać nauczę! Ale fe! poczekajcież, już ja to w pokrowcu gdzieś ulokuję, ale żebym miał siedzieć na tem — niech mnie Pan Bóg broni!
Ludzie wyszli, śmiejąc się z zakłopotania proboszcza, a my staliśmy wciąż czekając, żeby nas przypuścił do złożenia mu życzeń.
— Serdecznie dziękuję, mój drogi — rzekł do mnie — będziesz mi dziś do mszy służył, to się dziś do mojego świętego Augustyna pomodlimy razem.
— Pan chorąży — dodał Doroszeńko — kazał księdzu kanonikowi na jego ubogich oddać to... i położył pakiecik na stoliku.
— Co to? pieniądze? a! niech mu Bóg miljonami płaci! istotnie trochę potrzebowałem, nie dla siebie, nie... bo czegoż mi tu braknie — dodał ze łzami w oczach, — ale dla tych ciemięgów moich, co sobie rady dać nie umieją... A! niechże wam Bóg miljonami płaci! otoście mi trafili...
— Odemnie zaś — rzekł Doroszeńko — raczysz przyjąć...
— Co znowu! będziesz mi i ty prezenta robił, — ofuknął się proboszcz — jaki mi magnat!
— Tak, jaki pan taki kram, i co mam to daję... siemie lniane dla ptastwa i groch dla gołąbków...
— Niechże cię uściskam — zawołał uradowany proboszcz rzucając mu się na szyję — i tem trafiłeś mi do serca... Wystaw sobie nie miałem ani gdzie, ani za co kupić.. a tu ta biedota głodna... a prosić was już nie śmiem, bo żebyście mi nie dawali czego zechcę, o! tobym dokuczał, ale... z wami... nie można...
Wśród tej rozmowy nadeszli pan chorąży z brewjarzem, pan Aleksander z piękną ryciną świętego Augustyna, a proboszcz na próg się do nich ruszył, skłopotany tą ich dobrocią, do której był przywykły.
Chorąży uściskał go ze łzami w oczach i oddając mu brewjarz, te tylko słowa po cichu wymówił:
— Módl się za nas... módl się za nas... naszych modlitw Bóg nie słucha!
I to rzekłszy wysunął się zaraz w ulicę...
Pan Aleksander sam wszedł do pokoju i dobywszy z kieszeni ćwieczka z mosiężną główką i młotka, zbliżył się do ściany.
— Pozwolisz księże kanoniku, żebym ci sam moją pamiąteczkę powiesił.
— Ależ tu ptaszki — rzekł zakłopotany księżyna... — a one wszędzie siadają... gotowe.
— Nic nie szkodzi... święci pańscy godzą się z ukochanem tobie stworzeniem; ramy proste, a obrazowi nic się nie stanie.
Tymczasem proboszcz już rozczulony tak że mu się na łzy zbierało, patrzał to na brewjarz, to na fotel, to na świętego Augustyna, nie wiedząc czemu się więcej radować.
— A! jakże mi mojego patrona odmalowali ślicznie!... aż mi się z nim modlitwą chce porozmawiać... Widzę go! lepiej pojmuję... kocham!
I uścisnął pana Aleksandra, który pobiegł ojca dognać w ulicy. Proboszcz otworzył pięciotomowy brewjarz złocony, oprawny pysznie z klamrami i ruszył ramionami.
— Ależ mnie obdarowali... — rzekł... — ależ nadawali! ale co ja z tym francuzkim eleganckim brewjarzem będę robił? bo żeby się na nim modlić, toć to niepodobieństwo, nawet szkoda, a mój staruszek miałby pójść w kąt! oho ho! z tego nic nie będzie! Z tamtym to my się znamy jak łyse konie, służy mi od seminarjum starowina, a to... nie ma co powiedzieć, pyszny... ale go szkoda... tylko dziś wezmę go dla chorążego, ale jutro w papier obwinę i do biórka... jegomość!
Otóż — rzekł siadając — taki jestem szczęśliwy...
— W tem zapukano do drzwi i weszła panna Jamuntówna z panną Krystyną, niosąc ową komżę, a proboszcz znowu wstał załamując ręce i niewiedząc jak za pamięć dziękować. Gdy rozłożono arcydzieło z wstążkami liljowemi, świeże, białe i misterne... podniósł oczy do góry.
— A moje dobrodziejki — zawołał — gdzież to na grzeszne ramiona moje takie kosztowności brać i śliczności takie, chcecie mnie gwałtem na księdza eleganta wystrychnąć, a tu już ja nim być nie potrafię...
Panna Jamuntówna śmiała się o ile jej powaga dozwalała, panna Krystyna raki piekła, gdy wtem niespodzianie na progu ukazał się gruby Pulikowski, i zszedłszy tak oko w oko z nieprzyjacielem, osłupiały stanął, nie wiedząc czy dalej iść czy nazad się wracać.
W wolnych godzinach miał zwyczaj scyzorykiem się zabawiać podporucznik, i bardzo zgrabnie wyrabiał z drzewa, nie rachując już pestek wiśniowych i śliwkowych, orzechów włoskich i tym podobnych materjałów, — różne drobnostki. Dla proboszcza więc od roku przysposobiał arcydzieło na kokosowej łupinie, wyrznięte z wielką pracą, które było tabakiereczką ze znakami i godłami pobożnemi na wierzchu. Miał właśnie oddać owoc długiego mozołu, gdy widok panny Jamuntównej tak go zmięszał, że zapomniawszy o proboszczu stanął niemy, kłaniając się naprzód niebezpiecznej cioci. Ta mu z uśmiechem ukłon oddała, a proboszcz widząc zakłopotanego pobiegł uściskać i wywieść z tego położenia.
— Siadajcież — rzekł — siadajcie, a oglądajcie oto dary, któremi mnie niegodnego obsypaliście wszyscy... Ale to bieda — dodał — ani tego gdzie pochować... ani użyć... takie liczności... co to ja z tem będę robił... fotele... obrazy, księgi, groch, komża, lniane siemię, pieniądze, tabakierka.
Jużbyśmy nie wiem jak z tamtąd wyszli, bo przed domem nazbierała się kupa ludu także z powinszowaniami, gdyby nie dzwonek oznajmujący mszy godzinę... wszyscy się rozpierzchli, prócz ubogich i dzieci.
Ostatnie prowadził organista z mową, z wierszami i powinszowaniem na arkuszu. Proboszcz wybiegł do nich ze łzami, i nuż ściskać pucołowate twarzyczki, a roztykać im po złotówce z tego tysiąca, który umyślnie Doroszeńko przyniósł drobną monetą...
Trzeba było wychodzić na mszę, a tu jeszcze przed gankiem stali ludzie z miasteczka, grenadjer ów o kuli i różnych obdartusów mnóstwo. Pomiędzy niemi było kilku z gołębiami i klatkami, z różnemi podarkami ubogiemi, a za tą ciżbą drugie tyle psów, które znając dworek kanonika chętnie za panami przywędrowały, jakby także z powinszowaniem. Musiał kanonik wynijść do życzliwych i znowu złotówkami im dziękować, a psy go niezmiernie ucieszyły.
— Patrzajcie wasaństwo jakie to domyślne stworzenia...
Zobaczywszy grenadjera pokiwał mu na nosie.
— Bratku — rzekł — dziś mi winszujesz, a wczoraj co było? przychodzili tu na skargę żeś żyda wybił.
— Broniłem się, księże kanoniku dobrodzieju! na nieszczęśliwego kalekę wszyscy nastają! żyd niewiara... podniósł na mnie rękę, a ja nie mogłem wytrwać i odepchnąłem go tylko... tylko odepchnąłem.
— Jakże! kiedy był pobity...
— Sam się potukł, aby mnie oszkalować...
— No! no! już ja ciebie znam! zawsze awantury... zawsze! jak to się jeszcze okaże, nigdy mi więcej na oczy nie przychódź!
Przez tłum musieliśmy się przeciskać idąc na mszę, a psy widząc że się kierujemy w tę stronę, gdzie im nie było wolno, same się w ulicy przyzostały.
Obchodziliśmy tedy formalnie imieniny księdza Ginwiłła w pałacu, wszyscy postrojeni, obiad niedzielny, stare wino, sąsiadów kilku, piliśmy zdrowie poczciwego kanonika, a po obiedzie na herbatę zaprosił do swego ogródka. Nie byłby biedak i tej mógł dać porządnie, bo w domu nie ma nic prócz pary filiżanek, ale z pałacu przysłano wszystko i usługę; i tameśmy się zabawili do wieczerzy.
Zdaje mi się, że z tego tysiąca nie wiele już zostało, bo do wieczora dużo go rozszafował, a gdy po mieście poszedł odgłos, że kanonik ma pieniądze, nad wieczór już różni ludzie się zjawiali prosząc o pożyczenie, o zapomogi i tym podobnie. W taki dzień ksiądz nikomu nie odmawia, więc chodził a chodził do biurka i zawijał w papierki.
Gdy się gości przebrało, zostałem ja, on i Doroszeńko tylko, a jeszcze nas trzymał, oglądając swoje prezenta, pokazując je, i trochę się niemi frasując. Fotel musiał przykryć starą serwetą i ulokował go w kącie za komodą, gdzie nikt na nim siedzieć nie będzie, brewjarz obwinął w ręcznik i zamknął do biurka, świętym Augustynem najwięcej się cieszył. I byłoby to trwało nie wiem jak długo, gdyby nie spojrzał na zegarek...
— O! a pacierze księże proboszczu! — zawołał sam do siebie, ot to pięknie! idźcież sobie... idźcie... bobym o Panu Bogu zapomniał dla ludzi... I począł się modlić.

29. sierpnia.

Dziś pani chorążyna wybrała się do Bundrysów z panną Jamuntówną, i powróciła w najwyśmienitszym humorze, a choć nic nie mówi, znać marzy biedna o czemś. Nie mogła się nachwalić domu i ludzi, a wieczorem nawet czytania nie było, bośmy przegadali o tych odwiedzinach do dziesiątej. Wszystko się jej tam podobało, nie tak jak to tym panom co u biednej szlachty wszystko zewnętrznie chwalą z wielkiego strachu, żeby wewnętrznego nieokazać szyderstwa i wydają się z niem samą przesadą swojej admiracji, ale dla tego, że chorążyna lubi co proste i swoje, a w duszy jest córką tej ziemi, i siostrą każdemu, kto do niej z sercem poczciwem przychodzi. Może też nadzieje dla pana Aleksandra ożywiają ją jakieś, a że mało wyjeżdża i gdzie bywa, podróż ta maleńka wprawiła ją w bardzo wesoły humor; przy jej wieku to młodzieńcze zajęcie i rozpromienienie nowym ją dla mnie otacza blaskiem. Dusza w niej tak świeża, że ją jeszcze bawi to co zwykle młodych tylko zajmuje, piękny dzień, lasy, powietrze, widoki i najmniejsza drobnostka. Życie nie znużyło ją i nie złamało, uśmiecha mu się jeszcze, jak w pierwszych dniach młodości.
Znać Bundrys uczuł dobrze grzeczność chorążynej, która mało gdzie bywa, i szacując staruszkę przyjmował ją po swojemu całem sercem, z gorączką gościnności i nadskakiwaniem nadzwyczajnem. Pani Osmólska, panna Konstancja, dwór, życie, nawet położenie Romaszówki niezmiernie się podobały chorążynie; chwaliła wszystko.
— Co to za miły dom, jaki wygodny, jak znać zamożność i ład, a ta miła Kocia... jakież to dziewczę i prześliczne i przedobre! Aniołek, moi państwo... i wychowana że nie może być lepiej, znać z każdego słowa — muzyczka, gra, śpiewa, czytuje widać wiele i dobrze, główka co się zowie, mało takich widziałam... prawda? Olesiu? zagadnęła syna.
Pan Aleksander stanął, uśmiechnął się jakoś i odpowiedział:
— Bundrysa szacuję bardzo, choć trochę dziwak... ale człowiek uczciwy i serce najlepsze... panna Konstancja nie ma co mówić... śliczne dziecię...
— Ależ to już nie dziecię, zawołała chorążyna... lat siedemnaście, panna w tym wieku już dorosła... a ona prawdziwie na swój wiek dziwnie wykształcona i rozsądna...
— Trzpiocik!.. — rzekł pan młodszy.
— Cóż znowu! chciałżeś żeby była sensatka nad wiek... a niech Bóg broni... to właśnie dobrze, że wesoła...
— Ja też nic przeciw temu nie mam, odparł syn...
— I ta pani Osmólska bardzo jakaś godna osoba... dorzuciła chorążyna, — ona się słyszę zajmowała wychowaniem Koci.
— Tak jest, przerwała panna Jamuntówna, która już wie wszystko, nawet co jada a czego nie jada panna Konstancja, i jakie lubi kolory... — Pani Osmólska z pomocą guwernantki zajmowała się po śmierci nieboszczki Bundrysowej sierotką, bo ojciec najemnej francuzce powierzyć jej całkiem nie chciał.
— I miał słuszność — zawołała chorążyna — ci to francuzi narobili nam cudzoziemców w kraju, niedorzecznych mód, nauczyli bałwochwalstwa dla Zachodu, i popsuwszy młodzież zatruli przyszłość.
— Ale słyszę, — dodała panna Jamuntówna, — Kostusię później na lat dwa oddawał do Wilna do Wizytek, i tam już dokończyła wychowanie...
— Już jak nie dom, to cóż może być lepszego dla kobiety, nad wychowanie klasztorne?..
— I niedawno powróciła?
— A przyznam się wam — dodała chorążyna — że na niej klasztoru nie znać, takie to wesołe, swobodne, takie w miarę śmiałe i śliczne dziecko. Może powiedzieć, że mnie za serce schwyciła.
— A! Pani dobrodziejko — odważył się z kątka odezwać Hończarewski, który nigdy nie gada — co to dziwnego, że JW. pani kogo pokocha... złote jej serce dla wszystkich stoi otworem, nawet dla tych często co nie są go warci!!
Ażeby zrozumieć jakie to powiedzenie biednego Hończarewskiego miało znaczenie, potrzeba go znać i pamięać, że nigdy się nie odzywa, a słowo, które mu się z ust wyrwało, nie było wcale pochlebstwem, ale wyrazem najgłębszego uczucia.
— Mój kochany Hończaresiu — uśmiechnęła się poruszona chorążyna — że też ci się zebrało na dworactwo... a po co mi ty to gadasz?..
— Bo czuję — odparł z ukłonem zmięszany Hończarewski, a myśmy wszyscy z tego poruszenia jego, które go wywiodło z osłupiałości, uśmiechnąć się musieli.
Na chwilę przerwało to rozmowę ogółu, pan Aleksander przyszedł i w milczeniu ścisnął rękę starego, który cały drżał ze wzruszenia... Chorążyna usiłowała zagadać, ale widziałem, że ją ten afekt obłąkanego i skośniałego w dziwactwie człowieka, jakoś mocno przejął; chorąży spojrzał na żonę i na Hończarewskiego i węzełek na chustce zawiązał; proboszcz przysunął się do niego i w twarz go pocałował.
— Otoż to tak gadaj — rzekł — Apokalipsy nie tłómacz... a będzie dobrze!..
Lecz mogęż ja spisać i wytłómaczyć się przed sobą z tego co tutaj widzę? trudno mi wprost przerzuconemu z pośrodka pospolitych ludzi podnieść się do pojęcia i ocenienia tego kółka zaczarowanego, w które mnie rzucił los szczęśliwy. Ale taka jest ich siła, że i mnie biednego potrafili dźwignąć do zrozumienia i poczucia siebie... Przy nich rozumiem już lepiej i potęgę daleko większą, ale tegoż rodzaju, apostołów i błogosławionych, za którymi szły rzesze i nawracali się zakamieniali grzesznicy. W miłości tej jest siła niezwyciężona, jest coś potężnego i nieprzemożonego jak śmierć, duch słaby nawraca się pociągniony nią, duch zły uciekać musi. Tak światy w przestrzeniach ciągną za sobą inne światy, a tu na ziemi jedna tylko miłość zwycięża, chwyta, porywa... Czuję w mojej duszy, jakby z niej spadała jakaś łupina sucha, jakbym się odradzał codzień jawniej, wyraźniej poznając prawdę przez czyn...
Tu nikt nigdy nie naucza i nie każe słowem, nie karci i nie odpycha, ale codzień żywy czyn w życie wprowadza jakaś wielką prawdę, i patrząc na tych ludzi czytasz Ewangelją. Nawet ich ułomności, ich słabości ludzkie dodają im uroku, bo z niemi walczą, bo nie łatwo przychodzi podnieść się tak wysoko, a jednak trwają na wyżynie. Patrzę na ludzi co ich otaczają, i niemal widzę jak pod wrażeniem dobra, roztapiają się, miękną, bieleją, rozjaśniają. Wybuch jakiejś namiętności, próżnostki, nienawiści, usmierza się i gaśnie, bo go tu nic nie podsyca w tej atmosferze pogodnej, chrześcjańskiej. Przez dwór i sługi, duch ożywczy płynie dalej, rozlewa się i nie raz w chatce znajduję ślad jego działania, bo na świecie wszystko jest zaraźliwe: szerzy się zgnilizna, ale silniej jeszcze prawda i dobro. Teraz wiem, ze z wiarą i miłością wszystkiegoby dokazać można, czegoby człowiek zapragnął, i nie darmo ksiądz Ginwiłł nieustannie powtarza te słowa świętego Pawła, których się dla ich piękności na pamięć od niego wyuczyłem:

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest; miłość
nie zajrzy (nie zazdrości), złości nie wyrządza,
nie nadyma się.“
„Nie jest czci pragnąca, nie szuka swego,
nie wzrusza się ku gniewu, nie myśli złego.“

„Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale
się weseli z prawdy.“
„Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,
wszystkiego się spodziewa, wszystko wytrwa!!“
(Do Koryntjan. XIII. 4 — 7.)
29. sierpnia.

W tych dniach mowa tylko o Bundrysach i oczekiwanie przybycia panny Konstancji, która się z ojcem i panią Osmólską obiecała; uważam, że chorążyna rozmowę o niej zawsze przy panu Aleksandrze zaczyna, ale nadaremnie, gdyż on chłodno jakoś o nich mówi, i nadzieje zrazu powzięte, że go nieco zajęła, pełzną powoli. Pani, w miarę jak je traci, smutnieje i zasępia się widocznie, dla nas tylko rozjaśniając twarz tym uśmiechem pełnym słodyczy, która na jej ustach coś ma w sobie świętego, bo w nim i rezygnacja chrześcjańska i skryta boleść i ofiara i spokój ducha i całe życie cnotliwe się widzi.
Wczoraj po obiedzie kazała mi się pozostać, sama usiadła do krosienek i zapytała mnie:
— Nie masz tam jakiej roboty, mój Jasiu?.. nie?
— Pilnej żadnej.
— Posiedźże ze mną jaki kwandrans, póki Jamnutówna nie przyjdzie mnie zabrać na górę do tych gruszek które tam suszą.
Trzeba bowiem wiedzieć, że ta wielka pani, mająca się kim wyręczyć aż do zbytku, wszystkiem się sama zajmuje i pojęła, że praca dobrodziejstwem jest i lekarstwem: dom ją obchodzi, sama rozrządza stołem, spiżarnią; wszakże płótno dla mnie na koszule wybierała i krajała je swemi świętemi rękami.
Ma się rozumieć, żem z chęcią został i usiadłem na miejscu wskazanem przy krosienkach.
— Nie miałeś — spytała — wiadomości od rodziców?
— Nie wiem co to jest, ale posłaniec dotąd nie wraca.
— Zwyczajnie posłaniec, będzie się wlókł, a potem każe ci zapłacić więcej, biedaczysko jakieś, chce mu się nieborakowi więcej zarobić; nie turbuj się moje dziecko. A może mu koń zasłabł, albo go rodzice wstrzymali.
Milczałem.
— Ty często bywasz z Olesiem, on ciebie lubi... nie gadał ci co temi czasy o Bundrysach?
— Nie pani... mnie się nawet zdaje, dodałem, ze może pani zrazu trochę zawczesną zrobiono nadzieję, że się panna Konstancja podobała naszemu panu... ja tam tak dalece nic nie uważałem.
— Być może, mój Jasiu — odpowiedziała — ja już przywykłam do tego rodzaju zawodów. — I westchnęła staruszka. — Szkoda! szkoda! patrz, proszę cię: Bóg wszystko dał nam, nie żalę się na los, boć opływamy i codzień za łaski Opatrzności dziękuję... jednej przyszłości rodzinie naszej poskąpiono. A wolałabym — dodała — wolałabym może inną, wielką jaką ofiarę... byle szczęście Olesia było zapewnione; ale nie nam to sobie dolę wybierać... nie nam... niech będzie wola Jego błogosławioną! Na co się nam to wszystko zdało, bogactwo, pałace, dostatki, i ci poczciwi przyjaciele co nas otaczają, gdy tego nie będzie komu powierzyć, gdy uchowaj Boże naszej śmierci, powoli wszystko się w proch rozsypie. Ale jestże co stałego na tej ziemi? godziż się nam Boga prosić i wymodlać u niego i to błogosławieństwo?!
— O pani, rzekłem, któż więcej u Boga wysłużył sobie jak wy, komużby się słuszniej należało!
— Nie mów tego, mój panie Janie, nie mów — przerwała mi wsdychając — wszyscy grzeszni w Jego oczach, w oczach Tego przed którym jednodniowa dziecina czystą nie jest... któż z nas tam powiedziećby śmiał, że lepszym jest od drugiego! Bóg ważyć będzie nie gołe uczynki, ale możność i dary swoje, i to cośmy byli powinni, i to co uczynili... nie jeden zbrodniarz ślepy i ślepotą naprowadzony na występek, czyściejszym się tam okaże, niż ci co nie popełnili grzechu wielkiego, ale minęli po drodze cnoty, które spełnić byli obowiązani.
I zamilkła na chwilę chorążyna.
— Otóż to tak — dodała — mój panie Janie, zdaleka życie nieraz wygląda jasno i pogodnie jak owoc, który się rumieni na gałęzi, ale wziąwszy do ręki postrzeżesz że go robak potoczył... Każdy ma swoje krzyże i cicho w pokorze znosić je powinien, jeśli chce jakiejś z nich zasługi.
— Ale czy ci się nie przydało tylko — dodała po chwili — bo mi wszyscy mówili, że Oleś bardzo był ożywiony.
— A! bo wszyscy pragną dla państwa, czegobyście tylko mogli życzyć sami, i łudzą się...
— A ty statysto — dodała śmiejąc się — patrzajcie go! lepiej już widzisz od drugich?
Zawstydziłem się, a rumieniec, który mi te słowa na twarz wywołały, przykrość zrobił pani chorążynie; zdało się jej że mnie słowa te zabolały.
— O! mój Jasiu, nie urażaj się — zawołała.
— Ja, pani... jam się tylko zawstydził... bo może doprawdy zbyt znów śmiało sobie sądzić pozwalam...
— Nie, tylko twoje poczciwe przywiązanie w inną cię stronę pociąga: chcesz go dowieść bojąc się nas łudzić... moje serce... At! co Bóg da, to da! Ale jakżeś ten dom znalazł, bo to ty choć młodzieniaszek, jak Oleś powiada, masz dosyć trafny sąd o ludziach...
Zaczerwieniłem się znowu słysząc tak pochlebne zdanie.
— A! jaka z ciebie Krzysia! — rozśmiała się chorążyna widząc raka którego upiekłem.
— Sam pan sędzia bardzo godny i miły człowiek, gdyby nie te śmieszne jego uprzedzenie i żarciki z arystokracji, a przypisywanie jej każdemu, kto porządniej się ubierze...
— Zapewne że to niedobra rzecz, tak potępiać cały stan — odpowiedziała chorążyna — boć słusznym taki sąd być nie może, ale, moje serce... jakże go nie uwinnić trochę, kiedy pożal się Boże, nie powiem żebyśmy się poprawili! Nie widzę tego, grzeszni jesteśmy, a właśnie na nas Bóg najwięcej włożył obowiązków, z których jak przyjdzie do obrachunku, mało spełnionych... Ale co to tam, to w nim tylko śmiesznostki, a że ją nieustannie mu przypominają i podżegają go, więc się zmaga i powtarza swoje... gdyby na to nie uważano dałby pokój. Ja mu tego za złe nie mam. Alboż to nasi panowie, bo i tacy co się do nich liczyć nie mogą, nie śmieją się ze szlachty, nie przezywają ich... nie drwią?
I to źle, i to źle... jednej matki dzieci, jednej ziemi synowie siejemy nienawiść występną... aleśmy słabi... kto to tam wie, może Bóg tak chciał, żeby jedni drugich pilnując, popsuć się im do reszty nie dali.
— No, a panna Konstancja? — spytała — prawda, ślicznotka?
— Niezawodnie, że nikt jej tu nie zrówna...
— A panię Osmólską poznałeś?
— Trochę z nią mówiłem...
— Prawda, osoba rozsądna?.. ale cóż mówisz o niej?
— Otóż to że nic powiedzieć nie mogę... bom nie miał czasu się zbliżyć, postrzegłem tylko, że z nadzwyczajną troskliwością, oczy jej nie schodziły z panny Konstancji...
— Kocha ją... tak! któżby to tego dziecka nie kochał! Ale powiedz mi, co to jest, że oni nie przyjeżdżają, obiecali być.
— Wszak pierwszą razą mówił głośno pan Bundrys, — że córki tu nie przywozi ażeby w pałacach nie zasmakowała, i potem w Romaszówce nie tęskniła za niemi.
— Co? co? mówił to — spytała chorążyna... — słyszałeś?
— Słyszałem...
— Ale nam dał słowo... cóż znowu! dziecku się głowa nie zawróci, od kawałka muru i trochy starych rupieci... czyż to w tem szczęście... daj memu Olesiowi żonę a mnie wnuki, pójdę mieszkać w chacie! — dodała.
W tem weszła panna Jamuntówna z kluczami, widocznie zdziwiona że mnie zastała na rozmowie z chorążyną, staruszka wstała, a ja wybiegłem do ogrodu...
Tu wszystko z sobą w dziwnej harmonji, ludzie, mury, drzewa... zdaje się że osoby i tło na których występują, najgenjalniejszy tworzył artysta... gdzieindziej zda się postacie te tak-by majestatycznie się nie wydawały, tak-by nie żeniły się z naturą. Okolica otaczająca smutna, tęsknotą przesiąkła, ale pełna powagi, bory ogromne, sosny i jodły niebotyczne.. jeziora jasne, rzeki szerokie... a krajobraz choć płaski, jednak rozległy... Miejscami te ławy żółtych piasków, od których promienie słoneczne z taką się odbijają siłą, dodają surowości pejzażowi, a rozsiane na nich czarne, jałowcowe krzaki, mają coś w sobie cmentarzowego. Ogród pałacowy prześliczny, drzewa w nim tak ogromne jak w Białowieżskiej puszczy... Szpalery po kilka tysięcy kroków długie, tarasy, kondygnacje, figury kamienne, sadzawki wielkie jak stawy... cały las... Gdyby tak ojcu, który siedzi na kilku zagonach, tylko to co tu pustuje... jaki by był pan z niego! Ależ na świecie i to potrzebne... Czuję, przechadzając się nie raz wśród tych drzew, że co tylko człowiek zrobił na ziemi z myślą o piękności, dla dogodzenia jakiejś nieokreślonej potrzebie duszy, zawsze ma w sobie coś pobudzającego do uczucia szlachetniejszego, do poważniejszej myśli. Na gruzach jakiego młyna lub fabryki, na rumowisku karczmy lub gorzelni, nie przyjdzie ci myśl żadna, chyba ta że głupi był co się temu dał zwalić; tu bodaj w tym ogrodzie, kilka grubych pni w rząd stojących już ci coś powiedzą, jakimś poczciwym cmentarnym smutkiem duszę napełnią... szepną ci pragnienie modlitwy...
Ogród ten jak dziś się podniósł, jest monumentem, i ten co go zakreślał pierwiastkowo nie marzył może, by z niego taki gmach zielony wyrósł kiedyś. W iluż to ogrodach, pozakładanych dla oka... sieją dziś brukiew i sadzą kapustę wypaliwszy drzewa... w S... sam coś podobnego widziałem. Tu wszystko się ostało całe, pielęgnowane i szczęśliwym trafem, myśl zieleni się w pełni co roku rozrsatając bujniej. Ja w tej symetrji, na którą tak wszyscy dziś krzyczą, nie widzę grzechu wielkiego: zapewne las piękny, ale te fantastyczne zielone korytarze, altany, pomniki, te wschody kamienne, te regularne kształty, mają w sobie coś uroczystego. Dzika natura jest malowniczą, ogród taki ma coś pomnikowego... śmieszna to może architektura z liści, ale nie bez charakteru...

30. sierpnia.

Odebrałem list od rodziców, i cały żyję tem przypomnieniem domu, wszystko mi z oczów znikło, krom tych dwojga głów siwych tam na zagonie pochylonych... Zdaje mi się że ich widzę wzdychających ku mnie, i wieczór nad ubogą wieczerzą zapytujących jedno drugiego: — Co też tam nasz Jaś porabia? — Noszę na piersiach ten kawałek siwego papieru oddarty od jakiejś książki, na której ojciec i burę i dobre słowo mi za te pieniądze nakreślił ręką drżącą, zapowiadając, że ich dla siebie nie użyje i zakazując mi nadal wszelkich tego rodzaju przesyłek. Rozpytywałem posłańca, który mi musiał zdać szczegółową sprawę o wszystkiem, jak oni tam wyglądają, jak go przyjęli, co mówili... jak się tam o mnie dobadywali, czy ojciec siejbę dokończył, czy matka płakała bardzo odebrawszy mój list, co mi Andzia kazała powiedzieć? Ale obcy człowiek zbywał mnie ni tem ni owem, muszę odgadnąć bym wiedział, i to życie ta proste najłatwiej się daje, bo dość przypomnieć dzień jeden, ażeby domyśleć się reszty...
To zestawienie dwóch rodzajów życia dawnego mojego i dzisiejszego, przestrasza mnie wielką różnicą; obawiam się żebym nadto od ubóstwa nie odwykł, zbyt się do miękkości i dostatku nie przyzwyczaił. Położenie moje niepewne, nic nie zaręcza za jutro, któż wie jak mi będzie gdy znowu na zagon, do chaty i pracy ręcznej przyjdzie powrócić, po tym spokoju i ciszy, po tych rozkoszach, w których tylko myślą i sercem pracowałem?.. Trzeba być gotowym na wszystko i nie zmięknąć wśród przypadkowych pieszczot losu. Dostatek rozprzęga człowieka i wyprowadza go z troski codziennej do kraju marzeń, w którym mu długo mieszkać nie wolno... Nie lepiejżeby mi było ciężej zaczynać, młodość w pocie czoła strawić, a na starość zarobić sobie trochę spoczynku, na ówczas potrzebniejszego niż dzisiaj? Sam to czuję i obawa jakaś mnie przejmuje: serce już przylgnęło do tego łatwego i wygodnego życia bez troski. Pojmuję, że słabsi ludzie, którym los daje na lat kilka taką gratkę, potem spodlić się mogą, aby się przy niej utrzymać. Wszystko to niepokoi mnie, chciałbym wziąść się do pracy surowszej, żeby nie ociężeć i nie rozmarzyć się wśród tego raju...
Tu taka cisza, spokój taki, tak mało walki, życie tak łatwo i mile upływa, jak w ciszy przed burzą... Słucham, patrzę, rychło-li się niebo pochmurzy i nawałnica zawarczy. Tymczasem myślą tylko pracować mogę, i siedzę w bibliotece, której każda książka dowodzi mi, że nic nie umiem. Ale wiedza ludzka to las ogromny, przez który tysiące ścieżek się wije, co wybrać? sam nie wiem... wszystkiego pochłonąć nie można, a wszystko tak wiąże się z sobą, tak łączy, że jednego bez drugiego zrozumieć i opanować nie można...
Błąkam się i boleję.
Właśnie gdym tak rozpamiętywał, chwytając i rzucając książki w jakiemś usposobieniu gorączkowem i drażniącem, pan Aleksander wszedł do biblioteki; spojrzał na mnie i znać bystrym wzrokiem z twarzy mojej przeczytał co się w duszy działo.
— Cóż tu porabiasz? — zapytał — zacząłeś co? jak myślisz?...
— Kierunku potrzebuję — rzekłem — i sam nie wiem do czego się zwrócić... nie zbywa mi na ochocie, mam wolę która wyrobi wytrwałość, ale nie umiem się obrócić i nie czuję powołania wyłączniejszego... a tu go potrzeba koniecznie.
— Przecież — rzekł — jedno cię więcej pociąga niż drugie?
— Literatura, poezja, historja... rzekłem, ale do czegoż to prowadzi?
— Wszystko do czegoś prowadzi — odpowiedział — tylko nie bez pracy i nie bez walki, wszędzie wyrobienie sobie stanowiska nie łatwe, własnego poglądu bardzo nawet trudne, a bez niego cóż znaczy człowiek, który powtarza za panią matką pacierz? Na początek, radzę ci tylko pracę, niemal trafem możesz wpaść na przedmiot który cię pochwyci i któremu się oddasz... Umysł masz żywy, pojęcie łatwe, bądź surowym dla siebie, nie uwodź się lada błyskawicą, która przez głowę przeleci. Ucz się języków, doskonal to co umiesz, bądź dla siebie nauczycielem surowym... a dojdziesz do czegoś.
Posłuchałem go i wziąłem się do przechodzenia na nowo tego, co w szkołach i liceum słuchałem, wybrałem książki; nauczył mnie jak mam jedne drugiemi sprawdzać, jak zapobiegać, aby nieuledz przewadze talentu wystawiającego rzecz jednostronnie... Ale samemu mi trudno, nieustannie rozdwajać się, pilnować, stać muszę na straży, abym fałszywą drogą nie poszedł.
A tymczasem wśród nauki, przeniesiony w inne światy, widzę przed oczyma duszy siwego ojca, schylonego nad zagonem, matkę wzdychającą do spoczynku, siostrę więdnącą na wiejskiej ławie i serce tam mnie woła... Czy nie lepiejby było powrócić pod ten dach słomiany, podzielić się ich razowym chlebem i spełnić święty obowiązek?
Dobrze ksiądz Ginwiłł powiada, że Bóg nie spyta człowieka przy rachunku życia, co umiał, ale co uczynił?
Ja nic nie umiem, i nic nie zrobiłem jeszcze.
Życie jest strasznem zadaniem.
Może się zbytnie lękam i niepokoję, ale nie jestem w zgodzie z sumieniem, a gdy jutro przyjdzie z wichrem i burzą, kaleka na umyśle, jak ten grenadjer proboszcza, nie potrafię im podołać, i za żebraniną o kiju wyjść mi będzie trzeba!...

Jutro! straszne nieznane jutro!

1. września.

Nareszcie doczekaliśmy się Bundrysów; pani Osmólska, sędzia i Kostusia przyjechali wczoraj po obiedzie; chorążyna wybiegła naprzeciw nich aż do sieni i uściskała dziewczątko, które zdawało się pomięszane wrażeniem tego państwa, gmachów, murów, staroświeckiego zbytku i powagą domu. Oczy jej biegały po ludziach, po przedmiotach i zdawały się chcieć odgadnąć znaczenie ich, przeszłość... charakter... Wyszedł i pan chorąży, którego twarz smutna a pociągająca, zasępiła na chwilę lice dziewczynie, bo się w nim wszystko jak w zwierciadle odbija. Chorążyna, panna Jamuntówna, Krzysia starały się ją rozbawić, co zresztą nie trudno w Borowej, gdzie tyle jest do widzenia, a dla niej tyle być musiało nowego.
Matka za każdem drzwi otwarciem, spoglądała niespokojnie oczekując pana Aleksandra, posyłała po niego, chcąc sama widzieć i sądzić jak przywita pannę Konstancję i jak będą z sobą... on nie przychodził, i dopiero w pół godziny nadbiegł z ogrodu, gdzie go ledwo wyszukano. Ale tak był swobodny, a tak chłodny, że nie wiem czy co chorążyna wyczytała w jego obejściu pocieszającego; bawił szczególniej sędziego i nim się zajmował. Kilka razy ich zbliżano do siebie, zawiązywano rozmowę, ale stary Bundrys przeszkadzał... Humor miał jakiś niedobry, i jak chorążyna na syna, on wciąż na córkę patrzał, starając się wyczytać z jej twarzy co myśli, jakie to na niej robi wrażenie, zasępiał się jej wesołością, martwić zdawał zbytniem rozżywieniem, które wzrokiem surowszym wstrzymywał.
Temu ojca ostrożnemu jakiemuś kierowaniu córką przypisać może potrzeba, że panna Konstancja, która kilka razy swobodnie puściła cugle wesołości dziecięcej prawie, wstrzymywała później widocznie i poważniała owiana chłodnem wejrzeniem Bundrysa.
Chorążyna próżno starała się Kocię i panią Osmólskę oddzielić od sędziego, on nie ustępował kroku. Stary pan chorąży wyszedł nawet trochę ze swojego milczenia, kilka razy zbliżył się do dziewczęcia, i przemówił jak umiał najsłodziej, jak mógł najweselej.
Ku końcowi tych trochę ceremonjalnych odwiedzin, pan Aleksander usiadł przy panience, i na twarzy chorążynej rumieniec się pokazał; odwróciła głowę bojąc się spłoszyć spojrzeniem syna... ale rozmowa nie długo trwała, bo Bundrys wstał ze swego miejsca i wmięszał się do niej zaraz, dosyć znów kwaśny i jakoś pochmurzony.
Chorążyna westchnęła tylko i spuściła głowę z pokorą, jakby się gotowała do wyrzeczenia nadziei... któremi się trochę łudziła.
Wyjechali przed wieczerzą, choć ich jak najmocniej zapraszano, i z twarzy panny, a nawet pani Osmólskiej widać było, że chętnieby się zostały; nielitościwy Bundrys nie dał się zatrzymać, pod rozmaitemi pozorami przyśpieszając powrót do Romaszówki. Szlachcic coś widać przewąchał, czy przeczuwa, i nie widać żeby mu to smakowało.
Jeszcześmy wszyscy byli zajęci odwiedzinami, na które czekano od dni kilku, gdy chorążyna listy jakieś z poczty odebrała, widocznie niepokojące, a że tu tajemnic nie ma, dowiedzieliśmy się, że jakaś krewna Jamuntów, z wielkiego świata obiecuje tu swoje przybycie, a nawet zabawić ma czas jakiś. Kto to taki, jeszcze nie wiem, widzę tylko z szeptów i twarzy, że to przybycie zatrważa niemal wszystkich.
— Cóż my tu z nią robić będziemy? — odezwał się pan chorąży — po co? — nie pojmuję...
— Znudzi się i pojedzie — odparł pan Aleksander...
— Ale jak ją tu zabawić? jak przyjąć? — szepnęła chorążyna — juściż sama gościnność wymaga...
— Przyjmiem jak umiemy... zresztą... wątpię żeby tu wytrwała długo — dodał syn...

Ksiądz kanonik wezwany do rady, kiwał głową i mówił coś żywo, rozeszliśmy się z pokojów, wszyscy zaciekawieni, i jak państwo niespokojni.

3. września.

Teraz już dowiedzieliśmy się kto jest ta pani, której przyjazd tak biedną chorążynę kłopocze. Doroszeńko wie o niej dobrze, przez jednego ze swoich krewnych bawiącego w Warszawie, — i także ramionami rusza, nie pojmując co ona tu z nami robić będzie. Proboszcz serjo zafrasowany, cały dwór w kłopocie, państwo nawet pochmurnieli...
Ma ona znaczne dobra w okolicy, które potrzebowała odwiedzić, a że w nich mieszkania żadnego, pani zaś do wielkich zbytków przywykła, bez ceremonii oznajmiła, że czas, który ma spędzić na wsi dla interesów, w Borowej przemieszka. Nagotowano jej apartament na dole najpiękniejszy, a teraz ciągle tam krzątają się, żeby na jej przyjazd odświeżyć go i jak najwygodniejszym uczynić. Z półsłówek uważam, że jej przybycie strachem wszystkich napełnia. Doroszeńko powiada, że to kobieta bardzo jeszcze młoda, ale wielkiego doświadczenia; pochodzenie jej mgłą jakąś okryte, a pokrewieństwo z Jamuntami urojone, na tem się tylko opiera, że pierwszy jej mąż, z którym się rozwiodła był jakimś kolligatem, cioteczno-stryjeczno-wujeczno-babeczno, i bajeczno, a nie rodzonym samego pana, a coś podobnie samej pani.
Pani hrabina Bulska (Doroszeńko na tytuł ten ramionami rusza jakoś dziwnie) wyszła naprzód bardzo młodą dzieweczką za podeszłego już magnata, który się pokochał w jej piękności, ma bowiem być dziś jeszcze ideałem wdzięku — ale nie żyła z nim długo i rozwiodła się wkrótce; podróżowała potem wiele, miała mnóstwo wielbicieli, którzy za nią jeździli, bili się, kochali aż póki jeden z nich pan Bulski, galicjanin, za wszystkich, powiada Doroszeńko, nie zapłacił ożenieniem. Nikt nie zna tego Bulskiego, wybranym być miał, że bogaty i dobroduszny człowiek, którym ta pani spodziewała się kierować jak chciała; i ten ją przecie porzucił, odumarł czy rozwiódł się z nią, nie wiadomo z pewnością; hrabina została przy tytule, majątku utargowanym na dwóch mężach z maleńką córeczką i teraz sama się po świecie kieruje. Z tego co słychać jest to jakaś dziwna istota, chłodna gdzie o nią chodzi, oszczędna, rządna, ale nie dbająca o opinią, i dokazująca co się jej podoba z śmiałością do bezwstydu dochodzącą. Poczwarne rzeczy mówią o niej, choć tu im nie wierzą i nie sądzę żeby to prawda być mogła, bo sobie kobiety takiej wystawić nie umiem. Na mężczyznę byłoby to za śmiało i za wiele, gdyby połowa tych przygód tylko miała być istotną — cóż dopiero na kobietę.
Dobra jej, w których jeszcze ani razu nie była, ale się w nich bardzo umiejętnie rządzi sama, leżą nie daleko Borowej; słychać że albo je sprzeda, albo dokupić by do nich chciała, bo świeżo wzięła spadek jakiś niespodziewany, a niezmiernie ma być praktyczna i umie sobie w tem dać rady, wcale nie po kobiecemu. Życie jej od zamążpójścia w znacznej części upłynęło za granicą i po miastach, na wsi nie mieszkała nigdy dłużej, cudzoziemka i wielkiego świata pani, jak się z nami pogodzi nie rozumiem, choć podobno w potrzebie, wszystko co chce zrobić z siebie potrafi.
Chorążyna modli się i ręce składa, radzi wszystkich, a po cichu pana Boga prosi, żeby tego ciężkiego gościa od nas odwrócić raczył, bo nam życie zatruje.

— Państwo bo nadto dobrzy jesteście — rzekł wczoraj ksiądz Ginwiłł bez ceremonii — no! no! odmówić domu nie wypada, nie sądźmy abyśmy nie byli sądzeni, co tam za jedna nie wchodzę... ale do zbytku dogadzać jej nie potrzeba, do czego? na co? Jak się tu żyje, niech nasze życie przyjmuje i kwita, a nie do smaku, z Panem Bogiem. Nie zważać na te tam przywyknienia ich, nie dogadzać,.. to sobie pojedzie zakręciwszy ogonom i nas w pokoju zostawi, co daj Boże... A gryźć się tem, a niepokoić, a trapić, tfu! nie godzi się! a cóż to mi znowu za królowa?

7. września.

Od kilku dni cały dom do góry nogami przewrócony, tak że moje notatki ucierpiały na tem, bom nawet wolnego nie miał wieczora, żeby się przed sobą wyspowiadać.
Jeszcześmy się byli z tą myślą przybycia pani Bulskiej nie oswoili, i myśleliśmy, że nas może minie grożący nam najazd, gdy jednego ranka, we środę, podróżna karetka najętym żydem, mocno opakowana, z jednym lokajem i służącą, zatoczyła się przed ganek, i przepyszny kamerdyner hrabinej zażądał pokojów dla pani...
Trudno sobie wyobrazić jaki się stał popłoch, bośmy tu nie przywykli wcale do takich odwiedzin, a gość zwyczajnie ubrany i uśmiechnięty, od razu do salonu wchodzi; lokaje pokazali pokoje, trzeba było wyjść komuś, ale nikt nie chciał. Panna Jamuntówna za nic się nie ofiarowała, kapitan Zbrzeski niby marszałek dworu pojechał był na rybę, pan Aleksander na polowanie, dosyć że jak zaczęli jeden do drugiego się odwoływać, sama chorążyna nareszcie powlokła się, choć ze trzy razy przeżegnawszy na tę wyprawę.
Nie zabawiła długo i wyszła w lepszym daleko humorze niż się spodziewano, mówiąc pannie Jamuntównie, że mniej straszny djabeł niż go malują. Nim zabębnili na obiad wszyscy się przez ciekawość ściągać zaczęli, i w chwili gdy pani Bulska weszła do salonu, jużeśmy w nim byli w komplecie prócz chorążego.
Tak dziwnie pięknej kobiety nie widziałem jeszcze, i choć mi się panna Krystyna wydała śliczną po naszej Andzi, a po niej niezrównanie wdzięczną panna Konstancja, wszystkieby pogasły przy tem zjawisku, na które ja przynajmniej patrzałem w zupełnem osłupieniu, a sądzę, że nie mniejsze i na reszcie naszego dworu zrobiła wrażenie.
Weszła na salon jak królowa, śmiało, z góry poglądając na wszystko, wesoła, jaśniejąca, a na podziw młoda i świeża, kobieta dosyć słusznego wzrostu, ciemnych włosów i czarnych oczów, biała jak alabaster, zarumieniona tylko trochę podróżą... Ruch jej każdy, wejrzenie, słowo, osobliwszego uroku, i gdyby nie przesadna trochę śmiałość i jakaś duma, nie pojmuję jakby się oprzeć jej było można, choćby kazała w wodę lub ogień skoczyć. Spojrzała na nas mimochodem, ledwie głową kiwnąwszy, pobiegła do chorążynej żywo, uśmiechając się, wdzięcząc i zasiadła przy niej na kanapie. Ale jak usiadła! u nas tak ludzie siedzieć nie umieją: upadła, położyła się, przegięła, nie wiem, cudem jakimś czy rachubą tak się nam pokazując, aby od razu wszystkie jej wdzięki ocenić, obejrzeć było można, kibić, rękę, nogę, popiersie, twarz, niesłychanej piękności warkocz, malutkie ucho i prześlicznego toku szyję.
Ubranie jej było świetne, całe w błyskotkach, mieniących się jakichś barwach, nieznanych nam drobnostkach, ale z takim dobrane smakiem, taką składające całość, jakby nad niem malarz pracował. Nic nie zaniedbała, i nie dziwić się, że kilka godzin ubierała, bo też tak ustroić nie łatwo.
Od stóp do głowy, wszystko co miała na sobie, niesłychanie wykwintne i z jakąś niepojętą sztuką zrobione, jakby się w tem urodziła... Twarz przypadała do sukni, reszta ubrania do twarzy... Zapatrzyliśmy się na nią jak w tęczę, i ja zrozumiałem przez nią cały świat jakiś nieznajomy mi, który ona przedstawiała... Chorążyna, nasze kobiety, dziwnie się przy niej skromnie, wieśniaczo wydawały.
Nic a nic nie zmięszana tylą obcemi twarzami i ludźmi, wejrzeniami, które na nią skierowane były, poczęła rozmowę urywaną, prędką, zręczną, wesołą, a tak jakoś trafnie zastosowaną, że od razu pani chorążynie ułatwiła ją, i sama już później prowadziła, jak dobry woźnica powóz po szerokiej drodze, mijając co minąć było potrzeba, wybierając gładsze miejsca, skręcając, przyśpieszając, zwalniając jak się jej podobało. Wśród tego szczebiotania nic jej oka nie uszło, obejrzała nas wszystkich, pokoje, meble, poodgadywała zdaje się nazwiska, domyśliła się obyczajów i w kwadrans była panią w salonie, tak, że gdy chorąży wszedł, nie on ją, ale ona jego niby u siebie przyjmowała. Stary milcząco przywitał kuzynkę, popatrzał, przemówił kilka słów, i począł chodzić po salonie ręce w kieszenie powkładawszy z rezygnacją przyjmując tego niepotrzebnego przybysza. Ona nie spuściła go z oka, mówiła z chorążyną, ale go badała, przejmowała, odgadywała widać i uczyła się z każdego ruchu, z każdego marszczka twarzy, która powlokła się marmurową obojętnością. Zdaje się, że mimo usiłowania, żadnego na starcu nie zrobiła wrażenia; znosi ją, ale nie lubi, gdy już wszyscy oplątani, zwyciężeni, upadli jej pod nogi.
Pau Aleksander, który się przypóźnił, został przez nią przywitany po męzku podaniem ręki, co ja pierwszy raz w życiu widziałem, i zaraz się nim nadzwyczaj zajęła, całkiem prawie obracając do niego. Widziałem jak go z kolei wzięła na egzamen, jak po dwóch czy trzech odpowiedziach, już wiedziała z jakiego tonu do niego się odzywać, jak przy obiedzie uprzedzała słowa i kończyła za niego, gdy się odezwał. cudownie przewidując co ma powiedzieć.
Gdyby szatan mógł się ubrać po kobiecemu, nie inaczej by wyglądał.
Dziwnie bystra i przewidująca, czy z taką szaloną znajomością ludzi i świata już jest tu jak w domu, i nas wszystkich wie, przebiła na wylot wzrokiem, poodgadywała. A tak przytem grzeczna, umiejąca się przymilić, pochwycić, że choć na wpół szydersko przemówi, choć w szczerość tych improwizowanych uczuć uwierzyć trudno, choć tam chłód jakiś wieje z słowa każdego, rozbraja, pociąga, nęci, obałamuca.
Byliśmy wszyscy uprzedzeni przeciwko niej, a teraz milczymy, wymawiamy, nie wierzym, patrzym, oglądamy się, szukając pozoru tylko, by ją uniewinnić. Wszyscy się jej obawiali i może wdzięczni są, że sobą jak najmniej chce zrobić kłopotu; zaraz przeczuła rodzaj życia zwykły i zastosowuje się do niego nadzwyczaj zręcznie. Po obiedzie, przy czarnej kawie tylko, prosiła o pozwolenie zapalenia cygareta, które dobyła z jakiegoś sprzęciku złocistego, i gdy go przytknęła do różowych ustek — z dymem jego tak niezwyczajnym u nas, a tak się dziwnie wydającym dla wieśniaków, wszyscy dworscy posłupieli. Proboszcz aż wyszedł zaraz zgorszywszy się niezmiernie i plując w sieniach, a ruszając ramionami, reszta popatrzyli na siebie i nie wiedzieli czy wierzyć oczom swoim. Chorążyna była widocznie zmięszana, chorąży rozgniewany prawie, pan Aleksander jakiś smutny. Nie uszło to jej oka, jakoż nie paliła długo, i odezwała się wymawiając z nałogu.
— Nauczyłam się tego w Hiszpanji... wszyscy tam palą, ale dla kobiety to nieprzyzwoita... sama to czuję... staram się odwyknąć... Ból zębów czyni mi to jednak koniecznością prawie i doktorowie zalecili żebym nagle się nie odzwyczajała.
Chorążyna nic nie odpowiedziała... rozeszliśmy się wkrótce i ona poszła do swoich pokojów. Ledwie na ganku, już nasza kupka zebrała się rozprawiać, a kapitan Zbrzeski unosił się nad panią Bulską do szaleństwa.
— Ależ to kobieta! ależ to kobieta! panie, niech mi się wszystkie wieśniaczki schowają!... oto piękność, oto maniera! a niech ją wszyscy....
— Oto to, niech ją sobie wezmą! — dodał proboszcz, który w ganku psy karmił — concedo.
Pan kapitan obrócił się zdziwiony, ale nie wstrzymał.
— Alboż nie piękność! a co za dowcip... a jak to panie ona te cygaro zapaliła.
— Już to powiem szczerze, licho wie co te cygaro znaczy? — zawołał Doroszeńko — gdzież to kto widział kobietę żeby kurzyła.
— Ale na wielkim świecie, to co innego — odparł Zbrzeski, który się ogromnie zapalał.
Doroszeńko był także pod wrażeniem, i bronił choć ciszej; jeden proboszcz mruczał i krzywił się.
Szliśmy ulicą ku dworkom; przebąkiwał ciągle ze złym humorem, którego się taić nie starał.
— Niewiedzieć bo co to jest? — mówił — mężczyzna nie mężczyzna, kobieta nie kobieta... diablik jakiś, panie odpuść... a wszystkim już głowy pozawracała! cóż to będzie jak jaki tydzień posiedzi, chyba kropidłem i egzorcyzmem szatana z nich przyjdzie wyganiać. Wstydzilibyście się... niechże kapitan... wiadomo że jemu aby kobieta, to szaleje... ale wy... gdzież u was oczy, że nie widzicie co to za jejmościanka... Wszystek świat zjeździła... wszystko zna, wie, udaje kogo chce... po prostu komedjantka... Ja wam powiadam, że gdy tu posiedzi, nieszczęście będzie, nieszczęście...
— Mówili — przerwał po chwili Doroszeńko, że dwa razy była za mężem, że ma córkę, a ona na dwadzieścia lat nie wygląda.
— Tfu! — splunął kanonik — nie macie już o czem gadać! — Machnął kijem i poszedł.
Fraszka to, że my o gościu rozprawialiśmy, ale cały dwór się ciekawił, słudzy zaglądali przez dziurki od kluczów, zbiegali się do sieni, żeby ją choć przechodzącą najrzeć, nie było kąta żeby o niej nie rozmawiano, a panna Jamuntówna wiedziała już doskonale co mówiła do służącej, ile par sukień z sobą przywiozła, czem się umywała, jakie miała przywyknienia i sposób życia... Tylko oboje chorąstwo posmutnieli widocznie, a choć bardzo grzeczni dla kuzynki, byli jakby niespokojni; stary wzdychał chodząc, sama miała twarz zamyśloną posępnie, którą gdy do niej kto przemówił, starała się swoim zwykłym uśmiechem wyjaśnić.
Z ciekawością wszyscy się zbiegli o godzinie herbaty do salonu, prócz proboszcza, który we dworku został; nawet Pulikowski, Hończarewski, i co tylko miało wstęp na pokoje, zawczasu się zgromadziło; ja się wcale nie przygotowałem do czytania, bom nie sądził żeby ta nasza zabawka przy pani Bulskiej ujść mogła. Pulikowski zaraz mi w ucho szepnął, że widział jej kamerdynera, który jest tak wielki pan, że mu osobny pokój dać musiano i chłopca do posługi, że ma złoty zegarek, cygaro pali i w lakierowanych butach chodzi, a co najgorzej — z brodą.
— Na moje własne oczy widziałem, Jasiu, z brodą! Ani przystępuj do niego, a nas wszystkich tak traktuje, jakby nie było do kogo gadać. Stanął bestja w ganku, wziął się w boki i patrząc w kolo ziewał... Garderobianę widział Zbrzeski, powiada że mosanie jak lalka, druga hrabina...
Najdziwaczniejsze nowinki krążyły po salonie, gdy pani Bulska weszła, od niechcenia przypatrując się obrazom, meblom, wszystko niesłychanie chwaląc, unosząc się, na nikogo zresztą z nas nie patrząc, wpół po francuzku, pół po polsku odzywając się do pana Aleksandra, którego zaraz u drzwi pochwyciła. Widoczna była że chciała się przypodobać niezmiernie, szczególniej chorążynie samej, panu i panu Aleksandrowi, którego potrafiła zaraz ożywić i wprowadzić w rozmowę. Ukazanie się chorążynej odciągnęło ją od niego, pobiegła do staruszki, pocałowała ją w rękę, poskarżyła się na mocny ból głowy i siadła znowu innym sposobem, ale zawsze tak mądrze, żeby ją admirować musiano. Panna Krystyna za nią raki piekła, ona ani jednego.
Ale czego ta kobieta z siebie zrobić nie umie! Mężczyznę, zawadjakę, dziecko, niewiniątko, anioła, diabła wcielonego, poważną matronę, smutną i nieszczęśliwą niewiastę, panienkę skromną, wieśniaczkę... i nie wiem już kogo. Nigdym sobie nie wyobrażał, żeby tyle charakterów i postaci w jednej się osobie zmieścić mogło. Głos, rysy, twarz, ruchy, wszystko się w niej na rozkaz przeistaczało, i jednego wieczora, zupełnie inną była z panią, z starym chorążym, z panem Aleksandrem, z panną Jamuntówną, z Krzysią, choć dla wszystkich niesłychanie grzeczną i uprzejmą.
— Co państwo robią wieczorami? — zapytała chorążynej po herbacie.
— Czasem czytujemy — odpowiedziała staruszka — gadamy... grywamy w karty, ale to tylko ksiądz proboszcz, którego nie widzę... z panną Jamuntówną, kuzynką naszą.... nie siedzimy do późna... bo mojemu mężowi i mnie to szkodzi...
— To bardzo pojmuję — zawołała — a! ja tak czytać lubię... ale któż czyta?
— Czasem która z nas, teraz częściej kuzyn nasz, pan Jan...
I zaprezentowała mnie chorążyna.
Gdy na mnie parę tych oczów czarnych, zaciąwszy usta, skierowała prosto w piersi jak dwie kule, i moje biedne studenckie wejrzenie spotkało się z tym wzrokiem, który palił jak roztopiony kruszec... myślałem że upadnę... zaczerwieniłem się, zmięszałem, aż panna Jamuntówna musiała chustką się zakryć, żeby z mojej miny nie rozśmiać.
Rzutem oka obejrzała mnie od stóp do głowy, i skończywszy przegląd w minucie, bo zapewnie nie trudno jej było wyczytać we mnie mego niedoświadczenia., strachu i młodości, odwróciła się do chorążynej.
— A zatem prosimy o czytanie.
Struchlałem.
— Ale to kuzynkę nie będzie zajmowało... po polsku.
— I owszem! i owszem, po polsku... ja wiele czytam... proszę... a najmilej mi będzie, gdy w tym gościnnym domu nie przerwę zwykłego trybu ani na włos... nie będę się czuć natrętną, choć nią jestem.
Uśmiechnęła się wyzywająco.
Chorążyna potrzebowała coś grzecznego powiedzieć.
— Ale kochana kuzynko, na wsi gość nie może być natrętnym, nasze życie tak jednostajne.
— Jednak pojmuję, że do niego nietylko przywyknąć, ale się w niem rozmiłować można... a! ja tak wieś lubię! gwar miasta mnie utrudził, potrzebuję wytchnienia, spoczynku, ciszy...
Nic nie pomogło, musiałem naprzeciw niej usiąść do czytania, i Bóg wie jak się z tego wywiązałem, bo mi głosu brakowało, a ona, zdaje się naumyślnie, oczy swe czarne, posyłała, żeby mi na drodze stawały. Czytaliśmy coś poważnego jak zwykle, milczała, słuchała, ale nie tracąc czasu, badała twarze, uczyła się nas, przysługiwała chorążynie, której trzymała kłębuszki, liczyła oczka, podsuwała stołeczek pod nogi.
O dziesiątej wstała z kanapy, chorąży wymknął się co najśpieszniej... ona chwyciła się za głowę.
— Okropna mi się gotuje migrena... wielką mam z nią mękę... spać po całych nocach nie mogę, i dopiero nadedniem trochę powieki zmrużę... dla tego trochę późno wstaję.
Chorążyna chciała ją odprowadzić, ale nie pozwoliła i wymknęła się, półuśmiechem i skinieniem głowy żegnając pana Aleksandra; myśmy pozostali, pani zbierała robotę...
— A cóż Olesiu, jak ci się podobała?
— Ale bardzo! — zawołał pan Aleksander — nie naszego to kroju kobieta, nie do naszych obyczajów, ale jak się zastosowuje... co to za dowcip, zręczność, jakie wykształcenie!
— A mnie aż zimno się czogoś robi, gdy na nią spojrzę — szepnęła po cichutku chorążyna — jużcić nie mogę inaczej powiedzieć, tylko że jak chce, to miła i śliczna, ale ja się jej boję czegoś niewypowiedzianie.
— Zdaje się być trzpiot trochę, ale dobre dziecko — rzekł pan Aleksander.
Staruszka głową potrzęsła... — A jużcić miła kobieta! dobranoc wam! dobranoc.
Rozeszliśmy się wszyscy, a ja przyznać się muszę, żem nie mógł ani do roboty się żadnej wziąć, ani usnąć długo, tak mi to zjawisko po głowie chodziło.
Nazajutrz ona już była jak u siebie w domu, i niewiedzieć jak znała nas każdego, wiedziała jak się do kogo odezwać, miotała nami na wszystkie strony.
Rano nie czekano na nią ze mszą, bo nikt nie sądził, żeby chciała być na niej, gdy zjawiła się w rannym stroju, a za nią ów brodaty kamerdyner z przepysznie oprawną książką; trzeba ją było widzieć jak się modliła, i bodaj czy proboszcza tem nie rozbroiła trochę, bo już milczał tylko i przyglądał się jej zdaleka. Pannie Jamuntównie jakoś bardzo zręcznie darowała zegareczek, młodszej bransoletę, i tak je za serce nie darami temi, ale obejściem schwyciła, że chorążyna wydziwić się nie może. Nie wiem co to znaczy, ale rozpatruje się, dowiaduje, przypochlebia, i mnie nawet nie minęła, bom kilka słówek bardzo grzecznych dostał mimochodem i spojrzenie piorunujące.
Starzy tylko, którym zabiega drogi, uśmiecha się i wdzięczy, zimni, ostrożni i milczący, na co ona nie zważając, wciąż jak dziecię się przymila. Od wczorajszego dnia do dziś, nie wiem, czy to się nasze oczy oswoiły, czy ona istotnie już się do naszego tonu nastroiła, ale zdaje mi się widzieć zmianę w niej, skromniej się daleko ubrała, niby smutniejsza, poważniejsza, nie paliła cygara, wzdychała, po obiedzie długą jakąś rozmowę rozpoczęła z panem Aleksandrem chodząc po pokoju.
Chorążyna robiła robotę, ale z pod okularów goniła ją wejrzeniami przejętemi jakimś strachem, mnie proboszcz wywołał za sobą.
— Otóż to tak — rzekł — najświętsza z niewiast pani nasza, ale jak zaczęła do Pana Boga, jak zaczęła.. dosyć że powiedziała, sam słyszałem, — wolałabym dla niego złą żonę niż żadnej; otóż i jest.
— Co! gdzie?
— A ta! żołnierka! czy jak ją tam nazwać, co tytuń pali, i słyszę konno jeździ! Takie kobiety, dla takich mężczyzn jak pan Aleksander są najniebezpieczniejsze, on nieśmiały, ta szatan wcielony... ani chybi go pochwyci...
— Ale zamężna! — zawołałem.
— Co ty wiesz! — rzekł — któż tu z nas powie, co ona? jaka? czy miała męża? i czy go ma? toż to widocznie jakaś awanturnica, która poluje na męża, i jak się przypije do Olesia, to się jej biedaczysko nie wykręci... a tu wszyscy we dworze głowy potracili! i szaleją choć krwawemi płacz łzami.
Proboszcz był tak zmartwiony, że mu się istotnie zdawało na łzy zbierać.
— Modlić się potrzeba — dodał — modlić, żeby Pan Bóg wiszącą nad nami odwrócił klęskę — nieszczęście! nieszczęście!

10. września.

Przyznaję, że nie wiem co myśleć, jak osądzić to dziwne zjawisko, i w wielkiej niepewności walczę z sobą... Nasz gość zawsze z nami, i mimo wszystkich pozorów jakie przeciw niej być mogą, kobieta to najprzyjemniejsza, wszystkich nas już po troszę opanowała, choć po cichu żartuje sobie i pośmiewa z nas podobno, ale cóż ma robić z nudów... Ksiądz Ginwiłł tylko niezadowolniony, powtarza co chwila:
— Ale czemu bo jej nie wyprawią! niechby już sobie jechała! krzyżyk na drogę! krzyżyk na drogę!
Starym państwu także się podobać nie mogła, choć nie można powiedzieć, żeby nad tem nie pracowała, zastosowując się do ich sposobu widzenia i zwyczajów tutejszych ze zręcznością niewypowiedzianą.
Codzień zdaje się piękniejsza i nowy jakiś przymiot się w niej odkrywa, nową stronę, choć chwilowie strach przejmuje patrząc jak nami zręcznie podrzuca, jak sobie igra ze wszystkiemi. Tak przed parą dniami naprzykład, chwyciła Hończarewskiego nie mając co robić, i nuż go z Apokalipsy egzaminować, ale to tak poważnie, tak serjo, że stary zupełnie uwierzył iż ją to obchodzi i zapaliwszy się nie wymownie, począł jej wykładać rozdział trzynasty o bestji z siedmią głów, a dziewięcią rogów i dziesięcią koron, która z morza wyszła, i o drugiej ze dwiema rogami. Proboszcz już nie wytrzymał i nadbiegł odprowadzając Hończarewskiego na stronę, gdy ona śmiała się z proroka do rozpuku, powtarzając:
— Ale doskonały! wyborny! to niezmiernie zabawne!
— Być może — odparł kanonik — ale sobie z obłąkania biednego człowieka i świętych słów pisma igraszki robić nie godzi.
Pomiarkowała się zaraz i z taką pokorą uznała swój błąd rzucając czarnemi oczyma na kanonika, że nam się jej żal zrobiło. Trochę płocha... ale taka młoda, a potrzebuje przecie rozrywki, i choć zapewnia że się bardzo z nami ubawia, ja temu nie wierzę. Chwyta drobnostki ciągle, żeby z niemi poswawolić, znać już przywykła do ruchu, do zajęcia, do życia innego niż nasze, a ta atmosfera spokojna nasycić ją, wystarczyć jej nie może.
Pozawczoraj przyjeżdżał do niej rządzca majątku, który ona ma tu w sąsiedztwie, nieznajomy nam dawniej, galicjanin, niejaki pan Baranowicz, a Doroszeńko wziął go na konfessatę, żeby się coś dowiedzieć... Trochęśmy się z niego dobadali o przeszłem życiu pani Bulskiej, które on zna, bo u niej od lat kilku służy... Baranowicz w wielkiem dla niej zachwyceniu; młody to jeszcze i bardzo ukształcony mężczyzna, przystojny i miły, ale do nas nie przypada, tu mu się wszystko wydaje zardzewiałe, pocieszne, on nam zbyt opoliturowany, cały na zewnątrz i dla popisu. Pan Doroszeńko ust przy nim otworzyć nie śmiał, gdy o swojem gospodarstwie, przedsiębiorstwach, ulepszeniach i dochodach jakie ma zaczął prawić.
Nie dał się bardzo prosić i o pani Bulskiej wyśpiewał całą historję — pokazuje się, że pierwszy jej mąż mimo zewnętrznej ogłady i wielkiego imienia, był nieznośnego chłodu, egoizmu i zepsucia człowiek, niepodobna jej było z nim wyżyć, musiała go porzucić. Jednakże rozstali się w najlepszej zgodzie, czego dowodem, że jej znaczne bardzo dobra zapisał, które ona pomnożyła później nabytemi już oszczędnością. Długi czas mieszkała potem we Lwowie, i tam tę drugą popełniła omyłkę wychodząc za pana Bulskiego, o którym Baranowicz nie wiele się lepiej odzywa. Ma to być hrabia austrjacki, ni z pierza ni z mięsa, człowiek, który na przemiany to u nóg jej leży, to się do cybucha porywa, to lamentuje i płacze, niezmiernie przy tem ograniczony i trochę pijaczyna... Z nim rozwód formalny od lat dwóch otrzymała pani Bulska, córeczkę biorąc do siebie, którą teraz umieściła u Wizytek w Paryżu Ale jakim sposobem kobieta tak przebiegła i znająca świat i ludzi, mogła aż dwa razy zawieść się w wyborze... nie pojmuję; pierwszy raz tłómaczy się, drugiego zrozumieć trudno.
Pan Baranowicz z zapałem mówi o swojej pani, i co nam najdziwniejszego powiadał, to że ta niepojęta kobieta na pozór trzpiocąca się, tak żywego charakteru, płocha, zdająca się lubić zbytki, niezmiernie ma być przytem rządna i oszczędna. Interesa pojmuje doskonale, prawo zna, gospodarstwo jej nie obce, ulepsza majątki, zbiera kapitały, wskazuje spekulacje... w Paryżu grała na giełdzie i ze sto tysięcy franków wygrała.
Wygadał się pan Baranowicz, że oprócz tych dwóch mężów, miała jeszcze kilku i ma zawsze mnóstwo starających się o jej rękę, często bywając przez odepchniętych konkurentów kompromitowaną — ale wszystkiemu temu winna nie zalotność jej, jak on mówi, tylko ta niesłychana piękność, dla której już kilku formalnie poszalało, a jakiś francuz w łeb sobie strzelił pod jej oknami...
Choć się to ona z nami bawi niby i zaręcza pękając od śmiechu, że nigdzie jej jeszcze tak dobrze nie było jak w tem wiejskiem powietrzu, jednak niespokój wynajdujący codzień nowe jakieś rozrywki każe się domyślać, że do błogiej jednostajności życia tego trudno jaj przywyknąć.
Raz bierze na fundusz, jak to po szkolnemu mówią, biednego Hończarewskiego, który jej po cichu znosi swoje raptularze o Apokalypsie i rachunek godzin zostających światu do życia, to znowu rozmiłowuje pana Zbrzeskiego, tracącego głowę dla niej do tego stopnia, że chodzi jako podwarjowany, a ona po kątach pęka z niego z panną Jamuntówną, nie zaniedbując wszakże codzień nowem wejrzeniem tego pożaru rozniecać. Pulikowskiemu umyślnie dostarcza pozorów do posądzenia o spiski, i tak z nami wszystkiemi.
Wczoraj kazała mi sobie przynieść jakąś książkę z biblioteki; chciałem ją odesłać przez kamerdynera, ale widać posłyszała mój głos w przedpokoju, otworzyła drzwi i wprowadziła mnie sama do swego apartamentu, którym zostałem olśniony. Pokój, który widziałem wprzódy, zmienił się teraz zupełnie, i nie wiem zkąd się tam tyle wzięło rzeczy, jak je z sobą przywieźć mogła... Na stoliku połyskiwało tysiące fraszek i elegancyj, drugi zawierał same książki od nabożeństwa, krucyfiks z słoniowej kości, mnóstwo różańców i świętości... przed oknem zrobiła sobie klombik z wazonów... jakiś zapach, który jej wszędzie towarzyszy, napełniał atmosferę, dziwnie miły i usypiający. Ubrana była na rano, ale z takim smakiem jak zawsze, a gdy wyciągnęła rękę po książkę i długo ją przy mojej zatrzymała na okładce, myślałem że przyklęknę przed temi prześlicznemi paluszkami, tak białemi, kształtnemi, wysmukłemi, jakby z zarumienionego wykutemi marmuru. Uśmiechała się do mnie, pokazując ząbki białe ze strasznym wyrazem, którego pojąć nie mogłem szyderskim, niby smutnym, a magnetycznie pociągającym. Chciałem zaraz odejść, ale mi nie dała, rozpytując o coś powoli, topiąc wzrok we mnie, przytrzymując pół słowami na progu, bawiąc się może pomięszaniem mojem.
Gdym się ztąd wyrwał, cały byłem wstrząśnięty, poruszony, nie swój, musiałem wyjść do ogrodu, żeby ochłonąć i uspokoić się; zastałem w wielkiej alei pana Aleksandra, który także chodził żywo zadumany dziwnie, jakem go nigdy nie widział.
Spostrzegł mnie, i nie wiem czy co wyczytał na tej twarzy nieszczęśliwej, która nic utaić nie umie, i zapytał:
— Co ci jest, Jasiu?
— Mnie?... ale nic.
— Jak to nic, widzę po twarzy żeś nie swój... szczerze przyznaj mi się zkąd idziesz?
— Nosiłem książkę... Swedenborga dla hrabinej...
— Byłeś u niej? — spytał z uśmiechem, w którym politowanie się malowało — u niej?
— Kazała mi wejść... odpowiedziałem spuszczając oczy...
— No! to teraz rozumiem — rzekł biorąc mnie za rękę... Popatrzała ci w oczy i w głowie ci się zakręciło, nieboraku. Ruszył ramionami. — Młody jesteś, wszystko na tobie świeżym i wrażliwym zbyteczny wpływ wywiera... Czyżeś nie postrzegł, że ta biedna kobieta z całego świata drwi i żartuje sobie?
— Widzę to — rzekłem — ale jednak wrażeniu jakie ona robi oprzeć się trudno.
— Słuchaj-no — odpowiedział — możebyś pojechał na jakie parę dni do rodziców?
— Z największą chęcią — zawołałem — domyślając się dla czego to mówił pan Aleksander; ale jeśli mi pan tak szczerze spowiadać się pozwalasz przed sobą, za co dla niego wieczną mieć będę wdzięczność, ja znowu nie jestem tak słaby, żeby mi się co przewidziało, i żebym się niewiedzieć czem zbałamucił.
— Wierzę temu — mówił pan Aleksander dalej — ale ty nie znasz ludzi i świata, a ta kobieta zbyt lekko bierze wszystko; obawiam się żeby jej nie przyszło na myśl, jak się znudzi Hończarewskim i kapitanem, bałamucić ciebie... musiałbyś boleć, a oprzeć byś się jej nie mógł. Któż wie do czego taką panią, rozdrażnioną życiem do którego nie przywykła, doprowadzić może pobyt na wsi?...
Nie mówił wam tam Baranowicz czasem, jak długo ona tu zabawić myśli?
— Zdaje się, że ani mowy nie ma o wyjeździe, jakieś ją tu interesa trzymają...
— Jedziesz do rodziców? — dodał.
— O! jadę z największą przyjemnością jeźli mi państwo pozwalacie — zawołałem.
— Weźże sobie moich parę koni kasztanowatych i ruszaj, zabaw ile ci się podoba... a klucz od biblioteki zostaw u Mateusza... Jutro możesz jechać... pieniądze masz? albo ci kazać dać?
— O! mam! mam! aż nadto... i na cóż te konie? jabym konno pojechał...
— Jak sobie chcesz... ale jedź doprawdy; nadto siedzisz zresztą. Możebyś potrafił namówić ojca — dorzucił po chwili — niechby tę cząstkę sprzedał, albo ją wypuścił, a dalibyśmy mu dworek i grunta w Kryłowie, tu pod bokiem, od dawna dla niego przeznaczone, które pod pozorem dzierżawy mógłby trzymać, mielibyśmy ich bliżej...
Nie umiałem dziękować, tak mnie ta ich dobroć przejmuje; ale trudno się spodziewać, żeby ojciec przyjął ich ofiarę, już mu to kilka razy nastręczano, zawsze odrzucał, niechcąc żyć na łasce niczyjej.
Ta rozmowa z panem Aleksandrem jakoś mnie orzeźwiła, myśl podróży, zobaczenie rodziców, a nawet dziecinna ochotka pochwalenia się moim konikiem, rozpromieniły mnie. Przyszedłszy na obiad zastałem czarownicę, jak ją tu wszyscy we dworze nazywają, czegoś smutną po swojemu, przeglądającą Swedenborga, którego z sobą przyniosła; spojrzała na mnie długo, ażem od tego wzroku uciec musiał. Chorążyna już od pana Aleksandra wiedziała o moim wyjeździe i poleciła mi nalegać na rodziców, żeby si przenieśli koniecznie do Kryłowa; stary nawet przyszedł i położywszy mi rękę na ramieniu, co było dowodem nadzwyczajnej jego łaski, rzekł krótko:
— Powiedz Ignacemu, niechże nie dziwaczy... krewni jesteśmy... może od swoich coś przyjąć, stary się zamęcza... odpocząć czas... powiedz, proszę cię.
Ucałowałem jego rękę.
Ta maluczka scena, w której ze mną biednym tak łaskawie się obchodzono, nie uszła oka pani Bulskiej; musiała ją odgadnąć, choć zaraz to spuszczała głowę ku książce, niby nią będąc zajęta. W chwilkę potem powiedziała mi z cicha:
— Pan jedziesz do rodziców?
— Tak jest pani.
— A! a któż mi da książki z biblioteki, jeźli ich zażądam?
Pan Aleksander zastąpił umie odzywając się z daleka:
— Na ten raz, ja, kuzynko... jestem na rozkazy.
— A pan jedziesz na długo? — dodała do mnie, spoglądając mi znowu w same oczy.
— Zdaje mi się na dni kilka.
— O! to się jeszcze zobaczymy... — szepnęła.
Widziałem jak w czasie tej króciutkiej rozmowy pan Aleksander chodził żywo po salonie... a Zbrzeski jadł mnie oczyma z zazdrości. Ale teraz nie zrobiła już ta kobieta na mnie takiego wrażenia, bom cały myślą był pod naszą słomianą strzechą, w ubogiej chatce... a między nią... i tem co tu widzę, doświadczam, czem tu życie płynie... cała nieskończoność... jednego ani zbliżyć do drugiego.
Wieczorem poszedłem pożegnać się do kanonika.
— A! jedziesz szczęśliwcze, na własnym koniku, do rodziców... ha! — zawołał — widzę że ci się oczy śmieją! a my tu zostajemy z tą czarownicą... Panie odpuść... ale ja tu się okropnych rzeczy zaczynam obawiać... daj Boże byś nas zastał jak porzucasz... by nam dawny spokój powrócił. Wszyscy jeneralnie głowy potracili, zamęt, zamięszanie, niespokój... i jedna kobiecina tego wszystkiego nam nawarzyła!
— Ale ja tu nie widzę nic jeszcze.
— Ba! że ty nie widzisz, i nikt nie widzi... ale ja widzę! ja widzę — dodał kanonik... — Ta czarownica połakomiła się na pana Aleksandra... nie trzeba być wielkim politykiem, żeby rozmiarkować, że ona tu nie dla interesów siedzi, tylko żeby się wydać za niego! Czemu nie! magnat taki! imie piękne, człowiek jak anioł, wszystko to pochwycić w pazurki.
— Księże kanoniku dobrodzieju! — rzekłem — ja nic nie wiem, i nadtom młody żebym śmiał o tem sądzić... ale czy nie napróżno się ksiądz kanonik frasuje i przewiduje?
— A dajże wszechmocny Boże, żeby to było przywidzenie... obawa próżna... krzyżem bym się położył... Ale nie... ja czuję, ja widzę co to będzie... ten człowiek walczyć będzie i nie oprze się jej; ci starzy biedni pozwolą na wszystko, a zagryzą się nieszczęśliwi... dom pokoju, ubłogosławiony przez Boga, stanie się przytułkiem próżności i rozpusty...
I biedny proboszcz załamał ręce z wyrazem rozpaczy.
— Niechże Bóg broni! — rzekłem — każdy by życie dał żeby od tego uchować ludzi tak zacnych... czyż by już nie było środka?
— Tak, są środki na niebezpieczeństwa widoczne, groźne a wyraźne, gdzie się za coś pochwycić, do czegoś przyjść można — tu, pytam się, co zrobić? tam gdzie groźba w powietrzu... niepochwycona, gdzie przestrach można nazwać przywidzeniem? Bóg jeden tylko, Bóg miłosierny poratować nas może... A może — dodał — to ja tak stary obawiam się daremnie, i grzeszę nawet szemrząc, posądzając... nie słuchaj chłopcze, nie — ot, patrz stary a głupi! tfu! grzech popełniłem z tego wielkiego do nich przywiązania...
Niech cię Pan Bóg prowadzi — dodał idąc do biórka... może potrzebujesz pieniędzy? — Uśmiechnąłem się protestując... No! no — ale dla rodziców i siostry zawieź szkaplerze... częstochowskie, poświęcone... czekaj! czekaj, zaraz znajdę...
I dobył mi je, ze łzą w oku żegnając.
Wracając od księdza Ginwiłła, w ganku dworku Doroszeńki zastałem wszystkich na ławie siedzących.
— A co to? słyszę sobie waść jedziesz? — rzekł porucznik — cóż to znowu za szparki projekt? konno?
— Jadę — odpowiedziałem — i konno, ale powoli pociągnę sobie, i miło mi że wyprobuję siebie i wierzchowca mego.
— Jak on to mówi, mego wierzchowca — rozśmiał się Doroszeńko — daj go katu, a mnie już choć kuzynowi i przez ojca wyznaczonemu opiekunowi, słowa nie powiedział o tej podróży... zrobił z tego tajemnicę; poczekaj chłopcze!! mamy na pieńku z waszecią.
— Bom ja sam dziś rano o niej nie wiedział, ale pan Aleksander mi ją poradził, i jeszcze był tak dobry, że chciał dać swoje konie.
— Że dobry to nie sekret — rzekł porucznik — zdaje mi się że to przynajmniej wszyscy wiemy; musiał ci w dodatku napomknąć o Kryłowie; widzisz chłopcze, że to i ja coś wiem.
— Prawda...
— Dajże mi drugich takich ludzi! — zawołał porucznik.
Zbrzeski fajkę palił a milczał dotąd.
— Jednej rzeczy braknie mu — odezwał się — żony... ot żeby się z tą Bulską ożenił!
Doroszeńko aż się z ławy porwał.
— Powiedz-no to przy proboszczu — krzyknął, dopiero cię wsadzi na rekollekcje, ruski miesiąc popamiętasz.
— At! gadajcie wy sobie z proboszczem co chcecie — odparł Zbrzeski — to także kobieta jakich nie ma... anioł piękności, cudo, mosanie, śliczność! rozum, wdzięk, dobroć... a oczy! oczy! niech ją...
— A co myślicie? jak pismo święte zna? — odezwał się Hończarewski — a jaka pobożna, senzatka... o! i głowa nie dla proporcji.
— Ale czego ona nie zna? — przerwał Zbrzeski żywo — czy jest dla niej co obcego, mnie się zdaje że ona by Salomona rozumu nauczyła. Jak spojrzy w człowieka, (bo nie na człowieka) to go przejmie do kości; czujesz że ci duszę dobywa... czasem mi się zdaje, jak ten wzrok we mnie utopi, że owarjuję.
— Już ci też do tego nie wiele braknie — przerwał Doroszeńko.
— Starzy państwo święci, anielscy, ale niech mi darują — dokończył Zbrzeski — poznać się na niej nie umieli!
— Kapitanie! — oburzył się Doroszeńko — pleciesz jak na mękach.
— No! to milczę...
Pulikowski odezwał się z drugiej strony:
— Kto ją tam wie! zdaje się do rany przyłożyć, ale z Jamuntówną znają się jak łyse konie, obie jednego kalibru... jednego dnia uśmiecha się do ciebie, a drugiego drwi bez litości, niby to ja nie widzę! Co chce z człowiekiem robi, a co u niej we środku siedzi i djabel nie powie... Czasem aniołeczek... ot poleci, i ho! a jutro już rogi wyrosły. Takie kobiety to się chyba muszą rodzić tylko po miastach, bo na wsiach, chwała Bogu, im podobnych nie widać, a to by z niemi oszaleć przyszło. Kapitan Zbrzeski zawsze się zapala dla lada Horpyny... a cóz dopiero taka Venus, mosanie. A nie kochałeś to się waćpan, ja panu policzę, w pannie Anieli, Karoline, Ludwice, Marjannie coś się był nawet zaręczył, Katarzynie ażeś się chciał topić dla niej, a w pannie Krystynie?
— E! co to mi waćpan cytujesz te dziecinady, dla zabawki, ofuknął się kapitan... gdzież porównanie... tych do tamtej... albo to ja się kocham czy co? a to by mnie oddać do czubków!
Wszyscy się śmiać zaczęli.
— Ale to panie istota! — i uderzył się w czoło, czem jeszcze lepiej wszystkich do śmiechu pobudził. — Waćpanowie jej nie lubicie dla tego, że proboszcz ma tam coś przeciw rozwódce, a wy go słuchacie jak cielęta, ot co to jest... i bywajcie zdrowi...
Na tem się przerwała rozmowa, a Doroszeńko dołożył tylko po cichu, że kolega jutro może całkiem zmienić zdanie, gdy hrabina tyłem się do niego obróci, bo tak co dwa dni, i klnie jąą i pod obłoki wynosi.
Zostawiłem więc dwór rozdwojony, i nie wiem jak go powróciwszy zastanę.

20. września.

Nazajutrz tedy raniuteńko jak świt, zwinąwszy mój mały tłomoczek, najpotrzebniejsze tylko biorąc rzeczy, pobiegłem do stajni, konia sobie sam osiodłałem i ruszyłem przez śpiące jeszcze miasteczko, drogą mi znaną — do domu.
W przejeździe nikogom nie spotkał, prócz księdza Ginwiłła, który w szlafroku z brewjarzem starym w ręku, wyszedł mi pobłogosławić.
— Krzyżyk ci nie zaszkodzi — rzekł — nie wiem czyś ty o nim pamiętał, chłopcze, a starzy nasi poczciwi nie ruszyli bez niego, sami siebie i drogę żegnając przed szkapą... tak! tak! Niech cię Bóg prowadzi i przyprowadza szczęśliwie...
Chciałem zleść, ale mi nie dał.
— Jedź już, jedź! — rzekł — wygrywasz, że tej czarownicy kilka dni widzieć nie będziesz, a ona tu nas wszystkich podurzy!... A kłaniaj się ojcu!
Z czarownem tem słowem: do domu — ruszyłem wesół i swobodny, ranek był śliczny, słonce wschodziło jaskrawo ale pogodnie, koń parskał, jam się w duszy modlił i patrzał na ten obrazek jesienny z roskoszną jakąś tęsknotą. Tąż samą drogą przed kilką tygodniami jechałem tu z ojcem przestraszony, wylękły, dziś wracałem wesół i prawie szczęśliwy... a! i trochę inny, i nie ten już co wczoraj! Człowiek tak się straszliwie zmienia!
Jam się już tak do nich przywiązał, i tyle zyskał na zbliżeniu do nich... świat, ludzie, wszystko mi się jaśniej zarysowuje w oczach, więcej mam odwagi, wiary i szersze zdaje się serce. Gdyby świat cały był im podobny, gdyby takie dusze poczciwe, taka miłość Chrystusowa... czyżby w tem gorącem ognisku nie stopiło się i nie spłonęło wszystko złe, które świat ostudza?
Serce mi drga w piersi wezbranej i łzy podchodzą do oczów, a! smutno pomyśleć że się z nimi rozstać kiedyś potrzeba; ale szczęśliwy komu dano raz w życiu widzieć takich ludzi, i poczuć skromną ich wielkość... Od naszej chatki do tych pałaców, od tych do których jadę utęskniony, do tych których porzucam, przestrzeń ogromna, różnica wielka, a miłość ją wypełnia i dłoń namulana mojego ojca nie raz spoczęła w drżących rękach tych starych przyjaciół. Życie proste a poczciwe tu i tam podobne... jedne uczucia, jedne serca... jedna rodzina Chrystusowa, jedna Czeladka Boża, jak powiada ksiądz Ginwiłł, jak ich tu zowią wszyscy.
Całą drogę przedumałem, prześpiewałem marząc, domyślając się świata i przędąc sobie nitki pajęcze... Na noc stanąłem o mil dwie od naszej wioski i wstawszy do dnia z bijącem sercem ruszyłem dalej, coraz niecierpliwiej popędzając konia. Nareszcie rozstąpiły się lasy, które mi mój kątek zasłaniały, roztoczyło się pole, i stare chaty stanęły mi w oczach z moją młodością, z tysiącem wspomnień; tu już znałem każdy kamień, każdą ścieżynkę, i inne zdaje się znajome także wciągnąłem w piersi powietrze... Oto studnia, grusza na naszem polu, tam płot widać ojcowski... a z za krzaków zielony od mchów dach chaty! to ona! to stara znajoma moja!
Przeleciałem ulicę jakby mnie kto gonił, nikt mnie pewnie nie poznał, a Wasyl któremum się ukłonił, zastanowił się widocznie zdumiony; przed wrotami osadziłem konia... zeskoczyłem, wrota zaparte, patrzę... w okienku siwa głowa matki wygląda przez szyby, Andzia wyjrzała przez drugie... nie poznają i oni.. aż krzyk słyszę i kochana matunia wybiega.
— To Jaś, Janek! — wołają razem matka i Andzia, i już stoją koło mnie zarzucając pytaniami.
Ojca nie było w domu, w pole wyszedł do dnia z najmitem, ale na połudenek miał przybyć, ja czekać nie myślałem, konia tylko postawiłem w stajence i ruszyłem z Andzią na zagon. Stary nasz już orał ziemię a dojrzawszy nas idących w poprzek rolą, stanął z sochą; z oczów jego i postawy widać było niepokój.
— Cóż się stało? — zawołał zdaleka to — Jan?
— Jan... przyjechałem, bo mi państwo pozwolili i kazali...
Uścisnął mnie w milczeniu, wzruszony mocno.
— Czy tylko prawda to! — zapytał — czy prawda? chłopcze! mów mi szczerze, na starość człowiek się wszystkiego stracha... po coś ty przyjechał? czy cię nie wypędzili? co to jest?
— Was tylko zabaczyć!
— A no, to dobrze, niechże woły odpoczną, a ziemia poczeka, jeszczeć do mrozów daleko, nie ma się co tak śpieszyć...
Najmit od drugiej sochy przeszedł zabrać woły, które miał zaraz w paszę wypuścić, a my pociągnęliśmy do domu; ojciec wciąż na mnie poglądał się i rozpytywał nieustając, musiałem mu wszystko opowiadać i nie pominąłem Kryłowa, machnął ręką nie rad temu.
— Tak! tak! dobrze by to było, — ale im i tobie młodemu się zdaje, że patria ubi bene, a człowiek to rzecz którą sobie można z miejsca na miejsce przekładać i będzie leżała. Myślicie żem ja do tych zagonów nie przyrósł co je tyle lat potem moim skrapiam, że ta chata pochylona nie droga mi, i zyskałbym mieniając ją na wygodniejszy dworek. Ani ja, ani matka nie rozstalibyśmy się bez łzy z tą naszą klecią, a nam starym i łez oszczędzać potrzeba, bo z niemi życie wypływa, którego już nie wiele. Nie tyle tu może zmęczy praca, coby tam dolegała tęsknota: człek tu postęka, pobieduje, ale by żałował tej biedy nawet, gdyby mu się porzuciwszy wszystko przenosić przyszło... a na jakich tam biednych lat parę czy to się warto rugować?
Zacząłem trochę nalegać.
— Tu o nas nic nie chodzi! — rzekł ojciec — tobie zginąć nie dadzą, a przy tobie i o Andzię jestem spokojny... a nam! matce i mnie, czy to już życie przerabiać. Gdzie ten Kryłów! komu chatę zostawić! Nie! nie! dajcie mi z tem pokój.
Ten dzień stał się świątecznym, wyręczyłem ojca w czem mogłem koło domu, siedzieliśmy w chacie i opowiadałem im o Borowej, o której słuchali chciwie, o Doroszeńce, o życiu jakieśmy prowadzili. Aniśmy się postrzegli jak zmierzchło, i najmit z chudobą wyorawszy swój morg powrócił, późno w noc jeszcze gadaliśmy i gadali.
Zacząłem im mówić o Bundrysach, o pannie Konstancji i życzeniach ożenienia pana Aleksandra, na co ojciec głową kiwał:
— Tych Bundrysów ja dawno znam — rzekł — gdyby nawet co i być miało, z nim ciężka będzie robota... dziad sędziego miał sprawę z Sapiehami, był zjazd, wyrzucili ich z domu, zrujnowali, trwał proces długo, i Bundrys dopilnował, że pana kasztelana na wieżę skazano, nie dając mu się okupić, choć nie był majętny a dosyć znaczną summę ofiarowano, żeby go od tego wstydu uwolnił. Siedział więc kasztelan wieżę, pijąc i hulając z przyjacioły... a Bundrysowie mu się zdala przypatrywali.
Ta wygrana rozjątrzyła Sapiehów i nieprzyjaźń nie tylko że nie ustała, ale się wzmogła, przechodząc na drugie pokolenie... Inne czasy zagasiły ją nie dając się rozwinąć, została tylko pamięć ucisku i przemocy i nienawiść ku panom, którą Bundrysowie spuścizną sobie przekazują, będąc jej wierni jak nakazowi starszych przodków. W rodzinie tej testament dziada, w którym on zapisał swój żal i pod błogosławieństwem nakazał potomkom najdalszym nigdy się z żadną magnacką familją nie bracić, chleba ich nie jeść, i przyjaźni nie wierzyć, pozostał jako reguła przewodnicza i z młodu karmią nim zaraz dzieci. Testament ten w aktach powiatu Oszmiańskiego zapisany, stał się nawet dla pokrewnych Bundrysom i drobnej szlachty tamtejszej skazówką i pomnikiem; niektórzy na pamięć go umieją, w każdym niemal domu przepisanym się znajdzie, i nie mało się przyczynił w ostatnich czasach do zerwania węzłów jakie dawniej szlachtę mniejszą z starszymi panami bracią łączyły. Choć Bundrysów familja niemal wygasła, bo sędzia ostatnim jest tego domu potomkiem i na nim się podobno imie skończy, pamięć przemocy wraziła się i przelała na pokrewnych, na sąsiadów, na zjednoczonych z niemi wspólnością położenia. A że sędzia sam już jeden pozostał woli dziadowskiej spadkobiercą i czuje się powołanym do świętego spełnienia jej za wszystkich, tem mocniej stoi przy wstręcie swym i upiera się na stanowisku.
Pomiarkowałem z opowiadania ojca, że gdyby nawet pana Aleksandra poprowadzono do Bundrysównej, nicby podobno z tego nie było, bo sędziemu jego szlachecka duma i tradycja rodowa pojednać się z domem pańskim nie dozwoli. Już i tak trzeba było wielkiego szacunku dla Jamuntów, i czci jaką oni wzbudzają we wszystkich, by Bundrys nie unikał ich znajomości, stąpił na próg domu, przyjmował ich u siebie i córce tam być pozwolił. Ale na to lata pracowały, patrzał na tych ludzi i mimowolnie musiał ich poszanować, musiał im przyznać, że godni byli, aby z prawidła uczynić dla nich wyjątek. Pomimo to wszakże postępowanie sędziego jest niezmiernie oględne, ostrożne i nieufne; nie puszcza cugli sercu, boi się kochać, nie śmie wylać i jeśli się rozczuli, poruszy, cierpi doznając zgryzoty, jakby przełamał rozkaz dziadowski, który chce córce i wnukom przelać nienaruszonym. Sędzia wzmocnił jeszcze testament dziadowski mnóstwem argumentów pozbieranych z historji, tradycyj szlacheckich, podejrzanych anegdotek i różnych rysów, których wielką liczbę zawsze ma w pogotowiu na podtrzymanie zadania: że arystokracja ostatnich czasów, oddzielając się od ciała społecznego, przybierając barwę nieprzyjazną i zimną, wyłączając się obyczajem cudzoziemskim i obojętnością dla kraju, stała się sama dobrowolnie niepotrzebną narością, trupem z którego duch uciekł, gnijącym tylko powolnie.
Sędzia Bundrys nie jest do tyla chrześcjaninem, żeby w nim miłość Chrystusowa zgasić mogła to przesadne pojęcie i na inną sprowadzić go drogę.
Nazajutrz po mojem przybyciu już ojciec musiał powrócić do swojej pracy, bo gospodarstwo nie zna spoczynku i nie dopuszcza przerwy: żniwo przygotowuje siejbę, zasiew obiecuje żniwo, łańcuchem nierozerwanym wiąże się w nim trud jeden z drugim... Doskonały to obraz żywota ludzkiego, w którym tak właśnie być powinno, choć nie jest tak zawsze. — Ale mnie, patrzącemu na zorane jego czoło oblewające się potem, serce się kraje, i radbym wyręczyć go, ulżyć mu, dozwolić wytchnąć na starość. Napróżno, uśmiecha się, słucha i potrząsa głową.
Poszedłem w południe zanieść mu jedzenie, siedliśmy pod stara gruszą i staruszek więcej się ze mną niż kiedykolwiek rozgadał; byliśmy sami, najmit z chudobą na łączkę odprawiony oddalił się, i ojciec chwycił tę chwilę, żeby mi szczerze rozpowiedzieć wszystko co dotąd ledwie z domysłów wiedziałem, albom się z czegoś dorozumiał i odgadł.
— Niezawsześmy to tak byli biedni — powiedział mi — ojciec mój miał dobry kawał wsi i kapitalik, zachciało mu się więcej, i sprzedał ojcowiznę, a poszedł z całym groszem na dzierżawę, ja tego nie pamiętam, ale mi to rozpowiadano. Szło z razu dobrze, i głowa się zawróciła, pieniądz płynął świeży, nie miarkowało się z wydatkami; matka moja, która go powstrzymywała umarła jeszcze w pomyślności, nie domyślając się na cośmy spaść mieli... ojca namówili, naprowadzili że się z drugą młodszą od siebie kobietą ożenił, a że to była koligatka w pańskim schowana domu, i niby przywykła do spezy, do zabaw, do zbytku, weszło za nią w dom to wszystko, choć grosza posagu nie wniosła. Mnie naprzód do szkół, potem do wojska wyprawiono, żebym macosze nie stał na oczach; pamiętał ojciec o mnie, ale się z miłością dla dziecka taić musiał, aby nie cierpieć wymówek. Zrazu miałem i ja do zbytku, potem mniej coraz, aż wreszcie i nic prawie, a że zawszem nie umiał prosić i nie chciał choćby rodzonemu ojcu być ciężarem, zawczasu biedy zaznałem. W domu coraz było gorzej, macocha nie miała dzieci, ale pamiętała o sobie; ojciec starzał i stawał się niedołężnym, gospodarstwo upadało, dzierżawy poszły w górę, grad i posucha w dwa lata wyczerpały zapasy i w końcu zmusiły przejść na mniejszą arendę, a z niej zestąpić ledwie z resztkami remanentów i inwentarza. Ojciec z łóżka już nie wstał, wreszcie dostał jakby obłąkania, że się tylko modlił i płakał... niekiedy dopytując o mnie, ale do niczego w domu się nie mieszając. Rok tak leżał, i powoli zgasł, a co było odrobin po nim, to macocha pochwyciła, tak, że kiedy mi znać dano o śmierci, a ja z wojska uwolniwszy się z abszytem przez księcia Józefa podpisanym powróciłem w te strony, nie było za co rąk zaczepić... nic nie zostało dla mnie. Poczciwy przyjaciel ojcowski, stary mecenas, widząc mnie w tym stanie i pragnąc zaradzić, chciał proces wytoczyć macosze i choć cokolwiek wyrwać dla mnie, ale nie było już śladu ojcowskich funduszów. Szczęściem, w tym nieładzie zapomniano o sumce na wiosce tej, która właśnie szła pod subhastacją, a choć lokowany na niej grosz był nie wielki, i mógł spaść dla braku funduszów, staraniem poczciwego mecenasa, wyznaczono za kapitał i procenta kawał niezłego gruntu, sianożęci i lasu dobrze ograniczony, choć kołka na nim nie było, ani łomu ani domu. Radzili mi to sprzedać kollokatorowi któremu, a kapitalik ulokowawszy, pójść służyć, alem wolał być u siebie gospodarzem na pustce, niż cudze wycierać kąty. Mecenas pożyczył mi kilkaset złotych na początek, zabrałem mój tłómoczek, od niego i przeżegnawszy się w imię Boże, przyszedłem piechoto do dziedzictwa, sam jeden ale z mocnem postanowieniem pracy wytrwałej. Przybywszy tu, kiedym spojrzał na dziewanną okryte stare zagony, na zarosłe łąki, na chrusty i błota składające mój wydział, aż mi się zimno zrobiło; alem zaraz nazajutrz obrał miejsce na tę oto chatę i jął się do dzieła. Na tem tu ogródku, gdzie dziś wiśnie i grusze, skleciłem sobie szałasik z żerdek i słomy, aby od deszczu się schronić, zakreśliłem podwórko, opasałem się płotem, i nająłem ludzi do wywożenia drzewa, sam z nimi pierwszy raz biorąc się do siekiery, która po szabli ciężką mi się wydawała.
Ale czego to człowiek nie uczyni, kiedy postanowi trwać niezrażonym! Posiałem kilka zagonów na zimę, kupiłem woły i sochę, zbiła się siak tak obórka, chata powoli zrzuciła z kloców, dach na niej podniósł, i w jesieni, choć jedną miałem izbę, już się i łąki pokarczowały i ogród zasadził, i gospodarstwo wzmogło i najmita przybrałem, i tak krok za krokiem rozpoczęło się pracować pomalutku aby na chleb powszedni. Jeszczem się i mecenasowi musiał wypłacić, i zbić na wszystko od łyżki i miski począwszy, bom prócz terlicy, szabliska i opończy nic nie miał przychodząc. W kilka lat gospodarstwo stanęło jak dziś widzisz, i jam się z poczciwą matką twoją ożenił, nie szukając grosza w małżeństwie ani stosunków familijnych, z ubogą jak i ja szlachcianką, której dwie ręce pracowite i serce złote pomocniejsze mi były, niż drugi posag, za któryby się wysługiwać przyszło upokorzeniem codziennem.
Kusili mnie nie jeden raz służbą, sprzedaniem tego kawałka i lepszym losem, tak jak mnie dziś kuszą tym Kryłowem i odpoczynkiem Jamuntowie, ale nie... człowiek już tu głowę położy. Wszystko jeżeli nie moją ręką to pracą własną się zrobiło na tym szmacie ziemi, chatę sam ciosałem, drzewam sadził, pole wydzierał, bydlęta hodował, i ciężko by się z tem rozstać... doklepie się życie i tak....
Ojciec począł mnie później dopytywać o zajęciu mojem w Borowej i przyszłości; a gdym mu opowiedział, że koło książek wyznaczyli mi zajęcie, odezwał się nachmurzony:
— Ja tam nie wiem co tobie Janku lepsze i po sercu... ale zważaj no dobrze, żebyś nie wyszedł na pieczeniarza i o swojej sile potem nie umiał się pokierować na świecie. Człowiek powinien mieć w ręku sposób do życia, żeby nikogo nie potrzebować; szlachcic rodzi się żołnierzem i gospodarzem, to dla niego chleb, a w książkach nie wiem, czy jemu przystało się szperać — i do czego to prowadzi. Ludzie książki szanują, ale bez nich się obchodzą, i gdyby nie próżnostka mądrości, nie wieleby do nich mieli smaku, choć to one taki po dziadach nam przekazują pamięć i w nich się chowa doświadczenie... a gdyby ich nie było, ludzie by rozpocząć musieli na nowo od początku. Mówią, że teraz papier bierze górę... jabym przecież wolał żebyś pisał na zagonie i umiał co więcej. Wielki dwór i wygodne życie, dobra rzecz, ale człowiek w nich słabnie, traci ochotę do pracy, łatwego się uczy chleba, i potem myśli, że kto ma więcej powinien się z nim dzielić, albo podchlebstwem płaci mizerny okrawek, który mu jak natrętnemu psu rzucają ze stołu.
Ja do Krylowa nie pójdę, to darmo, ale kiedy Jamuntowie go mają do zbycia, niech tobie puszczą dzierżawą, weź, pracuj jak ja, dorabiaj się jeźli poszczęści... jabym to wolał, niżbyś miał wisieć przy nich na pensji nic nie robiąc; toć to około tych książek za kilka tysięcy w rok nie ma roboty. Książkę może i przy gospodarstwie wziąć w rękę każdy kto ma ochotę: rozum z niej nabyty nie zaszkodzi, ale ona chleba nie da, i uchowaj Boże go od niej prosić. Ja to tam nie rozumiem, ale zdaje się, że rozumu sprzedawać się nie godzi... Zresztą rób jak lepiej ci się zda, a o przyszłości pamiętaj, żebyś nie szedł potem na takiego Hończarewskiego, co czeka na obiad a zarobić sobie na niego nie potrafi i jutroby umarł z głodu, żeby mu kto nie dał gotowego.
Dobrze i święcie poradził mi pan Aleksander, żebym do rodziców pojechał, odświeżyć się tutejszem powietrzem; czuję się spokojniejszy jakoś, trzeźwiejszy, i widok moich rodziców wzmacnia mnie na to co czekać może. Źleby było, żebym zapomniał chatki z której wyszedłem i nadto odrazu przywiązał się do pałacu, gdzie przypadek i łasku mnie przytuliły. Życie nie może być łatwem i nie powinno. Nie wiem czemu, patrząc na moich staruszków tak od świtu do nocy krzątających się na maluczkiem, otucha wstępuje do serca, że i ja sobie dam radę, gdy w Borowej często strach groźną mi maluje przyszłość. Tamto życie zbyt przekarmia marzeniem i szczepi pragnienia jakieś, które się zaspokoić nie mogą; tu uczę się przestawać na małem, a resztę sobie duszą i uczuciem dopełniać. Pomimo dobroci Jamuntów i ich rodzicielskiego serca, ja się tam zepsuć muszę, rozleniwić, nabrać obyczajów dostatku, nazwyczaić oczy i usta do zbytku, a później kiedyś ciężko to odpokutować. Pojmuję teraz dla czego ojciec tak się opierał nie chcąc mnie tam zostawić, czemu on sam nie przejdzie na łatwiejsze życie... człowiek do nietrwałego dobra przywiązywać się nie powinien... oszczędzając sobie boleści, i o ile możności nie zależąc od drugich.
Poproszę więc pana Aleksandra, niech mi w pensji Kryłów wypuści i przeniosę się tam, aż nad to mogąc wystarczyć gospodarstwu i dozorowi bibljoteki, która się Mateuszem obchodziła. Kryłów od Borowej nie daleko, kilka razy na tydzień będę mógł przylecieć i pocieszyć się widokiem tych drogich państwa, a od pracy się nie odzwyczaję, od życia prostszego nie odwyknę. Ojciec, któremu projekt mój opowiedziałem, przystaje nań z ochotą, nawet mi obiecuje, że przyjedzie do mnie z matką i Andzią zobaczyć moją chatę...
Wielki urok ma ten wyraz: moja chata!... I ja więc mieć będę dach własny, a choćby słomą pokryty, choćby niziutki i biedny, ciszę którą zaludnię myślą, kątek który uczynię takim jakim zapragnę, na obraz i podobieństwo moje. Wyobraźnia już mi maluje tę przyszłość w dziwnie uroczych kolorach, nawet samotność mnie nie przestrasza, bo ją potrafię zaludnić myślami, pracą, nadziejami... Co za szczęście jeszcze w dodatku mieć Borowę tuż blizko, i módz codzień ją zobaczyć, a być u siebie!
— Ot tak lepiej — powiada ojciec — tak lepiej, ale Kryłowa nie bierz darmo, staraj się wypłacić, zbytnich pomocy nie przyjmuj, im więcej sam sobie wyrobisz, tem ci to droższem będzie.
Pokazuje mi swoje gospodarstwo, uczy, przestrzega, sekreta swoje rozpowiada po dniach całych, i z dnia na dzień zatrzymuje mnie przy sobie. Jużby potrzeba jechać, ja tu siedzę i oderwać się od nich nie mogę. Tu także spokój Boży i cisza poczciwa... bo ojciec z sąsiadami umie być w zgodzie, i woli czasem udając że nie widzi czego, ustąpić, niżeli sobie serce nienawiścią zatruwać, której jedno ziarno zakwasi wszystko. Jeszczem się musiał przyzostać trochę dla interesu, z którego wielce rad jestem, bo mi się zdaje że to rodzicom w korzyść pójść powinno. Obok naszego pola i sadyby jest pustka, z kollokacji wyznaczona jakiemuś niemieszkającemu tu panu, który o nią nie wiele dba jak widać; potrzebna ona dla nas, bo ma wypas i lasu kilka morgów niezłego, i pole które choć brzeziną odłogując prosło, mogło by się łatwo wydrzeć, we dwojnasób powiększyło by naszą schedę. Dawniej dzierżawili to różni, teraz już od lat kilku pustuje; z tych pieniędzy które przysłałem ojcu, myśli on nabyć Czelakowszczyznę i stary ożył jak się wziął do tego, rachuje, bawi się, mierzy, prawie bogactwo w tem widząc dla siebie. Jeździliśmy do miasteczka w tym interesie, i zgoda prawie stanęła; chodzi o to żeby wypłatę na dwie raty rozdzielić, co pewnie otrzymamy, bo się chcą pozbyć i cokolwiek wziąć za to. Kilka dni o niczem mowy nie było tylko o tem, matka, ojciec, Andzia rozprawiali o Czelakowszczyznie jak w Borowej o całym kluczu by nie gadali, a pewnie tam nabycie kilku wiosek nie sprawiłoby takiej przyjemności, jak u nas ten kawał pustkowia. Teraz bo na niem odkrywają się cuda, budują ogromne nadzieje. Lasek może pomieścić pasiekę, na sosnach są barcie puste, łąkę można by łatwo osuszyć, pole da proso w pierwszym roku, brzeźniak młody na opał posłuży, a w dodatku blizko bardzo, tak że się oszczędzi wożenia i chudoby. Stary mój odmłodniał i poweselał, ale i on i matka zbyt może wiele na Czelakowszczyznę rachują, zawczasu sprzedając co się jeszcze nie urodziło. Podwórko by się rozszerzyło, sad powiększył, bo stara sadyba opuszczona przypiera do naszej i ojciec przypuszcza, że możeby dworek nowy powoli sobie postawił, czemu się matka opiera; bo starym nie dobrze do nowej się budowli przenosić; odwieczny to u nas przesąd... dający się bardzo tlómaczyć.
Z temi marzeniami opuścić ich potrzeba i powracać do Borowej, pamiętając że choć lekkie, mam przecie obowiązki, których zaniedbywać nie powinienem... A żal mi opuszczać ciche podwórko nasze... Tu się czuję w domu, tam na łasce u obcych... myśl własnego kątka popsuła mi już Borowę nawet, którą tak kocham.

23. września.

Rozstaliśmy się ze łzami, ojciec błogosławił, matka milcząc kreśliła krzyże nad głową moją, Andzia płakała, bo jej o to nie trudno, nie chciałem przedłużać chwili rozstania, chwyciłem się na konia, i uciekłem...
Tak miałem pełną głowę wyjechawszy od rodziców, że mi tych kilka mil drogi minęły strzałą, i anim się opatrzył jak drugiego dnia stanąłem przed dworkiem kanonika, który na ławce siedząc otoczony ubóstwem i psami, już po pacierzach odpoczywał, czekając rychło na mszę świętą zasygnują.
Spostrzegłszy mnie, ani dał jechać dalej.
— Stój! — zawołał — czekaj
— Konia muszę do stajni...
— Grenadjer ci go odprowadzi — rzekł wskazując na kalekę — mam tysiąc rzeczy do powiedzenia, a tu już z niemi skończyłem... Nie bój się, trzeźwy — dodał ciszej — a do stajni nie daleko, ręczę za niego, koniowi nic się nie stanie.
Żołnierz podjął się ochotnie konia, a ja musiałem zostać; weszliśmy do dworku.
— No cóż — spytał — rodzice zdrowi? jak? co? gadaj? tęskniłeś za nami? — I uściskał mnie kilka razy, dodając:
— Co to za natura... człowiek się przywiązuje do wszystkiego, ot! i bez waści już nam tu czegoś brakowało... Niechże mnie, już to siebie znam, że nałogowy jestem; ale i w pałacu chorążstwo kilka razy wspominali o waszeci.
— Cóż tu słychać? — zapytałem — zdrowi?
— Dzięki Bogu... i hrabinej nie ma!
— Jakto? wyjechała? — przerwałem zdziwiony.
— A tak, pojechała chwała Bogu, pojechała, zostawując nam obietnicę powrotu. Siedziała tu jeszcze dni kilka, czegoś smutna, odbierała listy, wysyłała posłańców; nagle jednego dnia pochwyciła się jechać i nikt ją nie wstrzymywał, ale na odjezdnem zapowiedziała swoje odwiedziny znowu na czas podobno dłuższy. Co najgorsza, że pan Aleksander jak był się przy niej ożywił wyraźnie, tak teraz zdaje się za nią tęsknić; wszyscy to widzimy. Chorążyna, stary... nie ma wątpliwości że go zajęła.
— Bóg tam zresztą raczy wiedzieć — dodał kanonik z westchnieniem — co to za kobieta, a ja w piersi się biję i wyznaję, że może zbyt pospieszyłem się z sądem o niej. Ludzie jesteśmy, ludzie jesteśmy, errare humanum est... Ja nie powiem żebym co fundamentalnego miał przeciw niej... Planetami, jak to powiadają, różnie mi się okazywała, czasem drażniąc i sprzeciwiając się jak dziecko, to znowu dobra i potulna jakby inna całkowicie. Kto może kamieniem rzucać! nie godzi się... nie godzi... Zawszebym wolał, żeby nasz Oleś kogo innego wybrał, nie jakąś tam wdowę czy rozwódkę, co długo po świecie latała i zbyt wiele doświadczyła... ale jeśli jest w tem wola Boża, my nie poradzimy... A Oleś taki widocznie tęskny i chodzi od jej wyjazdu jak przybity.
— Cóż pani chorążyna? — spytałem.
— Milczy i oboje jakby tego nie widzieli... nie ma bo co życzyć zapewne, ale... jeśli się nie chce żenić całkiem?.. Zresztą co ja tam wiem, mój Jasiu — dodał — ogłupiałem formalnie, i nie ja sam, ale my tu wszyscy... szczęściem że sobie pojechała; daj Boże tylko by i nie powróciła. A wiesz — dorzucił po chwili — kanarek mi najpiękniejszy, śpiewak doskonały, zdechł; co mu się zrobiło nie wiem, posmutniał, osowiał, najeżyło mu się pierze, jeść nie chciał i nie mogłem go uratować.
Wtem zasygnowano na mszę. Kanonik chwycił za brewiarz (stary rozumie się). Będziesz mi służył — rzekł — jak pierwszą razą kiedyś tu do nas przyjechał; zaczynajmy od Boga.
I poszliśmy drogą do kościółka, witając się z wysypującemi powoli ze dworków mieszkańcami Borowej, którzy mnie serdecznie dopytując o podróż przyjęli. Na cmentarzu spotkałem panią chorążynę, która mnie chwilkę wstrzymała, dowiadując się o rodziców; czegoś mi się wydala bladą, i na twarzy jej mimo rozpromieniającego uśmiechu był smutek tajony a głęboki. Nikt nie wspomniał hrabinej, jakby umyślnie, choć widać było że pamięć jej tkwiła we wszystkich: po mszy z księdzem Ginwiłłem poszliśmy do pałacu na śniadanie. Chorąży uścisnął mnie i rzekł nawet:
— A dobrze żeś powrócił! dobrze!
Pan Aleksander wiedział o przybyciu mojem i podał mi rękę wpatrując się w oczy.
— Opaliłeś się — rzekł — to ci do twarzy... no, a cóż? rodzice? projekta nasze, będzie co z tego?
— Trudno — odpowiedziałem — ale powoli to się może i zrobi; ojciec inaczej sobie życzy... wyciągnąć go ztamtąd nie mogę od razu, chce żebym ja wprzód dzierżawą wziął dworek i grunta Kryłowskie... Może by mi to do pilnowania biblioteki nie przeszkadzało, a gospodarstwa bym się przyuczył...
— Dobrze i tak... pogadamy o tem — rzekł pan Aleksander.
W czasie naszej rozmowy chorążyna wciąż patrzała na syna, na którego twarzy i ja dostrzegłem jakiegoś niepokoju i smutku; roztargniony był, nie swój, i chłodna powaga ustąpiła miejsca niemal młodzieńczemu jakiemuś uczuciu, błyskającemu w oczach... Przy śniadaniu mowy nie było o hrabinie, nikt nie wspomniał o niej, unikano nawet nazwiska, a ta ostrożność dowodziła, jak w gruncie wszystkich obchodzić musiała; Hończarewski tylko szepnął mi: Nie zastałeś jej — nie wiesz nic, to antychrystka!
— Jak to? — spytałem — a tyleś ją chwalił!
— Zwodnica! niegodna zwodnica! — zawołał z zapałem i splunął — nie wspominać jej czystemi usty!...Tfu!
Wrażeń jakie tu zostawiła po sobie nic jeszcze zrozumieć nie mogę, ale dziwna jak krótki jej pobyt głęboko się czuć daje na wszystkich.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.






BOŻA CZELADKA.

OPOWIADANIE
w trzech częściach
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

TOM II.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha l. 10.
1875.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.



Na tem kończy się urywek dziennika Jana Bronicza, którego użyliśmy na rozpoczęcie powieści naszej: wymaga ona byśmy do wysnucia dalszego jej ciągu do innych już uciekli się źródeł. Jakkolwiek z wielu względów notatki młodego chłopca nie są zapewne dostateczne do ukazania nam w pełniejszem świetle osób wyprowadzonych na scenę, nie chcieliśmy ich przerywać uwagami naszemi, któreby całości ich i związkowi szkodzić mogły.
Tu więc zamyka się pierwszy obraz, zapada zasłona, drugi akt rozpoczyna. Nieuchronnem nam się zdawało dla lepszego pojęcia charakteru tego zjawiska, które tak wstrzęsło spokojem Borowej i zagroziło jej mieszkańcom, zwrócić się nieco w przeszłość i bliżej dać poznać losy kobiety, która jak meteor piorunowem światłem swojem jaskrawo i nagle wstępuje na scenę naszego wiejskiego teatru. Musimy więc na czas rozstać się z kółkiem, w które wprowadziliśmy czytelników, i cofnąć się o lat kilka, przechodząc w świat inny, odmienną sferę, opowiadając życie tajemniczej istoty. Niepodobna zresztą tego epizodu zawrzeć w tak ciasnych ramach, w jakichbyśmy go sami z innych względów umieścić pragnęli. Przelotny rys życia pani Bulskiej, nie wyjaśniłby nam wcale tego charakteru sklejonego dziwnie z tysiąca sprzeczności i będącego wynikłością wpływów, które nań działając wyrobiły tę postać, trochę wyjątkową na pozór, nie tak jednak ekscentryczną, by każdy z nas podobnej parę razy w życiu nie spotkał. Wprawdzie przerwie to i zawiesi interes powieści, lecz myśmy go od dawna przywykli poświęcać chętnie, pojmując raczej nasze zadanie jako studjum epoki i istot, które ją wyrażają, niżeli jako melodramatyczną budowę poplątanych wypadków. Biada temu, kto zajęcie obudzać musi cudownością pomysłów, intrygą i tajemniczemi półśrodkami teatralnemi, któreby dziś i dzieci już nie zabawiły, tak to się wszystko starło i zużyło.
Chętnie się więc wyrzekamy regularniejszego planu i oklepanej formuły, przechodząc na drogę, którą wskazują fantazja i samo surowsze nawet pojęcie celu powieści. Może być, że niechętni oskarżą o przedłużanie umyślne tego co krótkiem podług nich być mogło, lecz zaprawdę my nie pojmujemy na to prawidła, bo wszelką treść można zawrzeć w dwóch słowach, a z jednego słowa wysnuć kart tysiące. Kiedy pisarz wydaje się za długim, nie treść temu winna, panowie moi — ale ten co jej użyć i skorzystać z niej nie umiał.
W ziarnie piasku są światy, i świat z pewnego stanowiska jest ziarnem piasku tylko. Są rzeczy i wypadki, które się malują wyrazem jednym, są inne, które powolnie objaśniać i malować potrzeba; i tu znowu nie ma ogólnego prawa, wszystko jest zależnem; raz dosyć na to słowa, gdy drugi raz mało tysiąca. Krytyka dzisiejsza umiejętna, wzniosła, na pozór lepiej pojmuje może myśl filozoficzną utworów, które rozbiera, niżeli artystyczne narodzenia ich warunki. Czuć w niej, że na wymiar płodów nowych braknie łokcia, porównania, pewnika. Brak może fantazji poetom naszym często, ale krytyka mogłaby się nią podzielić, tak szafuje darem, który jej wcale nie przystał. Jeżeli nie filozofuje i nie zgaduje (często na opak) myśli autora, biedzi się z pojęciem budowy, ledwie mogąc ją opisać, a nigdy osądzić! I nie dziw, — gdzież dawne prawa i granice, gdzie dla ducha i myśli ściany o któreby się oparły, jak wyzwoleńcom powiedzieć, nie pójdziecie dalej? Krytyka widzi polot i zżyma się nań, ale rzadko śmie zaprotestować, bo w imie czegożby przyjść mogła ze swem veto, kiedy niedawno sama stawiła barykady i pomagała do obalenia ciasnych szranków?... Na nieszczęście wszyscy aż do krytyków czują dziś, że czasby może uregulować się nieco, rozpoznać, i nadać sobie jakiś kodeks nowy; ale któż jest w stanie go napisać, i ktoby dziś chciał go przyjąć? Fantazja pisze każdemu z nas księgę praw i zmienia ją, doskonali, psuje, drze, dopełnia jak się jej podoba...
E sempre bene? nie powiem, — ale że nam tak wygodniej to pewna; żyjemy w chwili przejścia, korzystajmy z niej póki trwa, i pozwólmy sobie jak w zdobytem mieście kilkogodzinnej hulanki. Tylko co nie widać jak jutro lub pozajutrze, przy huku dwudziestocztero-pieśniowej epopei, wystrzałach ód i trąbach dytyrambów wprowadzą nam wygnaną dynastję Arystotelesową i porządek... czekając więc na tę chwilę z gotowością i rezygnacją, niech nam wolno będzie użyć teraźniejszej... A zatem kończymy nawias i poczynamy część drugą.



W szlacheckim dworku, w pierwszej izbie, której wszystkie okna były powyjmowane, na tapczanie okrytym kobierczykiem staroświeckim, w drewnianej, czerwono pomalowanej trumience leżało ciało starca, którego głowa typu, jakiego już dziś nie widać, spokojnego snu wyraz nosiła.
Obnażone czoło wysokie, potrząśnięte siwizną, duży wąs biały, od zżółkłej twarzy odbijały kolorytem... nieboszczyk zdawał się drzemać tylko, tak nic cierpienia i boleści nie było na tem licu, na którem ręka śmierci wyryła co życie ukrywało w głębi duszy. Skromna była i trumienka i pogrzebowy przybór i odzież zmarłego... na nim kapota granatowa na drobne jedwabne śpięta guziczki, pas stary słucki, a w rękach mały krzyżyk drewniany z wizerunkiem Chrystusa... Cztery świeca kościelne paliły się w nogach i głowach, gdzie cynowy stał krucyfiks... Dwie babki i organista to coś śpiewali z cicha smętnym głosem, to ciszej jeszcze rozmawiali, zieloną gałęzią opędzając muchy od twarzy staruszka...
We drzwiach, w dziedzińcu nie było prawie nikogo, choć śmierć zawsze prawie sprowadza ciekawych... znać kilka dni upłynęło już od zgonu, i ludzie oswoili się z wypadkiem, napatrzyli na zmarłego, nagadali o ostatnich jego chwilach. U okna tylko z zapłakanemi czerwonemi oczyma klęczała dzieweczka, ciemno i skromnie ubrana, modląc się na książeczce i rzewnie chwilami płakała. Zakrystjan i babki spoglądali na nią niekiedy i kiwali głowami — tyle bo oni już takich łez widzieli, co nazajutrz osychały od powiewu gorącego światowego powietrza!!
Cicho było w izdebce, od której drzwi do głębi domu stały zaparte, a świergot wróbli w bzach od ogródka przerywał tylko grobowe milczenie... Znać było że bieg życia wstrzymał się w dworku tą śmiercią... i wszystko stanęło jak zegar nienakręcony, czekając ręki któraby na nowo w ruch wprawiła... Dziewcze wciąż się modliło, a babki zerkając na nią to śpiewały, to poszeptywały — organista zmęczony patrzał w księgę leżącą na kolanach, czując że tu Kościół reprezentował i stosowną do tego przybierając postawę... człowiek wszędzie jest sobą, nawet przy trumnie i w obec śmierci...
Zmierzchało na dworze, a gorący dzień letni parnym się kończył wieczorem, przez okna otwarte nie przewiewał wiatr, buchało gorąco tylko, i zdala z stojącej na zachodzie chmury dawał się słyszeć grzmot daleki.
Organista, obejrzawszy się w koło, wstał po cichu, na swojem miejscu położył książkę otwartą, jakby nią chciał prędki swój powrót zapewnić, i po cichu wyniósł się za drzwi.
W ganeczku o dwóch słupkach siadł na ławie i spoczywał, ocierając z potu czoło; jakoś mu się tęskno zrobiło... może iż taką pustkę widział w izbie i nikogo nawet odwiedzającego... może pomyślawszy o śmierci, o jutrze, o sobie. Tuż zaraz podle dworku, za płotem osadzonym bzami i jaźminem, szła droga do miasteczka: wpatrzał się w nią, ale na niej nikogo nie dojrzał w tej chwili. Nierychło jakoś, gdy już oczy odwrócił, dał się słyszeć turkot wózka, i znowu wzrok kościelnego sługi przeszedł na tę stronę, z której kogoś, jakiejś życia oznaki z widocznem upragnieniem wyglądał. Milczenie śmierci znać mu pożądanym czyniło każdy objaw ruchu, każdą istotę żywą, za któremi zatęsknił przy trumnie. Przez wrótka otwarte pokazała się naprzód głowa konia zwalniającego biegu, potem wózek prosty, nareszcie mężczyzna siedzący na nim, który obejrzawszy się ku dworkowi, wstrzymał i stanął. Koń natychmiast spuściwszy głowę chciwie trawy szukać zaczął, a pan jego po maleńkim namyśle, opyliwszy suknię, z biczem w ręku wszedł na podwórze... Był to kapotowy szlachcic, właśnie stosowne dla organisty towarzystwo, i znudzony śpiewak pogrzebowy z radością wpatrzył się w nadchodzącego, który opodal czapkę zdjął i ciekawie się rozglądał po opustoszonem podwórku.
Powitali się jak znajomi cichym głosem.
— Dobry wieczór, panie Pawle...
— Jak się macie, panie Janie...
— A co, przyszedł staremu koniec?...
— Zmarło mu się nieborakowi.
Organista potraktował dobytą z szerokiej kieszeni tabakierką korówką, którą z przyciskiem otworzywszy, podał przybyłemu panu Pawłowi.
— I cóż to mu było? — zapytał Paweł przysiadując się.
— Cóż być miało! przyszła kréska na Matyska — rzekł poważnie ciągnąc tabakę jedną i drugą stroną nosa długiego i ostrego organista... trzymał się, trzymał, aż w końcu musiał nieboraczysko położyć.
— Kiedyż umarł?
— Już dzień trzeci... ale się jeszcze na pogrzeb nie zebrali, bo krewni nie przybywają... a że to matadory wielkie, czekają na nich.
— A tak! — odparł Paweł — wiem, wiem, nieboszczyk był z dobrej familji co się nazywa... pięknie edukowany nawet... musiał zbiednieć tylko na starość, że się w kapotę zaszył, i tak sobie w tym dworku osiadł, unikając ludzi.
Organista głową potrząsł, dając do zrozumienia uśmiechem, że pan Paweł nic nie wiedział, ale zamilkł i westchnieniem skończył.
— Wszak nie żonaty był i dzieci nie miał, zdaje mi się.
Organista znowu oczy wlepiając w niebo dał do zrozumienia, że mówić mu nie wypada, i po tabakierze tylko poklepał palcami.
— Muszę choć anioł pański zmówić za jego duszę — dodał Paweł — mało go znałem, wszelako poczciwe to było, to zaraz czuć od słowa, niech mu Bóg da niebo.
I postawiwszy biczysko przy drzwiach, szlachcic wsunął się do izdebki pomału, klękając u progu; na widok jego, babki poczęły piszczącym głosem swój śpiew monotonny i żywsze much oganianie... modląca się tylko dzieweczka nie zwróciła ku niemu głowy.
Odmówiwszy pacierz, szlachcic napowrót się w ganek wsunął i wzdychając usiadł przy organiście, który zamyślony jeszcze świeżego powietrza używał.
— Zmienił się staruszek — rzekł po cichu... ale powiedziałbyś że spi tak ma twarz spokojną... a to co za kobieta modli się w kątku?
Dyplomatyczny organista popatrzył na niedyskretnie pytającego pana Pawła, ruszył ramionami i rzekł:
— Krewna czy coś.
— To waćpan panie Pawle, widno go nie znałeś?
— Ale bardzo mało, widywałem w kościele, spotkałem kiedyś na probostwie... gadałem z nim parę razy. Do mnie ztąd bodaj nie półtorej mili... interesu i komitywy z sobą nie mieliśmy, zresztą ja nie ciekawy.
— Co to za upał — przerwał organista — burza będzie ani chybi.
— A tu kopy w polu...
— I u mnie kawałek gospodarstwa też, a człek tu musi siedzieć przy nieboszczyku... ale cóż robić... kiedyś grzyb leź w kosz... obowiązki! panie, obowiązki!
I zażył tabaki.
— Piwa bym się napił — rzekł sentencjonalnie.
— I możesz odejść? — spytał Paweł — dwa kroki, i jabym nie był od tego.
— Nie wypada — potrząsł głową organista — obowiązki...
— Pokrzepić się musisz czemś — szepnął Paweł.
— Należałoby, bo tu o człeku nie ma komu pamiętać... ta dzierlatka klęczy, modli się i płacze, sama nic nie jadłszy już trzeci dzień, a co ją sen zmorzy, to się szlochaniom budzi... słudzy kościelni o głodzie...
— Chodźbo wasze na piwo, widzę że ci się go chce — przerwał Paweł; — na co ci te ceremonje... powiesz mi po drodze o starym, bom ciekaw a nie wiem nic.
Zawahał się organista — spojrzał ku izbie, wszedł do niej i coś babkom szepnął, potem wysunął się ze dworku z panem Pawłem, ale bez czapki.
Dopiero za bramą odchrząknąwszy, głośniej począł i śmielej, kierując się ku naprzeciw stojącemu szynkowi.
— Musiałem tam wprzódy rozporządzić, bo na mojej głowie wszystko — rzekł do pana Pawła — baby się mogły pospać, ktoś by nadszedł, wstyd i nie godzi się.
— Czy też tak nikogo a nikogo tu nie ma? — zapytał Paweł.
— Jak widzicie, prawie pustką dworek stoi, bo to osobliwsze nieboszczyk prowadził życie — rzekł organista, iterum iterumque zażywając tabaki głośno i zamaszysto, rad że się od trumny mógł na chwilę oderwać. — Żył sam jak palec, stary furman Piotr, kucharka i gospodyni niedołężna, wyrostek i ta dzieweczka, która tam u ciała płacze... ot i po wszystkiem... A substancją miał dobrą...
— A to część co się zowie — rzekł z kolei pan Paweł — jedz, pij i popuszczaj pasa, gruntu po uszy, i jaki jeszcze!! To pański mająteczek...
— Dla tego też powiadam, że grosza po nim zostać musiało i dobrego! — pokiwał głową organista... — człek był rządny, z ludźmi prawie nie żył... zbierał i pewnie... zostawił niezgorszy węzełek.
Domawiając tych słów stanęli w progu szynku, przed którym na ławeczce, pani propinatorowa siedziała, wachlując się liściem łopuchu ogromnym. Jak tylko zobaczyła gości idących, podniosła się z uśmiechem, i powitała organistę jak starą znajomość; kobiecinie niepomału widać chciało się pogawędzić, a sama była w szynku, bo wszystka czeladź wyszła w pole. Średnich lat, dobrej tuszy, propinatorowa wesołą twarz miała i otworzyste oczy, snać, na sprycie jej nie zbywało, obowiązek utrzymywania gospody, dał jej trafną ludi znajomość i tę łatwość w obejściu z obcymi, której się nabywa w nieustannych z niemi stosunkach. Otarłszy się fartuchem, rozjaśnioną twarzą przywitała pierwsza przybywających...
— U padam do nóg pana Jana... a! i pan Paweł... rzadki gość...
— Czas krótki... muszę zaraz powracać, odezwał się organista z powagą, dawaj jejmość marcowego a prędko...
— Duchem... bo to u mnie zawsze duchem się robi wszystko... zawołała propinatorowa... Tylko klucze chwycę, do lochu zbiegnę, dwa kroki... a marcowe u mnie... mogę się pochwalić...
— Niech-że go jejmość da...
— Pan Paweł choć rzadki gość... ale wie jakie u mnie marcowe? Prawda! ja się z tem obejść umiem — dodała — szastając się na progu — mogę się pochwalić... tylko że mi go dużo pęka, tak bestja robi w butelkach...
— Jejmościuniu, radzibyśmy zobaczyć — wtrącił organista...
— Ot, zaraz, dwa kroki... jeno kluczy wyszukam... Ale to tu ich nie mam, muszą być w izbie na kołku, albo na stole... a nie, to na poduszce; bo to ja i tam często kładnę, a człek się zapomina...
Byłaby jeszcze mówiła, gdyby organista nie rzekł z powagą:
— Dawaj-że jejmość, bo pójdę nie piwszy.
Usiedli w ganku, a propinatorowa rzuciła się szybko i słychać ją było, naprzód wymyślającą na klucze, potem brzękającą niemi, nie wytrzymała i pokazała je organiście z progu idąc po marzec, nareszcie przyniosła parę butelek ocierając je fartuchem, i dwa kufle, które postawiła na ławie.
— Jedna butelka z waszego rozkazu, a druga odemnie! — dodała — niechajże mam satysfakcją poczęstować u siebie kuma...
Organista skompromitowany spuścił głowę dziękując cichym ukłonem.
— Bo to my kumy, poczęła propinatorowa, obracając się do pana Pawła...
Dobył piwa organista chcąc zmienić tok rozmowy, i szumiący napój ponalewał w szklanki śpiesząc ze swoją do gęby; jakoż jejmość zapomniała o kumostwie dla marcowego piwa i zawołała spozierając na szumowiny:
— A co? złe piwo? to ust nie można oderwać! fracha samo pańskie ich wino! nieprawdaż? a co? a co?
Pijący potrzęśli głowami potakująco, chcąc się zbyć gadatliwej niewiasty, ale ona ręce założywszy, stanęła w progu i dalejże swoje:
— Jechali tędy jacyś wielcy państwo, jejmość młoda, jegomość starowina, a było to zawczoraj, gorąco gdyby w piekle, to nieprzymierzając jak dziś... stanął stangret koniom wytchnąć podle propinacji... ludzie sobie kazali dać piwa... ja do powozu... aż... aż...
— Co nam tam prawi pani Balcerowa... — przerwał zniecierpliwiony organista... — to powiedźcie nam lepiej, co to było nieboszczykowi, że mu się tak zmarło niespodzianie?
— Aha? dodał Paweł — i ja go choć zdaleka znałem... poczciwy był człowiek...
Na wspomnienie nieboszczyka, propinatorka fartuch podniesła do oczów, i skrzywiwszy się do płaczu, bo istotnie widać go żałowała, zaszlochała, żal zrazu mówić jej nie dał.
— Poczciwie człeczysko! niech Bóg świeci duszy jego! nikomu go pewnie więcej nie żal nad nas, cośmy się koło niego ocierali... wystawcie sobie... kumie...
(Organista się skrzywił).
— Co to dziś mamy? spytała szynkarka.
— Piątek.
— A tak! tfu! jakażem głupia! prawda! piątek! Otóż, co chciałam mówić? tydzień temu, w piątek także, czy we czwartek, tak w piątek...
— Hm! hm, i cóż, niecierpliwie skręcił się na ławie organista nalewając drugą szklankę...
— Nieboszczyk który mnie i Balcera bardzo lubił, bo to on nam dał ten chleba kawałek na propinacji — panie mu nagrodź, odebrał zkądeś zdaleka list z Warszawy czy co, przez umyślnego, o połudeńku... widzieliśmy jak ten posłaniec jechał do dworku. A był zdrów jak ryba... tylko po swojemu smutny, bo wesołości już tak z przyrodzenia nie miał.
Stara Jadwiga, kulawa jego gospodyni... która tam raz w raz na niego naglądała, bo mu i prażyła, i służyła kręciła się kiedy list odebrał... i postrzegła, że załamawszy ręce, kląkł... modlić się zaczął i długo płakał jak dziecko... Dosi wychowanicy nie było w izbie, coś robiła na ogródku... aż Jadwiga znając, że jej słówko u starego najlepiej pomoże, bo ją kochał gdyby własne, zaraz po nią pobiegła, i ściągnęła ją od kwiatków... Otóż nieboszczyk list ów schowawszy, posłańca bez odpowiedzi odprawił, tylko go opłacił, (bo on tu przychodził potem na piwo), a sam słyszę caluchną nockę oka nie zmrużył, jeno chodził a lamentował... Dosia próżno się starała dowiedzieć nawet, co to było, tylko jej klęknąć kazał i zmówić anioł pański, nie wiem za czyją duszę. Tego dnia ani spał, ani jadł, w sobotę pojechał z Dosią do kościoła i sprawił jakieś nabożeństwo za zmarłego, bardzo słyszę przystojne, a wieczór powróciwszy, tak się i położył w łóżko i obległ. Nazajutrz ja latałam do dworku, myślę sobie, że się albo co dowiem, albo poradzę, ale dostąpić go nie mogłam; Dosię tylko w łzach się rozpływającą widziałam... Posłali po doktora; ale jak przyjechał, tylko słyszę głową kiwał, i zaraz powiedział, że z niego nic nie będzie. W tej nieszczęśliwej dziewczynie, bo to była gdyby rodzona córka, ducha prawie nie stawało, tak ona go kochała... serce się krajało słuchając jej płaczu... że nie oszalała to laska Boża, i teraz słyszę spokojniejsza... Już jak poszło na gorsze, to i przytomność stracił i siły, a co nasprowadzali znachorów, co robili, co radzili, nic nie pomagało.. Otoż tak to do wtorku się męczył biedaczysko i dopiero przed śmiercią odzyskał przytomność... a ze wtorku na środę Bogu ducha oddał...
— Jaka historja... rzekł Paweł pijąc powoli.
Organista na którym przy znużeniu i gorącu poskutkowało piwo, szepnął mu w ucho:
— Nikt jako żywo prawdy nie wie!
Propinatorka mówiła dalej:
— Zostałaż się sierota! ta nieszczęśliwa Dosia, jak palec!
— To musiała być krewna? spytał Paweł.
— Nie można wiedzieć... poczęła żywo propinatorka... bo...
— Otóż to jest, że nikt nic nie wie, z przyciskiem dorzucił organista...
— Dzieckiem maleńkiem ją tu przywiózł nieboszczyk i chował jak córkę rodzoną... a kochał... to się za nią rozpadał!
— Nie miał krewnych? zapytał ciekawy Paweł wysączając piwa ostatek...
— Kto ich wie! ale tu blizko nie słychać — ruszając ramionami ozwała się szynkarka... posłali tam po kogoś...
— Co to się na długi rozhowor zabiera — przerwał organista — a tu, obowiązek, trzeba iść do ciała... więc żegnam pana Pawła...
— Jakto! idziecie? — żywo zaprotestowała kobieta.
— Czy to mnie posiedzieć spokojnie! rozogniony marcem ozwał się organista... żywi i umarli wszyscy na mojej głowie, cała parafia... ksiądz próżnuje... chodzi se i modli się... a pan Jan musi być wszędzie... Juściż sami widzicie, że tak ciała nie mogę porzucić? Jest honor, jest, ale i kłopotu dosyć! westchnął kończąc i posuwistemi kroki schodząc powoli ze wschodków po summaryjnem pożegnaniu z propinatorką i panem Pawłem.
Szynkarka spojrzała nań gdy odchodził długo, z przekąsem jakimś i urazą, i od wróciła się do szlachcica, który siedząc w ganku przyglądał się nadchodzącej tuż tuż burzy.
— Widzicie go, kumy się słyszę, wstyda!... uważaliście! hę! taż dobrego słowa nie powiedział... głupi klecha! a! a! poczekajże, nie rychło cię drugi raz poczęstuję piwem... rychlej ci dam pomyjów... Ot, to mi pan...
— At! dalibyście mu pokój, pani Balcerowa... — pocieszył Paweł... aż to tam nie jedno mu na głowie, to się na politykę nie sadzi.
— Ale ja go znam... — odparła szynkarka — całe życie dumna sztuka, górą nosa drze... a taki z chóru nie wylezie... Tożeśmy trzymali z nim dziecko u Karwowskich na Maleszowie... udaje, że nie poznał... a piwo wypił...
— I cicho już, darujcie mu — rzekł Paweł — co potem że na niego się nawymyślacie.
— Tfu! splunęła szynkarka... tak z nim jak bez niego... człek choć na szynku, ale czyściejszy może jak drugi przy kościele... Kiedyby serce wypatroszyć a zobaczyć co w środku.
Wtem burza nadchodząca spędziła ich z ganku do izby, a pan Paweł musiał konia i wózek do stajni zaciągnąć.



Chwilkę jeszcze trwały dąsy pani Balcerowej i zżymanie się na niewdzięcznego organistę, aż gdy zahuczał piorun i deszcz lunął jak z wiadra, troska o kopy, o zboże, o czeladkę wyprawioną z domu przerwała narzekanie.
Nikt jeszcze z pola nie wracał, propinatorka się turbowała i z jednego okna zaglądała w drugie.
— Ależ leje! jak z rynwy! pognoi dalipan, jak choć godzinę to potrwa... byle jeszcze Bóg chronił przypadku, bo pioruny siarczyste...
Poczciwe serce kobiety zwróciło się do dworku, gdy nań spojrzała...
— A ta nieszczęśliwa Dosia sama tam jedna przy nieboszczyku... jak to wytrzymuje... trzeci dzień. Żeby nie kulawa Jadwiga, nie byłoby komu słowa do niej przemówić... a i ta sobie w kącie płacze...
W tem, powóz dosyć porządny zatoczył się przed gospodę i zoczywszy go pani Balcerowa, zapomniała już o burzy, o deszczu, nieboszczyku i Dosi, a wracając do gorliwego spełniania obowiązków swoich, wyleciała do sieni, żeby osobną stancję przybyłemu pokazać.
Trzeba wiedzieć że ten pokój niby gościnny, jak we wszystkich niemal nie na trakcie stojących karczemkach, rzadko komu potrzebny, trochę sobie pani Balcerowa przywłaszczała, ale jako kobieta oględna i z jutrem żyjąca, na wypadek zawsze była gotowa do wystąpienia z niego. Stało w nim łóżko zasłane, kufer, beczka i tapczanik wakujący, było trochę worków z różnemi zapasami, ale sam szynk czynny naprzeciwko się mieścił.
— Proszę pana! proszę! — zawołała sięgając do kluczów gosposia i otwierając drzwi stancyjki — jest osobna kwatera... i nie chwaląc się porządna...
Przybyły, okryty płaszczem, suchy, ospowaty, blady, przykrej twarzy mężczyzna, nic nie odpowiedział, i szparko wszedł do pokoju rozglądając się do koła... Balcerowa przypatrywała mu się z natężoną ciekawością, dzieciom i wieśniakom właściwą — on jej wzrokiem jakimś badawczym i przeszywającym. Był to człowiek lat czterdziestu kilku, znać z powozu i ubioru zamożny obywatel, ale dziwnie niemiłej i wstrętliwej fizjognomii, i nic nie mający w sobie szlachetniejszego... Z dumą poglądał na lichą ciupkę do której go wsadzono i niecierpliwie zdawał się znosić, że w niej dla deszczu czy spóźnionej pory noc przepędzi.
— Waćpani tu jesteś gospodynią?
— Blizko od lat dziesięciu z mężem tu siedzimy — poczęła propinatorka... — Może pan sobie co każe zrobić? jest chwała Bogu i co zjeść i co wypić, nie powstydzim się.
— Mam ja z sobą co mi trzeba... ale... czyjaż to wioseczka? — dodał.
— A to Sadogóra... odpowiedziała propinatorka żywo... — kilka części, największa nieboszczyka pana Mikołaja Czeszaka... dopiero kilka dni jak umarł.
— Już po pogrzebie? — spytał żywo gość.
— Nie... czekają tam na kogoś... słyszę miał jakichś dalekich krewnych... i kazał do nich posłać.
— Nie pochowany?
— A nie...
— Jest tam kto we dworze?
— Tylko Dosia, wychowanica nieboszczyka...
— Miał wychowanicę? cóż to za jedna? marszcząc się zawołał przyjezdny.
— Ja to tam nie wiem... — odparła Balcerowa trochę zniepokojona tem wypytywaniem — bo to nie moja rzecz.
Nieznajomy postrzegłszy, że natarczywem i nie w miejscu badaniem, spłoszył kobietę, która nań z podejrzliwością wejrzała, udał obojętność i począł o izbie już mówić.
— Jak to tu będzie nocować! — rzekł gderliwie. — Znałem dobrze tego waszego Czeszaka, byłbym do dworu zajechał, tylko nieszczęście, że go zastałem już w trumnie... a izba szkaradna! śmierdzi! brudno.
Balcerowa uraziła się, chciała nawet coś palnąć po swojemu, że nie tacy panowie u niej nocowali, i wcale nie śmierdziało, ale popatrzywszy na twarz surową i pasji pełną przybyłego, wolała się cofnąć w milczeniu. Drzwi tylko zatrzasnęła za sobą z łoskotem, dowodzącym złego humoru.
— Ot to mi pan jakiś! starym koczykiem, czterema chabetami, a wymyśla jakby karetą poszóstnie zajechał... Jeszcze mu i tam źle... Cóż to za morejne?
Nastręczył się właśnie chłopiec niosący walizę gościa, a że od sług najlepiej się o panach dowiadywać, Balcerowa wzięła go cichaczem na spytki.
— Dokąd to państwo jedziecie? — zapytała.
— E! przed siebie! — mruknął chłopak kwaśno.
Nie było co pytać dalej i poszła... — Poczekaj — rzekła w duchu — przyjdziesz ty sam do mnie, a wyspowiadasz mi się sam jak zechcę. Wtem przybyły przekroczywszy drzwi huknął wołając gospodyni, twarz był jakoś ułożył łagodniejszą i widocznie chciał się wdać w rozmowę.
— Słuchaj-no jejmość — rzekł — pan Mikołaj Czeszak był mi zdawna dobrze znajomy; powiedźcie mi proszę, co to mu się stało, że zmarł? długo chorował?
— Z tydzień proszę pana... z tydzień... a już oto trzy dni jak z pogrzebem na kogoś z krewnych czekają, bo tam wójt posłał z uwiadomieniem do niego... według rozkazu nieboszczyka...
— Szkoda go nieboraka! szkoda.
— Oj co prawda, to prawda... a nie stary był człowiek...
— Mająteczek miał ładny, i grosza też coś zebrać musiał, bo żył oszczędnie? — wrzucił nieznajomy poglądając z pod oka.
— E! gdzie zaś — ruszyła ramionami szynkarka — nie brakłoć mu niczego, ale nie przyzbierało też poczciwe panisko, bo to był bardzo litościwy człowiek, i dużo ludziom świadczył.
— Aleć długów nie miał? — żywo zapytał przybyły.
— A któż to tam wie? proszę pana...
Kolnęło propinatorkę to wypytywanie o nieboszczyka, a że mimo gadatliwości nie głupia była kobieta, pomyślała sobie zaraz: coś to w tem jest, lepiej język za zębami trzymać.
— Mieszkał tu kto koło niego z krewnych? — spytał jegomość wciąż się przechadzając po izbie, i z okna od ulicy przyglądając się dworkowi, w którym światło od katafalku widać było.
— Jeno wychowanica! — odpowiedziała szynkarka — co to ją jak własne dziecko chował. Dosia, proszę pana...
— A to co za jedna?
— Musi być sierota... któż to wie!
— Zkądże ją napytał?
— Dzieckiem ją tu przywiózł... proszę pana...
— Hm! dawno?
[2]— Tego ja nie pamiętam, bośmy tu wówczas na szynku z mężem nie byli, dopierośmy później nastali... ale od ludzi się słyszało...
Nieznajomy zdawał się namyślać i rachować coś, splunął, pochodził, a na deszcz się niecierpliwił. Balcerowa korzystając z przerwy w rozmowie i obawiając się własnego języka, żeby ją nie zdradził, otworzyła drzwi i uszła.
W izbie szynkowej wstrzymany deszczem siedział jeszcze pan Paweł, kazawszy sobie podać znów piwa, które powoli wysączał... przywlokła się już dziewka służąca, dwoje dzieci i chudziutki, mały, czarny, mąż gospodyni, który z innemi zmokłe swe odzienie osuszał i wykręcał, bo go ulewa nie żałując poczęstowała.
— Chwała Bogu żeście powrócili! zawołała jejmość, a tu i gości mamy, pan Paweł pewnie zanocuje, i tam w izbie jakiś też z waszecia myśli noclegować... Żywoż do roboty! — dodała — Magda do ognia i garnków, czas wieczerzę warzyć... Balcer, idź daj siana, a wy chłopcy, nie szwędrać mi się po izbie, w kąt!
Ulewa się trochę ujęła, pioruny bić przestały, wolny tylko deszczyk kropił jeszcze, a zdaleka odchodząca już chmura grzmiała nad czarnemi lasy, które ją ku sobie pociągnęły; na dworze ściemniało się powoli, i o wyjeździe z karczmy nie można było pomyślić... Przywlokło się jeszcze coś podróżnych, żydek z kramikiem, sitarz i kilku wieśniaków z okolicy na piwo... karczma ożywiła się zaraz, i ognia rozpalono, a pani Balcerowa w swoim żywiole, rozprawiała i gospodarzyła nie przysiadając na chwilę, ust już nie zamykając a było i co robić.



Zawoływano kilka razy propinatorowę do owego chmurnego gościa pod rozmaitemi pozorami, a za każdą razą, tak ją wybadywał o nieboszczyku, że się już to czemś podejrzanem wydało; postanowiła więc koniecznie chłopca wypytać co to za jeden był pan jego. — Ale sługus czy mu zakazano, czy już taką miał naturę przekorną, zawsze zbywał ni tem ni owem, nie rozwiązując gęby. Napróżno uśmiechała się doń grzecznie Balcerowa, traktując go z uszanowaniem, częstował pan Paweł tabaką, bo także był ciekaw tego jegomości, zaczepiał sam gospodarz z cicha i Magda go drażniła, siadł na ławie zrobiwszy panu herbaty i jak mruk się zaczaił.
Dopiero gdy na szynkfasie gęste kieliszki i szklanki przesuwać się zaczęły i zapach gorzałeczki rozszedł się po izbie, ów milczący chłopak jakoś się rozmarszczył, widoczna była że mu się wódki chciało, a zdradliwej siły jej się obawiał. Parę razy przeszedł się bliżej stoła i zwyciężywszy pokusę na ławę w kąt powrócił, wstał znowu i znów się strzymał; nareszcie nie mogąc wytrwać, wprost jak strzelił zamierzył się do gospodyni, stuknął ręką i zawołał odchrząkując:
— Proszę kieliszek kminkówki!
— To cię już mam! — po tych chodach poznawszy pijaka pomyślała w duchu Balcerowa i nalała mu nie pytając dobrą miarkę dziesięciogroszową.
— E! to będzie za wiele! — wyciągając rękę drżącą szepnął sługus.
— Gdzie zaś, wódka delikatna! i dobra, żołądkowa — dodała Balcerowa — prawdziwa pańska! jak likwor!
Jednym haustem spełnił kielich, splunął chłopak, zakąsił z solą i aż mu się oczy rozświeciły, innym zaraz zrobił się człowiekiem.
— Dobra wódka — rzekł niepytany — ale do kroć sto tysięcy, tęga!
— To ona tak się tylko wydaje.
— A! dobra! — sam do siebie rzekł przybyły biorąc się za żołądek z uczuciem satysfakcji wewnętrznej. Kminkówka co się zowie! Pal ją djabli! kiedy już wisieć, to za obie nogi — dodał po cichu. — Na drugą nogę proszę jejmości! — zawołał, prostując się.
Balcerowa już nalewała, a chłopek łyknął tak gładko drugi kieliszek, że widocznem było, iż na nim nie poprzestanie; zakąsił, znowu splunął i rozprostował się zupełnie, spoglądając na świat z tego szczęśliwego stanowiska gorzałczanego, które go tak wesołym czyni. Balcerowa wydała mu się jeszcze niczego. Magda choć trochę tłusta ale przystojna, karczma czysta i wygodna, ludzie otaczający, choć ich wszystkich ściskaj i brataj się z niemi, zdało mu się nawet, że między niemi są znajomi — kto wie? może krewni?
Z tej potrzeby wywnętrzenia umiała żywo skorzystać karczmarka, i pewna teraz, że ją nie zbędzie lada czem, spytała z przełaju zachodząc:
— Takiej wódki pewnie u was nie pijacie, to z Warszawy.
Chłopak sobie wąsa pogładził.
— A toć my z pod Warszawy — rzekł wręcz — znam ja co pierwszy, a co trzeci numer! to, to! Już takiej kminkówki jak w Miłośnej, albo w Grochowskiej karczmie, nie znajdziesz asani... Ale i to niczego.
— Albo to ją tam nie z żyta a z kartofel pędzą — odparła Balcerowa — choćby i w samej Warszawie, zobaczycie dalej jadąc... aby szynkarz uczciwy człowiek, wszędzie się znajdzie uczciwa gorzałka, a my nie z tych co to wody dolewają.
— Gdzie dalej? — uśmiechnął się chłopiec głupowato, bo w nim już trunek skutkował — a toż my tu do Sadogóry przyjechali i po wszystkiem.
— Do kogo? — spytała szynkarka z podziwieniem.
— A do siebie — ciszej odezwał się konfidencjonalnie chłopak — toż mój pan stryjeczny brat tego nieboszczyka.
Balcerowa przypomniawszy sobie twarz chmurną i obejście gburowskie gościa, aż pobladła; nie mogła nawet ukryć w sobie jak ją to obeszło, nalała szybko trzeci kieliszek kminkówki i podając go chłopcu, rzekła:
— Ja pieniędzy nie wezmę, choć no waćpan do alkierza, coś powiem.
Zrazu jakoś się wahał nad trzecim kieliszkiem pan Marek, ale gdy go zapach zaszedł, obejrzał się, chlasnął żywo i posłuszny za gospodynią wcisnął się do alkierza, zkąd jejmość zaraz męża precz wyprawiła do stajni.
Dobrze mając oko na szynkownię i niby się około czegoś zajmując, na pewno już poczęła indagację gosposia.
— To to po was posyłali? — zapytała.
— A po kogoż? mój pan weźmie Sadogórę — rzekł Marek — a dobra w Sadogórze wódka...
Nieborak był już pijany, na czcze serce palnąwszy trzy dobrej miary tęgiej wódki kielichy, ale w głowie jakoś mu się zrobiło wesoło, jakby mu kto świat cały darował.
— O! dobra kminkówka — dodał na stronie — potrzeba być z szynkarką w przyjaźni, najlepsza rzecz.
— A czemużeście do dworu zaraz nie zajechali? — spytała Balcerowa — i taicie się z tem?
— To już taka natura pańska — odparł Marek bardzo cicho — nikomu nie wierzy, całe życie szpieguje, ludzi męczy i siebie, niech go...
Wstrzymał się przecie z przekleństwem i westchnął.
— Bo to widzicie — dokończył po chwili — i mnie zakazał, żebym ani pisnął, i Jacek ma taką samą dyspozycję, a przódy chciał przewąchać co się tu dzieje, wyśledzić, taki kuty! O! będziecie mieli ptaszka! już ja go dobrze znam... a co mi włosów narwał i uszów nakręcił, toby na wołowej skórze nie spisał.
Propinatorowa aż w ręce splasnęła, ale postrzegłszy się zaraz głośno kaszlnęła i niby czego szukać zaczęła.
— Nie darmo — pomyślała — tak się mnie wypytywał... A jaką on ma naturę? — zapytała.
— Lisią, lisią — począł szeptać Marek — z cicha pęk, nie dobry, nie, skąpy, chciwy, zły... Dawniej, słyszę hulał, wioskę jedną puścił, druga obdłużona, ale teraz się zrobił skąpy...
— Żonaty?
— Gdzie zaś, nie... a na co jemu żona? a któraby za niego poszła? ta to kutwa, niech Bóg obroni, i nie młody już i chory i ludzie go znają. A kobietek miał siła dawniej, to już im dał za wygraną.
Coraz bardziej rozmarzony, począł pan Marek:
— Ja jejmości wszystko powiem, tylko cyt! — dodał — wara gadać, bo jak się dowie! — schwycił się chłopek za uszy — byłoby mnie było! Jejmość jesteś dobra kobieta, ale trzeba trzymać język za zębami... Będziecie się mieli z pyszna z nim, nie ma co mówić. Na niego jeden tylko jest sposób... tchórz! ot co! boi się i ludzi i muchy i pająka; wszystko mu się zdaje, że na niego ktoś się czai, nikomu nie wierzy, ale każdy mu straszny. Jejmość jesteś dobra kobieta, ja jejmości wszystko powiem. On mnie wziął z maleńkości do dworu, bo ja byłem sierota, to ja to najlepiej wiem...
Pokiwała głową Balcerowa raz i drugi.
— Wasan tu sobie odpocznij — rzekła — a ja się pójdę do niego dowiem, czy czego nie potrzebuje.
— Ot i dobrze, aby mnie nie wołał, bo taki ma nos, że się zaraz kminkówki dowącha i baty nie miną — odpowiedział Marek — albo za uszy wytarga.
Nie słuchając już go, mocno przestraszona, ale usiłując przybrać minę swobodną, poprawiwszy chustki, Balcerowa poszła na przeciwek. Przybyły chodził tam po izdebce z fajką w zębach, chmurny i milczący, targając czupryny.
— Możeby panu co jeść zrobić? — zagadnęła gospodyni — tu jest wszystko, chwała Bogu, i jaja i mięso i masło swoje, i co tam pan każe, a nie chwaląc się zrobić to się potrafi.
— Nie, nie, nie będę jadł — rzekł przybyły, jakby chciał coś mówić i wahał się, wpatrując w drżąca szynkarkę — jestem coś niezdrów... zmartwiłem się tą śmiercią waszego Czeszaka... to był mój przyjaciel, bardzo mi go żal! Ale powiedzcież mi, nie z zaraźliwej jakiej choroby on umarł? co to jemu było?
— Ja tam nie doktorka, to nie wiem proszę pana, ale ludzie mówią, że ze zmartwienia skończył...
— Ze zmartwienia! — zakrzyknął nieznajomy — a czegoż to się tak zmartwił?
— Tego ja, proszę pana, nie wiem, bo ja choć we dworze bywałam i bywam codzień, ale on nikomu nie mówił.
— A zkądże ludzie wiedzą?
— List niby jakiś mu przysłali, to strasznie powiadają płakał i z tego żalu wielkiego zaniemógł i zamęczył się.
— List? coby to mogło być? Juściż nie był źle w interesach... nie miał długów?
— Chowaj Boże! to człowiek był porządny... nie wiele pewnie zebrał, ale nikomu nic winien nie był...
— Wiele tu jest osady? — spytał nagle jegomość.
— A do dwudziestu — odpowiedziała Balcerowa.
— Dobry kawałek słyszę?
— Oj, oj! czemuż nie; chleba dosyć, lasu szmat, i stawek i młynek i wypasu w bród.
— A za karczmę dużo płacicie? — zagadnął przybyły.
Zająknęła się karczmarka, jakoś w ustach jej zaschło.
— Hm! — rzekła — bardzo dużo! do dwóch tysięcy, bo to proszę pana trakt tędy... ale już oto kwartał ostatni dobywamy i przeniesiemy się gdzieindziej, bośmy stracili, dalej jeśli defalki nie dadzą, człowiek przepadnie. Rok głodny, mało kto co wypije i zje, owies drogi, nie wiele się na nim zarobi, a żyć potrzeba. Nieboszczyk pan obiecał nam i z tego kwartału defalkować, ale Bóg wie co to teraz będzie, i kto tu będzie gospodarzył. Jak jaki nielitościwy najedzie my się tu nie utrzymamy.
Umyślnie rzuciwszy na wszelki wypadek tę wiadomostkę gościowi, Balcerowa wysunęła się nazad; spotkała męża w sieni i cicho go odprowadziła do kąta ciemnego.
— Słuchaj Balcer, jak mi piśniesz, to ci tak dam, że popamiętasz, ten pan... to żebyś wiedział durniu, przyjechał brać majątek po nieboszczyku, znajże co robić i miej rozum, z jego ludźmi się poprzyjaźnij, ale ani słówka, że o tem wiesz... Piwa zanieś furmanowi i na wieczerzę ich poprosisz.
Posłuszny mąż, jak zawsze tak i teraz przytuliwszy uszy pobiegł co najrychlej spełniać rozkaz małżonki; przestraszony jak ona, i nie wiedząc jak sobie poradzić, żeby się strachem nie wydać.
Noc była późna, a w alkierzu państwo Balcerowie jeszcze się naradzali, co począć z przybyłym; jejmość musiała wszystko mężowi tłómaczyć, bo sam przez się nie umiał i obawiał się przedsiębrać cokolwiek, ale za to słuchał wybornie i trzymał się jejmościnego przykazania jak pijany płotu. Marek położył się spać rozmarzony kminkówką, w r6żowym humorze.



Północ już być musiała, a niebo po burzy resztkami chmur porwanych usłane, miejscami się oczyszczając świeciło blademi gwiazdkami, wiatr dął gwałtowny, cisza we wsi była głucha i w dziedzińcu dworku tylko kiedy niekiedy pies zawył u okna nieboszczyka; w karczmie zaryglowywano wrota, gdy po błocie: wio! wio! nadsunęła się landara duża, poczwórna, sześcią maleńkich koni zaprzężona i przed gankiem stanęła. Pani Balcerowa już mająca się kłaść spać, przytuliwszy głowę do szyby, tyle tylko dojrzała, że powóz jakiś był wielki, a koni do niego siła. Zaraz się hałas zrobił okropny, poczęto do drzwi walić, aż Marek przestraszony wyleciał do sieni; ktoś drugi w okna stukał, a zewsząd: otwieraj! otwieraj! wołano rozkazująco. Pan Paweł, który pod piecem nocował na huńce, Balcer, Magda, dzieci, co żyło pozrywało się, nawet podróżny ów, klnąc, że mu spać nie dają, głośno na Marka zakrzyczał.
— Otwieraj! światła! prędzej! jest izba? — wołali przybyli. — Czy to Sadogóra? gdzie dwór?
Znać to ostatnie pytanie dosłyszał gość, który wprzódy zajął stancję, i znowu na Marka wołać począł coraz donośniejszym głosem z wyrazem niecierpliwości; wrzawa się zrobiła niesłychana. Pani Balcerowa się aż za głowę chwyciła z niepokoju.
— Oto skaranie Boże!... siedzisz jak na rozdrożu! i w nocy nawet spokoju nie ma, nie tyle utargują, co nahałasują... Znający się do swojego obowiązku Balcer, który w karczmie miał tylko tytuł propinatora, żeby propinatorową nazwać się mogła jego żona, a w istocie gorzej stróża posługiwał, wybiegł na ostatek z latarką zafrasowany i drzwi główne odryglował, za nim dopiero szła w narzuconym na ramiona szlafroku jejmość.
Służący w płaszczu stalowego koloru o sześciu pelerynach, kapeluszu lakierowanym z kokardą i galonem, z wąsami do góry i z miną tęgą, ale w dziurawych butach, co zaraz Balcerowa postrzegła, której oka nic nie uchodziło, wparł się do sieni łając...
— Stancja jest?... kroćset djabłów!
— Ale zajęta.
— A gdzie jaśnie pani nocować będzie?!
— Do dworu daleko?
— Nie, dwa kroki, ale... — zawołał Balcer.
— Czy nieboszczyk nie pochowany jeszcze?
— A nie, leży dotąd... czekają na krewnych z pogrzebem.
— Jest kto z krewnych?
Balcer byłby się duda wygadał, ale żona poskoczyła obaczywszy, że ów gość drzwi trochę otworzył i słucha rozmowy, szybko wołając:
— Nie ma nikogo! jakby kto był, toby do dworu zajechał, a tam nie słychać...
To ostatnie pytanie podsłuchującego mocno zajęło i drzwi lepiej otwierając wpatrzył się w nieznajomego, który nawzajem oczy w niego wlepił ciekawie.
— A to kto przyjechał?
— Jaśnie wielmożna radczyni Pękosławska z Gorzewa.
Potrząsł głową nieznajomy.
— Powiedzcież, jeśli nie ma gdzie nocować, że się jej ustąpię i do stajni sobie przejść mogę.
Aż tu od powozu dał się słyszeć głos:
— Grzesiu! Grzesiu! a chodź ino!
Grześ się zawrócił, całe towarzystwo nie wyjmując stojącego we drzwiach gościa, pozostało w zawieszeniu, uszu jego dolatywała zdala rozmowa pani radczyni ze służącym.
— A co izbęś znalazł?
— Ale zajęta, tylko tam jakiś jegomość obiecał ją dla jaśnie pani ustąpić.
— Prędzejże, prędzej, napędzić tę hołotę i zajeżdżać do karczmy, bo we dworze nieboszczyk, po nocy już tam przybyć nie chcę.
Głosik pani nie był bardzo miły, ale za to rozkazujący. Nim gość grzecznie ofiarujący się ustąpić mieszkania, pospieszył się jako tako ubrać, a Marek co najpilniejszego pozbierać, już się drzwi otworzyły a pani Pękosławska wtoczyła się ciężko przez próg przewalając podsadzana przez Grzesia i Balcerowę, bo sobie rękę podać jej kazała. Nie stara to jeszcze była kobieta, dobrej tuszy, ociężała, z twarzą rozlazłą i szeroką, zaczerwieniona może od drogi, miny surowej i rozkazującej a pańskiej. Ubiór jej zdradzał wyrzeczenie się wszelkiej kobiecej pretensji do stroju i wdzięku; miała na sobie suknię dosyć starą, chustek i chusteczek mnóstwo, dwa worki w ręku, kapelusz na głowie spłowiały i zmięty, a pomimo tego niepoczesnego pozoru szła po królewsku i jakby była u siebie... Nie zmięszał ją widok pakunku i ślady gościa, który jej miał ustąpić mieszkania, znalazła to bardzo naturalnem, obejrzała się tylko szukając go oczyma, a popatrzywszy zakrzyknęła:
— Na Boga, pan Fryderyk! co ja widzę, czy się nie mylę?
— Nie myli się pani dobrodziejka, istotnie, na jej usługi...
— A! sukcessyjka braciszku! sukcessyjka zwabiła!
— Sukcessyjka! siostruniu dobrodziejko...
— Waćpan tu dawno?
— Kilka godzin.
— O toż góra z górą, a takieśmy się zeszli... no! a co tu słychać — dodała, zasiadając na krzesełku — Byleś już we dworze?
— Nie, jeszcze nie...
Tymczasem znoszono tłumoki, a lokaje w liberji ale odarto, kręcili się, rozpędzając po drodze kogo spotkali.
— Hej! zawołać mi gospodynię czy gospodarza — ozwała się radczyni — pytałeś się panie Fryderyku co się tu dzieje?
— Troszkę, coś niecoś — rzekł zawstydzony spadkobierca — ale tak jak nic nie wiem.
— Trzebaż przecie wiedzieć co się święci! hej! gospodyni mi wołajcie! słyszysz Grześ?
Grześ skoczył żywo, a Balcerowa tuż jakoś ukazała się w progu.
— Waćpani gospodyni jesteś, moja kochana — spytała radczyni — kiedy wasz pan umarł?
— A już ono będzie ze trzy dni.
— Któż tu przez ten czas gospodarował.
— A nikt, proszę pani, przy śmierci był proboszcz to tam zara opieczętowali wszystko, zresztą cóż było robić! trumienkę zadysponował Piotr z Jadwigą, i ciało postawili, to koło niego tam babki z organistą śpiewają, a Dosia płacze...
— Co za Dosia?
— A to, proszę pani, wychowanka nieboszczyka!
— Patrzaj asindziej — odwróciła się Pękosławska do pana Fryderyka — i wychowankę jakąś miał! słyszysz?!
Pan Fryderyk skrzywił się tylko i głową kiwnął niesmaczno.
— Musieli już bez nas starego podpatrzyć, — używając wyrazu gospodarskiego, odezwała się przybyła, dowodząc, że ze wsi i od pasieki ją Pan Bóg prowadził.
— A kiedyż pogrzeb?
— Nikt tu bez krewnych nie dysponował, zresztą ja tam tego nie wiem — odezwała się Balcerowa — słyszę jutro, bo to gorąca pora, długo nieboszczyka trzymać nie można...
— I nie trzeba! — zahuczała pani radczyni! zaraz waćpan jutro jedź do proboszcza — odwracając się do Fryderyka dodała żywo — i każ go chować; nie potrzeba wystawy żadnej, bo to duszy nie pomoże a z kieszeni wyciągnie, rozumiesz waćpan?
Pan Fryderyk stał jak okradziony, blady, gniewny, i chmurno z pod brwi patrząc, kiwał tylko głową, kiedy niekiedy dawał oznaki niecierpliwości. Ludzie pownosili pakunek, Balcerowej zadysponowano coś, a gdy się zostali sami, wstała z krzesła pani Pękosławska i podeszła do brata, który napędzał Marka do wynoszenia tłumoków swoich.
— Coś ja waćpanu nie na rękę — rzekła z uśmiechem — myślałeś może, że się nie zgłoszę i samemu jegomości dam się rozporządzać, a fe! kochanku! przecieżem tak samo siostra stryjeczna, de domo Czeszak, jak i waćpan, i kazał mi umierający dać znać; po połowie bierzemy jeśli się reszta nieopatrzy.
— A jeśli się testament znajdzie? — łykając ślinkę rzekł gość pierwszy.
— To może oboje nic nie weźmiemy i pójdziemy z kwitkiem — odparła Pękosławska — ale nie, o! nie, ja bo już wiem, że testamentu nie ma. Jest tu mój stary znajomy proboszczem, pisał do mnie ze szczegółami, że kiedy go śmierć naszła i chciał testament robić, ledwie miał czas waści i mnie wymienić i umarł. Ale bym ja była przyjechała i bez tego prędzej później, bo mam na to oko co się mi należy. Pana Mikołaja mało co znałam, ale wiedziałam dobrze, że nie był żonaty i bezdzietny, mając sześcioro dzieci, grosz mi potrzebny... w samą porę, gdy Julkę wydawać myślę.
Gdy tak wpatrując się w brata, pani radczyni gwarzy, a słudzy jej urządzają herbatę w dosyć lichych podróżnych skorupkach i pożyczanych szklankach, Balcerowa pobiegła widzieć zajeżdżającą landarę, bo jako wielka znawczyni ludzi, myślała z niej i z zaprzęgu i ze sług, wywnioskować coś o przybyłej a przyszłej może dziedziczce Sadogóry. Kocz to był stary z poobrywanemi firankami, ale z herbami, tak jak ludzie w galonach, ale dziurawo, a we wszystkiem mięszała się ochota do zbytku i pompy, z nieładem i nieporządkiem. Balcerowa głową pokiwała spojrzawszy na konie, z których każdy był z innego dworu, dwa kulały, a jeden ledwie ciągnął; gorzej jeszcze wnioskować musiała z owsa, który jechał pod kozłem, i garnuszków, które powyciągano z siedzenia, bo plunąwszy odeszła.
— E! to wielkie państwo od oka! — zawołała do Pawła przebudzonego i siedzącego pod piecem — ja to już takich nie chwaląc się znam. Świeci się to a nie grzeje... Oj! nie daj Boże Sadogórze takich dziedziców jak tych dwoje. Baba kuta, krzyczy i hałasuje i szanować się każe, a goła być musi, i ten mruk drugi, jeszcze czy nie gorszy... To familja naszego poczciwego paniska! ani podobni do niego... Tamten wózkiem jeździł a nikogo nie skrzywdził, cicho gadał, ale i głowę miał i serce. Ale co to będzie z Dosią, jeśli jej nic nie zapisał! bo to szarańcza tu jakaś... gotowi ją ztąd wypędzić... co się stanie z biedną sierotą... strach pomyśleć...
Podumała trochę szynkarka, ale że poczciwe miała serce, choć strach ją brał iść po nocy do dworu, czując, że tam oznajmienie przydać się na coś może, kiwnęła na Balcera i szepnęła mu na ucho:
— Jakby się o mnie pytali, powiedzcie żem poszła na wyżki po siano, zaraz powrócę, pamiętaj!
— A dokądże?
— Patrzajcie go! będzie się pytał, patrzaj swego nosa... Magda, niech idzie ze mną. I zarzuciwszy szlafrok wymknęła się z dziewczyną do blizkiego dworku.



Siedzące u ciała babki i organista, pomimo strachu i obowiązku czuwania, posnąć musieli wszyscy, gdyż cicho było zupełnie, i pani Balcerowa zmuszona przemknąć się koło okien izby, w której leżał nieboszczyk, nic nie usłyszała prócz głosu domowego swierszcza, spokojnie wywodzącego u komina piosnkę swoją. Magda i ona przeleciały jak burzą gnane na folwark, gdzie w izbie starej Jadwigi dojrzały światełko; żeby starej nie przestraszać, chrząknęły w progu, zapukały do drzwi i dopiero weszły. Łojowa świeczka paliła się w blaszanym lichtarzyku, a stara już kobieta w białym czepcu siedziała przy niej z wypłakanemi oczyma nad równie starą i odartą książką od nabożeństwa. Przy piecu, z głową spuszczoną, skulony, sparty był szpakowaty mężczyzna, niegdyś furman nieboszczyka: na ziemi spał wyrostek zmęczony. Posępny to był obrazek tych osieroconych ludzi, w milczeniu i bezsenności przybitych, zbolałych i widocznie tak przejętych strapieniem, że o sobie pozapominali. Jednym rzutem oka objęła to wszystko pani Balcerowa, i westchnęła witając starą Jadwigę, która ledwie głowę podniosła.
— A Dosia gdzie? — zapytała rozglądając się.
— Biedne dziecko — odpowiedziała stara nie wstając, bo okulawienie ciężkiem jej czyniło ruch każdy — nie można jej odprowadzić od ciała, już oto trzeci dzień tak modli się i płacze, dobrze że duszy nie wyzionie. Dziś tak zaniemogła, że ją tu do alkierzyka przeprowadziliśmy i przecie usnęła, to choć trochę odpocznie. A nam to i na sen się nie zbiera, ot tak siedzim z Piotrem i płaczem...
— Chciałam się do was we dnie dowiedzieć jeszcze — odparła żywo szynkarka — ale to roboczy czas, wszyscy mi się rozleźli, sama jak palec zostałam w karczmie, dopiero się wieczorem poprzywlekali, a tu i gości najechało. Myślę sobie, że trzebaby wam dać znać bo jakiś jegomość i jejmość jakaś, pono krewni nieboszczyka u nas nocują... i strasznie się o dwór dopytywali.
— A niech z Bogiem pytają... nic tu skrytego nie ma — smutno odparła Jadwiga...
— Żeby to z Bogiem! — potrząsając głową. — zawołała szynkarka... ale oni ponoś nie bardzo serdecznie się zabierają do spuścizny... Zaraz im w głowie czy po nieboszczyku pieniądze zostały, czy to kto im czego nie wziął, i chcieliby co prędzej się ciała pozbyć, żeby już gospodarować w Sadogórze.
— Niech Bobie gospodarują — z pod pieca odpowiedział Piotr, machając ręką.
— A jak się dowiedzieli o Dosi, dziwowali się jakby nie słyszeli o niej nigdy... jużciż nieboszczyk musiał o niej i o was pomyśleć.
— Żeby był miał czas — rzekł Piotr wzdychając pewnieby nas tak nie porzucił, ale go śmierć zaskoczyła niespodzianie... podobno tylko proboszczowi to zlecił.
— A nie pisaliż nic? spytała Balcerowa...
— Gdzie jemu było pisać! — potrząsła głową Jadwiga.
Balcerowa załamała dłonie; postrzegli to starzy, ale wrażenia na nich nie uczyniła ta litość zwiastująca im osierocenie i żebraninę... nadto jeszcze w tej chwili smutkiem swym byli przejęci.
— A no! to pójdziem z torbą! — zawołał Piotr — i dobrzy ludzie zginąć nam nie dadzą. Dosi tylko żal... co to ona pocznie! Stary ją jak dziecko własne wyhodował i wypieścił, myślał pewnie coś dla niej zrobić... ale Pan Bóg ojciec sieroty...
Zamilkli na chwilę...
— Ja to tu z tem przybiegłam — pośpiesznie dodała szynkarka — żeby może jutro rano Dosia z wami do tych przyjezdnych przyszła, toby ich ujęło dla niej, możeby co dla was zrobili... bo to pokorne ciele dwie matki ssie...
— Ja nie pójdę — rzekł Piotr — po co?
— Ani ja — dodała Jadwiga ciężko wzdychając — chyba dla Dosi... myśleliby, że się im przpochlebić chcemy dopraszając czegoś, a człek taki nie umrze z głodu... ale cóż to za jedni moja Balcerowa?
— Co za jedni! Jegomość jakiś ni stary ni młody, ale kuty moja pani... kuty i znać nie najlepszego serca, a jejmość jak baryła, ledwieśmy ją do stancji na rękach wnieśli. On cicho gada i z ukosa patrzy, ona krzyczy i rozprawia, przyjechała sześciorgiem koni i powozem, ale odarto i nie znać po niej wielkiego państwa, tylko to się sprzedaje za coś wielkiego.
Starzy spojrzeli po sobie i nic już nie odpowiedzieli; a Balcerowa, której dobremu sercu tylko o oznajmienie chodziło, narzuciwszy znów szlafroczek na głowę, pokłoniwszy się pośpieszyła nazad do karczmy.
Po wyjściu jej, Jadwiga i Piotr siedzieli jeszcze chwilę w zamyśleniu, i znać nowina przybycia krewnych pana Mikołaja obeszła ich, bo się już nawet modlić nie mogli.
— No cóż powiadasz Pietrze? — odezwała się poczekawszy Jadwiga — co to będzie z nami, albo i z Dosią?
— Co Bóg da! co Bóg da! a najpewniej wszystkich nas wypędzą; znać nieboszczyk nie bardzo im wierzył, że się tak napierał pisać testament, ale mu sił nie stało.
Proboszczowi mówił o wszystkiem, ino nie wiem czy to na co się zda, bo słowo wiatr.
— A to jacyś chciwi ludzie, kiedy Balcerowa mówi, że zaraz się tak o wszystko dopytywali.
— Poczekajmy no, poczekajmy; nie sądźmy, a co Bóg da, to będzie; nam starym jeszcze pół biedy kilka lat dokołatać, ale temu dziecku, takiemu delikatnemu i pięknemu, jak się przyjdzie o swej sile zostać... hę? Boże uchowaj przepaść to może.
— Otóż to i ja się nie o siebie pewnie frasuję — cicho oglądając się ku alkierzowi rzekła Jadwiga — ja tam mam krewniaków, którzy mnie przyjmą; ty Pietrze także jeszcze coś zapracujesz, — ale ona...
— Ale to nie może być żeby o niej nie pamiętał? tylko to bieda że nie napisał.
— Boć to także jego dziecko własne — jeszcze zniżając głos, odezwała się staruszka kiwając głową — choć o tem nikt nie wiedział, ale ja wam powiadam... nie co innego.
— E! zkądby zaś.
— Ja pamiętam, jak on ją maleńką przywiózł! a bywało chodząc koło niej, czasem mu się i słówko wyśliznęło... Toć to wiadomo nawet, że nieboszczyk jak był tam plenipotentem u tej pani co to się wdową została po jenerale, miał się słyszę nawet z nią żenić, bo go bardzo jakoś sobie upodobała, tylko że to tam wielkie państwo, a familja krzyczała i hałasowała, pobrać się im nie dali. Wiecie, że co roku tam do niej dojeżdżał później, a i ona podobno do kościoła tu przybywała, żeby Dosię zobaczyć choć zdaleka. Nawet, nie wiem czyście uważali, że nieboszczyk pan zawsze nosił obrączkę ślubną na palcu, choć niby nie był żonaty i z nią umarł, musieli być sekretnie poślubieni. Toć to jej portret u niego wisiał w sypialni.
Piotr głową potrząsł.
— A jakby się byli pobrali, toby się z tem nie mieli potrzeby taić.
— Czy to my wiemy jak to tam u nich się wiedzie! I to jeszcze uważajcie Pietrze, że niczego nie umarł, tylko się zgryzłszy tym listem, co go zaraz spalił. Jeździł potem na nabożeństwo żałobne do kościoła, i Dosię z sobą woził, a modlić się jej kazał; sama słyszałam, za duszę Karoliny.
— Może to jaka krewna — odrzekł Piotr — a wam się śni nie wiedzieć co, nie jużby on z własnem dzieckiem się taił.
— Kto ich tam wie! — powtórzyła Jadwiga.
— Nasz pan był sobie prosty szlachcic, a to tam słyszę, strasznie wielkie państwo ta jenerałowa.
— Co ty mówisz, prosty człowiek! nieboszczyk wcale nie był taki szlachcic jak oni tu wszyscy — toż i wojskowo służył i po za granicami bywał, i językami mówił i znać było po nim edukację — dodała stara — tylko się tak dobrowolnie zapuścił, od ludzi odsunął i zakopał w tym kątku. Jakby był chciał, byłby mógł sięgnąć i wysoko, ale zawsze powiadał, że człowiek w spokoju i chacie najszczęśliwszy; a kiedy bywało nasunie mu się kto z sąsiedztwa z bogatszych, a napiera i zaprasza, to tak jak od nieszczęścia uciekał.
— Zobaczcie no, czy Dosia spi? — szepnął Piotr, którego rozmowa nużyła — a nuż dziecko posłyszy?
Jadwiga zwlekła się z ciężkością, ująwszy za kij i jak mogła najciszej podeszła do alkierza, którego drzwi były na pół przemknięte, nastawiła ucho i kiwnęła głową.
— Musi spać — odezwała się — bo nic nie słychać, ani westchnienia; potrzebać jej spokoju na jutrzejszy dzień, bo jak przyjdzie do pogrzebu, nie wiedzieć co z nią począć, jeszcze się rozchoruje.
— Już to prawda, — rzekł Piotr — gdyby ten sen potrwał, a nie puścić jej na cmentarz, niebożątku oszczędziłoby się łez i bolu.
Tak troskając się o sierotę, dwoje starych poszeptali jeszcze trochę, i sen powoli począł mrużyć powieki obojgu, choć coraz przerywany ciężkiemi marzeń westchnieniami.



Nazajutrz rano, gdy słońce przez otwarte okno wpadło do izby, w której leżało ciało nieboszczyka, budząc babki do oganiania much a organistego do schrypłego śpiewu, już się i na pogrzeb zbierać zaczęto: przybyło bractwo na dziedziniec, przywieźli chorągwie i postawili je przy ganku, stal wóz nagotowany z czarnym całunem, a lud czekał tylko na proboszcza, którego pani Pękosławska zatrzymała w karczmie po drodze.
Proboszcz, siwy ale krzepki staruszek, prosty człowiek, ale uczciwy i gorliwy pracownik Boży, z wesołą twarzą wszedł powitać dawną znajomą, którą jeszcze znał rumianą i szczebiotliwą panieneczką, a dziś zdumiony ujrzał roztyłą i krzykliwą babę.
— A co! postarzeliśmy się jegomościuniu — zawołała witając go pani radczyni — prawda?
— Jejmość dobrodziejka nie, ale ja.
— E! choć to ja nieźle wyglądam — dodała Pękosławska — ale ociężałam bardzo, nie uwierzysz. Ale, wracając do rzeczy, czemuście nieboszczyka nie pochowali?
— Pisałem do państwa, że na nich czekać będziemy.
— Już to ja powiem ci proboszczuniu — rzekła żywo Pękosławska — że na mnie ta śmierć i pogrzeby bardzo jakoś przykre robią wrażenie; choć niby to zdrowa, ale nerwy mam delikatne, wolałabym żebyście mi oszczędzili tego widoku. Zresztą ja z panem Mikołajem bardzo mało miałam stosunków, choć to był mój najbliższy krewny, jak myślicie, czy potrzeba mi być na pogrzebie?
— Sercu pani dobrodziejki — odparł proboszcz zdziwiony — dyktować nie będę, ale zdaje mi się obowiązek.
— Więc się powlokę, zapewne, ludzie by gadali, mój proboszczuniu, a te ludzkie języki! Ale powiedzże mi, bo ja tu nic nie wiem, cóż nieboszczyk? zostawił jakie rozporządzenie? pisaliście mi, że nie miał czasu?
— Ustnie, słów kilka do was mi przekazał — smutnie rzekł proboszcz — ale o tem potem.
Na wiadomość o przybyciu księdza, przysunął się i pan Fryderyk z białą swą twarzą i podejrzliwem wejrzeniem.
— A to nasz brat, pan Fryderyk Czeszak — zaprezentowała radczyni, — także wczoraj przybyły, niespodzianieśmy się zjechali.
Ksiądz niespokojnem okiem nań spojrzał spuścił wzrok z wyrazem smutku.
— Jesteśmy najbliżsi krewni nieboszczyka — począł Fryderyk — nie ma najmniejszej wątpliwości.
— Wiem o tem, wiem, — zabierając się do czapki i płaszczyka rzekł proboszcz — nie będę więc zwłóczył z pogrzebem, z którym czekaliśmy tylko na państwa.
To mówiąc, ukłoniwszy się nizko i zimno, wysunął się szybko kierując do dworku.
Izba już była pełna ludzi, a wieko trumny z obawy aby Dosia przy zabijaniu go nie mdlała i nie słabła, już wcześnie przymocowano, karawan stał w ganku, wszystko było gotowe. Sierota spała jeszcze, Jadwiga chodziła od jednego do drugiego prosząc, żeby nie robić hałasu i nie budzić biednego dziecka, chciała nawet wymódz na proboszczu, by po cichu wyprowadzić nieboszczyka z dziedzińca, ale kapłan się oparł.
— Nie obawiaj się o nią — rzekł — przykrzejby było dla jej serca, żeby ostatniej posługi nie oddała swojemu dobroczyńcy. Życie, moja poczciwa Jadwigo, nie zabawka i nie pieszczotka, ale brzemię i krzyż Pański, dzwigajmy je posłuszni i ochotnie. Ja sam pójdę tam i słowem ją uzbroję, a gdzie ona?
— Spi, dobrodzieju! spi niebożątko, znużona, zesłabła; toż to już trzy dni płaczu i męki wycierpiała.
— To już ostatek — rzekł ksiądz — nie obawiaj się, Bóg wie co ją w życiu czeka; niech spełni obowiązek, a reszta pójdzie jej łatwiej i lepiej. Ona jedna i wy może po starcu zapłaczecie!
— A ludzież! wszyscy my go równo kochali! — odparł Piotr — patrzcie co zeszło, a ilu ich gdyby po ojcu się rozpada.
W istocie, gromadka wiejska, której pełne było podwórko, tak stała smutna i boleściwa, jakby jednego z braci swoich grzebać miała, ludzie gwarzyli po cichu, rozpowiadając sobie cnoty nieboszczyka i każdy przypomniał teraz, że mu coś był winien.
Właśnie w chwili, gdy proboszcz zwracał się i miał iść na folwark, w progu jego ukazała się postać dziewczęcia, i wszystkie oczy ku niej zwróciły z politowaniem.
W czarnej sukience z żałobnemi białemi pasy, pokryta chustką czarną, zapłakana i blada, Dosia wśród tego tłumu otaczającego ją, zdawała się istotą innego świata, tak twarzą, postawą, rysami piękności nadzwyczajnej odróżniała się od wszystkich. Słusznego wzrostu, kształtna, pańskie miała oblicze, uderzające na pierwsze wejrzenie szlachetności wyrazem i niezwykłą regularnością rysów. Ogromne oczy czarne, ocienione rzęsą długą, świeciły w tej chwili ogniem boleści gorączkowym, włos ciemny rozrzucony, otaczał w nieładzie owal prześliczny, a cierpienie temu obliczu wykołysanemu spokojem dodawało jeszcze blasku. Na ustach drżących miała zda się niedokończony wykrzyk żalu, w oczach dwie łzy błyszczące, na czole białem dwie pręgi wyryte strapieniem, szła i chwiała się, białą ręką przytrzymując żeby nie upaść, tak była pijana rozpaczą.
Na widok jej, ludzie szepcząc rozstąpili się z poszanowaniem i czcią, którą wzbudza widok prawdziwej boleści, a ksiądz przeciw niej pośpieszył.
— Dziecko moje — rzekł łagodnie — módlmy się a nie płaczmy; zacznij życie dając dowód że umiesz panować nad sobą, Bóg cię pocieszy a poczciwi ludzie nie opuszczą!
Dosia z uczuciem ucałowała rękę kapłana, ale wnet głośnym się płaczem rozszlochała znowu, a Jadwiga i Piotr przypadli do niej, podtrzymując i kojąc jak mogli.
Tymczasem proboszcz pośpieszył do dworku i zostawiwszy ją w ręku starych przyjaciół, sam przez litość nad nią, pośpieszał już z wyprowadzeniem ciała z domku, aby nie dopuścić nowych rozpaczy i pożegnania. Gdy Dosię ocucono, trumienka już była na wozie, śpiew żałobny się rozlegał, chorągwie wiatr rozwinął szeleszcząc niemi i orszak wychodził na ulicę, przez wieś ku oddalonemu o pół mili kościołkowi parafialnemu wiodącą.
We wrotach podwórka postrzegłszy go Dosia, przebiła się przez wieśniaków ustępujących jej i z Piotrem, bo Jadwiga iść nie mogła dla swej nogi, stanęła przy samym karawanie. Na chwilę wstrzymały się jej łzy, twarz wyjaśniła, jakaś siła wstąpiła w nią, i szybkim krokiem, w milczeniu poczęła tę pożegnalną podróż, która się jej zbolałemu sercu snem ciężkim wydała.
Nie widziała nic w koło siebie, a monotonny śpiew obijał się o jej uszy, jak szelest wiatru, jak szum burzy. Gdy pogrzeb przeciągał koło karczemki, oczekująca nań w czarnej sukni radczyni i pan Fryderyk, połączyli się z nim nieznacznie, zważając wszakże by zaraz przy proboszczu i na honorowem iść miejscu, nie mięszając się z gawiedzią. Osobliwie o to troskliwą się okazała pani Pękosławska, której Grześ galonowany miał misją rozeprzeć ludzi i pilnować by jej nie naciskano. Oczy jejmości i pana Fryderyka razem prawie padły na Dosię, idącą tuż za trumną i ubraną w grubą żałobę, a że szli razem i radczyni kuzynowi rękę sobie podać kazała do krzyża za wioską, gdzie na nią powóz czekał mający ją zawieźć do kościołka, pochyliła się do ucha towarzysza szepcąc mu:
— Patrzaj waćpan, któż to jest, pewnie ta wychowanica, i w żałobę się ustroiła żeby ją mieli za krewną, i pierwsze sobie miejsce zajęła, a toż to zuchwalstwo nie do zniesienia, co ona sobie myśli, ja jej te plerezy obedrzeć każę.
— Zmiłuj się siostruniu, zalękły odparł pan Fryderyk, żeby mu nie powierzono spełnienia wyroku — ta to pogrzeb.
— Trzeba ścierpieć, oczewiście, ale uważasz waćpan, na co to zakrawa?
Ledwie się dowlokłszy do krzyża, pani Pękosławska zaprosiła do swego powozu brata Fryderyka, i gdy reszta ludu do kościołka już widniejącego w dali pociągnęła piechotą, oni za tłumem jechali sobie wygodnie, a radczyni ciągle się unosiła nad zuchwalstwem Dosi.
— Żałobę! słyszysz asindziej, przywdziała żałobę! krewna czy co. To pachnie jeszcze tem, że jej coś dać trzeba będzie.
— Mnie się zdaje, — rzekł pan Fryderyk — że dosyć jej się nieboszczyk nadawał za życia, a jeśli nie rozporządził niczem, my nie mamy obowiązku wspierać sierot.
— Choćby nawet rozporządził, ofuknęła się pani Pękosławska — ja mam dzieci. Julkę wydaję za mąż, temi laty dosyceśmy się nadtracili, nikomu nic nie dam.
— Ani ja też — dodał pan Fryderyk — spozierając na siostrę.
— A co się tyczy podziału między nami — odkaszlnęła zwracając się do niego pani Pękosławska.
— Na to jeszcze będzie czas, — zimno rzekł pan Fryderyk — zobaczymy.
— Tylko zmiłuj się kochanku, nikogo więcej nie dopuszczajmy — szepnęła jejmość — my, we dwoje, nikt więcej.
Pan Fryderyk potakująco uśmiechnął się tak, że znać było iż i siostry nie bardzo mu się do udziału chciało przypuścić, ale zamilkł tymczasowie.
Pogrzeb zwrócił się już ku kościołowi, gdzie jeszcze odbyć się miało nabożeństwo, co i niecierpliwiło niepomału krewnych, a szczególniej radczynię, utrzymującą że ksiądz mógł prosto bez ceremonji zawieźć nieboszczyka na mogiłki.
— Do czego to te ceremonje — rzekła — co prędzej to lepiej, a tu taki skwar, a mnie pilno, i ksiądz sobie każe płacić potem, bo świec napalą, i bractwo we dwójnasób weźmie, a to nie był pan, człowiek skromny, jestem pewna że tego nie wymagał, na co to jemu?
W kościele dopiero, pan Fryderyk i jego siostra z boku przypatrywali się twarzy Dosi, której dotąd postrzedz nie mogli; oboje uderzyły jej rysy tak niepospolitej piękności, że w najwykwintniejszym salonie byłyby oko zwróciły, cóż dopiero wśród tego tłumu?
— A jakie to białe i wypieszczone! pomyślała Pękosławska i co to to robić teraz będzie! Nieboszczyk nie miał głowy że to brał na wychowanie, przyzwyczaił do zbytku, a teraz się zwala. Jeszcze taka twarzyczka! Patrzajcie ją: i w żałobę się ustroiła lala! i przy trumnie klęczy, a zawodzi jakby po ojcu, to wszystko naumyślnie; ale poczekaj panieneczko, ja tych komedyj nie lubię.
Gdy już trumnę zdejmować miano, proboszcz wyszedł z mową na ambonę, a mówił ją ze łzami, bo nieboszczyk był jego starym przyjacielem, i serce odzywało się w słowach kapłana pełnych przejęcia i smutku. Pod koniec zwrócił się do sieroty i krewnych, polecając wychowanicę zmarłego ich opiece. Chciał tem wezwaniem publicznem niejako ich związać, i moralnie do uczynienia dla niej czegoś przymusić, ale pani radczyni tylko się oburzyła trącając łokciem Fryderyka.
— Oto słyszysz waćpan! wystąpił! Sierotę, jakąś przybłędę pomieszał z nami! cóż to krewna jaka czy co! staremu się w głowie pomięszało. Nam ją poleca! trafił! zapewne, muszę mu zmyć głowę, niewiedzieć co plecie! niewiedzieć co plecie, to jakiś spisek, ubrali ją w żałobę, i oddają nam ją publicznie, w kościele! zapewne! a ha! zobaczymy! nie głupiam! nie!
Radczyni tak była oburzona, że się kilka razy z kroplistych potów ocierać musiała, co zdaleka można ściśle biorąc, wytłumaczyć było łzami.
Pan Fryderyk zmilczał zaciąwszy usta, ale na wąs motał, (choć wąsów nie miał).
Sapiąc i ledwie mogąc gniew w sobie utrzymać, poszła Pękosławska na cmentarz, podprowadzona pod ręce przez kuzyna i Grzesia, żółty piasek oznaczał miejsce, gdzie grób był dla starca przygotowany, a Dosia poklęknąwszy nad dołem, upadła przy nim zemdlona.
Znowu ta oznaka boleści nie podobała się mocno radczyni, która na krzątających się około sieroty, rzucała piorunujące wejrzenie. Tymczasem pobłogosławioną trumienkę spuścili grabarze, i pierwszą garść piasku rozpłakany rzucił proboszcz, za nim naturalnie pilnując swej prerogatywy cisnęła pani Pękosławska, pan Fryderyk i ludzie się wzięli do usypania mogiły.
— A teraz jedźmy, — żywo zawołała sukcesorka — po drodze waćpan weź urzędnika i do dworku zaraz, bo nie ma co czasu tracić.
Dosię już Piotr na wózeczku pożyczonym od chłopka powoli na folwark odwoził, powóz sześciokonny radczyni spotkał ją w drodze, gniewne wejrzenie padło na zapłakaną, ale na nią nikt nie uważał — ona myślała tylko o stracie jaką poniosła, a przyszłość jeszcze jej ni razu nie stanęła przed oczyma.



Jeszcze zapach kadzideł kościelnych i świec katafalku nie wywietrzał z izdebki, w której spoczywało ciało pana Czeszaka, a już z urzędnikiem radczyni i pan Fryderyk krzątali się i uwijali po dworku. Nie było najmniejszej wątpliwości o prawie spadku dla krewnych należącym, oboje postarali się wcześnie o spełnienie formalności wprowadzających ich do majątku i chciwie zaprzątali się, pan Fryderyk śledzeniem czyli co nie pochwycono w czasie ich niebytności, radczyni ubezpieczeniem się na przyszłość. Przymierze dwojga spadkobierców trwało jeszcze niewzruszone, w obec urojonego niebezpieczeństwa; pootwierano drzwi, podniesiono pieczęcie, i oboje państwo weszli ze świadkami do pokoju, w którym zmarłego papiery i kosztowniejsze sprzęty złożono. Proboszcz także nadjechał choć nie wzywany, ale go radczyni za jego mowę w kościele kwaśno przyjęła, odkładając tylko rozprawienie się o to do czasu. Izdebka na prędce zamknięta po zgonie pana Mikołaja była tą, w której właściwie mieszkał i umarł, pełno w niej jeszcze śladów przerwanego żywota pracowitego, i ostatnich godzin przedśmiertnych boleści.
Łóżko stało nieposłane i zmięte, porozlewane lekarstwa, trochę nieposkładanej odzieży, nad głowami Chrystus ukazujący ranę boku przeszytego, palma i kropielnica, szabla i parę pistoletów. Obok na stoliku pobożnych kilka książek, rzucona robotka Dosi w chwili może, gdy ją do starego spokojną przywołano; kubek z niedopitemi ziółkami, i koperta od listu z czarną pieczątką, rozszarpana gwałtownie.
Pan Fryderyk i radczyni rozglądali się po pokoikach, jakby śledząc życie krewnego, którego prawie nie znali za życia, czy upatrując dostatków, ale wszystko okazywało, że w dobrowolnem ubóstwie i prostocie ostatnie mu lata spłynęły.
Sprzęt był niewykwintny i mówił o człowieku mało ceniącym wygody; w izdebkach schludno a skromnie, nie wiele rzeczy kosztowniejszych. W nogach łóżka tylko, w ramach owalnych, przepysznie rzeźbionych i wyzłacanych, wisiał portret pięknego pędzla, pokryty krepą czarną, wystawujący, o czem się zaraz radczyni przekonała, kobietę lat średnich dziwnej piękności, a rysów zastanawiającego podobieństwa do Dosi. Tu tylko więcej było powagi, głębszego zamyślenia i znużenia, zbolałości jakiejś, którą wyraz oczu zdradzał.
Pan Fryderyk z siostrą odkrywszy ten drzwiami zasłoniony wizerunek, spojrzeli na siebie znacząco i zamilkli. Wśród drobnych fraszek, których tam było niewiele, para zwracała uwagę wytwornością, jakby pozostałą z jakiejś epoki życia dawniejszej nieboszczyka, bo to były rzeczy nie nowe i nie dzisiejszego smaku. Zegarek złoty francuski, pistolety wysadzane perłową macicą, dywan angielski, szkatułka ozdobna bronzami, wreszcie szafa pełna książek za szkłem, dziwnie odbijały od bejcowanych kufrów i skrzynek, przy dębowych stołach i piaskiem wysypanej podłodze.
Nic tu nie uszło oka spadkobierców, pan Fryderyk wąchał po kątach, a radczyni odsuwała szuflady i troszczyła się o kluczyki. Ciekawość jej głównie zaostrzała szkatułka i kantorek staroświecki, i z radością niemal wyszukawszy wreszcie kluczów, o których nie wiedziano, bo się znajdowały pod poduszką zmarłego, gdzie przypadkiem ręką sięgnęła przenikliwa kuzynka, — poczęto wreszcie otwierać kryjówki. Spodziewano się zapewne pieniędzy, ale tych bardzo mało znalazło się w kantorku, pełnym prawnych papierów i korespondencyj, w szkatułce zaś medalion z włosami w złoto oprawnemi, kilkanaście paczek listów widać nie jednokrotnie odczytywanych i powiązanych starannie, jakieś pamiątki niezrozumiałe poobwijane w papierki, jakaś czarna na tle zielonem kobieca sylwetka, — oto co skrzętna ręka radczyni dobyła niecierpliwie rozrzucając.
Pan Fryderyk patrzał zdaleka, ostrożnie i twarz jego coraz się robiła chmurniejszą.
Wśród tych badań, w których pani Pękosławska żadnego nie pominęła kątka, rewidując nawet kieszenie sukni po nieboszczyku pozostałych, dla tego, że jak mówiła, starzy miewają fantazję czasem niewiedzieć gdzie chować pieniądze, — nadszedł proboszcz, który był na chwilę wymknął się na folwark, i ze smutkiem poglądając na to drapieżne rozrzucanie pozostałości — odezwał się nareszcie:
— Gdybym mógł z państwem pomówić, bardzo bym był wdzięczen, bo mi na probostwo potrzeba... a...
— A cóż tam waćpan dobrodziej masz nam powiedzieć? — zapytała radczyni, która tu rej wiodła...
— Ostatnią wolą zmarłego, mnie objawioną.
— Naprzykład? — odezwała się pani Pękosławska siadając — znużona rewizją bezskuteczną dotąd.
— Wiadomo być musi państwu — począł powoli z westchnieniem kapłan — jak zmarł nieboszczyk pan Mikołaj, pochwycony chorobą niespodzianą, która go nam w oczach dobiła, chociaż było staranie wszelkie i ratunek...
— Ale to osobliwsza rzecz — przerwała roztargniona jejmość, — że prawie nic pieniędzy nie zostawił!
— O tem to ja nic nie wiem, ciągnął dalej ksiądz, ale są pilniejsze rzeczy i obowiązki, które po nim zostały: — stare poczciwe jego sługi, i — dodał z wyrazem smutku — ta sierota, nieszczęśliwa sierota... wychowanica.
— A! ta, co to się w żałobę sobie ubrała i wparła się na sam przód, pod samą trumnę, na pierwsze miejsce? — zawołała z przekąsem radczyni.
— Nie miejcież jej za złe, że włożyła suknię czarną po tym, który dla niej był ojcem prawie... który... Tu proboszcz jakby się wstrzymywał dodał — nie miejcie za złe, że boleść kazała jej szukać miejsca, by jak najbliżej stała tego, któremu tak ukochaną była za życia.
— Mogła przecie znać, że co familja to nie wychowanica, panienka sobie nadto pozwoliła... księże proboszczu...
Ksiądz ruszył ramionami.
— Jeśli kto winien, to ja, rzekł, bom jej tę suknię dał uszyć, i postawiłem ją przy trumnie, żeby świadczyła sobą o dobrych uczynkach nieboszczyka.
— Co to tam te kazania nam prawisz... — zawołała Pękosławska — niepotrzebnie wcale w tej mowie pomięszaliście ją z nami... Przyznam ci się proboszczu że za to mam urazę... bez taktu!
— Cóż to złego żem państwu sierotę polecił... Ale to było wolą zmarłego; posłuchajcież, to się i reszty dowiecie... On ją kochał jak dziecię własne; dla niej majątek swój przeznaczał pomnożony w pocie czoła... mówił to i mnie i tym co przy śmierci jego byli...
— A ha! na to państwo kroicie! — zawołała porywając się gwałtownie radczyni — otóż to ja się już tego domyślałam! ale ho, ho! z tego nic nie będzie! Chciał zapisywać, niechby był zrobił, mniejsza o to, niechby zapisywał... ale tymczasem testamentu nie ma... dosyć się już za życia nabrała jejmościanka, jeszcze obdzierać myśli krewnych po śmierci! To nasze!
— Nie wasze — odpowiedział ksiądz na którego bladą twarz poczęły występować rumieńce — to mająteczek którego się on sam pracą powoli dorabiał. — Bójcie się Boga! są świadkowie jego woli... przekazał wam to co wziął po rodzicach, ale wioskę nabytą chciał mieć własnością tego dziecięcia...
— Własnością jakiejś włóczęgi! znajdy! — porwała się radczyni. — Słyszysz waćpan, a nam sumkę raczył przekazać! łaskawca!
— Jaką sumkę! gdzież to napisano! przebąknął ściskając wargi pan Fryderyk.
— Nie napisano nigdzie — rzekł proboszcz...
— I nic z tego nie będzie! fiu! fiu! jaki mi magnat! raczył nam zapisać coś... dobrodziej... to wszystko nasze! grosza nie dam! — zawołała pani Pękosławska — co to jest? spisek? Gdzież ślad tej woli? gdzie?
— Tak, gdzie testament? — dodał cichutko pan Fryderyk...
Proboszcz powstał gniewny i straszny.
— Ludzie! na rany Chrystusowe! gdzie sumienie! zakrzyknął — bójcież się jeśli nie zemsty Bożej, to pogardy świata... niesławy... są świadkowie... — ja pierwszy, zeznam pod przysięgą...
— Za co mogę ręczyć — przerwała gwałtownie śmiejąc się radczyni — to że złamanego szeląga nie dam choćbyś mi postawił i dwudziestu czterech świadków... chcecie, procesujcie... testamentu nie ma, ja prawo znam, i nie pozwolę sobie wydrzeć co mi należy!
Widząc wzrastającą zapalczywość kobiety, proboszcz westchnął i starał się ochłonąć, by przemówić łagodniej.
— A! Pani! — rzekł — to co mówicie nie dyktuje wam serce... pomyślcie!... pewien jestem, że nie narażając się na zgryzoty, spełnicie święcie wolę zmarłego.
— Dajmy na to, podchwyciła radczyni, że to nawet była wola nieboszczyka którego podeszli, wymogli... alboż to moją wolę wiąże? Ja zrobię co mi się podoba... wstydź się, księże proboszczu... ja mam dzieci, obowiązki... za co mi się wydziedziczać dla jakiejś tam, tu niema co i mówić nawet! Po co się mieszać w nie swoje.
— Sieroca sprawa, właśnie moją! wstydzić bym się powinien gdybym około niej nie pracował — odparł kapłan powoli; — zresztą nie ja jeden, było nas świadków kilku, kiedy wam sierotę polecał i rozporządzenie to zrobił... Zostawił wam ją... i poczciwe sługi...
— A tak! całą gromadę, i lichy jakiś zapisik! a waćpan myślisz że my się temu jak dzieci poddamy? — zaśmiała się Pękosławska z wyrazem gniewu. — Przyszłoby jeszcze swojego dokładać dla czyjejś fantazji i płacić cudze długi wdzięczności. — Otoż darmo sobie ust nie studź, księże proboszczu; tych dobroczynności z naszej kieszeni robić nie damy! nie! Nic! ani szeląga! Jeszcze się rychlej dopomnę o to co tu być powinno, a czego nie widzę.... bo nieboszczyk powinien był grosz zostawić, i niepodobna żeby o parzeset złotych umarł, bez zapasu.... Jeśli pan Fryderyk chce, niech odda swoje ja bronić nie będę...
— Ja nie mogę także, na honor że nie mogę — wykrztusił kuzynek zachodząc za panią radczynię żeby nie stać na oku — co pani to i ja... nie mogę...
— Ja nie dam nic, komu! za co? ani fenika! ani złamanego szeląga... Chciał co zrobić, mógł, trzeba było napisać... choćby nas wydziedziczyć... plunęłabym i nic nie powiedziała; a tak, oho! com znalazła to moje... a jakichś tam przykazów pośmiertnych słuchać nie myślę! co mi tam do tego... ja nie mam obowiązków żadnych.
Proboszcz już chciał odejść oburzony, ale się jeszcze powstrzymał, probując czy jej nie przekona.
— Nie godzi się tak mówić, pani dobrodziejko — odrzekł smutnie — daje wam Bóg i to niespodzianie, odstąpcież co komu należy i spełnicie wasz obowiązek. Dla pamięci nieboszczyka, który tę sierotę jak własne dziecko wychował i kochał jak córkę, nie dajcie jej ginąć, uczyńcie dla niej czego po was wymagał.
— Nic nie zrobimy, nic! — powtórzyła pani radczyni — jejmościanka może pójść pracować, nie cudzy grosz zabierać i na datki pośmiertne czyhać, a nam naszą własność wydzierać.



Tych słów domawiała pani Pękosławska, gdy nagle we drzwiach ukazała się blada z żarzącemi oczyma twarz Dosi i jak upior stanęła w progu, mierząc wzrokiem rozgniewaną kobietę i zakłopotanego jegomości. Znać było z jej wejrzenia, z poruszenia którego utaić nie mogła, że nadchodząc usłyszała rozmowę, i łzy jej po stracie opiekuna oschły dumą poczciwą.
— A waćpanna tu po co? — zawołała porywając się jejmość.
— Przyszłam tu tylko powiedzieć państwu, że jakakolwiek była wola tego, który mi się pozwalał ojcem nazywać, — ja od was i od niego nic nie przyjmę... Księże proboszczu, zaklinam cię nie żądaj nic dla mnie, ja nic nie przyjmę... Pójdę pracować i nikomu ciężarem być nie chcę.
To mówiąc rozpłakała się, oczy zakryła chustką i odwróciwszy się szybko odeszła na folwark. Pani Pękosławska i brat jej, na chwilę zawstydzeni i zmięszani trochę, już się zbierali na groźby i łajania, gdy piękna Dosia znikła im z oczów; proboszcz czując się gdzieindziej potrzebniejszym niż tu, wziął za czapkę drżący:
— Bierzcież spuźciznę, łakomcy! — zawołał groźno — bierzcie grosz cudzy, sierocy, a jeśli pomsta niebios za zgwałcenie woli tego, któremu wydzieracie zapracowaną cząstkę, by ją sobie przywłaszczyć, spadnie na was i dzieci wasze... pamiętajcie żeście na nią zasłużyli! Ja pójdę i zeznanie moje złożę przed właściwym urzędem. — Odwrócił się i wyszedł, a pani Pękosławska krzyknąwszy padła na krzesło wołając — mdleję! mdleję!
Pan Fryderyk jednak po ratunek dla kuzynki pójść się obawiał, aby przez ten czas wytrzeźwiona nie przywłaściła co sobie ze spuścizny po nieboszczyku. Jakoż i potrzeby nie było, bo radczyni po chwilce przyszła do siebie poczynając od łajania:
— A to mi śliczny ksiądz! co to on myśli po staremu klątwą nam grozić, że jakiejś tam faworytce, co za życia kradła, po śmierci nie chcemy się dać obedrzeć?.. Impertynent! patrzajcie ich! Spisek tu sobie widzę uknuli na nas! Człowiek coby miał się pocieszyć to się jeszcze natrapi i nagryzie... I ta mi występuje, że nic nie potrzebuje, heroina! słyszysz ją... także do perory! Ale to temu z oczów patrzy co za jedna.
Pan Fryderyk dawał za siebie mówić kuzynce, nie czując w obowiązku wywnętrzania i potakując jej tylko kiedy niekiedy różnego tonu i głosu chrząkaniem...
Sam na sam pozostali tak z sobą spadkobiercy, bo żadne ze sług przyjść do nich nie chciało w pomoc, gdy w dziedzińcu wózek zaturkotał i przed folwarkiem stanął. Ciekawy pan Fryderyk pobiegł do okna i najrzał, że Dosia nań siadała a szlachcic jakiś miał powozić; był to pan Paweł, wczoraj przybyły do Sadogóry, który na rozkaz proboszcza wybierającą się piechotą sierotę wziął z sobą, tymczasowo mając ją zawieźć do siebie, nimby się coś obmyśliło dla niej.
— Któż to jedzie? — zapytała się Pękosławska.
— A to tę sierotę wywożą, czy co, — odpowiedział Fryderyk.
Jejmość zamyśliła się i błysnęła oczyma.
— Niech wiozą, niech wiozą! — dodała — co prędzej to lepiej, nie będziemy się o nią upominali pewnie... z Panem Bogiem i krzyżyk na drogę...
Bryczka już wychodząc turkotała, gdy jejmość zamyśliła się nad czemś głęboko: pomysł jej przyszedł do głowy, że musiano okraść nieboszczyka i dla tego sierota tak się łatwo wyrzekłszy wszystkiego, myśli z Sadogóry uciekać.
— To coś jest — odezwała się, zbliżając do kuzynka — ja to czuję, oni, ani chybi, nieboszczyka pana Mikołaja okradli, i jejmościanka wynosi się z węzełkiem, ale my jej tak puścić nie możemy, słyszysz waćpan?!
— A to bardzo być może — zawołał podejrzliwy Fryderyk — ja sam już na tę myśl wpadałem, ale cóż począć?
— O! sztuka... Waćpan jedź za nią i zrewiduj na drodze, a potem jeszcze szukać będzie trzeba tam gdzie uciecze, bo może przodem wyprawili pieniądze.
— Ja! ależ mnie siostruniu nie wypada samemu — odparł kuzynek, myśląc że niebezpiecznie byłoby jejmość samą zostawić we dworku z kluczami — chyba poślemy?
— No! to posłać! niech Grześ jedzie z waćpana chłopcem...
— Z lokajem! — dodał Fryderyk.
Szczęściem dla obojga, Grześ ciekawością sprowadzony do dworku już w nim od godziny gospodarował, zabierając co gdzie natrafił i znosząc do kupy, żeby zasłużyć na łaskę swojej pani: — posłyszała go radczyni i krzyknęła nań z drugiego pokoju; galonowany przytoczył się z rondelkiem pod pachą.
— Siadaj ty i kuchta na kulawego i bułanę i gońcie mi zaraz za tą jejmościanką, która ztąd odjechała tylko co... nie musi być daleko... mam podejrzenie że okradła nas. Sprowadzić ją tu z bryczką... natychmiast... słyszysz? — Grzesiowi w to graj, żeby awanturę zrobić; kopnął się zapomniawszy o rondlu, i niewiele słuchając, do karczemki poleciał po konie. Nie zważał nawet w pośpiechu, że Dosi wózek stoi przed propinacją, gdzie ją całym tłumem wieśniacy, szynkarz i co żyło we wsi całując po rękach żegnało, a każdy coś jej wtykał, chcąc dowieść serca datkiem. Paweł rozczulony przyrzekał poczciwym mieszkańcom Sadogóry, troszczącym się o nią, że ją do domu zawiezie i jak własnego dziecka strzedz będzie, dopóki proboszcz co dla niej nie zrobi. Balcerowa płakała, rozczuliły się kobiety, mężczyźni gniewni pluli poglądając na dworek i z cicha się nieludzkim spadkobiercom odgrażali... gdy proboszcz pieszo idący ukazał się na drodze.
— Jedź moje dziecko — rzekł do Dosi — Bóg nad sierotą... nie opuści cię, dopóki opieki jego będziesz warta... Paweł poczciwy człowiek, znajdziesz u niego do czasu schronienie, a dalej coś się obmyśli; nie wszyscy ludzie bez serca, i zatwardziałym przychodzi godzina upamiętania.
Tyłem karczmy wprost z zajazdu Grześ i kuchta skoczyli na koniach, goniąc wózek pana Pawła, o pół kwadransa wprzódy niżeli się on ruszył z przed karczmy, tak że dobry kawał drogi ubiegli czwałem we wskazanym im kierunku i nie spotkawszy nikogo musieli się nazad wrócić. Dopiero gdy zakłopotani ruszyli ku wsi, w kołowrocie samym zetknęli się z jadącym panem Pawłem i przyskoczyli do konia. Szlachcic nie rozumiał co się im stało, gdy pochwycili klacz za uzdę i poczęli wołać żeby powracał z niemi.
— Cóż to rozbój na gładkiej drodze, co to jest! — obruszył się chcąc biczyskiem smagać, jakie wy macie prawo?
Grześ zmiarkował, że się nie w swoją rzecz wdali i nuż tłómaczyć, ale kuchta zapalczywszy zawrócił kobyłę i zaciąwszy ją, nim pan Paweł się opamiętał, ruszył w galop do dworku. Dosia zakrywszy oczy płakała, szlachcic licami szarpał próżno, zapamiętały chłopak leciał jak szalony, a Grześ już tylko gonił: tak wpadli na dziedziniec a tuż prawie wytoczyła się krzykiem szlachcica zwabiona pani Pękosławska i pan Fryderyk. Dziewczyna ledwie żywa leżała zanosząc się z płaczu, a Paweł wrzał i dygotał z okrutnego gniewu. Ledwie zobaczył Pękosławskę schwycił się do niej z wózka z podniesionym batogiem:
— Z waszego to zapewne rozkazu rozbój się robi po drogach i spokojnych ludzi napadają te łotry, — wrzasnął — a wiecie wy czem to pachnie? zbójcy jacyś!
— Panie Fryderyku, broń mnie! po wójta posłać! a trzymajcie ich, bo uciekną... złodzieje! złodzieje! nie puszczać...
Tu tłumem zwabiona czeladź, ludzie wiejscy, którzy byli świadkami tej burdy, przejezdnych kilku, co żyło zalało w okamgnieniu dziedziniec, krzyk i wrzawa powstała, a pan Fryderyk zląkł się niezmiernie i pobladł jak chusta. Radczyni nieustraszona wcale krzyczała sobie, Paweł sobie, i niewiedzieć na czem by się to było skończyło, bo za szlachcicem i gromada warczeć zaczynała na przybyszów, gdy proboszcz, który się był wstrzymał przed jedną z chat, dowiedziawszy się o tem, ukazał się w samą porę, uśmierzając zajątrzonych.
Właśnie Grześ z rozkazu swej pani wyrzucał z wózka węzełki pana Pawła, bo Dosia ani na zawinienie palca nic z sobą nie wzięła, i szukał próżno mniemanych skarbów, gdy ksiądz stanął w ganku. Radczyni zajadle trzęsła i wyrzucała, ludzie się śmieli... niewiedzieć jak było tę scenę nieprzyzwoitą zakończyć.
— A! pani! — rzekł ksiądz — dziecku i sierocie wyrządziliście krzywdę, która wychodzi na tryumf i zwycięztwo, ale siebieście skrzywdzili podejrzeniem tem najsrożej... godziłoż się to, godziło? Bójcie się Boga! Ludzie patrzą i szydzą z chciwości waszej, mająż was potem szanować?
Chodź waćpanna — rzekł do Dosi — otrząśnijmy proch z nóg i przebaczmy im, bo nie wiedzą co czynią.
Pan Paweł nie tak po chrześciańsku obszedł się z radczynią, którą po odbytej rewizji popchnął nawet i złajał, i byłoby przyszło do czegoś gorszego, bo się słudzy za panię ujmować chcieli, a ludzie cudzy za szlachcicem; ale Pękosławska uszła z placu zawstydzona, a pokrzywdzony nafukawszy się do syta i pogroziwszy biczyskiem, odjechał wreszcie, by po drodze znowu zapłakaną zabrać Dosię...



We dworku nieboszczyka zawzięło się już na niepokój, bo wróciwszy ledwie z tej nieszczęśliwej wyprawy, kuzynka poczęła następować na pana Fryderyka, że jej męzką powagą swoją nie bronił w czasie rozruchu, a nawet za drzwi się przychował, i sprzeczka rozogniła się wielce, tak że panujący nad sobą brat, w końcu rozdrażniony, odcinał się już dosyć ostro. — Od słowa do słowa przyszło do wypowiedzenia wojny i pokłócili się na dobre... pod wieczór potrzeba było udać się do władzy dla opieczętowania majętności: gdyż oboje zgodnie między sobą podzielić jej nie mogli i odwołali się do sądu. Jadwiga i Piotr tymczasem, obawiając się posądzenia, w jakie popadła biedna Dosia, zostali na folwarku, wzywając także prawa, aby uznało co zabrać z sobą mogą i co im się należy. W kilka dni potem zawiązawszy węzełki, ze łzami rozstali się z kątem, w którym tyle lat przebyli, i stara kaleka na wozie chłopskim do krewnych, a Piotr z torbą o kiju wywlókł się po żebraninie, od kościoła do kościoła, pierwszy Anioł Pański odmówiwszy w progu dworku za duszę nieboszczyka pana.



Pan Paweł mieszkał w szlacheckiej osadzie, Trawną zwanej i od wieków zamieszkanej przez panów braci Trawińskich, do których się nieco innych imion przymięszało przez ożenienie i spadki, ale nie było i jednego z między nich, któryby do szlacheckiego klejnotu nie miał prawa.
Ziemia ta niegdyś przodkowi domu tego nadana przez Zygmunta Starego za wojenną wysługę, dzieliła się, rozpadała na cząstki coraz to mniejsze, aż wreszcie zeszła na wioskę, w której sami panowie szlachta chodzili za pługami i gospodarzyli na szczupłych zagrodach. Inną też miała wcale fizjognomją niż sąsiednie wioski osadzone od wieków ludem wiejskim, z którym dotąd podobieństwo położenia nie połączyło żadnym węzłem pamiętających o swem pochodzeniu lechickiem Trawińskich. Na oko porządniejsza i z dworków złożona samych, choć niektóre pochyłym i nadgniłym ganeczkiem od chałup się tylko różniły, z gęstemi wiśniowemi sadami i mnóstwem studni, których wysokie żurawie zdaleka były widne, szeroką pośrodku ulicą i wygonem dla gęsi, z dosyć porządnym kościółkiem drewnianym, i wielką karczmą. — Trawna uśmiechnąć się mogła przyjeżdżającemu, gdy na nią spoglądał z pagórka, bo podobna była do zieleniącego ogrodu wśród którego białe ściany chat świeciły; — ale wszedłszy i przepatrzywszy się smutno było spotkać się z ubóstwem i niedbalstwem jej mieszkańców. Mało który domek szlachecki świadczył o dostatku i zamiłowaniu porządku właściciela, większa ich część opuszczona, zaklęsła, porozgradzana lub opustoszona, skarżyła się na swą nędzę i upadek. Gdzieniegdzie pokaźniejsze budynki nowszemi facjatkami chwaliły się obrócone do ulicy, lecz tuż obok nich rudery, obrosłe trawą wywróconych pustek na odumarłych schedach, z których połączenia powstały — oskarżać się zdawały tych świeżych dorobkowiczów o ucisk i przemoc nad sobą.
Jak wszędzie na świecie, lecz wyraźniej może niż gdzieindziej, życie rozwijało się tu kosztem życia... i z ruin wyrastał dostatek na chwilę, by zaraz ustąpić miejsca nowemu jakiemuś pokładowi z innych złożonemu elementów. Tak, na miejscu zamożnych niegdyś zagród, o których rozpowiadano sobie u komina wieczorem, dziś stały tylko ogorzałe słupy lub zczerniałe kominy, a na nowych sadybach bielały schludne dwory szczęśliwych... W ogólności jednak Trawna raczej była ubogą niż zamożną; mnóstwo z niej nawet szlachty i szlachcianek rozchodziło się po okolicy szukając lepszego losu na służbie po dworach; starzy tylko i niemogący w świat się posunąć, na skibie pradziadowskiej dosyć chudej i nieurodzajnej, w pocie czoła pracowali na suchy powszedniego chleba kawałek. Z kilkudziesięciu osadników ledwie dwóch mogło się w swoim stanie nazwać dostatnimi i zamożnymi, kilku się jako tako od wiosny do wiosny przeżywiali niepotrzebując uciekać do nikogo, reszta zostawali w zawisłości bogatych i arendarza, a naostatek kilku poślednich dogorywali ratując się jak mogli to pracą, to gorzałką, to niewiedzieć jakim zarobkiem. Brak jedności i związku, wygaśnienie familijnego ducha, który ich niegdyś jedną wielką czynił rodziną, cięższe czasy, a opuszczenie rąk, były przyczyną że Trawińskim coraz się gorzej wiodło. Nędza namnożyła waśni, głód porobił nieprzyjaciół i zawistnych, jedni drugim poczęli zazdrościć i szkodzić, przychodziło do kłótni sąsiedzkich i bójek zajadłych, i tak wszystko pochyliło się ku upadkowi, z którego tylko żyd arendarz, przyjaciel każdego co pił, umiał zręcznie korzystać.
Pan Paweł Trawiński, miał tu swój zagon i pradziadowski dworek, ale należał do tych, którym się jakoś nie bardzo powodziło, choć pracował poczciwie i rąk nie opuszczał. On, żona Agata, Trawińska także z domu, po której wziął kawałek ziemi nieurodzajnej pod lasem i na sapach — dwóch synów dorosłych, trzy córki, krewniak Szymon, składali całą ich rodzinę. Wszystko to utrzymać, wyżywić, odziać, pokierować tem, było na głowie pana Pawła, który rozumem nie grzeszył, ale tak sobie szedł dalej a dalej z ufnością wielką, że pracy Pau Bóg dopomoże, i w najgorszym razie nigdy nie rozpaczał. Za to zapobiegliwszej niewiasty nad żonę nie było w całej osadzie; fraszka, że nie spoczęła nigdy, ale narzekała ciągle i głowę myła mężowi za jego obojętny na przyszłość spokój i krew zimną, z którą na wszystko spoglądał. Od rana do nocy to obawiając się czegoś, to zapobiegając czemuś, biedna niewiasta krzątała się z chaty na podwórko, z podwórka na pole, do sadu, na wygon i nieustannym karmiła się strachem dzień cały. — Trudno było Panu Bogu jej dogodzić, skwar nadto dopiekał, lękała się posuchy, w chłód przeczuwała mrozy, w słotę lamentowała nad powodzią, z każdą chmurą przeczuwała burzę, a we wszystkiem widziała same nieszczęścia. Najzręczniej też umiała zawsze każdą rzecz i sprawę na złe sobie wytłómaczyć i w tem była nie wyczerpaną. Pan Paweł już tak do tego nawykł, że się nawet nie sprzeciwiał i milczał, wiedząc, że imby jej mocniej dowodził próżności tych przywidzeń, temby więcej do nich się przywiązywała.
Zresztą w prawdziwej klęsce Agata zamiast łamać ręce i lamentować, jak czyniła gdy nie było czego, czynnie się zwijała słowa nie mówiąc, i nikomu się nie dając uprzedzić. A że Pan Bóg państwu Pawłom dał dosyć liczną rodzinę, bo aż pięcioro dzieci, miała Agata czem sobie dogodzić w swych o przyszłość troskach, turbując się to o synów, to o los córek z kolei, a w potrzebie nawet o wnuków, których jeszcze nie było na wiecie. Szymon, krewniak, sierota wzięty do pomocy w chałupie także jej serce zakrwawiał, a mąż! a krewni! a chudoba! a pole!... Wstawała z westchnieniem i kładła się wzdychając ciężko, nosząc wszędzie smutek z sobą. Z tego powodu w Trawnej zwano ją powszechnie panią Chmurą, choć zresztą lubili ją wszyscy, znając dobre jej serce.
Dworek pana Pawła niezbyt nowy, ale już za jego gospodarstwa poprawiony, nie bardzo obszerny, składał się jak większa część szlacheckich, z sionki, izby, alkierzyka, kuchni naprzeciw, spiżarni i jeszcze jednej osobnej stancyjki, która rozmaite miewała przeznaczenia. W pierwszej, niby paradniejszej od gości, nikt nie sypiał, w drugiej Pawłowie oboje i córki, naprzeciwko chłopcy z Szymonem. W lecie, część ludności tej wynosiła się do szop i świronków w ogródku, zimą gromadziła do chaty. Skromna ona była i uboga ale schludna, pobielana parę razy do roku, na większe święta, odznaczała się czystością, o którą Agata bardzo się troskała, córkom przykład dając jak ją utrzymywać. Kilka obrazków świętych na ścianach, parę zydlów z poręczami, kilka stołków, stół dębowy, kufrów kilka, ot i wszystko co zdobiło pierwszą izbę... do której nizkich okien malwy, słoneczniki i bez zaglądały z ogródka.
W niej właśnie siedziała pani Trawińska, krając koszule dla córek i wzdychając, że na to szło dużo płótna, a jejmościanki tak powoli przędły, woląc chichotać po przełazach i przy studni niż siedzieć z kądzielą — gdy zaturkotał wózek znajomy, i klacz zarżała zbliżywszy się do wrót swoich...
— To mój! odezwała się pani Pawłowa, zniżając głowę i zaglądając — ale cóż to jest! Panie Boże! nie sam! kogoś przywiózł, jakaś kobieta! Skaranie! a tu chleb nie pieczony i choć u kumy pożyczaj...
Ciekawa, na próg, rzuciwszy płótno po podłodze, wybiegła, a tuż i Paweł prowadząc Dosię, ukazał się we drzwiach, mówiąc po staremu: Niech będzie pochwalony...
— Otóż ci przywożę gościa na kilka dni — rzekł szlachcic, wskazując Dosię, której czerwone oczy i smutna postawa świadczyły o jakiemś dotykającem nieszczęściu — to panienka z Sadogóry, wychowanka nieboszczyka pana Czeszaka...
— Jakto nieboszczyka? — podchwyciła jejmość załamując ręce — to umarł.
— Dzisiaj go pochowaliśmy...
Najechali tam jacyś dziedzice i bez litości wygnali ją... Ksiądz proboszcz polecił, żeby u nas kilka dni przebyła, póki się co dla niej obmyśli, lub nie odbierze od tych łakomców, coby swoje i cudze pochwycić radzi... Siadajże panienka... bo musisz być strudzona.
— Siadajcie, siadajcie — poczęła Agata, żywo ścierając stołek i podając go dziewczęciu — możebyście co zjedli musicie być głodni...
— Dajcie jej gdzie kąt — szepnął Paweł — niechby się położyła, bo ledwie się na nogach trzyma, potem wam powiem, co to miałem za historje...
Z za drzwi Kachna i Petrysia Trawińskie, córki Agaty, wyglądały ciekawie przypatrując się przybyłej z ojcem, której się domyśleć nie mogły, i na rękę to było matce, która starszą zawołała żywo, żeby izdebkę za kuchnią dla panienki przyrządzić. Piękność Dosi, jej smutek i łzy, obłąkanie jakieś, tak ujęły za serce wszystkich, że w chwili powyrzucano z jednego wolnego w domu kątka stary jakiś sprzęt, który tam leżał, otworzono okno, zasłano łóżko i zaprowadzono sierotę, zostawując przy niej do posługi i dozoru Kachnę, litościwe dziewcze, rade bardzo, że wśród jednostajnego ich życia było się czemś nowem zająć i ożywić.
Agata tymczasem wzięła męża na spytki i wciąż ręce łamiąc, a na rany Chrystusowe wykrzykując, słuchała opowiadania jego o Sadogórze i zaszłych w niej wypadkach. Petrysia, Julka, Szymon i dwóch nawet sąsiadów, zwabionych wieścią, że Paweł kogoś z sobą przywiózł, zeszli się do pierwszej izby rozpytywać go ciekawie; i nuż wyrzekać na niegodziwych krewnych... Żywo to wzięli do serca wszyscy, a krzywda wyrządzona Dosi i panu Pawłowi razem niezmiernie ich obeszła. Porzucono wszelką robotę słuchając Pawła, który w zapał wpadał i po kilka razy jedno ze szczegółami najmniejszemi powtarzał.
Dosi tymczasem sen skleił powieki ledwie głowę do poduszki przyłożyła i Kasia napróżno próbowała ją rozgadać — znużenie, płacz zmogły i obaliły, a młodość, która z taką potęgą wyczerpane siły nagradza, ujęła ją snem ożywczym, odganiając natrętne marzenia, coby spoczynek potrzebny zatruć jej mogły.
W bladą jej piękną twarz długo i z podziwem cichym wpatrywała się wiejska dziewczyna, dziwując się nigdy niewidzianemu jej wdziękowi, i czując upokorzoną, choć dotąd ona także miała się za piękną... Lecz czemże była ta krasa młodości i świeżości, przy anielskiej twarzyczce Dosi, zdającej się pod tą słomianną strzechą z nieba zstępującem zjawiskiem?



Ażeby wyżyć żywotem naszego ludu prostego, naszej szlachty zagrodowej, potrzeba albo mieć w sobie prostotę i pracowitość, lub wielkie zasoby uczucia i myśli. Mało kto jest zdolny pojąć ich, ocenić i wytrwać z niemi, ograniczając się maluczką liczbą żywiołów, jakie się tu spotrzebowują. Najmniej właśnie potrafi ich pojąć człowiek, który ma się za wyższego od ludu, a w istocie jest może tylko zepsutszym i rozpieszczonym.

Wychowanie taką na nieszczęście uczyniło Dosię, którą dziwaczna losu przemiana rzuciła w świat zupełnie jej obcy. Pielęgnowana niegdyś i przez nieboszczyka pana Czeszaka niezmiernie rozpieszczona dziecina, nadzwyczajnej piękności swej, dowcipowi żywemu i uroczemu wdziękowi winna była, że ją kochali, nadskakiwali jej wszyscy od maleństwa. Nieznani rodzice przelali w nią ze krwią gorącą i temperamentem niepohamowanym, jakąś dumę i śmiałość, jakieś pragnienie wzniesienia się i uczucie godności dziwacznie się często objawiające. Osierocenie i pochodzenie niewiadome dozwalało marzyć, skarżyć się i czuć pokrzywdzoną, i wyrobiło w niej żądzę przygód, wiarę w tajemnice, jakąś nadzieję cudownego podźwignienia ze stanu, w którym zostawała. Maluczkiem dzieckiem przywiózł ją był pan Czeszak do Sadogóry i hodował z taką troskliwością i staraniem, z tak ojcowskiem uczuciem i uwielbieniem ślepem, że miłość ta nie dozwoliła mu nigdy zwrócić uwagi na to, co groźnem mogło być dla przyszłości i niebezpiecznem w późniejszem rozwinieniu charakteru. Uczynić jej życie jak najsłodszem, jak najprzyjemniejszem, było zadaniem biednego ojca przybranego. Dosię pieszczono tylko i spełniano jej rozkazy nawet najdziwaczniejsze, a kiedy czasem proboszcz lub kto z przyjaciół naganiał to staremu, pan Czeszak odpowiadał:
— Pozwólcież mi jej choć te pierwsze chwile życia ozłocić, Bóg wie co gotuje życie!
Widocznem było dla Dosi, że opiekun wiedział o jej pochodzeniu; nie uszło żywego oka podobieństwo rysów z portretem kobiety wiszącym w jego pokoju, ale gdy nagliła o wyjawienie tajemnicy, nietylko że zawsze surowo ją gromił, ale wpadał w smutek i rozdrażnienie, w jakich go nigdy nie widywała i odpychał z boleścią, zakazując raz na zawsze pytań podobnych. Natomiast we wszystkiem innem słodził jej życie jak mógł, dogadzając wszelkim zachceniom i fantazjom najdzikszym. Ale w tak prostem jak było ich życie, Dosia nie mogła ani zapragnąć wiele, ani zamarzyć, bo nie znała nic prócz otaczającej okolicy i małego ich parafialnego światka, który o większym dać jej pojęcia nie mógł wcale. Wychowaniem jej umyślnie prostem zajmował się sam pan Czeszak, a choć wiele podobno umiał i mógł nauczyć, ograniczył się do najpotrzebniejszych dla kobiety średniego stanu wiadomości. Od książek nawet jak mógł odsuwał ją i chronił, aby nie powiększać i tak widocznej do rojenia i marzeń skłonności. Umyślnie też wdrażał ją do pracy i prostego życia, które sam wiódł czy z upodobania czy z planu, ale Dosia po za szranki jego nieustannie myślą i sercem wybiegała. Życie jego z tą sierotą było więc nieustanną i ciężką walką przywiązania, chcącego jej we wszystkiem dogodzić, i pojęcia obowiązków, wstrzymujących co krok słabego opiekuna. Na przemiany to ją rozpieszczał zapominając o przyszłości, to znów troskając o nią hamował serce własne i wymadlał trochę zmiany, choć trochę ochoty do pracy.
Ale ludzie przychodzą czasem na świat, skutkiem niepojętych fizjologicznych wpływów macierzyńskich i ojcowskich, z jakiemś niby wspomnieniem żywota przeszłego, i od razu zakreślonym celem pragnień. Śnią się im jakieś losy, pędzi ich żądza, którą niewiedzieć zkąd wyssali, mają jakby jasnowidzenia swoich przeznaczeń. Napróżno pan Czeszak starał się wmówić Dosi, że jej stan bardzo był skromnym, jej nadzieje bardzo poziome, widnokręg szczupły; ona miała coś w sobie, co jej mówiło, że na większą wystąpić musi widownię. To co ją otaczało, wydawało się małem i nikczemnem, marzyła o blasku, o świetności, o uciechach, których znać nie mogła. Chował przed nią książki pan Czeszak, bo się przekonał, że dziewczę pożerało je chciwie, lecz nie mógł się czasem oprzeć pieszczotom sieroty, a z tego co czytała przestraszał się ogromem wniosków, domysłów i zagadek przez nią rozwiązywanych. Ze słówka rozsnuwała światy, ludzi odgadywała jakimś darem wieszczym, przebijała umysłem otaczającą ciemność, i niepodobna jej było raz rozbujanej, zawrócić na poziomą drogę rzeczywistości.
Rosła tak biedna Dosia z uroczą twarzyczką, która zamiast pocieszać opiekuna, przerażała go pięknością swoją; w najskromniejszych sukniach wydawała się królową, w wianuszkach z bławatków ideałem jakimś ze świata poezji, przy pracy najprostszej umiała być wielką panią, każdy jej ruch zdradzał to poczucie wrodzone piękna i wdzięku, którego nabyć tak trudno; każdy krok był jakby wystudjowany dla zrobienia wrażenia, a jednak naturalny i mimowolny. W kościele, na drodze, w skromnym domku szlachcica, uderzała każdego, nawet najobojętniejszego swoją twarzą i postawą, a zwracające się na nią wejrzenia wcześnie ją nauczyły jak jest piękną. Wiedziała też o tem i lubiła stroić się i przypatrywać sobie.
Przeciwko tej ognistej naturze niezwykłą obdarzonej drażliwością i czułością prawie chorobliwą, starał się oddziaływać opiekun, ale napróżno; matka tylko surowa, lub obcy i zimni ludzie, mogliby może zawczasu zahartować ją i ukrzepić, rozkochany Czeszak nie umiał nic, choć pojmował co było potrzeba. Dosia rozmarzoną miała główkę i rozkołysane serce, rozdrażnioną próżnostkę i chciwość życia niepohamowaną. Świat wydawał się jej rajem, dla niej tylko na klucz zamkniętym, którego podwoje kiedyś otworzyć się musiały, wylewając potoki światła i zdroje muzyki.
Wśród tych marzeń szczęśliwych płynęło życie aż do ostatniej chwili, aż do śmierci opiekuna, która przyszła jak piorun niespodziana, gruchocząc wszystko i rozbijając w proch dziecięce rojenia... Jednego dnia ujrzała rozpłakanego na klęczkach starca, który w rękach miął świeżo odebrane pismo... nie mogła go dopytać o znaczenie tych łez... kazał jej tylko klęknąć i modlić się za duszę istoty, której wiele była winną. Nazajutrz zawiózł ją do kościoła na nabożeństwo żałobne, a w chwili gdy spodziewała się coś dowiedzieć, padł dotknięty tak gwałtowną chorobą, że nawet nie mógł już przekazać prawnie tego, co dla niej przeznaczał. Domyślając się, że jeden on wie o urodzeniu jej, Dosia zaklinała go, używając przewagi, jaką miała nad nim, by jej o niem objawił, ale starzec został nieubłaganym choć mu się krajało serce; polecił ją proboszczowi, zaklął krewnych by oddali co jej zostawiał, a nim testament przygotowany podpisał, nim go nawet dokończono, już nie żył.
Śmierć ta zostawiała sierotę bez opieki, bez imienia i losu, samą sobie... W księgach metrycznych parafji, w której ją ochrzczono, nazwana Dorotą Karoliną, dziecięciem niewiadomego pochodzenia i rodziców, od nikogo się o sobie dowiedzieć nie mogła... przyszłość jej zaćmiła się, ale żal po stracie tego, którego ojcem nazywała, nie dał jeszcze poczuć całego ogromu nieszczęścia jakie ją czekało, ani pomyśleć co z sobą uczynić miała. Na domiar utrapienia trafiło się jeszcze, że spadkobiercy pana Czeszaka nielitościwie i oburzająco względem niej się znaleźli, tak, że w jednej sukience, bez grosza, na litość ubogich ludzi przejść musiała, ona, co była przywykła za wyższą jakąś uważać się od nich istotę.
Cierpienie i szał początkowy nic jej jeszcze wśród tego zamętu widzieć nie dawały, dźwigała ją duma, a myśl swobody niekiedy przelatująca jak błyskawica, rozświecała czarny widnokrąg.
Kilka dni spędzonych z Trawińskiemi, uśmierzając powoli wybuchy boleści, zmuszając do zwrócenia się ku sobie, stawiąc ją wreszcie w żywiole nowym i dla niej dziwnym, wywiodły z początkowego odrętwienia.
Nie pojmowała Dosia, by dla niej coś tak nizkiego mógł Bóg przeznaczyć, wzdrygała się na przypuszczenie pozostania wśród tej zagrodowej szlachty, której wdzięczną być musiała, a pokochać nie mogła. Z pani rozkazującej w skromnym, ale dostatnim domu szlacheckim, przejść do d worku szlachcica wieśniaka, jako gość i ciężar, jako przyjęta na łasce, zdawało się jej szyderstwem losu, które trwać nie mogło. Dopytywała zrazu o proboszcza, spodziewając się co chwila świetnej zmiany, ale gdy ten dni kilka nie przybył, rozchorowała się z boleści dochodzącej prawie szału. Choć Trawińscy poczciwi nadskakiwali jej jak mogli i szanując łzy, przyjmowali jak umieli najlepiej, w tem otoczeniu, w ich życiu prawie nędznem, Dosia wytrwać nie mogła. Sprowadzono jej starą Jadwigę, przywlókł się dowiedziawszy o niej Piotr, ale ta służba serdeczna nie wystarczała pieszczotce. Trawińscy dzielili się z nią ubóstwem, dawali co mieli, a ten wysiłek ich wydawał się niedostatkiem i nędzą dla Dosi.
Jadwiga widząc ten stan, najęła za jakiś grosz oszczędzony furkę i pojechała do księdza poradzić się o sierotę; znalazła go na nieszczęście obłożnie chorym ze strapienia, że nic z spadkobiercami poradzić nie mógł; dał jej tylko co miał sam i ze łzami odprawił, obiecując przybycie swoje jak cokolwiek pozdrowieje. Staruszka za ten grosz kupiła, dodawszy swego, co za najpotrzebniejsze uważała dla sieroty, resztę myślała odsłużyć Pawłom ich ofiarę, której dziewczę nie widziało a Jadwiga znała dobrze. Jednem więcej do karmienia, do opieki, w stanie, w jakim byli Trawińscy, nie było rzeczą małą. Cały dom i gospodarstwo rozstrajało się dla Dosi. Kasia pilnując jej nie przędła, nie szła do gospodarstwa, Agata troskała się więcej niż kiedy o każdą łyżkę strawy, którą przyrządzać osobno dla sieroty musiano; koń od gospodarstwa ciągle był odrywany na posyłki, izba zajęta, słowem, Pawłom to widocznie nie było na rękę, ale ofiarę czynili chętną i żadnem słówkiem czuć jej nie dali, ani Jadwidze, która oczy wypłakiwała, ani Dosi, któraby pojąwszy ją z ubogiej chatki uciekła.
Tak parę tygodni minęło bez żadnej zmiany w losie dziewczęcia, gdy Jadwiga od szlachcica przejeżdżającego dowiedziała się o śmierci jedynego pozostałego opiekuna, proboszcza... Zmartwienie go dobiło. Sadogórę rozerwali dziedzice, których się już kilkunastu później wynalazło.



Dosia miała ciągle nadzieję, że starania proboszcza muszą jej wyjednać oddanie należności z Sadogóry, i niecierpliwiła się nie odbierając od niego wiadomości, ale im dłuższy czas w milczeniu upływał, tem się więcej ugruntowała w przekonaniu, że skuteczna wreszcie przyjdzie odpowiedź. Nie powiedziała jej Jadwiga, nie chcąc martwić, ani o chorobie księdza, ani o jego śmierci, którą przerażona utaiła, sama nie wiedząc co się z Dosią stanie, i jak ten nowy cios przetrwa. Nawykła pieścić sierotę, nie miała odwagi powiedzieć jej że wszelka dla niej nadzieja została stracona, że potrzeba było myśleć o przyszłości i pracować nad nią... sama tymczasem gubiła się w myślach nad tem, co Dosi poradzić i jak nią pokierować było można. Dłuższe siedzenie u Trawińskich do niczego nie prowadziło, Dosia dla nich była ciężarem, i na łasce ubogich pozostając, narażała się w ostatku na wyczerpanie ich miłosierdzia. Mogli pomyśleć i powiedzieć, że pracować powinna jak drudzy na chleb powszedni, a nie cudzy ciężko zaharowany odjadać. Nieboszczyk Czeszak mało z kim żył i widywał się, dobrowolnie usuwał się od świata i towarzystwa, i unikał z nim stosunków, Dosia więc nie miała ani znajomych, ani przyjaciół. Jechać prosić gdzieś dla niej miejsca, przytułku... wzdrygała się biedna staruszka... widziała, że wreszcie pieszczone dziecię musi pójść służyć ciężko i poniewierać się u obcych, a wciąż czekała z nieba nadzwyczajnej pomocy jakiejś, ułudzona wiarą, jaką Dosia także miała w cudowne polepszenie losu.
Często tak nam przywykłym już do jednego stanu, gdy nieubłagane okoliczności strącą z niego, wyrwą co najdroższe, pozbawią cośmy na wieki zdawali się posiadać — długo położeniu nowemu uwierzyć się nie chce; otrząsamy się z niego jak ze snu, roim cuda, na któreśmy nie zasłużyli, gniewamy się na zmianę, która nas rani boleśnie. Taki właśnie był stan Dosi, z przykrością zmuszonej po wygodach przejść do podzielenia życia z rodziną ubogą, nie umiejącej ani zrozumieć, ani ocenić jej serdeczności i prostoty, niecierpliwiącej się na to, co gburowstwem w poczciwych Trawińskich nazywała. Czuła ona ich dobroć i umiała być wdzięczną, ale pokochać ich, zbliżyć się dp nich nie mogła, a każdy turkot wózka, każdy żywiej do izby wchodzący gość, zdawał jej się przynosić jakąś wielką nowinę. Tymczasem pędziła dnie bezczynne na rozmowie ze starą Jadwigą, która przy piecu na zydelku siedząc, pomagała jej gorżkie snuć wspomnienia lepszych dni, straconych na zawsze.
Agata cały Boży dzień krzątała się z ubolewaniami nad swojem gospodarstwem, córki jej pomagać musiały w polu, w ogrodzie, w obórce lub z kądzielą i płótnem na blechu, przy garnkach, koło drobiu; synowie Pawła i on sam chwilki nie mieli do spróżnowania, bo własnemi rękami obrabiali zagon dziadowski. Dosia więc sama, zamknięta ze swoją towarzyszką oczekiwała daremnie tego, co już nigdy przyjść nie miało. Nie przywykła do żadnej obowiązkowej roboty, bo w domu od fantazji zajmowała się tem tylko, co jej sprawiało przyjemność, i w gospodarstwie szukała zabawki; Dosia nie pomyślała nawet, żeby w czem pomódz Trawińskim i zapewneby nie potrafiła, przy najlepszych chęciach. Znudzona siedzeniem w izdebce, wychodziła czasem do sadu, na przechadzkę, a czarną jej suknią i piękną twarzyczką zwabione dzieciaki, zaciekawieni szlachta, przyglądali się natrętnie zwolna przez wieś przesuwającej się sierocie. W tych przechadzkach samotnych Jadwiga towarzyszyć jej nie mogła, bo o kiju ledwie chodziła i to z ciężkością, siadała oczekując jej powrotu w bramie i zanurzywszy twarz w dłoniach, dumała i płakała, ofiarując się Bogu, byle dźwignął nieszczęśliwą wychowankę... Piotr także snuł się koło wsi, ale że o żebranym chlebie chodził a w Trawnej nie wiele mógł zarobić, musiał wycieczki po okolicznych dworach przedsiębrać. Dowiedziawszy się o śmierci proboszcza, Jadwiga już tylko radziła się i troszczyła, jak o tem dziecku powiedzieć, a to jej przychodziło tem trudniej, że Dosia ani przypuszczała, by ksiądz coś nie odzyskał i mówiła tylko o kupieniu, sobie domu z ogródkiem, o zamieszkaniu w mieście itp.
Trawińscy, wiedzący również o tem nieszczęściu, nie przynaglali staruszki, spodziewając się, że chwilę stosowną wybierze i oznajmi nareszcie Dosi, że jej o sobie i o zarobieniu na życie pomyśleć trzeba poważniej i stanowczo. Dziewczę się nosiło ze smutkiem swoim i zdawało zapominać, że żyło tak na łasce ubogich, obiecując w duchu sowicie im nagrodzić, gdy majętność rojoną odzyska.
Za wioską, po nad drogą wiodącą do miasteczka, gdzie najczęściej Dosia się przechadzała, o kilkaset kroków od kołowrotu było jakieś stare odwieczne cmentarzysko, może pogańskie, bo wielkiemi zasłane mogiłami, na których leżały ogromne mchem porosłe bryły kamieni. Dawno już tu nikogo nie chowano i nowy cmentarz opodal się znajdował; tu tylko jakaś dusza pobożna wystawiła przed laty drewnianą kapliczkę, jakich u nas szczególniej w Litwie i na Żmudzi tak wiele. Był to malutki budyneczek, w którym stał obraz Matki Boskiej starego pęzla, zawsze przez dziewczęta ubierany kwiatami, obwieszany wstęgami, paciorkami, chustami i ubogą ofiarą szlachty miejscowej. Zrobiono przed nim rodzaj ołtarzyka, postawiono cztery świece w lichtarzach, poobwijane lnem i wianuszkami, często bardzo chodzili się tam modlić, bo wizerunek ten miano za cudowny. Samo miejsce, jak na tę okolicę było bardzo ładne i widok z niego szeroki na pola rozlegle, na lasy i wioski rozsiane po zielonej płaszczyźnie. Kilkanaście dębów niezmiernie starych, ze swemi pokręconemi gałęźmi, kilka lip, dwie potężne sosny, rosły tuż blisko przy mogiłach składając gaik, do którego lubiały biegać dzieci, gdzie nieraz i starzy w święta zachodzili, szukając cienia i chłodu. Kapliczkę i gaj ten święcie szanowane przez wszystkich, choć ogrodzone nie były, omijali nawet pastuszkowie odganiając od nich bydło, które się tu nigdy nie pasło. Prześliczna też murawa, macierzanki i polne kwiaty okrywały tę oazę, do której Dosia bardzo chodzić lubiła, modląc się przed N. Panną, lub długie godziny pędząc w zamyśleniu i marzeniach.
Jedno jej tylko zrazu przeszkadzało, spotkanie się ze starą kobietą, która zwykle także dla jałmużny pod kapliczką całe dnie przesiadywała. Miejsce to od lat dziesięciu czy więcej zajmując żebraczka miała je za swoje, i żaden wędrowny dziad, nawet w czasie odpustu w Trawnej, zabrać go jej nie miał prawa. Nie łatwo to było z tak zwaną Warszawianką, bo tak ją wszyscy, choć imię miała Aniela, a rodem była Trawińska, przywykli już przezywać; krewnych miała wieś całą, ale się nie bardzo przyznawano do niej, choć ją żywiono i utrzymywano, bo żyła na łasce szlachty, i jak po swoje przychodziła do każdego po chleb i strawę, a nawet przyodziewek, gdy go zabrakło, dawać sobie kazała.
Wyszczekana, śmiała, kłótliwa i bezwstydna, warszawianka choć już sześćdziesiąty rok liczyła i dobrze była stara, chodziła jeszcze wiele, gadała więcej jeszcze, a kijem nie tylko psom ale i człowiekowi potrafiła się obronić. Z jej postawy wyniosłej i rysów marszczkami pokrytych ale regularnych, znać było dawną piękność, z mowy życie w stolicy, w której w istocie dosyć długo przebywała. Umiała się wygadać, ludzi znała dobrze, nie brakło jej konceptu, a pod chwilę i wesołości, a że prawdę mówiła nie obawiając się nikogo, często przykrą, oszczędzano ją zawsze z obawy złego języka. Stara nocowywała to tu, to ówdzie po chatach, bo gdy się do kogo wparła, zajmowała ławę jak swoją i o pozwolenie nie pytała; rano szła na wódkę do arendarza, a kieliszek lub dwa żyd dać musiał lub kto z przechodzących kupić, potem za kij ująwszy, jak tylko powietrze było znośne, ruszała pod Matkę Boską i tam już o chlebie do wieczora siedziała na wieczerzę dopiero wprzód do żyda, potem do którego z Trawińskich wracając. Prawie zawsze wesoła i gadatliwa, częstowała tabaczką, konceptem, patrzała w oczy i wiedziała jak się komu przypochlebić, przed jednymi wzdychając pobożnie, dla drugich podrygując pociesznie... Były dnie, że zawodziła godzinki tak, że ją aż we wsi od kapliczki słyszano, innych zaś znowu takie przypominała sobie piosenki, że od nich uciekały dziewczęta zatykając uszy. Nie zbywało jej na dowcipie i sprycie, ale znać było, że życia nie straciła na rozmyślaniu i używała go nie szczędząc... jakim sposobem doszła do takiej nędzy i poniżenia, tego nikt nie wiedział...
Opowiadano o niej dziwne historje, że karetą jeździła za Księztwa Warszawskiego, że się z nią pan jakiś miał żenić, że pieniędzmi rzucała jak plewą; ale ona sama nigdy o tem nie wspominała. A jeśli ją kto naparł, żeby mu o przeszłości mówiła, zbywała ogólnikami.
— Kochali się we mnie chłopcy, kochali, a szaleli! o! com to ja głów nazawracała... miałam i ja dobre czasy... no! ale i teraz niezłe jeszcze, jestem dziedziczką Trawnej, wszyscy mi płacicie podatek, używam sobie wolnego powietrza, nic nie robię i wszyscy się mnie jeszcze boją! cha! cha!...
I zakręciwszy kijem nad głową, baba zaczynała świstać przeraźliwie, co doskonale umiała, tak, że czasem piosnki całe wyświstywała podpiwszy i od dalszych zapytań uciekała. Powiadają ludzie, że gdy jej nikt nie widział, a została sama pod kapliczką, ukradkiem patrzący, postrzegli ją smutną i pogrążoną, ale przed ludźmi taką się nigdy nie pokazywała.
Odznaczało ją i to jeszcze, że choć od kaplicy i gaju mało się kiedy oddalała, najdokładniej wiedziała zawsze wszystko, nietylko co się we wsi działo, ale i w okolicy nawet, niepojętym sposobem nabywając tych wiadomości; znała na mil dziesięć każdego, mogła opowiedzieć jego życie, odgadywała charakter i poznawała z daleka po chodzie i minie każdego, często umiejąc zgadnąć kto, po co i z czem gdzie szedł lub jechał.
Gdy po raz pierwszy Dosia poszła do owej kapliczki i zastała tam warszawiankę, już ona doskonale uwiadomiona była o sierocie i życie jej tak znała jak swoje, a co więcej domyślała się charakteru i umiała do niej przemówić prosząc jałmużny, tak słodziuchno, że Dosia nie mając grosza przy sobie, dała jej jakąś chuścinę... Nie zraziła jej żartem i szyderstwem, nie wystąpiła przed nią z wesołością niewczesną, nie starała rozbawić nawet, ale wzdychała z nią razem.
— Siadajcie tu sobie w cieniu i chłodku, moja śliczna panieneczko — rzekła — tu będziecie spokojni i popłaczecie sobie do syta, bo łzy także potrzebne, kiedy na sercu ciężko... na to je Pan Bóg dał, żeby się niemi ujęło bolu człowiekowi... Ja wam przeszkadzać nie będę, bo ja się tu po cichu modlę do matki Najświętszej, za wszystkich Trawińskich... Wam tam u Pawła, choć to dobre człeczysko, pokoju nie dają: Agata lamentuje jakby ją na krzyż przybijali, Kachna zęby szczerzy do Szymona, Petrysia patrzy w okno, czy nie jedzie Salezy, a Julce w głowie łakocie... chłopcy też gbury... a gwar... a swar... ot tu sobie spokoju użyjcie...
— Ale zkądże wiecie?
— E! czy to ja tyle tylko wiem! — odparła warszawianka — zapytajcie o co chcecie, to wam jak litanję wyśpiewam, bo ja tutejsza, i nie darmo mi dał Pan Bóg oczy, choć stare, ale bystre...
Dosia pierwszego dnia jakoś rychło usunęła się od żebraczki nie chcąc pospolitować, a warszawianka niby nie zważając na nią, zaśpiewała sobie godzinki odwróciwszy się... później jeszcze unikała natrętnej gaduły, ale w końcu przywykłszy do niej powoli, jakiejś doświadczała pociechy i rozrywki, gdy jej trzy po trzy pleść zaczęła. Babie także chciało się pogadać i rada była dziewczęciu, przypochlebiając mu się bardzo zręcznie, aby go nie odstraszyć. — I tak Dosia niemal codzień chodziła pod kapliczkę spotykając się zawsze z Anielą, która jakby w młodości sieroty przypomnienie własnej widziała, z zajęciem i miłością poglądała na nią. Przyszło do tego, że warszawianka przywiązała się do Dosi, i tak się rozgadała, że jej nawet o swej przeszłości przebąkiwała, rozumie się, malując ją nie tak może jak była, ale w stosownych barwach dla tej, przed którą się popisywała... Opowiadanie to nie małe na sierocie zrobiło wrażenie.
Trawińska była niegdyś piękną dziewczyną, i z usług u dworu bogatych państwa kasztelaństwa, wyrwała się na swobodę ze swoją młodością i krasą; kochali się w niej z kolei młodzi i starzy, co miała kobieciarzy Warszawa. Ktoś ją woził za granicę, chodziła w atlasach i brylantach, wreszcie jak to zwykle bywa, spadając coraz niżej z więdnącą młodością, dostała się do szyneczku na służącą, i w końcu nie mając już co robić w Warszawie, przywlokła się do rodzinnego kąta na starość. To życie swoje umiała jednak tak barwić i opisywać Aniela, że obrazami jego zawróciła się głowa sierocie; a dawała jej przy tem po swojemu stosowne nauki.
— I jabym — mówiła — mogła dziś nie na rozdrożu siedzieć, a gdzieś w pałacu na kanapie stare gnaty pieścić... alem rozumu nie miała moje dziecko; wierzyłam każdemu, każdy mi się poczciwy wydawał, litość mnie zaraz brała nad lada człowieczyną i tak zmarnowałam życie, doczekawszy się, że mię starzy przyjaciele błotem później obryzgiwali.... Trzeba mieć rozum, a ze świata żartować, to dopiero dobrze... nikomu nie ufać, to nikt nie zdradzi, a w młode lata o starości pamiętać. Żebym ja tak była robiła... nie takby mi dziś było... Zaznałam ja rozkoszy... taż to waćpanna nieuwierzysz, książe J... tydzień się we mnie kochał, kiedy za nim cała Warszawa biegała i piękne panie się wściekały; woził mnie na Bielany karyklem swoim czterma siwoszami, i podarował taki pierścionek, co mi za niego później żyd jucha, choć złodziej, dał w ostatniej potrzebie jeszcze kilkaset złotych... klęczało ich tam u nóg moich tylu, że ich dziś i przypomnieć trudno... Młodość a piękność, moje dziecko, to wielki skarb, tylko, że jak to jest, to Bóg znowu rozumu nie daje, a po niewczasie dopiero przyjdzie opamiętanie. Szalało się! szalało! Co to twarzyczka a oczko! człowieka poprowadzisz choć w piekło, byle umieć koło niego chodzić! kogo zechcesz będziesz miała, a jak się rozkocha to go ze skóry drzyj nie piśnie! Trzebaż korzystać póki pora, bo to z tego wielkiego ognia, potem węgle i sadza tylko, i tyle tej gorącej miłości, póki mu się drożysz... O! żebym ja była miała rozum...
Kto tam wie, co ciebie czeka, moje dziecko — dodawała żebraczka — ale żebym ja miała twoją twarzyczkę i lata, o! ho! wiem cobym zrobiła, i chodziłabym w złocie... Dopierobym ich przymęczyła, dopierobym się naśmiała i nahulała pomiatając nimi. Ja nie byłam taka ładna jak wy, bo to takich mało na świecie, miałam tylko stanik wcięty, i buziak różowy i oczy figlarne i ząbki białe, a bywało jak chcę kogo zdurzyć, jak popatrzę, jak się tam smutnowato uśmiechnę, a minkę zrobię... to jakby wędkę rzucił, i ryba jest...
Tak było i z księciem J.... pamiętam w teatrze... wszedł śliczny chłopczyna z wojskowymi, a brzęczeli szabelkami, a świeciło na nich i kapało od srebra i złota... ja siedziałam na dole z drugą, on jakoś spojrzał na mnie, e! i oczów już nie odlepił odemnie, ja się śmieję i śmieję... Nazajutrz jużeśmy jechali na Bielany... głupiam była, bo go trzeba było z miesiąc potrzymać, byłby mi dał czapkę złota, jakbym chciała, ale mnie wówczas aby pohulać, aby się pośmiać i w co ubrać i ludzi za sobą prowadzić! Wy nie uwierzycie, bo i drudzy wierzyć nie chcą, co to ja miałam za pokoje aksamitami powybijane, jakie suknie, jakie brylanty i stroje, jakie sługi i powozy... Ale wszystko djabli wzięli potem i zjadł młody chłopak, com się do niego jak głupia przywiązała... Alem się nahulała! nahulała...
Dosia słuchała tych opowiadań naukami przeplatanych, gorącą wyobraźnią chwytając z nich tylko to, co ją nęciło, a nie umiejąc wyciągnąć nauki istotnej... to życie ochocze, śmiejące się, wśród oklasków i pochlebstw, w dostatkach i zbytku, wśród wielbicieli i hołdowników, przechodziło przed nią jak sen ułudny, i marzyło się jej po nocach... Zdało się biednej, że smutny koniec kobiety, na którą patrzała nie mógł jej dotknąć, zresztą w głąb tego zepsucia myślą dziewiczą zejść nie śmiejąc, nie pojmowała wcale ohydy tego, co się jej całe w blasku i gorących barwach przedstawiało... nie wiedziała, że ostatniem poniżeniem okupić trzeba było to marzone szczęście, tak lśniące z pozoru.



Przechadzki do lasku, marzenia i cały ten tryb życia w ciągłem oczekiwaniu upływającego, przerwała wreszcie jedna chwila, której Jadwiga obawiała się, oddalała, ale przyjściu jej zapobiedz nie mogła. Dosia dowiedziała się o wszystkiem w sposób najniespodziewańszy.
Pawłowstwo Trawińscy przywykli byli do tego, że Dosia całe dnie spędzała za domem, i właśnie wówczas kiedy się to stało widzieli ją wychodzącą ku kapliczce, a nie postrzegli, gdy powróciła i zasiadła na łóżeczku w swojej izdebce. Agata zobaczywszy męża coś robiącego w ogródku, w którym miała kawał konopi posianych, a potrzebując się przed kimś wylamentować i poskarzyć, zawołała na niego, bo nie miała czasu od rana z nim pogadać. Paweł podszedł do niej do okna i tak poczęła się rozmowa, którą Dosia doskonale posłyszała:
— Cóż to będzie Pawle z tą nieszczęśliwą dziewczyną... trzebać żeby jej przecie powiedzieli prawdę... ona tu czeka a czeka sama nie wie na co i czas darmo jej uchodzi; powinnaby o czemś pomyśleć.
— Jadwiga się to tam zbiera — rzekł Paweł — ale po świeżym tym jej smutku, trudno ją tak dobijać.
— Cóż to pomoże że ciągniecie... nie mówię że jest nam cokolwiek ciężarem — bośmy nie dostatni, a panienka wychowana nie do naszego ościstego chleba — ale dla niej samej...
— Juścić by zapewne powiedzieć było potrzeba... ale Jadwiga się stracha, a i ja jej żałuję...
— A toć i ja nie z kamienia mam serce; ale przecie raz przez to przejść potrzeba i oznajmić jej, żeby sobie wszelakie państwo wybiła z głowy, a poszła pracować... Wszak to dawniej i królowie po żebraninie chodzili... Nie będzie miała nic, jedyny opiekun jej, proboszczysko poczciwy umarł, to nie ma co zwlekać, potrzeba jej o tem powiedzieć. A do tego Pawle i nam ciężko... bo to nie dorobi nic, a trzeba jej dogadzać, i niech to będzie Panu Bogu niewymowne, na którego się to chwałę czyni — ale nam ciężko.
— O! i ja to wiem że ciężko — odpowiedział Paweł — ale nie już ja albo i ty pójdziemy jej to powiedzieć. A cóż ona pocznie z sobą?
— Co? świat szeroki... poszłaby służyć... nie można inaczej, bieda gorzej niewoli... darmo nikt chleba nie da.
Więcej nie potrzeba było Dosi, którą te słowa jakby ze snu rozbudziły; porwała się żywo i wybiegła szukając Jadwigi, rozogniona, zrozpaczona, nie pojmując jeszcze swojego położenia, ale dostatecznie domyślając się go ze śmierci proboszcza...
Stara właśnie nadchodziła, powoli się wlokąc o kiju, gdy w bramie ujrzała Dosię, nadbiegającą z załamanemi rękami i zapalonemi oczyma.
— Na Boga, Jadwigo! na co te tajemnice przedemną? ja wiem wszystko! Myśmy ciężarem tym biednym ludziom! Ja nic nie mam i mieć nie będę... proboszcz nie żyje... mnie trzeba iść ztąd...
Te słowa, wywołane w obłąkaniu jakiemś, niezrozumiałe, gorące, przestraszyły staruszkę, która przysiąść musiała aby nie upaść i rzewnie płakać zaczęła.
— Zkąd-że to wiesz? — zapytała — któż to panience powiedział?
— Kto? słyszałam rozmowę Pawłów... domyślałam się dawno; ja tu nie mogę, nie powinnam zostać dłużej.
— Ale gdzież się podziejesz? — zawołała Jadwiga łamiąc ręce — tu się trzeba poradzić kogoś; młodej, niedoświadczonej tak w świat się puścić, to zginąć przyjdzie... Musisz czyjejś poszukać opieki, komuś się polecić.
— Mnie? — rozgorączkowana odparła Dosia — Pan Bóg mi opiekunem! ludzie opuścili, nie mam nikogo, jestem sierota, i z sieroctwem mojem pójdę w świat... nie zginę... czuję to... wiem, jestem pewna... Nie chcę rady, nie żądam pomocy niczyjej, pójdę o swojej sile...
— Ale gdzie? dokąd? — spytała drżąca staruszka...
— Gdzie? gdzie oczy poniosą... w świat... za losem moim! — dodała Dorota śmiało... ja się nie lękam niczego... Pójdę do Warszawy, znajdę służbę, umiem roboty, potrafię pracować!
— Ty? ty moje dziecko!
— Ja! Nie widziałaś mnie w nieszczęściu — mówiła Dosia — zobaczysz... Dotąd płakałam, bom jeszcze miała jakąkolwiek nadzieję... od dziś mam siłę i poczynam myśleć o sobie... Idę do Warszawy...
— Po cóż tam? tak daleko!
— Tu dla mnie w waszym kącie nie ma nic... tam znajdę stosowne miejsce.
— Ależ to potrzeba i rekomendacji i opieki...
— Powiem im wszystko...
— Czy uwierzą?
— Jakto! mogliżby mnie posądzić że kłamię? — z oburzeniem pochwyciła Dosia — mnie! — i rączką białą uderzyła się w piersi z zapałem.
— Ale gdyby i tak, jakże się tam dostać?
— Pójdę piechotą!
— Z twoją młodością, samej jednej tak się rzucać?
— Lepiej niż tu zginąć w tym kącie... nie bój się Jadwigo... mnie Bóg nie opuści... pójdę śmiało, i odwagą przełamię wszystko.
— Gada jak dziecko — szepnęła prosta kobieta — a! chyba też Bóg opiekować się tem będzie, żeby ją nieszczęście nie spotkało.
Przywlókł się i Piotr, który zasłyszawszy głośną rozmowę, przyśpieszył kroku do dworku Pawła... a ze słów kilku schwytanych po drodze domyślił się, że Dosia już o wszystkie m wiedziała. Jadwiga przyzwała go prędzej, bo była przywykła radzić się we wszystkiem i na jego zdaniu polegać. Piotr w istocie był prosty człek, nie wielomowny, ale roztropny i śmiały, a że po dworach sługiwał i świata widział dosyć, mógł usłużyć lepszą radą od starej, która całe życie spędziła przykuta do kąta kalectwem i niedołęztwem. Widzieliśmy jak po śmierci pana Czeszaka bez wahania wziął kij i torbę i w świat poszedł z niemi, niezaturbowawszy się o przyszłość, i nie wiele dbając o nią. Po swojemu filozof, Piotr brał tak życie jak było, nie widząc w niem innego urojonego celu nad jeden: dobicia się nieba modlitwą i uczciwą pracą. Nie wiele się też troskał o dodatkowe przyjemnostki podróży, służył póki sił stało i póki mu służba nazbyt nie ciężyła; teraz podstarzawszy obrachował, że już nowemu panu nie zda się i nie dogodzi, i poszedł na żebraczkę. Znano go w okolicy, mógł więc od dworu do dworu, od komina do komina, obchodząc znajomych przewałęsać się rok i przeżywić, nie będąc nikomu ciężarem, bo ledwie raz w dwanaście miesięcy nawiedzając każdego. U lepszych przyjaciół, a miał ich dosyć, przesiadywał trochę dłużej, najmował się do posług, przyjmował listy i przenosił posyłki, i tak nie potrzebując wiele, wcale znośne pędził życie. Zaschły, zawiędły, krzepki choć stary, nie chorzał szczęściem, bo ruch lubił i na miejscu gdzieś w szpitalu, przy kościele, byłoby mu wytrwać trudno, a tak w tej swojej włóczędze począł smakować, że jużby był jej nie zamienił nawet na najlepszą służbę. Kochał on Dosię, jak wszyscy co ją od dziecka otaczali; ale nie pochlebił jej nigdy, owszem często naganił jeszcze, gdy się roztrzpiotała, i słowa prawdy nie szczędził. Ona go się trochę obawiała, ale szanowała, bo czuła że miał zawsze słuszność.
— Pietrze! Pietrze! — zawołała Jadwiga z daleka — patrzajcie... panienka już wie wszystko... — radźcie i ratujcie! co ja tu jej z moją biedną głową pomogę?... Ona się Bóg wie gdzie wyrywa i ani chce zrozumieć, że tak samej pójść nie można.
— Z Bogiem wszędzie! — rzekł Piotr lakonicznie — ale cóż to panienka myślisz, tu już nie ma co w bawełnę obwijać... Proboszcza wziął Chrystus do chwały swojej... ci dziedzice nic nie dadzą, bo sami między sobą się tam jedzą że strach patrzeć... potrzeba o sobie myśleć i pracować...
— Dziś... jutro... idę ztad — zawołała Dosia — pójdę do miasta, znajdę służbę...
Piotr zamyślił się kiwając głową.
— Do miasta? ba, ba! byłoby to dobrze, ale... gdzie to się panience na to morze puszczać! bez łodzi i wiosła... jest tu przecie kilka domów, w którychby pannę przyjąć mogli, a na wsi bezpieczniej... i łatwiej.
— Nie rozumiem niebezpieczeństwa — zawołała Dosia — a że nie łatwiej mój Piotrze to pewna. — Gdzież, u kogo mnie tu umieścicie, kiedyście musieli szukać biednych Trawińskich, żeby na tych dni kilkanaście schronienie mi zapewnić...
— Ale jakże się ona do miasta dostanie... bez grosza! — przerwała Jadwiga do Piotra się zwracając.
— Ja muszę do Warszawy — dodała Dosia — muszę!
— Dostać się może, kto chce — rzekł Piotr ciszej — ale co po tem?... kto za pannę zaręczy, żeby ją przyjęto w uczciwym domu, a kto powie pannie, jaki uczciwy, żebyś nie trafiła na niedobrego, czego po świecie huk!
— Otóż to jej mów — podchwyciła Jadwiga — to jej mów... jak się dostanie tam daleko, oczy jej nasze więcej nie zobaczą... tu w okolicy, choć nas dwoje, możemy nad nią czuwać... a tam...
— Pan Bóg — zawołała Dosia zniecierpliwiona... — ludzi złych mniej jest w istocie niż się nam zdaje... a każdy poczciwy uwierzy mi.
— Lepiejby było zostać na wsi — dorzucił Piotr.
— Nie mogę, nie chcę, nie zostanę... pójdę piechotą — nastawała Dosia — tu dla mnie nie ma miejsca...
Zdziwieni tym uporem dziewczęcia, Piotr i Jadwiga spojrzeli po sobie, nie sprzeciwiając się jej więcej, stary nawet mrugnął na towarzyszkę, by dała pokój perswazji i pokiwawszy głową zakończył:
— A no! to już coś obmyślimy...
— Nie ma co długo przemyślać! Pawłowstwo się skarżą, że im jestem ciężarem, ja i tej nocy pod ich dachem przebyć nie mogę; zaprowadźcie mnie gdzie chcecie, a jutro... idę...
Znając żywy temperament Dosi, Piotr nie odzywał się więcej, a ona nie słuchając ich, pobiegła po swój węzełek do izdebki, chcąc zaraz chatę opuścić. Zobaczyła to Kachna i poszła z oznajmieniem do matki, przywołano pana Pawła, domyślili się starzy, że wygadali się nieostrożnie i wielki ich żal ogarnął.
— Zawsze ten jejmościn język licha nawarzy — krzyknął szlachcic — a tu powiedzą żeśmy sierotę wypędzili od siebie...
Agata załamała ręce i poleciała do Dosi.
— A! mój gołąbku, co to tobie... chcesz od nas uciekać?... na rany Chrystusowe! cóżeśmy ci zrobili? Noc... i nieprzyjaciel nie poszedłby tak od nas.... wszakżeśmy ci krzywdy nie uczynili?
— Nie... nie! ale ja wam jestem ciężarem i dłużej tu zostać nie mogę! — porywczo odpowiedziała sierota — wiem żeście litościwi i dobrzy... ale ta ofiara nad siły wasze; ja muszę myśleć o sobie i iść ztąd.
— Ależ nie dziś przynajmniej! — poczęli Paweł i Agata — jeżeli panienka cokolwiek nam sprzyjasz, nie dziś! Gdzież się podziejesz, pod noc... na rany Chrystusa... to się nie godzi.
Piotr z Jadwigą także się znaleźli w progu, milczący wprawdzie, ale twarzami naglący Dosię żeby została.
— Jak każecie — odezwała się wreście rzucając swój węzełek i przysiadując na łóżko — ale jutro, jutro was pożegnać muszę... jutro... koniecznie...
I rozpłakała się drżąc ze wzruszenia i niepokoju.



Gdy się to dzieje, dwoje starych przyjaciół, zwołanych do izby pana Pawła, naradzają się nad wyprawieniem Dosi, wiedząc że powstrzymać jej nie będą mogli. Piotr znał charakter dziewczęcia, z którym wszelka walka drażniła tylko nie przełamując go nigdy; przeczuwał on niebezpieczeństwa na jakie narażała się Dosia rwąc do miasta, choć ich dobrze nie znał; ale wiedział zarazem że nie potrafią jej przekonać; pozostawało myśleć o środkach wyprawienia jej z Trawnej: pieniędzy danych przez proboszcza już część wyszafowano na nieodbite potrzeby, maluczko ich było, i na podróż nawet by nie stało. Piotr rozwiązał węzełki swoje zapaśne i wysypał co miał, ale i to jeszcze było niedostatecznem... Paweł i Agata, którzy patrzali po cichu, a serce mieli najlepsze, pożałowali że wiele uczynić nie mogli, ale spojrzeniem jednem porozumieli się z sobą.

— Słuchajcie no — odezwała się gospodyni tylko sza! nikomu słowa! Paweł chciał kupić parę ozimków i nagotował na to sto kilkadziesiąt złotych; już to prawdą a Bogiem, potrzeba nam ich bardzo, bo woły stare ledwie rok pochodzą... ale na tę zimę nie będzie ich czem karmić, a zaraza w okolicy wszędzie... co mają pieniądze leżeć a pleśnieć, to ja weźcie dla niej; jak będzie miała to odda.
— Ale ona nie przyjmie.
— Możecie jej powiedzieć że wasze, albo od proboszcza, bo nie wie ile ich tam przysłał...
— A zresztą — dodał Piotr — ja jak pójdę po dworach, i cokolwiek uzbieram, wypłacę wam do grosza... Niech wam Bóg płaci waszą litość i miłosierdzie dla naszej sieroty!
— I coby jeszcze zrobić można — po cichu rzekł Paweł, biorąc za czapkę żywo i otrząsając ją z kurzu... gdybyśmy my z panem Piotrem poszli po dworkach oba... Kto wie, możebyśmy co dla niej uzbierali, mało wiele, a w drodze nie zawadzi zapas... jak myślicie?
— E! gdzie zaś kto tu co da! — zawołała Agata — czy nie Jan... albo Sękowscy... albo Horyga! to darmo.
— Kupić nie kupić, potargować można — rzekł Paweł do Piotra, a my chodźmy, będziemy mieli spokojne sumienie...
— Jakoś to może nie wypada tak kwestować — mruknął Piotr — żeby się dziecko nie dowiedziało.
— Co tam nie wypada?.. czego się ma dowiedzieć? gorzej będzie jak jej w drodze zabraknie i samej przyjdzie się ratować... Chodźmy, bo późno, a nim się spać pokładną, ledwie będzie czas dworki oblecieć.
— A no! to chodźmy.
— Przecie wszyscy tu pannę widzieli i wiedzą o jej nieszczęściu; każdy coś da, a jest nas kilkudziesięciu, ziarnko do ziarnka zbierze się miarka.
Poszli tedy oba, a w izbie po ich wyjściu zaległa cisza, przerywana tylko wzdychaniem Agaty, która już oddawszy parę ozimków, stękała teraz po cichu że bez grosza zostaną. W podwórku trzy siostry, Szymon, młodzi Trawińscy rozpowiadali sobie półgłosem o Dosi i jutrzejszym jej wyjeździe, gdy nadeszła ze śpiewem tą razą wcale nie pobożnym warszawianka. Miała widać trochę w głowie, bo i kijem wywijała i zawodziła jakiegoś krakowiaka tak głośno że ją z końca w koniec wioski słychać było, i poświstywała niekiedy.
Zobaczywszy kupkę w dziedzińcu chaty, przysunęła się do nich po swojemu, podskakując niby do tańcu ująwszy się w boki, jak zwykle gdy ją ten szał opętał.
— Szymonku kochanie! — krzyknęła posyłając mu buziaka — co masz na Kachnę patrzeć, spójrzyj no się na mnie! ja cię kocham okrutnie... ej! gdyby tak lat trzydzieści nazad... to bym cię wyściskała... Jak się macie? dobry wieczór? a co słychać? i zaśpiewała:

Świeci miesiąc świeci, koło niego gwiazdy.
Gdzie się no obrócę... kochać musi każdy...

Tfu! stara piosenka... nie do mojej twarzy... co innego babuniu! a to ci się wraca niepotrzebnie.

Świeci słońce świeci, koło niego chmury... —

— Dalibyście pokój śpiewaniu... a to pannie Dorocie może być nie miło, bo oto słyszę płacze... — przerwał starszy Trawiński, któremu Dosia bardzo była do smaku... — jutro się wybiera!

— Sierota! sierotka — zawołała warszawianka kiwając głową, — tobie widzę podobała się gładka twarzyczka... nie zły gust! ale ten kąsek nie dla waszeci! daj pokój, głowy sobie nie nabijaj, to darmo... Nie dla psa kiełbasa...
Chłopcy się rozśmieli, a Trawiński zaczerwieniał.
— A cóż to się stało? — spytała żebraczka... — dokąd ona myśli!
— Ot tak... w świat... mówi do miasta, do Warszawy.
— Dobrze mówi — odezwała się warszawianka. Co to myślicie? Jak w ogrodzie ogórki narosną, to lepsze zawsze na targ wywożą... czego jej na wsi siedzieć? co ona tu wyczeka? Tam niechno się pokaże... chyba by ludzie oczów nie mieli i pomniszyli się wszyscy... to ją złotem zasypią...
— I co bo ty pleciesz! tfu! — ofuknął się Trawiński... Co to ci się zdaje... ma pójść oczyma frymarczyć, jak ty, a na dobre ci to poszło! toć przecie pańskie dziecko, uczciwa dziewczyna...
— A jak byś milczał to byś rozumniej zrobił! — zawołała stara... ej! ej! Ona nie potrzebuje nic niepoczciwego robić, a taki z tą twarzyczką lepiej jej będzie niż gdyby do was była podobna... zaraz któś spójrzy i pożałuje... Pańskie dziecko! to się wie, ale to tylko bieda, że rodziców nie ma... takich pańskich dzieci pełno u Dzieciątka Jezus... Nie żałujcie wy jej, da ona sobie radę lepiej od nas! główka nie dla proporcji, a śmiała... potoczy się jak kula.
— Aby nie w rów... — dodał starszy chłopak wzdychając... — bo to nie nowina zginąć w mieście.
— A na wsi? — zapytała warszawianka — oj! oj! jakie wy tu poczciwe! ha! ha! jakbyście nie moi bracia byli, i ja was nie znała! a chcecie to wam policzę, ilu z was co roku idzie djabłu na strawę.
— Daj-no pokój Anielo — ofuknął chłopiec... ta mówmy o czem innem.
— Jutro tedy w drogę, mówicie — przerwała warszawianka — to trzeba mi się z nią pożegnać.
— Dajcie jej spocząć, dziś nie wychodzi, mówiła nawet, że wieczerzy jeść nie będzie....
Rozmowa w podwórku ciągnęła się tak do ciemka, aż Piotr z Pawłem powrócili, a żebraczkę jeszcze zastali u drzwi chichoczącą z gromadką, która się jej sprzeciwiała, żeby ją na żarty wyciągnąć.
— No! a zebraliście tam wiele? spytała ich z daleka, widząc już po co chodzili — popisali się Trawińscy, czy kutwy takie jak zawsze?
— Ot nie! — rzekł pan Paweł... — Jan dał dwadzieścia złotych, choć żona krzyczała... Sękowscy, żeby się nie powstydać, trzydzieści, Horyga mydlił, mydlił, ale talarka starego wystękał... zebrało się sto kilkadziesiąt.
— Pan Jezus przy dziecięciu! — krzyknęła żebraczka — skończenie świata! a toć cuda, a jabym była szyję dała, że się pozamykają i psami was wyszczują.... No! poczekajcież, toć to i ja Trawińska — dodała, macając się po torbie — niechże i ja co dam.
— Ty? — spytał Piotr.
— A cóż to myślicie? — dobywając wytartego trzygroszniaka, oburzyła się Aniela... — macie i mój datek.... Arendarz nie chce go brać. Darmo noszę ze cztery tygodnie... weźcie go sobie... i jak mi Bóg miły, więcej daję od was, bo ostatek — i potrzęsła sakiewką próżną... Znajcie warszawiankę, hołoto!
Pośmieli się trochę, ale obawiając gniewu i języka żebraczki, nikt jej ofiary odrzucić nie śmiał. W izbie Pawła po cichu przeliczono pieniądze, i okazało się tego z resztką od proboszcza, z ozimkami Pawłów i składką szlachty, do czterechset złotych, co się im nie małem wydało.
— O tem, choćby i do Warszawy chciała, może bezpiecznie — rzekł Piotr — będzie miała za co ręce zaczepić, póki nie znajdzie roboty albo służby. Droga ją nie wiele będzie kosztować...
— Ja, jakem się ofiarował — dorzucił Paweł — tak ją do szosy odwiozę; jednakże tam mi wypada być, to się to razem zbędzie... za dwadzieścia złotych, to ją choćby w karetce tej, co wciąż tam jeździ co dzień, umieścim; ale żeby dziecka tak nie wyprawiać, potrzeba się postarać o świadectwo od wójta i papiery... a toby ją gdzie mogli, uchowaj Boże, zatrzymać.



Nazajutrz nim się to wszystko pościągało, a Paweł do drogi przysposobił, nastało i południe, wózek stał w podwórku, krzątali się wszyscy. Agata w kobiałkę powtykała trochę jadła, żeby nie kupować po karczmach, chłopcy opatrywali uprząż i siwą kobyłę wyprowadzono ze stajenki. Co żyło, skupiło się dla pożegnania z Dosią, która zdawała się niecierpliwić tylko, żeby ztąd wyrwać się co prędzej, jak gdyby za wsią na rozdrożu czekało na nią szczęście.... Jadwiga płakała, Piotr chodził zamyślony; żeby nie koszt, byłby sam gotów z nią ruszać na koniec świata, tamta, gdyby nie kalectwo, nie pożałowałaby też siebie pewnie; — musieli dziecko puścić samo i drżeli o nie. Ciekawi ze wsi postawali przy wrotach, żeby jeszcze tę panienkę zobaczyć, która tak śmiało do Warszawy jechała; ruch w podwórku był wielki, a Agata lamentowała nad mężem, puszczającym się na dwa dni, nad siwą kobyłą jedynaczką, nad wypróżnieniem maźnicy i w ostatku nad sierotą jeszcze...
Nie rychło gotów był pan Paweł: to tego, to owego brakowało, w końcu biczysko mu ktoś schował, czapka się gdzieś zatrzęsła, zatyczkę od koła zgubili... i dobrze z południa wyszła Dosia, żegnając poczciwą szlachtę, która ze łzami się z nią rozstawała. Złote to tam serca, złote! cudza bieda jak swoja obchodzi, widok pożegnania rozczula, a choć wrażenie trwa krótko, bo mu praca i bieda nie dają mieszkać długo, pamiętne ono na zawsze. Co tam było błogosławieństw! co rad i ile łez starej Jadwigi, ile modlitw i krzyżyków, ile obietnic nabożeństwa na intencję sieroty... i ile smętnych przeczuć i postrachów... i ile uczucia! A! nie mówcie mi o cywilizowańszym świecie, że w nim jest więcej czułości i serdeczności... ubodzy tylko i ci co cierpią, z bliźnim się cierpieniem i strachem, dolą i niedolą podzielić umieją....
Dosia w tym gwarze, wyściskana, wycałowana, trochę łez uroniła, ale więcej myślała o jutrze niż o przeszłości; tu jej nic nie przywiązywało, prócz dwojga starych, Jadwigi i Piotra, tam w nieznanych krajach i światach śmiało się wszystko... migały tysiące obietnic.
— Bywaj zdrowa! niech Bóg prowadzi szczęśliwie! Jedźcie z Bogiem.... — Wołali jeszcze w bramie, i powychodzili za wrota, gdy się wózek wyrywając z ciżby potoczył, i machali chustkami, i kiwali głowami za nią, choć Dosia nie widziała tego twarz utuliwszy w dłonie... We wsi jeszcze kilka razy stawał pan Paweł, przed karczmą dla jakiegoś rachunku z arendarzem, przed panem Horygą, żeby od niego wziąć polecenie do miasteczka, dalej, że jeszcze czegoś zapomniał i obszukać się musiał po kieszeniach i węzełkach póki się nie wynalazło. Za każdem zatrzymaniem nadbiegali przyjaciele sieroty, prócz starej Jadwigi, którą kalectwo na przyzbie wstrzymało, i żegnali ją znowu, i jeszcze polecali Bogu, i podpłakiwali... Nareszcie wózek potoczył się żywiej, okrył go tuman kurzawy, i szerokie pola i szerszy świat nieznany zajaśniał przed oczyma Dosi.
Dziwną, tajemniczą, niezbadaną władzą jest przeczucie. Jest-li to instynkt zwierzęcia jeszcze, podniesiony do potrzeby człowieka, czy poszept anioła-stróża, głos jakiegoś opiekuńczego ducha lub szatana kusiciela wiodący ku nieznanemu, i zwiastujący to czego jeszcze ani znało serce, ani widziały oczy? Dla czego myśl ludzka drży i tętni tem co człowieka ma spotkać, wprzód niżeli stanął u kresu? — czemu marzy i widzi wylatując tym wzrokiem duszy naprzód i zawsze głosowi wewnętrznemu nie wierzy, choć tysiąckroć oznajmił mu nieznane i wyprorokował tajemnicze?
Ten siódmy zmysł, czy władza ducha, jednym dana tak obficie, drugim całkowicie ujęta, w świeżych duszach, w drażliwych organizacjach, w wyjątkowych położeniach spotęgowuje się ogromnie. Dosia nią wiedziona jechała do przeznaczeń swoich, i część ich z poza mgły widziała już przed sobą: otaczał ją gwar jakiś i tłumy... oczy zwracały się na nią... ręce wyciągały... jedni nastawali na nią, drudzy jej bronili... padała i podnosiła się, płakała i uśmiechała... strach ją ogarniał, przepaście otaczały i więcej w tem przeczuciu przyszłości było widziadeł straszliwych niż wesela i spokoju... a jednak coś jakby siła niezwyciężona, ciągnęło ją tam, tam... gdzie przeznaczono jej walczyć, cierpieć... i spełnić nalaną czarę żywota.



Od Miłośnej już czujesz Warszawę, zbliżając się do niej, choćbyś nie wiedział, że to wielkie miasto przysuwa się, poznasz po okolicy, że tam za lasami jest zbiegowisko ludzi i jakieś ognisko jakiegoś życia. Stolica wypija wszelką samoistność, z otaczającego ją kraju widzisz, że tu żywot nie wystarcza sam sobie jak dalej w głębi prowincji, wszystko dąży do niewidomego środka, odwraca się ku niemu, zmierza, biegnie, spieszy, patrzy w jego stronę. Fizjognomja nawet wsi zmieniona, coś tu już pachnie miastem, w powietrzu przelatują dziwne wonie zgnilizny, podejrzane zapachy jadła i wyziewy fabryczne; wiatr przynosi pomięszane, starte, nieodgadnione cząstki ulatniającego się życia gromady ludzi; budowle mają jakiś pozór kamienic, trawa obsycha pyłem nieustannym pokryta nad drogami, lasy zwarzone gorącym oddechem miasta, karłowacieją i bledną. Spojrzawszy na ludzi, dobitniej jeszcze widzisz różnicę dwóch światów, wiejskiej ciszy i potężnego gwaru kotła, w którym smaży się nie wiem czy strawa dla miljonów, czy powolna trucizna. Znika tu sukmana chłopka, lub przedzierżga się w jakąś odzież na wpół cudzoziemską, lichy wózek drewniany zmienia w okutą i ciężką brykę, a twarze! twarze! Nie znajdziesz na nich owego rumieńca, który daje powietrze zdrowe i powiew niw szerokich; ale bladość wycieńczenia, lub płomień rozpalony trunkiem; nie spotkasz tu zamyślonej, wdumanej w siebie spokojnej niewiasty, ani u pracy modlącego się chłopka z poezją prastarą na ustach i czole, ale coś obojętnego, szyderskiego lub ogłupiałego zużyciem. Znać że stolica, która się opala wiejskiem drzewem, poi wodą przyniesioną z gór dalekich, oddycha, gdy ją czyściejsze obwieje powietrze, karmi utuczonem przez nas bydełkiem, i żywi chlebem, na który daleko gdzieś spadła ożywcza kropla potu, przefrymarczona przez kupca na grosz biały — znać, że to miasto pożera i ludzi co mu służą. Trudno zaprzeczyć temu, że ludność okolic miast wielkich nie tylko w zetknięciu z niemi nie zyskuje, ale traci, demoralizuje się i gnije. Miałżeby żywioł ten, tak potrzebny do życia, być tem lekarstwem co zarówno leczy i zabija? Cisza naszych pól ustała już tu i ustąpiła miejsca niespokojnym gwarom! gorączkowemu jakiemuś zajęciu. Po drodze co krok spotkasz szynki i karczemki, tak różne od naszych wiejskich i tak inaczej całkiem zaludnione...
Jakieś postacie bezimienne, nieokreślonego stanu, niezbadanego wyrazu, tajemnicze, straszne, odarte lub odzieżą do ich twarzy niestosowną pokryte, kręcą się i mięszają. Wszystkie łachmany stolicy wychodzą na przeciw podróżnego na plecach tych wysuniętych miejskich placówek; a z pod każdej chusty i czapki spogląda na cię takim wzrokiem owa postać ludzka, jakby cię pożreć chciała lub obedrzeć. Nawet młodość traci tu swój wdzięk w zatrutej atmosferze; życie u źródła zabarwione grzechem, nie kwitnie, nie uśmiecha się, nie weseli, ale cięży, boli i walczy. W piętnastym roku w oczach nie ma już blasku, we krwi sił by zarumieniła zszarzane lice, znać że człowiek wyprzedził lata, i zadłużył się zjadając przed czasem przyszłość swoją na pniu jeszcze. Wszyscy tu zmęczeni sobą i ludźmi, ocierają się, unikają lub chciwie szukają na coby się chwilowo przydać sobie mogli. Frymark jest wszędzie... ci wiozą na sprzedaż ziarno, tamci napój, ów bydlę, a wszyscy siebie w dodatku...
Od najdawniejszych czasów uznanym jest faktem, że zepsucie szerzyło się zawsze z wielkich tych ognisk, które zwano miastami; dziś dopiero na obronę ich znaleziono, że one są wielką machiną wyrabiającą umysłowe życie, postęp, przemysł, że jednoczą rozpierzchłych, skupiają siłę i kierują żywotem kraju. Ale nie postrzegamy w nich tych zbawczych żywiołów i potęgi; wieś może, ściśle biorąc, obejść się o siłach własnych bez tych obozowisk, one bez niej trzech dni by nie wyżyły. Słowiańskie stare targowiska i mieściny rolnicze są już najwyższym wyrazem tego, czego po nich żądać można; dalej panuje w nich element cudzy nam, niemiecki i zgubny. Miasto przerastając w olbrzyma, staje się polipem i ssie tylko coraz więcej soków żywotnych, w zamian nic nie dając posilnego. Za zdrowe zboże nasze przysyła nam podejrzane swe zamorskie towary dziesięćkroć pofałszowane nim będą użyte, i za chleb daje przysmak zatruty. W tym ścisku ludzi połączonych węzłem interesu i przyjemnostek, wyrabia się obojętność na wszystko, a za gwarem nie słychać Pana Boga.
Po za nami zostały ostatnie pasma lasów, osłaniające stolicę, otworzyła się przestrzeń, i w dymach, w parach widać już piętrzące się mury, ściśnięte domy, daleko rozsunięte budowle. Jak ostatnie wzgórza przebywszy, gdy staniesz nad brzegiem morza, poczujesz w piersi słone jego powietrze, tak i tu, gdy cię zawieje wyziew miasta, musisz przywyknąć do oddychania tą mięszaniną, w której tysiące pierwiastków coraz nowemi wpływy cię draźni.
A każda z tych cząstek niewidomych przynosi z sobą jakiś atom, który krew twoją pożera i duch żywiony nią karmi nieznacznie... Jakaś gorączka zrazu obejmuje cię i rozżarza: nie pojmujesz zmiany, bronisz się opanowującym wpływom, przerabiać musisz lub uciekać. To wyoddychane powietrze, w które tysiące piersi rzuciły tysiąc westchnień, pragnień, boleści, rozpaczy, chorób ducha i namiętności... czujesz jak cię upaja, zawraca głowę i w szalonego przetwarza...
Wszystkiemu ulega człowiek — woń gór, cisza lasów, chłód wody i spieka miejska coraz inaczej nań działają... Każdy powiew przynosi na skrzydłach myśl jakąś, tęsknotę, pragnienie — chciałoby się uciec, i jak nad przepaścią próżnia woła, czarne otchłanie ciągną, niepojęta siła chwyta i porywa; niezrozumiałe głosy szepczą pokusą nieznanego, obietnicami nowości, błyskając przed oczyma zakazanym owocem... Tu wszystko się sprzedaje! wszystko! tu wszystko dostać można, byleście mieli za co kupić i przefrymarczyć...
Wszystko! potężne słowo.. wszystko... I drży serce lękliwe, i bieży krew szybka, i zapomina się przeszłości, której ostatni powiew został za lasami, i wciąga cię powietrze miasta, z węgla, dymu, tłustości, pary i gnilizn złożone, ostre, szczypiące... wśród którego fal niekiedy prześliźnie się jakaś woń przelotna, jakaś żyłka świeżości, jakiś prąd żywotny...
Coraz to jaśniej postrzegasz miasto... coraz lepiej je słyszysz... dymy rozsuwają się z przed oczów, szarą zasłoną jednostajną, w pół przeźroczystą obwodząc cię razem z niem — oto pierwszy głos obił ci się o uszy...
To nie powolny jęk dzwonu, ani pieśń pastusza pól naszych... to zgrzytanie młyna, to świst machiny, to łajanie cisnącego się tłumu, a potem śmiech pijacki, turkot wozów tysiąca, szum fali pielgrzymiej co przelatuje nie patrząc na miasto i mija go śpieszna, to szept jakiś nie zrozumiały, brzęk grosza, szelest papieru, śpiewek schrzypłego pozytywka i nie wiem już co więcej.
Dzwony tam jęczą w górze, ale ich nie słychać, modlitwy płyną ale ich nie pochwycisz... szumi życie na dole... górą duchy się śmieją. Z jednej strony cały zastęp białych aniołów-stróżów z pospuszczanemi skrzydły i rękami, z drugiej cała legia szatanów wyprawia pląsy w powietrzu... a fale powietrzne to ich podnoszą, to spuszczają, to zbliżą, to oddalą... i aniołowie osuną się, dźwigną, lecą, aż znów miłość i litość ściąga ich na ziemię.



Dosia umieściła się w karetce pocztowej z oczyma spuszczonemi, które jednak z pod rzęs długich umiały widzieć nie patrząc, z bijącem jakąś niecierpliwością sercem i rozmarzoną głową, a w niej więcej było pragnienia i nadziei niż obawy.
Naprzeciw niej siedział młody jakiś mężczyzna pożerający ją oczyma, ubogie znać chłopię, które pierwszy raz ujrzało zstępujący na ziemię ideał, i klęczało przed nim sercem i myślą zdumioną. On i ona składali na ten raz cały transport poetyczny przybywający w miasto; reszta bowiem podróżnych jechała z szyderstwem, na chłodno, i na nich zbliżanie się do stolicy robiło tylko wrażenie rewizji na komorze i powrotu do prozaicznego trybu powszedniego życia. A było ich czworo, dwie pary skrzyżowane tak, że stary, łysawy z wąsami, po miejsku ubrany jegomość siedział wprost naprzeciw Dosi, a gruba, biała, jeszcze wcale nie brzydka, ale roztyła jejmość, widocznie rodem z miasta i życiem miejskiem przesiąkła, naprzeciw młodego chłopaka. Los zbliżając dwie istoty świeże, piękne i stojące jeszcze u wrót zamkniętych przyszłości, rozdzielił je szydersko, i wystawił na oddech i magnetyczną siłę wejrzeń, dobranych jakby na umyślnie dwojga przedstawicieli miasta i jego zepsucia. To zbliżenie jednak nie przeszkadzało chłopcu i dziewczynie sympatycznie rozglądać się w sobie i w wejrzeniach swych zaczerpnąć trochę żywiołu do nowych marzeń.
Wiemy już jak piękną była Dosia, jej wdzięk podwajała jeszcze obawa, nieśmiałość, położenie sieroce, nieobeznanie z tem co ją otaczało i grozić zdawało, odwagę bowiem i wiarę, z którą jechała zrazu, gubiła powoli po drodze i przestrach ją jakiś ogarnął paniczny. Paweł Trawiński, ostatni opiekun, dowiózł do najbliższej stacji, sam jeszcze nakłaniał się i wyprosił, że ją w niezajętej szczęściem umieszczono karetce, i gdy poczciwa ogorzała twarz jego znikła z oczów Dosi, poczuła dopiero jak ciężko być samemu na świecie, nie znając tego świata. Nagle, wśród wrzawy i tłumu gościńca pierwszy raz znalazłszy się sama jedna, bez opieki, obca wszystkim, zadrżała nad sobą. Pojęła wrecie, że jest maluczką jednostką, niepotrzebną nikomu, popychaną i lekceważoną przez otaczających, i zrozumiała trudność wyrobienia sobie jakiegoś stanowiska wśród ludzi, których mała garstka żywo już przedstawiła jej większy świat, w jakim miała utonąć. Dziecku zdawało się jeszcze przed chwilą, że dość będzie pokazać się w czarnej sukience, z oczyma zapłakanemi i ładniuchną swą twarzyczką, by obudzić litość, zajęcie, miłość i ujrzeć ręce wszystkich wyciągnione ku sobie... tu ogarnął ją chłód jakiś, postrzegła, że każdy żyje dla siebie i popycha drugich prędzej niż wspiera; wzdrygnęła się, rachując, jak trudno przyjdzie wyżebrać współczucie. Sądząc z wiejskich swych przyjaciół, we wszystkich zrazu oczekiwała pomocników i opiekunów, ale wnet przekonały ją wejrzenia i uśmiechy podejrzliwe i szyderskie, że na nikogo rachować nie było można.
Chociaż nie powinno było zdawać się dziwnem że jechała sama jedna, jej piękność, osamotnienie, coś nadzwyczajnego w twarzy i ruchu, zdradzającego wyższość uczucia i świeżość wiejską, zamiast obudzać litość i wywoływać zajęcie, budziły podejrzenia i natrętną ciekawość.
Dosia zrazu aż do zbytku szczera, musiała wkrótce zamknąć się w sobie i pokryć twarz maską chłodu i obojętności; domyśliła się, że łzy, strach, modlitwa nawet mogły być powodem tysiąca fałszywych tłumaczeń i urągań, tak trafne miała przeczucie świata, którego jeszcze nie znała, który ją w kilku postaciach spotkał i w nich objawił się cały.
Traf, który mówiąc nawiasowo powinien by się nazywać inaczej, bo wszystko na świecie tak jest urządzone, że w danej chwili spotykają się dwa atomy i dwie istoty których żywot wzajem na siebie ma wpłynąć, traf, a raczej Opatrzność dała jej szczególnie dobranych towarzyszów podróży. Pierwszym z nich był ów młody chłopak, który jak ona jechał z ubóstwem i nadzieją pracy do mało znanej mu Warszawy. Jemu śmiała się stolica jako ognisko oświaty, jako cel marzeń, błyszcząca gwiazda na horyzoncie młodości — w wyobraźni rozmarzonej widział to przyszłość swą rozwijającą się świetnie, ludzi przewodniczących mu ze współczuciem, dłonie i serce braterskie, bohaterów, genjusze, znakomitości, i dążył ku temu upragnionemu Jeruzalem z pokorą ucznia, z pobożnością pielgrzyma, z nadzieją niedoświadczonego dzieciaka.
Oprócz niego, siedział, jakieśmy już wspomnieli, naprzeciw Dosi, nie pierwszej już młodości, dobrze łysawy, z wąsami trochę szpakowatemi mimo kosmetyku co je czernił, mężczyzna, którego wiek można było chyba odgadnąć z tego, iż się z nim widocznie ukryć starał. Trzymał się on sztywnie, poruszał żywo, uśmiechał po młodemu, ale ani kropelki podobno młodości i świeżości w nim nie było. Twarz ni brzydka, ni piękna, jedna z tych które sobie przypomnieć trudno, z jakiemi stu ludzi po ulicach chodzi, miała szare oczy zagasłe, usta zakryte wąsem i resztę dla proporcji. Cera jej śniado-żółtawa, nie podnosiła wcale wyrazu najpospolitszych w świecie rysów, którym czoło nizkie a szerokie nadawało tylko piętno siły i uporu.
Po ruchach pewnych, nieco sztywnych, podrzucaniu ramionami pozostałem po szlifach, nawyknieniu do prostowania, łatwo było poznać eks-wojskowego, co para wstążeczek zbrukanych, zawiązanych u klapy surduta, potwierdziła jeszcze dobitniej, każąc się domyślać że młodość spędził na koniu, przy szabli. Przy pożegnaniu w Sielcach z jakimś kolegą, i wywoływaniu podróżnych do zajęcia miejsc swoich wedle numerów, mogli się towarzysze dowiedzieć, że tym jadącym z niemi do Warszawy jegomością był kapitan Rybacki, figura nieznana na prowincji, ale w Warszawie w pewnem kółku popularna i nie bez roli. Był to jeden z filarów wesołego klubu viveurów (nie mamy szczęściem wyrazu na oznaczenie tego zajęcia, które niedawno otrzymało prawo obywatelstwa i stało się niejako stanem, uwalniającym już od obierania innego) — wielki myśliwy, wielki koniarz i sportman, znawca na winach i jadle wykwintny, kobieciarz nie mniejszy i wielbiciel ochoczy teatralnych wymokłych i wysmarowanych piękności; zresztą człowiek, który grywając w karty nie przegrywał nigdy i nie mając nic pod słońcem, żył jakby kilkadziesiąt tysięcy miał co rok do wyrzucenia. Kapitan Rybacki przewodniczył bawiącej się młodzieży i ułatwiał jej pozbycie się czasu i pieniędzy. A że gdy wojskowo służył jeszcze, był adjutantem pułkowym, i do figlów zawsze niezmierną miał ochotkę, choć nie zawsze celował w doborze konceptów i mistyfikacyj, w służbie jeszcze dano mu przezwisko figiel-adjutanta, które i teraz nosił. To upodobanie w płataniu nieprzyjemnych psot i robieniu sobie żarcików ze wszystkiego, choć je znacznie wiek i doznane wypadki uśmierzyły, pozostało jednak skrycie w napojonej niem za młodu skorupce. Bez figiel-adjutanta nie obeszło się nic — kursa, zakłady, śniadania, baliki, polowanie, wesele, bal, maskarada, żywe obrazy, loterja — ochoczo brał w nich udział, choć nie swoją ale cudzą kieszenią, zawsze jednak własnym konceptem; dodawał humoru, zagrzewał, wpędzał w matnię, umiał podbijać bębenka i nigdy się zbyt surowo nad znaczeniem czynności swych nie zastanawiając, robił to co mu do głowy przyszło, o co go poproszono, czem się chciał przypodobać, kpiąc z przesadzonych delikatnostek.
Pił kapitan okrutnie, ale się nie upijał nigdy, z kobietami był nieznośnym natrętem, i nawykły do baletniczek, nie najlepszego tonu miał maniery; grał przewybornie, jeździł konno doskonale, zresztą nie zbywało mu na talentach, bo śpiewał basem nie uczono, ale z dobrą intonacją, podobno, nawet mając niejaką słabość do swego głosu, gdyż się z nim rad popisywał. Mówiono, że w wyższej nieco sferze jego postawa, ramiona, śmiałość, wyjednały mu parę szczęśliwych, ale krótko trwałych, niby serdecznych intryg, z których chwalił się półsłówkami i półuśmiechami jak ostatni student, zapewne tej niepowściągnionej chełpliwości winien będąc, że później już nawet najobojętniejsze na sławę swoją kobiety, unikały od niego. Nagradzał to sobie, w wielkich będąc łaskach u innego świata jejmościanek, które się nim zachwycały, choć niemi pomiatał dosyć — dowcip i zuchwalstwo czyniły go niezwyciężonym.
W rzeczy figiel-adjutant ów nie był ani dobry ani całkiem zły, ot tak, pospolite sobie Boże stworzenie, nie robiące nigdy ofiary z siebie dla nikogo, poczciwe gdy chodziło o upicie się aż do choroby i posługę jakąś powszednią, nie mające nic a nic tego, co się u innych sercem nazywa, głową bardzo mierne, dowcipem tylko niezbyt wykwintnym ale dobrze słonym i niezamąconą wesołością a wiarą w siebie, odznaczające się, kapitan nigdy nic nie umiał i bez nauki się obchodził; brał bezkarnie Juliusza Cezara za generała z czasów napoleońskich; gdy się go pytano czy pamiętniki jego czytał, kręcił wąsem i mrugał; z geografią mijał się często, ale że w wyższem towarzystwie trochę sprytu za wszystko starczy, wykręcał się kpinkami z najstraszniejszych nawet bąków.
Ten jeszcze wielki miał przymiot kapitan, że się zbić nigdy nie dał z tonu, padał zawsze jak kot na cztery nogi, skonfundowany sam śmiać się poczynał mistyfikując tego, który go chciał złapać, i nazajutrz po najcięższej konfuzji, występował jak z kąpieli świeżuteńki, pewien siebie, rzeźwy, jakby mu się nic a nic nie przytrafiło. Potrzebny i usłużny, odpędzić się nie dawał, zimne przyjęcie nań nie pomogło, drzwi zamknięte nie wstrzymały, wchodził przebojem, zagłuszał poufałością, wkręcał się, narzucał, i nikt nie miał odwagi odepchnąć natręta, który czego widzieć nie chciał, uporczywie nie dawał sobie pokazać.
Ta postać nie zbyt oryginalna, ale ciekawa, napawała się widokiem Dosi z prawdziwą rozkoszą; znawca przyglądał się jej, smakując z minką figlarną, i im dłużej przypatrywał się, tem widać goręcej chciał przybliżyć się i zapoznać. Dosia, czy nie poznając się na nim, czy ujęta nadskakiwaniem w którem nie dostrzegła przesady i uwłaczającego jej szyderstwa, więcej nań poglądała, niż na milczącego młodego chłopaka, który ją oczyma pożerał.
Ostatnią wreszcie w karetce była otyła, biała, nie stara jeszcze niewiasta, widocznie miejska obywatelka jak kapitan i powracająca z wycieczki do domu. Małego wzrostu, pulchna, różowa, mogła to być niegdyś bardzo milutka piękność kawiarniana; nosek zadarty, biegające oczki żywe, dołki przy ustach, musiały ją czynić niezmiernie powabną dzieweczką, ale dziś, przy dobrej tuszy i po latach trzydziestu, czegoś wydawała się śmiesznie, z niedobitkami wdzięków młodości i całkowitą do niej pretensją. Ubrana po miejsku, wykwintnie, a niezbyt czysto, że się zmięła w drodze i zapyliła, wyglądała pociesznie ze swą minką fertyczną, figlarną buzią i wzrokiem latającym nieustannie. Stanu jej niepodobna było odgadnąć, bo ubiór był dostatni, suknia jedwabna, mantylka od Szlenkera, kapelusz świeżutki, chustka batystowa, rękawiczki paryzkie, ale dobór tych rzeczy i połączenie ich z bardzo prostemi, przytem strój niestosowny w podróży, obejście jejmości i mowa jej, kazały się domyślać, że za co innego chciała uchodzić, a czem innem była w istocie.
Kapitan znał ją widać lub musiał spotykać, przywitał się zaraz poufale; ona jednak zaczerwieniwszy się, udała, że tego nie uważała i grała rolę niewinnej dzieweczki, wyglądającej opieki. Być może że opiekunem życzyła mieć sobie owego młodego chłopaka, który pomimo rzucanych nań wejrzeń, kaszlu, ruchów różnych i wstępów do rozmowy, na zaczepki nie zważając, ani na nią rzucił okiem.
— Pani Chyłkiewiczowa widać mnie nie poznaje — odezwał się drwiąco na jednym przeprzęgu figiel-adjutant.
— Dajże mi pan pokój — odparła oburzona blondynka, szukając czegoś w torbeczce — proszę się odemnie odczepić...
— Jak krótka pamięć! zadziwiająca rzecz! — uśmiechnął się kapitan.
— Ale niechże mi pan da pokój, — powtórzyła, ofukując się z przelotnym błyskiem zagniewanych i groźnych oczów jejmość — ja pana nie znam!!
Rybacki skłonił się i na tem poprzestał.
Nie wiem, czy uparcie zwrócone wejrzenie obu mężczyzn, czy inny jaki powód tajemniczy, wywołał w Chyłkiewiczowej zajęcie nieszczęśliwą sierotą, ale naprzód się jej zdaleka z kątka swego przypatrywać zaczęła, śledząc z najmniejszych oznak jaki mógł być stan i położenie sąsiadki, potem korzystając z chwili wolniejszej, zawiązała z nią po cichu rozmowę, z której Dosia dość była rada.



— Daleką to ma pani drogę przed sobą? — zapytała.
— Do Warszawy — odpowiedziała Dosia.
— Zapewne do krewnych? — patrząc na żałobę, dodała Chyłkiewiczowa.
— Nie, ja tam nie mam krewnych.
— Do opiekuna...
— Nie, pani.
— Do znajomych więc...
— A! ja i znajomych tam nie mam wcale.
Zapytania stawały się coraz trudniejsze, ale popatrzywszy czas jakiś w śliczną twarz dziewczęciu, sąsiadka dodała:
— To, czy nie sukcesja?...
— Nie mam majątku... — przytłumionym głosem, z boleścią nieco teatralną, dodała sierota.
Nie wypadało badać dalej, ale ciekawość, czy nie wiem jaka pobudka, wzbudziły w Chyłkiewiczowej pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej.
— Cóż pani myśli robić w Warszawie?
— Sama nie wiem jeszcze... chciałabym... znaleźć jakieś zajęcie.
Właśnie tyle pragnęła dowiedzieć się kobieta, której wymowa zdradzać poczęła, zatarte wprawdzie, ale wyraźne jeszcze pochodzenie — uśmiechnęła się i poufalej, śmielej już poczęła Dosi przyglądać się, to na twarz, to na ręce, to na suknie, przenosząc wzrok przeszywający.
— A wiele sobie pani lat liczy? — spytała po tym niemym egzaminie.
— Kończę siedmnasty.
Pokiwała głową Chyłkiewiczowa, i niespuszczając z niej oka, zadumała się nieco.
— A dokąd pani myśli w mieście zajechać?
— Nie wiem, sądzę, że łatwo mi będzie znaleźć jaki dom zajezdny...
— Jeśli pani nie znasz Warszawy, miło by mi było w tem jej dopomódz — dodała tłusta blondynka — bardzo dobrą i tanią znajdziesz pani stancją w Nadwiślańskim hotelu... i bezpiecznie i porządnie... mam tam znajomą przyjaciółkę, gospodynię, mogę ją pani zarekomendować.
— Bardzo dziękuję za tę życzliwość — trochę nieufnie odparła Dosia — ale ja... potrzebuję czegoś bardzo skromnego, póki sobie nie znajdę zajęcia i mieszkania.
— O! tam też właśnie najlepiej, najspokojniej, najtaniej, ręczę, że pani będziesz kontenta.
Figiel-adjutant, udając roztargnionego, żeby rozmowie nie przeszkodzić, wysłuchał jej bacznie patrząc przez okno na las; młody chłopak mało z niej pochwycił, bo mu trudniej przyszło połapać odpowiedzi Dosi, która mówiła cicho i z daleka; domyślił się wszakże w końcu, spuścił głowę i posmutniał, a kapitan poweselał na przekór. Przestał przypatrywać się krajobrazowi i zwrócił do sąsiadki:
— Widzę, że tu pani będziesz zupełnie obcą w naszej Warszawie — rzekł półgłosem, żartobliwie niby, niby poważnie — trzebaż być bardzo ostrożną! Jedziesz pani w otchłań i na zgubę jej tysiące rąk się wyciągnie... Zapewne nie mogę powiedzieć, żebyśmy tu mieli więcej oszustów i oszustek niż gdzieindziej po wielkich miastach, ależ znowu nie anieli mieszkają w nadwiślańskiej stolicy... niech się pani strzeże łatwych przyjaźni i znajomości, unika tych co się będą narzucać, obawia ofiar i lada komu nie wierzy, szczególniej kobietom! dodał z przyciskiem. — Szczególniej kobietom!... O! tak! tak!...
Blondynka zarumieniła się i przygryzła usta, rzucając z przeciwnego kąta na kapitana wejrzenie, którem zdawała się chcieć go zabić, a które on wytrzymał jak pusty prochu ładunek — z uśmiechem zadowolenia z siebie; Dosia zaś śmiało nań spojrzawszy uczuła potrzebę ujęcia się za płeć swoją...
— Proszęż pana, dla czegoby nieszczęściem więcej złych kobiet niż mężczyzn być miało?
— Dla tego, że to są słabe istoty! niestety! — westchnął Rybacki — cóżem ja temu winien!
— Słabe istoty które mężczyźni psują sami! — dorzuciła ze złośliwością blondynka — a potem niemi poniewierają...
Młody chłopak wcale do tej rozprawy nie należał, i widać było że to spoufalenie się ideału z rzeczywistościami dyliżansu przykre na nim robiło wrażenie; blondynka widocznie życzyła sobie kilkakroć wziąć go w pomoc, on jednak zapatrzony jak w tęczę w Dosię, ust nie ośmielił się otworzyć.
Napróżno biedny wyglądał, spodziewał się co chwila choćby jednego litościwego rzutu oka na siebie: sierota unikała widocznie spotkania i gdy w przelocie zachwyciła promyk jego oczów, odwracała się, okazując, że jej ta natrętność się przykrzy.
— Otóż nareszcie kochana Warszawa! — westchnął kapitan gładząc wąsy i odwracając się do Dosi — po dłuższym nieco przymuszonym pobycie na wsi, nie uwierzysz pani jaka to rozkosz powrócić do miasteczka do którego się przyrosło! Hej, bo też to się tu żyje! Lubię czasem na wilki na wieś pojechać, ale na krótko, bo nie ma życia jak w mieście; na prowincji gnije szlachta... tu dopiero człek czuje że jest na świecie.
Nikt mu nie odpowiedział, Leon się tylko nieco oburzył.
— Za pozwoleniem pańskiem — rzekł — w taki sposób bardzoby niewielu było wybranych, a re3zta skazana na nieoglądanie nigdy ziemi obiecanej... przecież wieś żywi miasto, a każde z nich ma swój udział i posłannictwo w życiu społecznem.
— Hm! — chrząknął kapitan, odwracając się pogardliwie do młodzieńca — co?
I widocznie pokazał mu, że w podróży można pogawędzić z nieznajomemi kobietami, ale się nigdy nie odzywać do nieprezentowanych sobie mężczyzn; zrozumiawszy to a raczej domyśliwszy się młody chłopiec uchylił się w drugą stronę powozu i z uśmiechem spojrzał w okno obojętnie, nie tłumacząc więcej. Wzrok kapitana padł więc tylko na plecy młodego towarzysza podróży, które już na — co? nie odpowiedziały.
Blondynka chciała widać nagrodzić ten zawód swemu sąsiadowi, opierając maleńką nóżkę niedostającą do dna powozu na jego nogach, i rzucając nań wyzywające wejrzenie, ale nieznajomy usunął się jak sparzony.
W tej chwili powóz pocztowy trochę się zatrzymał w rogatce i powoli począł spuszczać ku mostowi, a widok gwaru i żywota miejskiego pochwycił oczy Dosi, nie mogącej się już oderwać od niego. Ta ciżba, wrzawa, obojętność nieznajomych ludzi, sama ich liczba, zdumiewała biedną dziewczynę, której się kręciło i zawracało w głowie, a serce jednak biło przyspieszonemi tętny ku temu nowemu światu.
— Czy to tak zawsze, czyśmy tylko na nadzwyczajny ścisk natrafili? — spytała swojej towarzyszki kłaniającej się i uśmiechającej już przechodzącym znajomościom na wszystkie strony.
— Cóż to pani myślisz? jeszcze tu dziś prawie pusto; innych dni bić się potrzeba żeby przejść! Warszawa nie małe miasto! — podchwycił figiel-adjutant.
Pocztyljon nieustannie musiał trąbić, taki tłok znaleźli koło pragskiego mostu — ogromne wozy ładowne drzewem, beczkami, bryki towarów, powozy z miasta i do miasta idące, doróżki z wesołymi woźnicami, stada bydła, ćmy żydowstwa, mnóstwo wyrobników mijać musieli nieustannie, a tysiące głosów różnorodnych krzyżowały się w powietrzu, mięszając z dzwonami kościołów i turkotem powozów.
Strach ogarnął Dosię, która znowu uczuła się zgubioną wśród tego odmętu, maluczką, nieznaczną i sierotą, ale wnet przeczucie podszepnęło jej, że nie utonie w tych falach i uśmiechnęła się do nieznanego żywiołu, a oczy łzą zaszłe błysły jakąś odwagą... Patrzała i uczyła się już tylko, usiłując przeniknąć w głąb życia, które tak odmienne od znanego jej nosiło barwy.
Gdy podróżnych z komory zaczęto wypuszczać, kapitan, który po drodze dorożkarza znajomego sobie zamówił, pożegnał Dosię bardzo uprzejmie, prosząc ażeby, jeśli się znajdzie w potrzebie szukania pomocy, do niego wprost się zgłosiła, i oddał jej swój adres na połyskującej karcie. Z równą gorliwością uczepiła się do niej Chyłkiewiczowa, ofiarując zaraz zawieźć do Nadwiślańskiego hotelu; nareszcie młody chłopak, zmięszauy i nieśmiały, prosił niezręcznie, by mu pozwoliła usłużyć sobie, w razie jeśliby jego usługa na co przydać się mogła. Dosia wiec w duchu zwycięzka obudzeniem takiego współczucia, uśmiechnęła się, dziękując na wszystkie strony, pewna już będąc, że ten wstęp do życia zwiastuje przyszłe jego pomyślne koleje, i skinieniem głowy podziękowawszy towarzyszom, dała się pochwycić Chyłkiewiczowej do dorożki i uprowadzić do przyrzeczonego hotelu.



Nie wiem wcale jak dziś wygląda hotel Nadwiślański, a nawet czy się jeszcze utrzymuje; ale w tym czasie do którego powieść się nasza odnosi, był to jeden z najlichszych i najbrudniejszych zajazdów miasta Warszawy, utrzymywany przez niejaką panią Rieben, pochodzeniem i zatrudnieniem pokrewną Chyłkiewiczowej, niegdyś piękną bardzo kobietę, dziś z resztkami nieużytecznej już piękności dorabiającą się środkami innemi, choć nosiła krzyżyk na szyi, mówiła tak mocno z żydowska i żyła na sposób izraelski, że trudno było mieć ją za chrześciankę, choć szyldzik ten widoczny ją za taką ogłaszał. Zasad bardzo wolnych, gospodyni hotelu znajdowała, że każdy ma prawo czynić co mu się podoba, że do niczyich czynności mięszać się nie godzi, bo każdy odpowiada za swoje — a zresztą — co komu do tego, w cudze sprawy mięszać się nie trzeba i swego nosa pilnować. Zażarta na zysk, ciągnęła go zkąd i jak mogła, na resztę plując i ruszając ramionami.
Mąż potrzebnym się jej okazał do posyłek, dla reprezentacji, wreszcie, że jakoś kobiecie samej jednej nie pięknie, wzięła więc sobie małego, cherlawego pijaczynę, którego biła i policzkowała gdy się zbytnie zalał i rzucała nim tak jak starą miotłą, posługując się do najbrudniejszych czynności, wymawiając niekiedy, że umarłby gdzieś w rynsztoku, gdyby ona go nie dźwignęła łaską swoją. Poczciwe to stworzenie wzniesione na władzcę hotelu, zdumione swą wielkością i przejęte szczęściem jakiego doznawało, znosiło co nań spadło cierpliwie i posłusznie, ledwie na stróżach mogąc niekiedy pomścić się za odbierane od pani kuksańce, i to ostrożnie. Pan Rieben nie mięszał się do niczego, jadł, pił, posłany spełniał rozkaz, i gdy przyszło za jejmość w policji pokutować, z przykładnem poświęceniem znosił co nań spadło. Sama pani zawsze na pamiątkę pewnych zwycięztw chodząca w trofeach, ogromnie jeszcze strojna, ubrana, soletowana, obwieszona lań cuchami, ugarnirowana błyskotkami, udawała chętnie przed furmanami osobę wyższego towarzystwa, chorowała na spazmy (sic), na bicie serca (sic), ale dziewczęta biła propria manu, a grosz ciągnęła do worka jak pijawka go wysysając...
Wchodząc do jej hotelu, po atmosferze jego można się było domyśleć, jak był utrzymywany starannie; jednakże czy to z położenia u wjazdu, czy dla innych jakich niewiadomych dogodności, zawsze był prawie pełen, wiecznie napchany i na chwilę nie pustował. Starzy przyjaciele i znajomi pani Rieben, znanej dawniej w innym świecie, po ogródkach i dolinach, pod nazwiskiem Kruczka, zapewne dla czarnych swych włosów i oczu, dziś już niestety znacznie zblakłych, zajeżdżali do niej przez pamięć dawnych stosunków; młodzież wiodła tu jakaś ponęta tajemnicza, ostrożnych wieśniaków myśl, że taniej być musi niż po innych w środku miasta hotelach, a może i bezpieczniej. Pomimo jednak usunięcia Nadwiślańskiego zajazdu od gwaru i tłoku, trafiały się tu często kradzieże, ale staranna gospodyni umiała zawsze zwalić je na nieostrożność przybyłych i ich własną uczynić winą.
Hotel składał się na dole i piętrze z ośmnastu jakich numerów, różnej ceny i wielkości; oprócz tego na dole mieścił kawiarnią, bilard, cukiernię i traktjer, zlane w jedną piękną i harmonijną całość. Sama pani Rieben, na czele sześciu dziewcząt raźnych i ślicznie zawsze poprzebieranych, które się często mieniały, bo im jakoś wyborne trafiały później kondycje, utrzymywała ten instytut gastronomiczno-bilardowo-popularny, do którego od niejakiego czasu przyłączyła ogródek z bawarją. Uczęszczały tu osoby nie pierwszego zapewne towarzystwa, ale czasem bywały i znakomitości, a w traktjerze karmili się prawie wszyscy podróżni zajezdżający, którym miło było znaleźć obiad o czterech potrawach za dwa złote, z musztardą i sałatą extra.
Przybywający ze wsi obywatel w ogólności jest niezmiernie oszczędny, woli się zawsze struć za dwa złote i potem chorować wydając tysiące, niż szukać porządniejszej strawy w osławionych drożyzną traktjerach. W prostocie ducha wystawia sobie, że obiad za dwa złote musi być zdrowy i gospodarski, niedomyślając się wcale, że za te pieniądze najlepsza gospodyni uczciwego i zdrowego jadła wyspekulować nie potrafi.
Hotel Nadwiślański trącił coś jeszcze wsią i przypominał urządzeniem, prowincjonalne zajazdy, nie starając się o wykwint i pokaźność; dla wielu było i to zaletą, że w nim się wcale żenować nie potrzebowali, mogli jak chcieli zabrukać, i nie imponował im szwajcar, który tu był zatabaczonym człowiekiem bardzo grzecznym, a słudzy nie chodzili wyperfumowani, w glansowanych rękawiczkach, schody zaś raz w tydzień w sobotę tylko umiatano, zgarniając kupę śmieci w kątek. W dziedzińcu także stały sub Jove bryki, wozy, konie, które pozwalały sobie, jakby były w domu na łąkach ojczystych, rozwieszano bieliznę, wylewano pomyje w pośrodku, i cały boży dzień pełno było frymarczących żydków z towarami, którzy naturalnie, gospodyni za to suchą ratę, a szwajcarowi wchodowe opłacali. Byli to już wybrani i uprzywilejowani tego hotelu kupcy i przekupnie, faktorzy i posługacze, za którymi nikt inny docisnąć się nie mógł. Izdebki, wyjąwszy paradny apartament numer pierwszy, składający się z saloniku, przedpokoju, sypialni i pokoiku dla służącego, były tak rozporządzone, że każda z nich mogła być wzięta oddzielnie, lub po dwie razem. Nie starano się w nich wcale o wykwint i niepotrzebną elegancję, kilka krzeseł, kanapa wyżłobiona siedzeniem długiem, stół, stoliczek, zwierciadełko, z butelką i miednicą, składały cale gospodarstwo. W paradnym tylko apartamencie, niby mahoniowo przybranym, były w dodatku dwa stare portrety, duże stłuczone zwierciadło i coś tam jeszcze mebli dla wygody, nie licząc drobnych stworzeń, autochtonów całego domu, najstalszych jego mieszkańców, którzy ożywiali pustynię. Numera w czasie jarmarku wełnianego, zgromadzeń na kursa i wody, czasem zimą w zjazdy liczniejsze, były i dobrze opłacone i pozajmowane do jednego; w ciągu roku szły taniej, czasem pustowały, ale za to trafiali się lokatorowie miesięczni i dłużsi.
Chyłkiewiczowa, zachwaliwszy wprzód Dosi mieszkanie, wygody jego i bezpieczeństwo, przywiozła ją do hotelu, a sama wprzód poszła się umówić z gospodynią o jak najtańszą lokację, i żywo dosyć pobiegłszy na górę, zabawiła się tam z kwandrans, przez który mnóstwo przechodzących i domowi mieli się czas sierocie, jak na wystawie siedzącej, przy patrzeć — nareszcie powróciła z gospodynią razem, która zeszła osobiście, by nowego gościa zobaczyć. Zaczęła od tego, że kręcąc klucz w palcach, mocno się jej przypatrywała, z miną-znawcy egzaminując sierotę, a potem skinęła wiodąc ją za sobą, i odezwała się powoli:
— Już muszę zrobić tego dla mojej przyjaciółki, że panience dam dobry i tani numer... bo ja to wiem co ze wsi przyjechać i wpaść, chowaj Boże, w niepoczciwe ręce, to obedrą i okradną, ale u nas tego nie słychać, tu wielcy panowie zajeżdżają, u mnie choćby w dziedzińcu pieniądze położyć, nikt nie tknie, będzie panna miała spokojność i wygodę, jak nie może być lepiej.
— Ale cóż to będzie kosztować? — odezwała się Dosia nieśmiało.
— Już niech panienka na mnie się spuści — przerwała Chyłkiewiczowa, ona nie jest i z tych co by chcieli biednego obedrzeć, ona dla mnie to zrobi, że tanio odda, i co dobrego.
— Niech no panna wprzód numer zobaczy, — dodała gospodyni — prowadząc za sobą w głąb kurytarza na dole przy kuchni, w dosyć ciemny i tłustemi wyziewy woniejący kątek, to jest mieszkanie jak potrzeba dla panny, nie od ulicy, na boku, spokojne, ciche.
Weszli, ale pomimo dnia, bez światła, trudno się było rozpatrzeć w mieszkaniu.
— Ale jakże tu ciemno! — zawołała Dosia.
— Co za ciemno! to z podwórza wchodząc tak się wydaje — odparła pani Rieben — ale jak zaciszno i bezpiecznie, i tanio!
Mam ja i obszerniejsze pokoje, ale tamto drogie; teraz zajazd wielki, wszystko pozajmowane, niech panna pojedzie do innych hotelów.
Izdebka, która po chwili nieco się rozjaśniła, była malutka, ciasna, długa a wązka, widocznie skrawek jakiś kurytarza, wyprowadzony przez gosposię na numer; ale w niej znać od dawna nikt nie mieszkał, bo zatęchła od wilgoci, i powietrzem jej trudno było odetchnąć. Stało w niej niby łóżeczko ubogie z siennikiem, stolik czerwono bejcowany i dwa drewniane krzesełka, a na ścianie wisiał kawałek lusterka. Dosi wydało się to bardzo dostatecznem na początek, bo się obawiała wyczerpania zapasów podróżnych, ale pomyślała w duchu, że to tylko popas i tymczasowy spoczynek. Przystąpiono więc do targu z pomocą usłużnej Chyłkiewiczowej, która widocznie chcąc sobie zaskarbić względy Dosi, poczęła gorąco i troskliwie się umawiać, naprzód o samo mieszkanie, potem co się zdało lepiej, o stancję, stół i kawę. Chwilami zdawało się Dosi, że dwie jejmoście znające się jak łyse konie, z targiem tym odegrywały komedją, ale nie będąc pewną, czy lepiej sama potrafi, dała się im wywieść w pole, choć już umysł jej, obdarzony szczególną przenikliwością, odgadł co się w koło działo. Zamyślona więc słuchała żywego ujadania się swej nowej przyjaciółki, sporu jaki z nią wiodła gospodyni, i w końcu zgodziła się na warunki, byle pozostać samą i spocząć po gwarze, który się jej stał nieznośnym.
Kiedy nareszcie po odejściu dwóch gadatliwych kumoszek, zamknęła się wśród czterech nagich murów izdebki, do więzienia podobnej, łzy puściły się jej mimowolnie z oczów, tak czuła się upokorzoną położeniem, ściągającem ją z wysokości marzeń, na brudną i ohydną rzeczywistość, do której nie czuła się przeznaczona.
Dopóki trwał gwar, otaczali ludzie, przesuwał się przed oczyma znajomy kraj z wiejską swą przestrzenią zieloną i kwiecistą, póki nowe coraz obrazy rozrywały myśl, Dosia nie poczuła tak osierocenia; tu w samotności dopiero z ciemnych kątów izdebki powstały strachy przyszłości. Po za murami hotelu słychać było jakiś łoskot złowrogi, więzienny, brzęk łańcuchów, huk jakby spadających kamieni, jakby jakieś jęki i krzyki, wołania o pomoc i stłumioną wrzawę publiczną, a te zmięszane głosy powszedniego życia miejskiego, ten oddech stołeczny przeraził dziewczę i spoił jakąś gorączką, zlękła się sama nie wiedząc czego, zgrzytu tej ogromnej machiny, której koła zetrzeć ją mogły. Z przestrachem poczęła myśleć o jutrze, rachować się z pieniędzmi i roić co jej grozi; ale wnet silna młodość i przeczucie, podniosły ja na swych skrzydłach złotych, i marzenie wyciągnęło z ciemnego i ciasnego kąta, na świat weselszy i promienny.
— Nie! nie! — zawołała — ja tu zginąć nie mogę — ludzie tak źli nie są, a oko moje czyta w nich i przeczuwa co się w głębi duszy ich dzieje — wyjdę z tego odmętu, i będę panować.
I po chwili znowu pieszczone dziecię, obejrzawszy się na ciasną i zimną pustkę otaczającą, poczynało płakać i rozpaczać. Młode uczucie przerzucało ją ciągle z jednej ostateczności w drugą, ukazując to zgubę i śmierć głodną, to raje błyszczące i kupy złota i kupy ludzi na klęczkach. Dosia oczekiwała czegoś niespodziewanego, ni mniej ni więcej cudu jakiegoś, znalezienia matki, uścisków serdecznych, rodziny witającej ją zgubioną, i otaczającej pieszczotami za przecierpiane bole. Niekiedy na myśl wracała Sadogóra, ojciec przybrany, poczciwy Piotr i Jadwiga, ale nie wiem czemu już tam długo nie pomieszkała sercem, czując się do innego przeznaczoną świata.
Tak rozgorączkowana przechodziła się po izdebce, gdy pani Rieben pokazała się we drzwiach ze świecą w ręku, troskliwa o lokatorkę swoją, przychodząc się dowiedzieć czy nie potrzebuje czego, i ofiarując jej dziewczynę do posługi. Spojrzawszy uważnie na Dosię, spostrzegła zaraz co się z nią dzieje, i pokiwawszy głową, zawołała:
— No, co to panienka tak się martwi! nie trzeba się tak bardzo turbować; każdy z nas ma swoje kłopoty, ale się z nich ratuje, byle młodość a głowa. Wszakże to jeszcze tak młoda! niech no mnie panienka wszystko rozpowie, może i ja co poradzę. Jakże to się to stało, że panna tu przyjechała?
— A! moja kochana pani — odparła Dosia, — cóż mam ci powiedzieć? jestem sierota, nic nie mam prócz ubóstwa... nikogo w świecie co by się mną zaopiekował, szukam... sposobu do życia.
— No to co? — zawołała pani Rieben... to co? albo to co tak strasznego mając ośmnaście lat i takie oczy! Trzeba tylko wiedzieć co robić, a można mieć co dusza zapragnie!
Namyśliwszy się nieco, wstrzymała jednak z nauką gospodyni i zwracając rozmowę, szepnęła coś, że nie potrzebaby jednak zbytnio się oddawać i zawierzać Chyłkiewiczowej, która...
— Choć to moja przyjaciółka, ale ona nie ma dobrej reputacji — dodała... niech panna lepiej mnie słucha... można wszystko zrobić... ale można i zginąć wdawszy się z niedobrymi ludźmi...
Spojrzała na Dosię w tej chwili i nie wyczytała z jej oczów, że sierota zaczynała się poznawać w jakie wpadła ręce; ucieszyła się więc nadzieją, że owładnie nią, i zbudowała wcześnie plan bardzo zręczny opanowania dzieweczki, której młodość i wdzięk tyle zysków obiecywały!
Poczęła się zaraz dobadywać co myśli Dosia, i jaką sobie wystawia przyszłość, ale już ostrożne dziewczę zrozumiało że się zbyt wydawać nie powinno i odpowiedziało westchnieniem. Sama nie wiem, pracować muszę! służyć będę!
Pani Rieben rozśmiała się tylko, i nie nagląc dodała znowu przestrogę, żeby Chyłkiewiczowej unikać, nie słuchać jej rady, a spuścić się na nią.
— Niech jej panna nic nie mówi — szepnęła z cicha, jakby się obawiała podchwycenia — to taka kobieta co nic nie potrafi... nie trzeba się spieszyć, dobrze rozpatrzyć, nu — a choćby tam i pieniędzy zabrakło, to ja mogę pokredytować za słuszny procent, byle się panna nie wynosiła z mojego hotelu. Co to! człowiek człowiekowi musi czasem pomódz i poratować!
— A masz się panna w co ubrać? — dodała w końcu...
— Ja? oto tę tylko żałobną sukienkę — odpowiedziała Dosia.
— O to! — pocmokała pani Rieben — ależ to stara i pomięta! pannie trzeba mantylki, kapelusza, trzewików, chustek... tak się na ulicę pokazać nie można... u nas tu tak nie chodzą.
— Ale to będzie wiele kosztować?
— Wiele, nie; widzi panna, na to jest miasto, jest drogie i jest tanie; toż samo co bogaty za sto, ubogi znajdzie za dziesięć; ja tu znam takich żydków, że tu wszystko pannie dostarczą... i kapelusz, i suknię, i co tylko potrzeba... przyprowadzę tu jutro takiego co się panna nie poznasz jak ją ubierze... a już ja sama wytarguję, żeby drogo nie kosztowało.
Strój którego pragnęła, tak ucieszył Dosię, że się aż uśmiechnęła dziękując Riebenowej, domyślając się zresztą, że kupno bez jej zysku się nie obejdzie... czuła, że bez niego wyjść na ulicę nie potrafi... a chciała być piękną... bo jej coś szeptało, że piękność będzie jej orężem i przyszłości rękojmią.
Z tego usposobienia korzystając gospodyni, jęła zręcznie wyciągać ją na opowiadanie przeszłości, której dowiedzieć się chciała, i sierota nie potrzebując się taić, wyspowiadała jej młodość swoją, trochę ją poetyzując i krasząc. Historja Dosi tak była dziwną a do tysiąca opowiadanych w razach wielu przez różne istoty podobną, tak pospolita w świecie w którym żyła pani Rieben, że gospodyni wzięła ją za zmyślenie dosyć niezręczne, ruszyła ramionami, ale nie dając po sobie poznać, że jej nie uwierzyła, zmieniła tylko nieco wyobrażenie o przybyłej. Dopiero wydobyte papiery, potwierdzające życiorys Dosi, znowu dały do myślenia pani Rieben, która wpatrzywszy się w twarzyczkę dziewczęcia, odeszła, życząc dobrej nocy i radząc się na noc zamykać ze środka.
Nazajutrz wcześnie bardzo żydzi już stali u drzwi, a gospodyni przyszła sama dopomódz Dosi, do wyboru i targu o ubranie. Nie będziemy opisywali jak się ta scena odbyła, w której pani Rieben odegrywała rolę protektorki, wyganiała żydów, z którymi była w zmowie, przywoływała ich na nowo, gromiła, prosiła, póki wreszcie za dwa razy przepłacone ceny, Dosi nie przebrała od stóp do głowy w odświeżone z tandety łachmanki, które poczęły życie na ramionach zbytku, a kończyły osłaniając ubóstwo. Dziewcze do prostej zawsze przywykłe odzieży, bo pan Mikołaj Czeszak widząc jej skłonność do zalotności i upodobanie w stroikach, jak mógł opierał się tym zachceniom — rozśmiało się na widok gałganków, które jej się wydały przepyszne i wspaniałe. Jakkolwiek to było przepłacone i pospolite, przecież pozornie coś udawało, a że pani Rieben ubierać się lubiła sama i przypatrywała drugim, a instynktem nie miała bardzo złego smaku, wybór sukienek, kapelusza i reszty ubioru był dosyć szczęśliwy. Dosia w istocie probując ich nie poznawała się w źwierciadełku, a gospodyni, która jej pomagała osłupiała na widok piękności teraz w większym jeszcze występującej blasku i czarodziejskiem jaśniejącej urokiem. Nie wiem jakie myśli przyszły do głowy protektorki, która długo zapatrzy węzy się na Dosię, zawołała do siebie po cichu:
— A! gdyby to kto prowadzić umiał, ona by mogła wielki los zrobić!
Ale zyskując na blasku urody, której strój świeższy dodawał charakteru i wyrazistości, Dosia w tych wynoszonych, odświeżanych sukniach, w których może wprzód chodziła rozpusta, które sprzedały płochość i niedostatek, oblały może łzy nie jedne, straciła na wdzięku wieśniaczym, prostocie, wdziewała z niemi liberję nowego świata, zaciągała się niejako w szeregi istot uśmiechających z boleścią i tęsknotą w sercu, lub szukających w szale zapomnienia przeszłości. W żałobnej sukience swej przywiezionej z Sadogóry, inną jakoś, skromniejszą miała postać; w tych na pozór dostatku dowodzących stroikach, poczynała komedję, niedozwolającą poznać w aktorach, ile nędzy cierpią za kulisami.
W Dosi, jakby ją ta suknia objęła płomieniem, ubranie zrodziło żądze, któremi przesiękło, obudziło się pragnienie pokazania przed ludźmi, chętka wybieżenia w ulicę, schwycenia wejrzeń i oklasków... Gwar, który wczoraj przestraszał, dziś ją nęcił; niespokojna poczęła się prędzej ubierać, tłómacząc się przed sobą, że przecie miasto poznać potrzeba i z niem się oswoić...
Gospodyni przyprowadziwszy służącę z sobą, sama pilnowała ubrania, nie skąpiąc rady, a przeczuwszy myśl Dosi, która się wyrywała w świat, ofiarowała jej za towarzyszkę i przewodniczkę kawiarnianą sługę, która miała zaprowadzić do kościoła i powrócić z nią do domu...
Dosia, wyświeżona wreszcie do niepoznania, piękna jak anioł, ale nie tą już co wczoraj pięknością, wybiegła z bijącem sercem i niepokojem na ulicę... Tu tłum i zgiełk przestraszyły ją znowu, zatrzymała się, ale służąca uśmiechając się wskazała drogę i obie razem powoli poszły ku Bernardynom. Ranek był piękny osób mnóstwo i od progu hotelu prawie tysiące wejrzeń ciekawych zwróconych na siebie postrzegła Dosia, której oka nic nie uchodziło. Z początku rumieniła się, gniewała prawie, zasłaniała, lecz po chwili jakieś nieznane uczucie napełniło jej serce, duma dźwignęła czoło, uśmiechnęła się w sobie i śmielej stąpała dalej. Mężczyźni stawali na trotuarach przypatrując się jej ciekawie, kilku odwróciło się za nią, może poznali mimo warszawskiego stroju, po chodzie bojaźliwym jeszcze i niewprawnym, nieoswojoną z miastem wieśniaczkę, kobiety oglądały się za nią ciekawie, ulicznicy przestając świstać, ścigali ją wzrokiem.
Dla sieroty ten pochód przez ulicę, to zbiegowisko ludu były całkiem nowym widokiem; co chwila wstrzymywała się nie umiejąc przejść i utorować sobie drogi, zapatrując się mimo woli na sklepy, nie rozumiejąc przyczyny tego ruchu i zgiełku, wśród którego potrzeba się było przeciskać obojętnie, kilka razy stanęła to zwabiona krzykiem chcąc biedz w pomoc, to czując się zniewoloną do okazania współczucia — ale półuśmiech służącej nauczył ją wprędce, że tu nikt ani kłótnią uliczną, ani przypadkiem cudzym się nie zajmował, jak na wsi, gdzie każdy hałas ściąga gromadę. Świat ten wydał się jej pięknym, a kobiety postrojone tak niepodobne do tych, które znała! żywą myślą odgadła, że tu się inaczej żyje, innemi kieruje celami, inaczej czuje i stosunek ludzi wcale być musi różny od prostych pierwotnych wsi obyczajów. Przelatujące powozy zdumiewały ją ilością i wytwornością, zapytywała zrazu służącej czyje by były i nie mogła się wydziwić, gdy dziewcze uśmiechając się z jej prostoty, odpowiadało, że tyle tu ich jest, iż nikt nie wie czyje. Spostrzegła także, że w tym tłumie bardzo się mało kto znał, najwięcej było obcych sobie, a klas, różnic i odcieni tyle! Na wsi wszyscy niemal składali jedną rodzinę spojoną tysiącami węzłów; tu ujrzała zbiorowisko obojętnych sobie i nieznajomych, ocierających się i niezważających na się wzajemnie, każdy śpieszył w swoją stronę, szedł zaprzątniony sobą, i nie oglądał się nawet na to co koło niego wrzało i szumiało... nie żegnał przed pogrzebem, nie wstrzymywał jękiem, nie tracił chwili drogiej na współ-czucia.
Wchodząc dopiero do kościoła, Dosia uczuła się znowu jakby na wsi... Choć wspanialszy to był przybytek od znanych jej na parafii, choć błyskotliwszy i świetniej urządzony, ten sam przecie duch wiał od ołtarzy, a Bóg i modlitwa ludzi tu w jakąś całość spajały. Spokój błogi wionął na nią orzeźwiająco od krzyża Pańskiego, uklękła i lżej się jej zrobiło, gdy usta wymówiły pierwsze słowo wyuczone przez przybranego jeszcze ojca i piastunkę. Sierota poczuła się dziecięciem Opatrzności na modlitwie, gorąco złożyła ręce, łza zakręciła się jej w oczach, a myśl pochwyciła ją i powiodła nazad ku Sadogórze, ku Jadwidze, Piotrowi, na zielone pola, do szumiących lasów, w umajoną młodość, w weselsze kraje dzieciństwa... przestała się modlić zaczęła płakać.
Staruszek ksiądz wychodzący ze mszą, zdał się jej podobnym do proboszcza, ten sam, który miała w domu, znalazła tu obrazek N. Panny Częstochowskiej w ołtarzu, ten sam śpiew, te same słowa... i utonęła w przypomnieniach...
I widziała jak z łoża konania surowym a boleści pełnym wzrokiem, spojrzał na nią przybrany ojciec, aż się wzdrygnęła i przebudziła.
W tem podniósłszy oczy naprzeciw siebie przy samym ołtarzu zobaczyła postarzałego mężczyznę, z szpakowatym już na głowie włosem, twarzy i postawy wielce poważnej, rysów szlachetnych, trzymającego otwartą książkę w ręku i przypatrującego się jej z tak dziwnem osłupieniem, rozrzewnieniem i wzruszeniem widocznem, jak gdyby w niej znalazł wspomnienie jakieś przeszłości, lub utracone swe dziecię. Znać pobożny ten człowiek, kilka razy usiłował powrócić do książki i modlitwy i znowu mimowoli zapatrywał się na Dosię, której ten wlepiony wzrok łechtał dumę tylko i pochlebiał próżności. Przeżegnał się wreszcie nieznajomy, złożył książkę i pozostał tak nieruchomy nie obraniając się już doznanemu wrażeniu, które w ostatku szybko otarte oczy, lepiej wytłómaczyły — zapłakał. Ale Dosia nie postrzegła łzy przelotnej na powiece starca; dokończywszy mszy wstała i wyszła z kościoła, nie widząc, że ów nieznajomy zawahawszy się chwilę, przykląkł także przed ołtarzem, i w progu kościoła usiłował się przybliżyć do niej, ale go ktoś spotkał i odciągnął rozmową, a Dosia znikła mu z oczów.
Dziewczę służebne dodane Dosi, któremu smakowała swobodna przechadzka, skierowała się z nią ku środkowi miasta, na Krakowskie Przedmieście, potem do Saskiego Ogrodu.
Na widok drzew zielonych i cienia, wieś znowu przypomniała się sierocie, ale stroje mnóstwa przesuwających się osób, ślicznie poubierane dzieciaki, tysiące nowych postaci... rozbiły zaraz to wspomnienie przelotne...
Zaledwie kilka tu zrobiwszy kroków spotkała ukłon nieznajomego, jak jej się zrazu zdawało, człowieka — był to kapitan Rybacki, odświeżony tylko, wysmarowany na nowo, pofarbowany, odmłodzony i już powracający do obowiązków miejskiego żywota. Znając jego obyczaje, łatwo się było można domyśleć, że sam na sam nie używał przechadzki; jakoż miał towarzysza, bo zawsze przy kimś się czepiać musiał. Na ten raz był to słusznego wzrostu, prześliczny mężczyzna, ubrany wedle najostatniejszej mody, mogący służyć za typ eleganta i panicza. Z twarzy znać było, że w swojem przynajmniej kółku panować musiał, tak śmiało patrzał, tak się uśmiechał zwycięzko, i tak widocznie rad był z siebie i swego położenia na świecie. Rysy miał delikatne, rasowe, arystokratyczne, minkę uśmiechniętą, a ranne ubranie niezawodnie sprowadzone być musiało z Paryża, lub wprost wykrojone z żurnalu. A że Bóg stworzył go pięknym prawdziwie, całość podniesiona strojem, ruchem swobodnym, obejściem pełnem wdzięku, zastanawiała i zwracała oczy na ten ideał wedle świata..
Rybacki przy nim, choć wcale przyzwoity i niczego, wydawał się bardzo powszednim i ledwie mu za dworaka mógł służyć: obejście też pana z pasożytem było więcej niż poufałe, prawie lekceważące. Kapitan nadrabiał miną, usiłował widocznie wdrapać się na stopę równości i niepodległości, ale podołać temu nie umiał, nieustannie to ruchem, to słowem, to wejrzeniem spychany na podrzędne stanowisko.
Gdy figiel-adjutant ukłonił się Dosi, a oczy jej zadziwione chwilę się na nim wstrzymały, lew miejski odwrócił głowę i wzrok jego zrazu pogardliwy padł na sierotę, ale się na niej mimowoli zatrzymał, i natychmiast z niej poszedł na tajemniczo sfałdowany uśmiech Rybackiego.
Dosia, oddawszy ukłon ledwie skinieniem niedostrzeżonem, mignęła i przeszła, lew aż stanął poglądając za nią ciekawie.
— Kapitanie, zawołał — cóż to za zjawisko, któremu bijesz pokłony? dla czego jej nie znam? Ja!!
To ja, wymówione było heroicznem podniesieniem głosu...
— Dla tego samego jej nie znasz hrabio, dla czego ja ją znam — odparł Rybacki — bo wczoraj dopiero po raz pierwszy przybiła do portu naszego na sztenkelerce... niewinne stworzeńko... sierota... historja zajmująca, a twarzyczka bardziej jeszcze.
— Kapitanie! jak anioł piękna! jak anioł!
— Na nieszczęście, wystrychną ją tu podobno na szatana... bo wpadła w ręce niejakiej Chyłkiewiczowej... i wątpię, żeby z nich wyszła cało...
— I ty to wszystko wiesz! na Boga! mów!
— Ale cóż mam mówić? Wczoraj przyjechaliśmy karetką, coś się naturalnie w drodze wyszpiegowało... dalej nie wiele się odemnie nauczyć można...
— Ale piękna! piękna! to klejnot! perła! to madonna! zawołał hrabia, zwracając się za Dosią — miejskie nasze lwice, lampartki, szczury i myszy, jak służanki by się przy niej wydały... wróćmy jeszcze, chcę choć popatrzyć na nią... muszę ją poznać... mais c’est une aparition celéste!
— Dajże hrabio pokój, spłoszyłbyś wieśniaczkę...
— Ty ją znasz szczęśliwcze!
— Znajomość dyliżansowa...
— Musisz wiedzieć gdzie mieszka?
— Domyślam się.
— Ja się muszę z nią poznać, zbliżyć się do niej...
Kapitan aż się rozśmiał z zapału towarzysza...
— A to! — rzekł — nosił wilk, ponieśli i wilka... No — a Adzia?...
— Niech ją tam diabli wezmą! — machając ręką rzekł hrabia — kosztuje mnie ogromnie, oszukuje bezwstydnie i zęby ma wstawiane... powiem ci, że mi się sprzykrzyła... nie cierpię jej, próchno świecące... czucia za grosz... Zblizka nawet, entre nous, wcale nie powabna; żeby mi ją kto zbałamucił, dałbym co dodatku... Na teatrze jeszcze się to jako tako wydaje, ale na codzienne pożycie.... a! z samych fałszów złożona... Praczka! kapitanie. W tej twarzy jest poezja!
— Czy może nowość tylko — hrabio?
— Jak chcesz, ale idźmy za nią!
Zwrócili się gonić za Dosią, ale ona przeszedłszy uboczną aleją, przeprowadzona przez służącę, drugiemi wrotami wymknęła się już z ogrodu, i inną ulicą powracała do hotelu, a kapitan ze swoim towarzyszem napróżno jej po całym szukali ogrodzie.



Po wyjściu Dosi, wkrótce, jak to dobrze rozrachować musiała gospodyni hotelu, zjawiła się zaraz Chyłkiewiczowa i dowiedziała w progu, że sieroty nie zastała, a że o celu tej przechadzki nic od pani Rieben dójść nie mogła, z dosyć chmurną twarzą wyszła od przyjaciółki, pożegnawszy ją bardzo zimno. Ale nie dała za wygranę, choć jej zapowiedziano, że wyszła na długo i nie wiadomo kiedy powróci; czatowała w uliczce, nie wiem czy przez miłosierdzie, czy ciekawość, i zobaczywszy ją powracającą do hotelu, zaraz za nią pośpieszyła, tak, że ledwie drzwi się zamknęły za panią Rieben, która zbiegła do Dosi, wnet i różowa twarzyczka otyłej blondynki ukazała się w progu, z uśmiechem i przywitaniem...

Gospodyni zakręciła się i wyszła, a dwie kobiety zostały same. Chyłkiewiczowa poczęła się rozglądać bacznie, spostrzegła porozrzucane stroiki świeżo kupione i widocznie niespokojna czegoś, o cenę ich dopytywać się zaczęła.
Chociaż sama tu przywiozła Dosię, bo jej snać nie wypadał o jakoś wieźć do własnego domu, postrzegła błąd swój, żałowała go, a poprawić nie umiała, w rozmowie jednak wyrwało się słówko jedno i drugie nieprzyjaźne gospodyni. Widocznem było, że sama zawładnąć chciała sierotą, że się ulękła przebiegłej współzawodnicy, pragnęła ją ztąd wyrwać, a jakoś nie szło to jej łacno. Kilka razy wyjrzała za drzwi, czy kto nie podsłuchuje, wreszcie przymilając się zbliżyła do Dosi.
— Jużciż to prawda — odezwała się — że ja tu panienkę sama przywiozłam; ale w hotelu, zwyczajnie jak w zajeździe, różnych ludzi pełno, długo tu popasać nie warto i jakoś nawet dla młodej kobiety nie wypada... trzeba sobie poszukać będzie osobnego pomieszkania.. Rozumie panna?
I wlepiła w nią oczy, ale Dosia nie zrozumiała ani niebezpieczeństwa, ani nieprzyzwoitości; domyśliła się tylko z przestrachem, że współzawodnictwo tych kobiet kryje coś w sobie... i postanowiła być z niemi ostrożną.
Zniespokojona natarczywą opieką tych dwóch kobiet, namyślała się nad sobą sierota; instynkt wskazywał jej potrzebę obwarowania się od czegoś grożącego, ale nie umiała pojąć, co grozić mogło prócz niedostatku. Choć przywykłej do nadskakiwań i pieszczoty, nie tak się jej to troskliwe nią zajęcie wydawało nienaturalnem, bo je czułości i sercu przypisywała — jednak obudziła się w sercu niewiara i przestrach... Kogo tu było słuchać? co począć?
Obawiała się wszystkich, to znowu zbijała sama próżne trwogi, tłómacząc na dobre — czuła potrzebę rozpocząć życie, szukać pracy, a sny i marzenia, do których była przywykła, opanowywały ją i wiodły w sfery zaczarowane, z których trudno zejść potem na ziemię.
Widziała, czuła, że oczy wszystkich, najobojętniejszych, nieznajomych ludzi śledziły ją w przechadzce po mieście; zdało się jej, że świat cały musi się nią tak zająć, tak ją ukochać, jak zmarły opiekun, miłością ojcowską, czystą i świętą... Strach i obawa odlatywały na skrzydłach najdziwaczniejszych nadziei.
Wieczorem chciała pani Rieben wziąć ją pod swoją opiekę i poprowadzić w aleje, ale Dosia czuła się podróżą i ranną przechadzką tak znużoną, że jej odmówiła... nie chcąc się też może w ulicy pokazać ze śmieszną i dziwnie odmłodzoną kobietą, ku której co chwila większy wstręt czuła. Nie nalegała gosposia i nie szczędząc pociechy, rady, malowań przyszłości, mrucząc coś odeszła, zostawując ją samą.
Późnym już wieczorem, dziewcze które przeprowadzało Dosię z rana do kościoła, przyszło ją rozebrać i posłużyć; była to poczciwa mazurka, w kawiarni już weteranka, mająca z górą dziesięć lat służby miejskiej, i resztki tylko nie wielkiej piękności na twarzyczce smutnej i zwiędłej przed czasem. Znać jeszcze było na niej, że w chwili rozkwitu i świeżości musiała być wdzięczną, ale już rysy straciły regularność, cera swą białość, oczy blask młody, i mimo wyrobionego uśmiechu, wyuczonych wejrzeń, smutek głęboki przebijał się przez maskę powszedniego wesela. Halka już znać myśleć musiała, co pocznie z sobą starzejąc się, i przewidywała co ją czeka, gdy siły opuszczą a miejsca pomywaczki nawet wyprosić będzie trudno. Może przechodząc mimo teatru w rannej godzinie i widząc tam w obdartych łachmanach stojące wyrobnice, napróżno oczekujące zamówienia a z niem powszedniego chleba, odgadywała że tu kiedyś przyjdzie jej zająć miejsce i o głodzie żebrać ciężkiej pracy jak jałmużny.
Brudne stworzenie kłamanem weselem, którego w duszy nie było, pożyczonym uśmiechem starało się przedłużyć straconą niepowrotnie młodość, przeżyte odurzenie i utrzymać się na placu; ale codzień mniej pomagały fortele, miejsce jej zajmowały młodsze dziewczątka, gospodyni odpędzała do kuchni, do komina, do posług zakulisowych, które zwiastują, że już twarzyczka nie ma dla nikogo uroku, a uśmiech się na nic nie przydał. Halka płakała w kątku, żałując teraz że ją sieroctwo zapędziło do tego miasta, które tak prędko pożera młodość, i tęskniła za piasczystem błoniem wioski w której się urodziła, w której zostać była powinna, gdzieby jej poczciwi bracia i siostry nie opuścili; mniej by się nabawiło w młodości, ale spokój kupił na stare lata żałoby.
Widok Dosi rozbudził w osmutniałej dziewczynie serdeczne jakieś współczucie i litość; wieczorem krzątając się około izdebki, poczęła Halka wzdychać i powoli starała się zawiązać rozmowę, a że sierocie miło było znaleźć kogoś przypominającego jej starą Jadwigę i swoich sług dawnych, nie odepchnęła Halki, narzucającej się jej serdecznie.
— E! moja panienecko! — szepnęła z cicha dziewczyna — coś wam smutno koło serca, nieprawdaż? widziałam jakeście w kościele popłakiwali... ino nie tseba głowy tracić... e! Pan Bóg łaskaw...
— Jam tak tu sama jedna, wśród obcych, a nikogo nie mam.
— A juści to prawda... ja bo i nie wiem jak to was tam tak krewniaki puścili, boć panna kogoś tam mieć musi...
— Nikogo, moja kochana, nikogo...
— Lepiej-ze było zostać na wsi...
I westchnęła Halka gorżko, ciężko, a własne sieroctwo wyrwało jej łzę z oka.
— Nie strasz mnie, moja kochana — odezwała się Dosia, widząc ją załamującą ręce — ja i tak drżę sama nie wiedząc co pocznę z sobą...
— A gdziebym zaś daremnie panieneckę strasyć miała... — odparła dziewczyna — ino tu lepiej się moze bać, nizeli tak nic nie wiedząc, wszystkiego się spodziewać — prawde rzeksy — szepnęła — nie w najlepsez toście i miejsce trafili... ja psez sumienie musę panienkę psestrzedz...
— A dla czegoż ty tu służysz? — zapytała Dosia...
— Ja? e! to co innego! — niedbale zawołała Halka — mnie się tu już nic nie stanie... A co mam pocąć? gdzies się cłowiek podzienie? Tu cy tam słuzyć tseba, a cłek jus ich przynajmniej zna, to wie gdzie się oglądać; z drugiemi by moze jesce cięzej bylo. Ale wam tu nie siedzieć... ej! nie!
Dosia przelękła się trochę, serce jej zabiło.
— Dla czegoż? — zapytała:
— E! co to tam długo gadać! — odparła Halka — to wychrzcianka, a z zyda nic dobrego nie będzie, choć go święconą wodą pokropią, to dom paskudny, a jakbyście tego kobieciska słuchali, jeno do zguby ostatniej zaprowadzić moze, bo cłeka pseda za grosz, i co macie to jesce z was wyciągnie, pijawka. Myślicie co się za was tak rano z zydami targowała, a ujadała to prawda? gdzie zaś? toć to zydy z jej ręki, a ona z niemi na jeden gros targuje i dzieli się zarobkiem. Póki jesce macie co w kieseni to się wynoście, bo potem nie będzie rady; jak się z zapasu wyzujecie, kaze wam robić co zechce, i będziecie musieli słuchać, wyssą z was młodość i sumienie.
Zbladła sierota słysząc te słowa, wymówione z takiem uczuciem boleści, tak łzawo, tak widocznie z serca głębi, że mrowie poszło po niej.
— A! poproszę Chyłkiewiczowej! — zawołała — niech mnie ztąd zabierze.
— I to z descu pod rynwę, ta to one obydwie lepse — odparła Halka — myślicie? znam ja i tę, mieska na Krakowskiem, na tseciem piętse, na lichwę pożycza! u ludzi ubogich zastawy biorą i nędzą frymarczą niepoczciwe dusze, a łzami żyją. Ona tez wam darmo i okiem nie mrugnie, a jak się ino uśmiecha i zęby do was wyscyza, pewnie na coś nie dobrego kroi, obydwie by wam, plunąć, ta pozucić.
Halka zamilkła.
— Komuż tu wierzyć! — szepnęła sierota.
— Komu? ba, nikomu! a kto tu w tem mieścisku poczciwy! — odpowiedziała Halka — chyba ja go nie znam, patsą tylko ino zeby człeka ze skóry obłupić i zgubić, im, aby gros, nie pozałują i brata rodzonego. Cłek młody a głupi, to mu się zda, ze wszyscy tacy pocciwi jak on; ale nie rychło, nie rychło, zapłace krwawemi łzami na swoją ślepotę, a no po casie, oj! wynoście się, wynoście się moja panienecko, póki pora.
— Ale dokąd?
— A no, to ja tego nie wiem — wsędzie lepiej jak tu! co to ja ich, myślicie, nie znam? mało to ludzi popsepadało! Póki to młodse było, to ssała z kazdego opętawsy ślipiami do ostatka; teraz już zbabiała, handluje cem napadnie, spsedała by rodzonego gdyby się jej z grobu wrócił, a dali co na targu.
Dosia wciąż łamała ręce przerażona.
— Co tu począć? co robić? — zawołała — kogo się poradzić?
— Dobrze się jeno rozpatscie nim poradzicie — dodała służąca — wciąż ścieląc łóżko i starając, żeby ta rozmowa za ścianami słyszaną być nie mogła — licha tu komu wierzyć można, wszystko zydzi.
— Nie masz już więc poczciwych ludzi!
— Co nie ma! sąć panienko moja, ale ich ze świecom sukać tseba. A no jak się już kto bardzo sam przylizuje a układa, a słuzy, oto! tylko mu w oczy patsaj zeby nie pokonsał. Zmiłuj się — dodała — gdyby sie gospodyni widziała jutro z wami, nic ze jej zadnej miny nie róbcie, a mnie, nie wydajcie, bo byście mi nieszczęścia narobili, niechaj ona nie wie, zem ja was psestsegała, a jak tylko będziecie mogli, uciekajcie ztąd, bo tu dobrego niedoczekacie.
Tak się skończyła wieczorna rozmowa, po której Dosia długo zasnąć nie mogła; zrazu przestraszona, powoli przyszła do siebie, obmyśliła środki, przekonała się o konieczności uwolnienia od opieki, i nietracąc odwagi, jakoś jaśniej poczęła przeglądać w tem, co ją otaczało. Obdarzona instynktem do poznawania ludzi, nie potrzebowała długich studjów nad niemi, i zgadywała ich z maluczkich znaków które nosili: jedno słowo otwierało przed nią dalekie horyzonty, jeden krok wysnuwał dla niej cały szereg faktów, a choć walczyła niedosyć jeszcze mając wiary w siebie, i cofała się niekiedy, powoli jednak przeglądała co raz głębiej i dalej, i chwytała najpotrzebniejszą dla niej tajemnicę stosunków i charakterów, z któremi los ją zbliżał.



Młodzieniec ten, któregośmy spotkali z kapitanem Rybackim w Saskim Ogrodzie, a którego nieco bliżej poznać musimy, zwał się Tytus Dahlberg; sam on nie nazywał się hrabią i wiedział, że nim nie był, ale po cichu, powoli przekonywał się i gruntował w przekonaniu, że z tytułami jak z wiekiem i latami być musi, że jak Francuzi powiadają, każdy jest tem, czem się być wydaje, i musi być hrabią, kto na hrabiego wygląda. Za granicą nosił ten tytuł słono opłacany po hotelach, w kraju czasem się od niego wymawiał, ale przyjmował wreszcie gdy mu go uporczywie dawano. Zresztą był to sobie człowiek jakich tysiące między młodzieżą, której Bóg dał bogactwo i wychowanie przyzwoite; trwonił wszystkie dary bez pożytku dla siebie i dla drugich, jedynie dla przyjemnostki, przejadał życie w cukierkach. Tycio, wychowany przez matkę, kobietę wielkiego świata, po francuzku, nie do życia, ale do wyższego towarzystwa, śliczny w dzieciństwie, wypieszczony dla wdzięku, wyrósł na Antinousa z profesji.
Od lat szesnastu poczęły go psuć kobiety, zawczasu swobody i żywota używał, to jest grał, pił, kochał się niby i systematycznie próżnował. Co roku jeździł za granicę do jakichś wód, ażeby w ruletę zagrać w Baden-Baden i stracić kilkadziesiąt tysięcy w Paryżu; miał dom na wielką stopę urządzony w Warszawie, dobra znaczne po świecie w kilku prowincjach, o których administracji wiedział tylko z dochodów, lasy w których polował, dosyć pieniędzy i ochoty do tracenia ich wesoło.
Zadaniem życia głównem dla niego było mieć kochanki, konie ładne, powozy świeże, przyjaciół wygodnych, czas pędzić wesoło, a kiedyś może poczekawszy ożenić się jeszcze bogato i świetnie. Tymczasem żyło się z dnia na dzień, bez troski, po pańsku, kąpiąc w świata rozkoszach i nudząc niekiedy; a że grosza nie brakło, bo i dobra miał znaczne i uczciwych ludzi przy nich, Tycio sadząc się na elegancją, imie mając z cudzoziemska dobrze brzmiące, wywodząc się od szwedzkich Dahlbergów i herb sadząc na pieczątce wielce skomplikowany, przyjęty był od najwyższego świata w arystokratycznych sferach za przyzwoitą podstawkę.
Był też to, niegodzi się inaczej powiedzieć, człowiek wielce przyzwoity, dobrego tonu, w salonie miły, dla kobiet grzeczny i nadskakujący i nic mu w istocie zarzucić nie było można, oprócz pustek w sercu i pustek w głowie. Ale pustki to były malowane i złocone, bo pan Tytus nie darmo tak wiele podróżował, kręcił się, widział i doświadczał; umiał mówić o wszystkiem, na gotowym dowcipie francuzkim mu nie zbywało, a w rozmowie tak sobie dobrze dawał rady jak inni, szczególniej, że wymowę miał bardzo miłą i jakoś z wielkim wdziękiem rr nie wymawiał, zastępując go paryskim chr.
Temperamentu dosyć żywego, kobieciarz znałogowany, choć zawczasu zużyty, zawsze coraz nowe rozpoczynał miłostki i te właśnie stanowiły stronę poważną jego żywota; dla nich czasem coś poświęcał, chociaż nigdy nie trwały długo, nudził się niemi wprędce i rzucał po tem równie żywo, jak się w początku o nie ubiegał. Chociaż już lat trzydzieści kilka na świecie strawił, zawsze jeszcze był to młodzieniec, obyczajem, głową i twarzą.
Otoczony przyjaciołmi w rodzaju pana Rybackiego, bez których obejść się nie mógł, dla siebie rozrzutny, dla nich był dosyć skąpy i grosza nie puszczał, pożyczać nie miał zwyczaju, ale karmił i poił chętnie, czynił uczęstnikami swych zabaw i nie zbywało mu na dworakach.
Tycio czytywał czasem późną jesienią francuzkie romanse, czasem gazety francuzkie, i na tem kończyła się jego literatura, której tyle tylko używał, ile niezbędnie potrzeba było, aby się nie wydać zardzewiałym i zacofanym w towarzystwie. A ie miał prócz tego talent muzykalny niepospolity i wiele wprawy, spiewając nieźle i grając biegle, muzyką zastępował literaturę, i nią się szczególniej sztukował.
Tego rodzaju ludzie rozumieć poczynają wreszcie, że w obec wieku tak poważnego jak nasz, czemś się wyekskuzować potrzeba z próinowania — biorąc więc sobie niby jakiś przedmiot i przed światem zasłaniając się nim jak parawanikiem, przedając go za cel główny i zajęcie, jedni tak niby uprawiają historją, drudzy sztukę, namaszczając się na mecenasów i pracowników, ażeby pod tym płaszczykiem mogli już próżnować bezkarnie.
P. Tytus więc był niby wielkim panem artystą, improwizował, mówił o muzyce z zapałem, protegował czasem sławnych koncertantów, i spełniał posłannictwo diletanta dość nieźle. Ale w istocie muzyka była dlań obojętną i nigdy z upragnienia jej nie siadł do fortepianu, surowiej o niej nie pomyślał, serce mu nie zabiło do arcydzieła — krytykować potrafił, stworzyć nic nie mógł.
Oprócz tego spełniał do czego się niby czuł obowiązanym z położenia wielkiego pana: miał konie i lubił je, admirował Zachód i cudzoziemskie doskonałości, dawał obiady, grał w karty, i prowadził życie do jakiego, wedle jego pojęć, powoływał go stan majątkowy. W żadne zresztą ekscentryzmy się nie wdawał, chłodny, rozważny, rachunkowy nawet, gdzie nie o jego własną przyjemność i dogodzenie fantazji chodziło, szedł za strumieniem zwyczajów, stosując się do nich niewolniczo.
Tak spędziwszy kilkanaście lat życia od chwili emancypacji, jeszcze się mając za zbyt młodego do ożenienia, które chciał mieć świetnem i wyrobić niem sobie wyższe stanowisko społeczne, Tytus trzpiotał się jak młokosik, i trochę zbytnio już czasem zarywał na studenta. W chwili, gdy mamy szczęście go poznać, dwie tylko sercowe (niby) sprawy go zajmowały (a bywało ich czasem więcej na raz), intryżka z panią Z. Z., która go już nieco nudziła, zwłaszcza że piętnastym czy szesnastym z rzędu był jej admiratorem szczęśliwym i od roku już w wiernych usługach zostawał, choć serce udziału w tej sprawie nie miało wcale; — powtóre, utrzymywał swoim kosztem przy świecach za piękną uchodzącą Adzię baletniczkę, która z nim już podróż do wód odbyła, i u niej dawał wesołe wieczorki przyjaciołom. Ta mu się już bardzo przejadła, bo się opatrzył za późno, że przypominała matczyne niegdyś pokojówki. Obie te panie już go nie bawiły wcale, szukał więc nowego zajęcia i jakoś wynaleźć go nie mógł. Zobaczywszy więc Dosię w Saskim Ogrodzie, zapalił się wielkim płomieniem do jej piękności i młodości, a próżność trochę go także podżegnęła. Kapitan wziął to zrazu za fantazyjkę przemijającą, ale hrabia wpadł do niego w parę dni potem rano z naleganiem, aby szukać Dosi i koniecznie ją wynaleźć, chcąc poznać bliżej koniecznie i stosunki z nią zawiązać. Nie było sposobu oprzeć się jego natarczywości.
— Ale mój hrabio — rzekł Rybacki — cóż chcesz? to śmieszna, żebym ci do wynalezienia jej miał służyć.
— Zrobisz to dla mnie, Rybasiu...
— I to szlachcianka, sierota, dziecko biedne...
— Dajże mi pokój! wszystkie one sieroty, i właśnie dla tego potrzebują opiekunów... no cóż tam strasznego!
— Wieśniaczka...
— To mnie właśnie wabi...
— Niewiedzieć jak do niej przystąpić.
— O to się nie frasuj, wskaż mi tylko gdzie jej szukać...
— Zdaje mi się — rzekł po chwili namysłu Rybacki — że niejaka Chyłkiewiczowa umieściła ją tymczasowo w hotelu Nadwiślańskim... jeśli się już z niego nie wyniosła, zawsze ta Chyłkiewiczowa wiedzieć o niej powinna.
— Więc jedźmy do hotelu, kapitanie, jeśli ci honor miły, jedźmy do hotelu — nastawał hrabia — jak mnie kochasz, pomagaj.
— Ale dajże mi hrabio pokój! jakąż bym rolę odegrał?
— Daj ty pokój a rób o co proszę, nie będziesz żałował.
— Oprzeć ci się nie można — rzekł kapitan.
— Ubieraj się, jedziemy...
Hrabia miał tego dnia skromny tylko koczyk wyglądający na doróżkę, parę koni małych w krakowskich chomątach i ludzi bez liberji; pojechali więc niepostrzeżeni do hotelu, umyślnie nie chcąc się tam pokazywać z ekwipażem, który by oczy zwracał; zostawili nawet kocz opodal, a kapitan mniej pokaźny, sam poszedł na zwiady do gospodyni. Nie wiedział on kto utrzymuje ten hotel i zdziwił się mocno, ujrzawszy znajomego sobie z dawnych czasów Kruczka, który już cale inaczej wyglądał, niż w one błogie chwile wycieczek do ogródków, gdzie bywał heroiną i tłumy młodzieży ciągnął za sobą.
— A! a! — zakrzyknął — to panią witam jako gospodynię?
— No! ja nią jestem — odparła uśmiechając się minionej przeszłości wystrojona Riebenowa — to cóż?
— Nic — winszuję! spoważniałeś mi Kruczku!
— Cóż tu pana do mnie sprowadza?
— Aleś mi się djable zmieniła, moje serce! — westchnął kapitan.
Gosposia prawie się rozgniewała.
— Porzuć pan to! no! — zawołała — czego pan chce?
— No! no! nie gniewaj-że się, postarzałaś — podchwycił kapitan — ale to kolej pantoflów i ludzi że się schodzić muszą; musisz teraz pieniądze zbierać! ba! i będziesz bogata, niechybnie...
— A dla czego, będziesz? — za wolała gosposia — jabym się już dziś na pańską kieszeń nie pomieniała. Ale czegoż pan chcesz? bo ja tu nie mam czasu...
— Ot, małej rzeczy — rzekł Rybacki.
— Ale ja mam nie jedno na głowie...
— Odpoczniesz, służąc mi do małej, istotnie małej rzeczy. Jest tu w twoim domu sierota niedawno przybyła, jej krewni...
— Cha! cha! krewni? no? co? kto? jacy krewny? jak się ona nazywa? — poczęła Rieben, domyślając się już o kogo chodziło.
— Imię ma Dorota, przywiozła ci ją Chyłkiewiczowa.
Jejmość rzuciła nań ukośne wejrzenie.
— Chcesz mnie pan oszukać? — zawołała — krewni! ona krewnych nie ma... a znowu dla ciebie stary, coś przywykł po drugich kości dogryzać, to nie jest kąsek... Co tobie do niej? Tu ciebie ktoś przysłał.
Kapitan oburzony porwał za kapelusz...
— Moja kochana — odezwał się dumnie — masz ochotę co zarobić czy nie?
— Czemu nie, ale nie od was — rzekła Rieben. Któż od ciebie co zarobił?
— Jest ona tu? — spytał niby nieposłyszawszy kapitan.
— Otóż nie ma! — odparła żydówka...
— Chyłkiewiczowa zabrała, co?
— Nie wiem kto... wyniosła się, wczoraj jeszcze... na miasto.
— No! to nie mamy co gadać.
Rieben pokiwała głową i rozśmiała się.
— Ale dokąd się przeniosła? — zagadnął kapitan, który pomiarkował po niewczasie, że bez trochy pochlebstwa nic z Kruczka nie dobędzie — starając się głosem i miną przymilić. — Mój Krusiu, dokąd? No, widzisz, — dodał — w istocie interesuje się tą sierotą hrabia Tytus; wiesz?
— Wiem, ten co na Nowym Swiecie mieszka, i Adzia, wiem! bogaty pan, ale skąpy!
— No! chcesz mu pomódz, skąpy nie będzie, ta sierota bardzo go obchodzi, jakaś daleka krewna czy coś, boi się żeby to nie przepadło?
Rieben stała milcząc z miną szyderską.
— Ale wiesz — dodał kapitan, zbliżając się do niej — że mi jeszcze ślicznie wyglądasz, doprawdy, przypatrzywszy się zyskujesz.
Pochlebstwo, choć późne, poskutkowało: Kruczek się uśmiechnął.
— Pan wie, że ja poszłam za mąż? — szepnęła gosposia.
— Doprawdy? winszuję tobie, i jemu, ale go dobrze w łapkach trzymasz zapewne — wstał śmiejąc się. — No, a gdzież się ta biedaczka przeniosła?
— Uważajcie tylko — mówiła dalej Rieben, poglądając to na kapitana, to w lustro — co to za gadzina z tej Chyłkiewiczowej, już ją opanowała.
— Tego prawie byłem świadkiem — rzekł figiel-adjutant.
— A, że do siebie do domu wziąć nie mogła, przywiozła ją tu do mnie, pomiarkowała się potem znać, i dziewczynie coś nagadawszy, już ją znowu gdzieś odebrała.
— Dokąd? do siebie?
— Nie! nie! będę ja to wiedzieć.
— Ale nie wiesz jeszcze, to mi było odrazu powiedzieć! — rzekł porywając za kapelusz Rybacki — bywaj zdrowa! — I pobiegł do powozu, w którym sparty na ręku ziewał hrabia Tytus.
— No! a cóż? — ozwał się żywo, wpatrując w kapitana — jest tu?
— Nie ma już, ale, powoli dojdziemy po nitce wszystkiego.
Tonnerre! — krzyknął rozpieszczony panicz.
— Nie piorunuj, znajdziemy ją jeszcze.
— Cóż się stało?
— Porwała ją Chyłkiewiczowa.
— Cóż to za jedna? możeby do niej się udać.
— Udamy się — rzekł zimno, siadając do powozu kapitan. — Znam tę jejmość, która z nią zrobiła w drodze znajomość, a choć z nią nie jesteśmy dobrze, jakoś to będzie.
— Jedźmy do niej.
— Właśnie! ruszaj, na Krakowskie.
— Na Krakowskie — powtórzył hrabia Tytus — bo to widzisz mój drogi Rybasiu, marzę już sobie, jakby to ślicznie było, żebym ją mógł zabrać z sobą do Włoch. Ja się znam na kobietach, bez zarozumienia — tyle ich widziałem, tylem ich porzucił! to piękność pierwszego rzędu! to madonna! cokolwiek świata, poloru, zrobiłbym z niej ideał, Aspazją, Lais, nająłbym dla niej śliczny apartamencik nie daleko od mojego, dałbym nauczycieli, ona warta tego, to musi być zaniedbane. Kto wie, może ma głos! Dopieroby się baby wściekały! a mężczyzni szaleli, tu żadna z tych kopciuszków nie warta jej trzewika rozwiązać.
— Ale diablą będę miał robotę z Chyłkiewiczową — rzekł kapitan mnąc wąsa — krwawego jej niegdyś wyrządziłem figla, tylko że to dawno, załatam tę sprawę jakoś, uda się nie uda, nie możesz hrabio wątpić o moich dobrych chęciach, poświęcam się cały.
— Rybasiu! serce! ja ci poprzysięgam dozgonną wdzięczność, codzień proszę cię na obiad, ja cię cenię, kocham, rób co możesz, chcesz cygara, Havana, prawdziwe!
— Tem się nie gardzi — odparł kapitan — biorąc dwa razem.
— Kochany Rybasiu, rób co można, ale, mieszkanie tej, jak się tam ona nazywa, może nadto znane, zatrzymaćby się może przed kamienicą Reslera, ty byś podszedł.
— No! dobrze i tak! stój! — zawołał Rybacki, wysiadając z powozu — widzisz hrabio, że się poświęcam.
— Nieoszacowany jesteś, kapitanie, tylko mi co stanowczego przynieś, chciałbym wiedzieć gdzie jej szukać, resztę mnie zostaw.
Hrabia miał się za tak potężnego Lovelaça, że był pewien zwycięztwa byle się pokazał, chodziło mu tylko o wiadomość, gdzie się Dosia znajduje, resztę brał na siebie. Kapitan pobiegł szybko i po numerach patrząc, znalazł łatwo dom, w którym na trzeciem piętrze mieściła się pani Chyłkiewiczowa. Ciemne i co raz ku górze brudniejsze wiodły do jej mieszkania wschody, nareszcie domacał się jakichś drzwiczek w zagłębieniu, z zasłonionem wewnątrz okienkiem, zaryglowanych. Leżała przy nich wywrócona miotła i szaflik z pomyjami, minąwszy tę barykadę, kapitan zapukał ostrożnie, i nie rychło, po kilkakrotnych sygnałach, brudna dzieweczka, lat około trzynastu mieć mogąca, chuda i blada, ukazała się, ostrożnie uchylając drzwi z zapytaniem: — Czego pan chce?
— Można się widzieć z panią Chyłkiewiczową? pilny interes! — rzekł Rybacki, i nie czekając pozwolenia i odpowiedzi, wparł się odrazu do przedpokoju zupełnie ciemnego, do drugich już drzwi dobierając się mimo krzyku i oporu służącej.
— Ale czegoż pan chcesz?
— Chcę i muszę się widzieć!
— Nie ma pani.
— Jak to nie ma? musi być!
— Nie ma, niech pan nie idzie!
W sąsiednim pokoju zrobił się szmer, i z głębi mieszkania wysunęła się zakwefiona kobieta, która prześliznęła się mimo kapitana szybko, jakby uciekała i wnet znikła na wschodach. Za nią tuż zjawiła się blondynka z zagniewaną twarzą.
— Co to jest! do czego puszczasz! kto taki? po co?
Kapitan już był w progu i kłaniał się uśmiechając.
— Słóweczko, moja pani, — rzekł — pozwolisz.
I znowu nie czekając pozwolenia, wszedł przebojem do pokoju.
Ledwie go poznawszy, więcej po głosie niż z twarzy, Chyłkiewiczowa oburzyła się niezmiernie.
— Co to pan ludzi nachodzisz! gwałt! jak to można, ja nie mogę, ja nie chcę.
— Ale ja mogę i chcę się widzieć z kochaną panią — odparł kapitan, który już siadł na kanapie.
— Niech pan wychodzi! co to jest!
— Tylko słówko! słóweczko; wiem kochana Chyłkosiu, żeś zawsze zajęta bardzo, ale to nic nie pomoże, musimy z sobą pogadać.
Nie było sposobu go wyparować, tak się już Rybacki szeroko rozparł na kanapce, w saloniku. Nie godziło się inaczej nazwać tego pokoju, chociaż wejście ciemne nie dawało mu prawa do tak świetnego imienia; był to przecie salonik widocznie. Dosyć mały, szufladkowaty, brudny, zawierał jednak kanapę, stół przed nią, stary zegar alabastrowy na komodzie zastawionej filiżankami, a okno miał wykwintną choć spyloną zawieszone firanką. Powietrze w nim było duszne jakieś i zamknięte, jedno okno wychodziło w ciasne podwórko i zamiast promieni słonecznych, płowe odbicie muru sąsiedniego, oświecało izbę bawialną. Zapach jakichś stęchlizny i wyziewów kuchennych, czynił tu pobyt nieznośnym, ale kapitan wcale na okrążającą nie zważając atmosferę, ani na krzyczącą i niecierpliwiącą się gospodynię domu, rozglądał się w około z uśmiechem.
— Siadaj-że no, moja śliczna — rzekł — darmo drzeć się będziesz, ja się muszę rozmówić.
— Ja nie chcę żadnego mieć z panem interesu.
— Cóż z tego, kiedy ja chcę! jedno z nas ustąpić musi.
— Co to jest? gwałt? napaść?
— Widzisz, że gwałt chyba kanapie się dzieje.
— Awantura! awantura! — wolała blondynka, która ten wyraz lubiła bardzo — idź pan sobie, idź bo...
— Serce moje najdroższe — przerwał kapitan — powiedz za co ty się tak gniewasz na mnie, żeś nawet mówić ze mną w drodze nie chciała? mnie to na sercu leży.
— A! pan nie wiesz!
— Stare dzieje! mogłaś dawno zapomnieć, wiesz, że ja ci zawsze sprzyjałem. Ten Bocian! wiem że mi go przebaczysz!
— Pięknie! idź pan sobie.
— No, będzie zgoda?
— Nie! — i potrzęsła głową przechadzając się — nigdy!
— Jakże cię przebłagać! na kolanach! — rzekł żartując kapitan — rozumie się na twoich, no! to siądę!
— Pan wiesz, że kobieta nie przebacza.
— Jakto? nigdy?
— Nigdy!
— No! ale ty jesteś wyjątkiem, znam twe serce — dodał wpół szydersko — dasz mi się przeprosić.
— Pan wiesz, że mnie obraziłeś śmiertelnie — odwracając się zawołała blondynka — ale usiadła już naprzeciw kapitana nieco udobruchana. Albo i teraz — dodała — cóż to karczma? jak to można gwałtem wchodzić, cóż to mój dom taki już, że nawet nie wart...
— Ale pilny interes — zawołał Rybacki.
— A cóż to za interes?
— Dla ciebie złotym go nazwać można, wiesz, tą sierotę która jechała z nami, co to ją umieściłaś w Nadwiślańskim hotelu?
— Już wie i o tem!!
— Wiem i to, że jej tam już nie ma.
— A co panu do niej?
— Mnie nic, zapewne, ale ona ma krewnych którzy jej szukają.
— A pan faktorujesz! — rozśmiała się Chyłkiewiczowa zwycięzko — ślicznie! znam ja tych krewnych.
Kapitan zagryzł usta ze złości, i byłby w pierwszym impecie babę zgruchotał, gdyby się nie pomiarkował, że jej potrzebuje.
— Co pleciesz, warjatko!
— No! a jakże się to nazywa? — zawołała śmiejąc się.
— Słuchaj no, tu nie o to chodzi; familja, rozumiesz, ona ma krewnych bogatych i w znaczeniu, którzy ją odszukać muszą. Chcesz co zarobić? no, to pomóż, powiedz gdzieś ją podziała?
— Albo ja wiem gdzie ona jest! Kto ją podział? ona sama, odczep się pan odemnie!
— Nie wiesz o niej?
— Nie wiem.
— No! no! nie drwij sobie tylko; Riebenowa mi wszystko powiedziała.
— Na cóż się panu pytać?
— Tyś ją wykradła z hotelu.
Chyłkiewiczowa ruszyła ramionami.
— Co to? małe dziecko, czy co? porzuć pan to, i daj mi pokój; ja mam moje interesa, a czasu na to tracić nie mogę, — dodała wkładając rękawiczki i biorąc kapelusz ze stolika — to nie moja rzecz.
I odwróciła się żywo, wołając:
— Poruczniku! poruczniku!
Z drugiej izdebki obok, na zawołanie to, ze stukiem wybiegł ogromny, barczysty mężczyzna z łokciowemi wąsami, w surducie mundurowym wyszarzanym, z wstążeczką. Twarz jego była najsmutniejszym wizerunkiem na ostatni szczebel spadłego człowieka, oczy miał prawie białe, wyblakłe, policzki schudzone i trądem okryte, usta zwilgotniałe i popękane, brodę nieogoloną, włos w nieładzie, ale mimo to nadrabiał miną groźną, i z pod brwi nawisłych spojrzał zrazu ostro na kapitana; powoli z miny jaką zrobił dla ustraszenia go, schodząc na zakłopotanie i pokorę, spuścił wzrok zawstydzony i zbiedzony!
— Chochlik? a ty tu co robisz? — zawołał zrywając się z kanapy zdziwiony kapitan.
Chyłkiewiczowa zadrżała słysząc te słowa — gniewnie spojrzała na towarzysza swego i chciała wyjść zaraz, ale ją ciekawość wstrzymała.
— Cóż to jest, do tysiąc djabłów! — spytał kapitan; — ożeniłeś się z nią, czy co?
— Nie, panie kapitanie — odparł, językiem wodząc po ustach, widocznie zmięszany porucznik — nie, to tak sobie proszę pana.
— Ale cóż tu u niej robisz?
— At, stoję na kwaterze — wybąknął Chochlik — bieda! zwyczajnie, okoliczności niektóre, czasem się posłuży pani Chyłkiewiczowej, a jest kąt.
Gospodyni była wielce zmięszana.
— Przecież nie służysz u niej? — zapytał Rybacki.
— Ale nie, panie kapitanie, przyjaźń... tego... zwyczajnie, kobieta potrzebuje czasem protekcji.
— A! rozumiem, stajesz w obronie płci pięknej po rycersku — uśmiechnął się Rybacki... — a! biedaku, jakżeś to spadł nizko!... żal mi cię... gotóweś się w ostatku ożenić!
— Chowaj Boże panie kapitanie, oburzył się Chochlik — chowaj Boże, a mnie to na co! ale człek biedny, a jest taki kąt i łyżka strawy, a kobieta niczego...
Chyłkiewiczowa aż pięści zacisnęła z gniewu, z którym gotowała się później dopiero wybuchnąć, kapitan się rozśmiał ruszając ramionami.
— A no, kiedyś tu tak dobrze położony — rzekł Rybacki — pomóż-że mi i wstaw się za mną, kolego... niech się nie dąsa i odpowie mi na pytanie...
— Ale no, kiedy pan kapitan się pyta, odpowiedz bo pani...
— Patrz! patrz! będzie mnie rozkazywał — ofuknęła się z pasją kobieta... — a do budy kondlu! a do budy! słyszysz! dodała wskazując drzwi izdebki — idź mi zaraz... a nie, to precz... i nie wracać! słyszysz!
I w gniewie trzęsąc się przyskoczyła do niego; Chochlik zdawał się chwilę wahać, czy oprzeć się czy uledz, błagające wejrzenie rzucił na kapitana, westchnął ciężko, zrobił zwrot w lewo w miejscu, po żołniersku i skrył się w izdebce wskazanej, której drzwi zatrzasnęła za nim kobieta, śmiejąc się głośno.
Rybacki zniecierpliwiony pochwycił za czapkę.
— Słuchaj — rzekł surowo — jedno co tylko powiem, pamiętaj żebyś tego nie żałowała, że mnie z niczem wyprawiasz.
— O! zapewne! — drwiąc krzyknęła zagniewana kobieta — awantury! awantury! Ruszaj pan sobie do Magesowej; u mnie się tu takie interesa nie robią!... I drzwi zatrzasnąwszy, wyszła nie chcąc słuchać więcej.
Kapitan, rad nierad, musiał pomyślawszy odejść przeklinając upor obrażonej kobiety, i już był na dole w ciemnym korytarzu, gdy uczuł blizko siebie kogoś, ręką mu zastawiającego drogę.
Był to ów Chochlik, witający go ruchem pokornym i milcząco proszący o jałmużnę, Rybacki rzucił mu na dłoń brudną dwuzłotówkę.
— Biedaku! cóż ty tu porabiasz? — zapytał...
— A cóż? nie ma co się wypierać, służę z biedy... ona mi jeść daje i mam się gdzie schronić, a jak potrzeba wstawię się... czasem muszę burdę zrobić lub ze wschodów zepchnąć, a i guza oberwać... Ot, dziękuję panu, bom dawno tytuniu nie palił, a ta... zaraza... — rzekł — skąpa, nic nie daje...
— Jakżeś ty tak upadł, Chochliku?
— Jak! at! co to gadać... — chowając pieniądz i robiąc się dumniejszym dodał porucznik — to jednak nie zła kobieta, usłużna! nie głupia, i grosz ma... A cóż było robić, nieszczęścia się na mnie spiknęły... źli ludzie... los, prześladowanie... w malikowaty dzień się rodziłem...
I nie tłómacząc się więcej, Chochlik z dwuzłotówką co prędzej pociągnął do blizkiego szynku...



Nie długo pobywszy w Nadwiślańskim hotelu Dosia postrzegła, że zostając w nim nadal, naraziłaby się, jeśli nie na inne, to na widoczne niebezpieczeństwo odarcia z grosza ostatniego. Przestroga biednej Halki, jakiś instynkt szczęśliwy, który ją prowadził, zmusiły pomyśleć o sobie i szukać sposobów do wydobycia się ze szpon dwóch kobiet, których troskliwość i nadskakiwania przestraszyły ją. Z kilku słów biednej służącej więcej się domyśliła sierota, niż z postępowania pani Rieben, utaiła w sobie niepokój, milczała do czasu, ale nie byłaby sobie dała rady sama, gdyby w mieście nie spotkała owego młodego chłopca z dyliżansu, który tak ją zjadał oczyma. Poczciwe chłopię, w którego twarzy czytała Dosia cześć i uwielbienie dla siebie, stanęło na widok ideału, z wyrazem zachwytu tak szczerego, że sierotę ośmieliła jego pokora... Wahała się z początku, czy na jego błagający ukłon odpowiedzieć, czy z nim odnowić znajomość, ale potrzebowała pomocy, czując, że sobie nie da rady sama, i odpowiedziała skinieniem głowy, zatrzymując się.
— Czy mogę pani być w czem użytecznym? zapytał bojaźliwie przystępując Leon.
— A! i bardzo — szepnęła Dosia — chodźmy powoli, powiem to panu w drodze... sama nie wiem co począć... nikogo tu nie znam, boję się wszystkich...
— Nie lękaj się pani mnie przynajmniej — odparł Leon kładąc rękę na sercu — młode serce cieplejsze i szczersze od starych i zwiędłych... gotów jestem na wszystko co pani rozkażesz... uwierz mi, a ja nie zawiodę ufności.
Mówił to tak gorąco młody artysta, z takiem przejęciem, z tak załzawionem okiem i taką radością, że Dosia spojrzawszy nań uczuła się wszechwładną panią, i już obawiać się nie miała powodu, bo go wejrzeniem poznała do głębi. Instynkt mówił jej, że uczyni z nim co zechce, że to będzie sługa jej i niewolnik...
— Bądź mi pan bratem! zawołała po chwili.
— Na Boga, na matkę moją, klnę ci się pani! — odparł Leon, że wiernie ci służyć pragnę, jak siostrze...
— Dobrze więc — przerwała Dosia żywo — mnie się z tego mieszkania, w którem jestem uwolnić potrzeba... wynajdź mi pan izdebkę osobną, cichą, spokojną, bezpieczną... chcę pracować.
Z radością, i wyrazem zapału artysta spojrzał jej w oczy.
— Poczciwa służąca ostrzegła mnie — dorzuciła Dosia — wiem co mi grozi, te kobiety... czekają bym do ostatniego straciła grosza i chcą korzystać ze mnie... zaprządz mnie w ohydną niewolę... Ja się pragnę oswobodzić! Znajdź mi pan mieszkanko, osobne, malutkie... i zajedź wieczorem... jutro, kiedy zechcesz, po mnie... opłacę i wyniosę się z hotelu.
— Bóg pani tę myśl natchnął! — zawołał Leon... — zrobię jak każesz, lecę natychmiast... nie stracę chwili...
— Idź-że pan, żeby nas nie postrzeżono razem... kto wie! może mnie szpiegują... wszystkiego się obawiam...
Leon nie chcąc być dłużej natrętnym, strzałą poleciał rozmarzony w miasto, tak szczęśliwy z tych słów kilku i zaufania, jakby najwyższy cel pragnień osiągnął.
Chłopak to był ubogi, który się sposobił na artystę, nie tak jak zwykle młodzi się u nas przygotowują, hulanką, rozpasaniem i próżnowaniem, ale szczerą pracą i nauką. Sam dotąd wszystko był winien sobie, trochę losowi, który mu widzenie dzieł sztuki nastręczył, trochę poetycznej naturze i usposobieniu odpychającemu od pospolitych i przybrukanych przyjemności zwykłego artystów żywota. Dziecko naiwnością, mężczyzną był pojęciem obowiązków i surowością względem siebie... Ale ta postać, którą jeszcze spotkamy i bliżej damy poznać, w tej chwili nie wyciąga po nas więcej nad kilka rysów pobieżnych...
Dosia ledwie wzrokiem roztargnionym go pożegnawszy, poszła dalej zadumana i smutna.
W jej duszy dziwne się teraz działy rzeczy... Po życiu, w którem nie miała prawie woli, bo jej wśród wymierzonych i jednostajnych godzin jego, użyć nie mogła — nagle przeszedłszy w swobodę, zmuszona kierować sama sobą, to gwałtownie rzucała się naprzód, to zastanawiała przerażona, oczekując pomocy, do której przywykła, w którą ufała, jeśli nie od ludzi, to od losu. W snach dotąd widywała tylko pomyślność, doznawała pieszczot samych, praca wydawała się jej straszną... chciała cudu i oglądała się rychło ją owionie... przeszłość tak dziwnie odbijała od teraźniejszości, że w ostatnią nie wierzyła, tylko jak w sen przemijający. Coś jej szeptało do ucha, że panować musi, że cierpieć nie może, że cały świat winien jej hołdy i pomoc... za co? dla czego? tego sobie nie tłómaczyła, ale czuła się w duszy królową. Wśród przechadzki tej, Halka, którą jej pani Rieben znowu za towarzyszkę dodała, domyśliła się z kilku słów schwyconych z rozmowy, że sierota zamierza się wynieść z hotelu, i nim powrócili do wrót, uśpieszyła z prośbą, żeby ją z sobą zabrała Dosia na nowe mieszkanie.
— Panienecko złota — odezwała się przyśpieszając kroku... — weźcież i mnie z sobą... tać sługi potrzebujecie... no, toć ja lepiej posłuzę, nie chwalący się, jak druga... zobacycie.
— Ale czem-że ja ci zapłacę? spytała się Dosia rada nowej towarzyszce.
— A cemże byście innej płacili? toć się bez usługi nie obendziecie? ja tam i tak wiele nie biorę... a ze się psydam, to taki prawda... O płacę się tam kłócić nie będziemy; ja jej u Riebenowej i tak nie widzę, bo strofują, aż wykwitują... a wy mi dacie co będziecie mieli, i poczekać mogę, bo mam kilka groszy... Później mi dacie, tać nie zginie, ino mnie zabierzcie z sobą...
— A jak nam obu chleba zabraknie? — spytała Dosia...
— Gdzie zaś! jakbyśmy sobie rady nie dali! zobacycie...
I tak nagliła i prosiła sierotę, że się w końcu zgodzić musiała zabrać ją z sobą, co zresztą w pierwszej chwili na nowem gospodarstwie było jej bardzo na rękę...
O mroku Leon przybył z dorożką, prędko upakowano rzeczy, gdy Riebenowa dowiedziawszy się o tem, jak piorun wbiegła zaperzona do izdebki, z wymówkami, pretensjami, niemal gwałtem chcąc Dosię zatrzymać; ale młody człowiek stanął w jej obronie, rozpłacono się i sierota uczuła się swobodną, gdy za bramę hotelu się dostała, choć wolność swoją okupić musiała sceną jakiej się nie mogła spodziewać. Na progu jeszcze gospodyni wybiegła z hałasem, który wszystkich ludzi sprowadził do bramy, i krzyczała a ujadała tak, że Leon musiał użyć groźby, aby jej usta zamknąć.
Młody artysta cały dzień spędził na poszukiwaniu mieszkania, i nie łatwo mu się o nie przyszło wystarać; chciał on Dosię umieścić gdzieś blizko siebie, aby mógł na nią patrzeć zdaleka i przyjść w pomoc w razie potrzeby; ale obiegł daremnie kawał miasta i nic stosownego nie znalazł. W wielu domach, dowiadując się że mieszkanie ma być zajęte przez młode dziewczę same jedno, nie chciano lokatorki takiej wpuszczać, czego Leon nie pojmował. Próżno malował im ją w najpiękniejszem świetle: im więcej nastawał na jej opuszczenie i sieroctwo, tem się więcej odstręczali gospodarze. Tak zszedłszy cały Nowy Świat i Krakowskie, gdzie mu się znów kilka wyśmienitych mieszkań trafiało, których dla różnorodnego sąsiedztwa nie najął, zapędził się powoli aż na Stare Miasto, namyślając się już czyby nie najlepiej było swojego pokoju Dosi ustąpić. Tu go uderzył napis na starym okopconym domu w rynku Starego Miasta przyczepiony:

Mieszkanie kawalerskie do najęcia.

Zdało mu się, że kawalerski pokoik mógł równie służyć biednej dziewczynie i uważniej począł się rozpatrywać w tym domu. Była to znać kamienica kilkowiekowa, o trzech oknach od ulicy, i trzech piąterkach, z których ostatnie składało się z poddasza oszczędnie przerobionego na mieszkanie.
Szeroka a nizka sień sklepiona, przy której szczęściem nie było szynku, ale cichy za to kramik kiełbaśnika... wiodła do wnętrza domu o grubych murach, ciemnych przejściach, oznaczonego tym charakterem jaki na sobie noszą wszystkie domy średniowieczne, budowane na długie rachując lata, więcej z instynktu niż potrzeby o kilkołokciowych ścianach, a nie bardzo zręcznie wśród nich umieszczonych małych izdebkach, w których niewygodnie, ale z uczuciem bezpieczeństwa mieszkano. Wszystko to było pozostałością innego rodzaju życia i obyczajów, przypominało wieki w których niedbano o wygodę a w domu widziano twierdzę tylko i namiot jeszcze; — kształty drzwi ciężkich i pookowywanych żelaznemi sztabami, wązkie okna wgłębione w framugach, wschody strome, murki, nisze, filary grube i ciężkie, stare kraty śluserską wyrabiane sztuką w misterne floresy, dziwnie tu wyglądały dla oczów przywykłych do wytworniejszych kształtów dzisiejszego budownictwa. Zdawało się nawet artyście, że człowiek sam inaczej się tu jakoś przedstawiał, że głos jego kradły mury grube i tłumiły go; trudno było w ciemności i labiryncie przejść nie znając miejscowości, wynaleźć drzwi i wschody, tak je pochował architekt skrzętnie, mnożąc tajemnice i zagadki w tej budowie, której ideą główną był strach napaści i staranie o niepożytą trwałość. Zapukawszy parę razy do podwoi żelazem pokrywanych, które stały w milczeniu jak zaklęte, trafił przecie Leon obywszy się z mrokiem, który tu panował we dnie, na kobietę ze służby gospodarza domu, ofiarującą się pokazać mu mieszkanie do najęcia. — Powiodła go ona, po wschodkach ciemnych i ciasnych, coraz węższych i mniej wygodnych, aż na owe trzecie piętro. Sam pan, zapewne posłyszawszy ruch w domu do którego nie przywykł, wysunął się w pantoflach, szlafmycy, okularach i szlafroku na przedsień, co by tam było, a dowiedziawszy się o lokatorze, ujął pęk kluczów i przewodniczył obejrzeniu.
Staruszek ów, spokojnej jakiejś natury, flegmatyk temperamentem i wiekiem, miał w sobie nieco żywiołu niemieckiego, ale minę uczciwą; obejrzał naprzód uważnie Leona, w którym się domyślał przyszłego sąsiada, a potem wyszukawszy numerowanego klucza, wprowadził go naprzód do ciasnego przedpokoiku, wreszcie do mało co większej izdebki, z której widok wynagradzał inne jej niedogodności. Okna bowiem nie na rynek, jak Leon się spodziewał, ale ku Wiśle wychodziły, a z nich szeroki i prześliczny odkrywał się krajobraz, tęskny, mglisty, ogromny, płowy od piasków, a taki Mazowiecki!
Ogrom wody i niebios, przestrzeń niezmierną z czarnemi lasy w głębi widać było z okienka, i brzeg Wiślany a po za nim kraju kawał, oko mogło pobujać i we mgłach tonąc pójść na koniec świata... Zdawało się, że i tchnąć tu było lepiej, i powietrze czystsze, a mała izdebka ogromnym widokiem rosła... choć w niej ledwie było gdzie postawić łóżeczko, stoliczek i krzeseł parę...
— Otóż masz, kawalerze — począł gospodarz, kraciastą chustą ucierając nos, z uwagą, aby z niego okularów nie zrzucić — pokoik śliczny... widok pyszny... powietrze stanie za obiad... Niech pan pociągnie, co to za powietrze! Hm! widzi pan... prawda? jak na wsi... jest czem tchnąć... suchotnikowi nawet byłoby tu zdrowo...
— Ale ciaśniutko, kochany panie...
— Ciasno? co ja słyszę? a na co to człowiekowi szerokich pokoi... konno tu jeździć nie będziecie... ani balów wyprawiać — dodał pan Sturba.
— Ja to nie dla siebie najmuję...
— A dla kogoż?
— Dla mojej siostry.
Gospodarz spojrzał mu w oczy, zobaczył rumieniec i nosem pokręcił.
— Zamężna? — począł indagację.
— Nie.
— Młoda?
— Młoda.
— Panna?
— Tak jest.
— To sęk — rzekł Sturba — to sęk... hm! widzisz pan, potrzebuję znać i wiedzieć kogo będę miał w domu... dom, mój spokojny i uczciwy.
— Ależ ja ręczę za siostry mojej spokojność i uczciwość.
— Nie ujmuję nikomu — rzekł gospodarz — ale różne są młodzieży obyczaje i zwyczaje, a młodość niebezpiecznym często gościem pod dachem starych jak ja ludzi; młodość pali, wre i szumi, kawalerze... juścićbym sobie młyna na górze nie chciał postawić.
— Ale to dziecko prawie, sierota, wczoraj ze wsi przybyła.
— Hm! tak? toby było co innego, kawalerze... Słowo? słowo honoru? siostra waćpana, słowo mi dasz że siostra?
Staruszek miał minę poczciwą.
— Jeżeli tak — rzekł Leon — powiem panu szczerze: słowa honoru nie dam że siostra, ale na to słowo daję, że dla domu twego żadnego nie ma niebezpieczeństwa; spokojne i bojaźliwe dziecko...
— Hm! to mnie cieszy, że i waćpan nie chciał mi skłamać — rzekł Sturba — no! zgoda, przyjmę, zresztą co mi tam, byle mi pokoju nie mącono... a pali cygara, kawalerze?
— Ale gdzież znowu?
— No, i to dobrze... znak ważny... przyjmę... znak ważny... przyjmę... sama jedna?
— Ze służącą, sądzę...
— Stan? zajęcie?
— Sierota, szukająca właśnie pracy i sposobu do życia.
Stary poprawił szlafmycy.
— Ryzyko — rzekł po cichu — a! ale poprobujmy, miesiąc to nie rok.
Zgodzili się od słowa, bo pan Sturba nie cenił wysoko i podali sobie ręce; staruszek był jakiś poczciwy, łagodny, powolny i znać w twarzach czytać nauczyło go doświadczenie, bo Leonowi uwierzył.
W tem to ciasnem i ubogiem na wyżynie mieszkaniu, Dosia po raz drugi w Warszawie rozwiązywała ubogi swój węzełek, i spokojniejsza nieco, poczęła się powoli rozgospodarowywać. Instynkt kobiecy porządku pomógł jej z tej ciupki zrobić niby świeżą celę klasztorną, której szeroki widok nadawał wdzięk, jaki się rzadko spotyka w mieście, gdzie mury, kominy i ściany szare wszędzie nastręczają się oku. Tu i żywy ruch wybrzeża i płynące statki i trochę domków widać było z wysoka, a w głąb uciekało oko tak daleko, swobodnie, jak jaskółki co się unosiły nad wodami i piaski. Lepiej tu było Dosi, ciszej, spokojniej, choć trochę ciasno, i w duszy podziękowała za tę ptasią klatkę swojemu młodemu opiekunowi, który ją u drzwi mieszkania, nie chcąc być natrętnym pożegnał.
Ledwie się Dosia potrafiła nieco ułożyć, gdy gospodarz, znać niespokojny o nową lokatorkę, wszedł z pierwszą wizytą, ale tą razą we fraku granatowym, starym kapeluszu, z trzciną w ręku, paradny, ogolony, bo się na wiseczka do przyjaciela wybierał. Był to stary kawaler niegdyś urzędnik, dziś amator partji wista skromnej, kanarków i Kurjerka, człowiek regularny jak zegarek i dom swój utrzymujący ze staraniem największem, bo w nim i z niego żył tylko. Że liczył już lat z górą sześćdziesiąt, choć czerstwy i rzeźwy, nie miał już wcale pretensji do niczego, kobiet się bojąc jak ognia, a pocichu utrzymując, że to były istoty krzykliwe i nieczyste, które tylko za młodu się znosi; posługiwał się starym sługą i kucharką, w kamienicy niezmiernie ostrą utrzymując policję, i wybierając sobie lokatorów więcej od fantazji niż dla pieniędzy.
— Daniel Sturba — rzekł wchodząc powoli gospodarz, z powitaniem — mościa panno! — I usiadł w krześle spierając ręce na lasce, a z widoczną pociechą przypatrując się pięknej i bojaźliwej dziewczynie, która nie wiedziała jak przemówić do niego. — No, jakże się tu panience podoba?
— Trochę wysoko... trochę ciasno, ale ładnie — odezwała się ośmielona Dosia.
— Tak jest, trochę wysoko — powtórzył zwolna Sturba — sześćdziesiąt kilka wschodów... ale dobre, mocne... ciasno, zapewne... ale czysto, a widok, a powietrze! proszę pociągnąć — dodał wedle zwyczaju... Hm! to stancyjka nieopłacona... w lecie wprawdzie bywa gorąco... ale tak też być powinno... w zimie chłodnawo... jednak się ogrzewa, gdy jest po temu staranie i regularność w paleniu. Ale powietrze! powietrze, nieopłacone powietrze! mościa panno!
Dosia uśmiechnęła się ze staruszka, którego lepszym i naiwniejszym znalazła od Warszawiaków, jakich dotąd poznała; przypominał jej Jana organistę.
— Otóż tak — rzekł zbierając jelonkowe rękawiczki gospodarz — witając ją mam honor uprzedzić, że w domu moim przyzwoitość i dobre a spokojne prowadzenie się są najpilniej przestrzegane... hałasów i stukań, brudu i nieczystości nie cierpię... ot co i chciałem powiedzieć i dobrej nocy życzę... Na śmiecie jest wóz osobny, na pomyje rynwa umyślnie.
To mówiąc nałożył powoli kapelusz, spojrzał na zegarek i wysunął się drzwi przymykając uważnie.
Wieczorem przybiegła Halka, która numer domu wiedziała, a że leciała z pospiechem po wschodach, nastraszył się trochę poczciwy Sturba, który wróciwszy z wista, w szlafmycy siedział czekając wody na nogi, i wybiegł aż przededrzwi zobaczyć kto tam tak stuka, tolerując jednakże to impetyczne bieganie, jako pierwszy raz trafiające się, choć głową pokiwał strasznie. Halce nie podobała się izdebka, widok dla niej był obojętny, powietrza nie czuła, a ciasnota i brak kuchenki przykre wydały... nie miała gdzie gospodarować. Zaraz nazajutrz wybierała się rozpocząć starania o wyrobienie sobie kąska dodatkowego, a tymczasem krzątała się i gadała wesoło do późnej nocy.
Nazajutrz rano Leon był u drzwi pukając nieśmiało. Dosia mu je sama otworzyła z uśmiechem, witając go bez obawy, bo w nim czuła posłuszną sobie i bojaźliwą istotę...
— Patrz pan — zawołała — jak mi tu dobrze i ładnie... bardzo jestem konteta i bardzo wdzięczna panu.
— A tymczasem wyszukamy coś lepszego — dodał młody chłopiec siadając. Ja, jako przybrany opiekun, chcę naprzód wiedzieć, co pani myślisz, co zamierzasz, bo muszę wiedzieć wszystko.
— O! trudno bo mi się wytłumaczyć z tego, czego ja sama jeszcze dobrze nie wiem — odpowiedziała Dosia patrząc nań czarnemi ognistemi oczyma — ufam, że się coś znajdzie dla mnie, gdzie jest dla tylu... los, opatrzność, ludzie mnie nie opuszczą.
— Więc ja się wprzód przed panią wyspowiadam — przerwał Leon, którego ten wzrok mięszał i oszalał — pani mię nie znasz, muszę jej słowo powiedzieć o sobie. Ja także przybyłem do miasta uczyć się i pracować; mam od rodziców, biednych jak ja, trochę grosza na parę pierwszych miesięcy, dalej muszę na chleb własny zapracować w mieście, gdzie tysiąc jest ludzi umiejętniejszych, znajomszych odemnie, mających stosunki i przyjaciół... ale i ja nie tracę nadziei... będę malował portrety i szyldy, nawet jeśli trzeba...
— Ja nawet nie wiem co robić będę; mało umiem i mniej od pana radę sobie dać potrafię — przerwała Dosia.
— Cóż myślisz pani robić?
— Nic, lub tak jak nic nie umiem, prześpiewałam młodość moją.
— Ale nauczyć się tak łatwo... w tym wieku tyle mamy siły i życia!
— Jam nawet nie przywykła do pracy! — westchnęła Dosia.
— Przyjdzie to powoli.
Tak się poczęła poufna rozmowa; sierota nieznacznie z potrzeby poskarżenia się, jęła się opisu swojej przeszłości, którego Leon wysłuchał z drżeniem, łzą w oku i wiarą.
Dosia musiała tak ubarwić ten obraz, tak go uczynić zajmującym, tak mimowolnie w poetyczne ubrała go farby, że słuchając młody człowiek wzruszony był i przejęty do głębi, bał się odetchnąć, wrzucić słowo, by nie stracić wyrazu. Żywe dziecię wsi najprawdziwsze życia swego wypadki widziało teraz w tem świetle jaskrawem, które je czyniły nieprawdopodobnemi prawie; ale Leon uwierzył wszystkiemu, zabolał i tajemnicy jakiejś otaczającej sierotę rad był, bo z nią powabniejszą jeszcze mu się wydała prześliczna dzieweczka.
Ten zwrot powieści Dosi, która mu się wystawiała jako ofiara, w głębi serca zastraszył może Leona, rozpoznającego, że była pieszczoną do zbytku i nadto zakochaną w sobie; ale w jej oczach tyle było wdzięku przy opowiadaniu dziwnej historji, w twarzy tyle uroku, w głosie takiego coś pociągającego, że słabą ją, nieco rozmarzoną i pieszczoszką poznając, nietylko nie ostygł dla niej młody chłopak, ale się do niej więcej przywiązał jeszcze. Ona tak potrzebowała opieki, tak wierzyła w to, że ma do niej prawo! Słabostka odkryta łatwo, zbliżyła tylko litością Leona do niej, ideał zszedł z piedestalu, ale w większym jaśniał mu blasku.
Są w życiu takie pociągi nie wytłumaczone dwóch pokrewnych jestestw, których nic złamać nie może, choćby nie były wzajemne i sił nie czerpały we wspólnem poświęceniu; są namiętności niezbadane i niezwyciężone, a taką właśnie miłość, którą na pierwsze wejrzenie uczuł Leon dla Dosi. Teraz gdy bliżej go traf do niej przysunął, uczuł, że niżej od niego stała umysłem, że serce jej zajęte sobą, nie zdolne było może do nikogo się silniej przywiązać, ani zdobyć na wielkie poświęcenie — ale nie zrażony tem wszystkiem, wpatrując się w nią coraz goręcej, rozpłomieniał. Czuł jak mu się zawracała głowa, jak panem siebie być przestawał, ale siły mu brakło by się dzwignąć i otrząsnąć; oko Dosi widziało wrażenie i choć serce nie uderzyło ni razu, duma była połechtaną, zwycięztwo łatwe poiło jakiemś nieznanem uczuciem rozkoszy.
Miłość Leona dla sieroty, w zarodzie swoim tem niebezpieczniejszą była namiętnością, że nie cielesną, ale ozłoconą pragnieniem duszy nigdy nie nasyconej, poetyczną i czystą, życie też pochłonąć mogła. Całkiem inaczej poglądała Dosia na niego: czuła się panią, przywiązywało ją trochę litości, trochę wdzięczności, próżność i chęć panowania, serce jej pozostało uśpione. Są istoty, w których się ono nie odzywa, aż pociągnione szałem głowy, marzeniem, rozgrzaną falą wyobraźni, którym się czasem zdaje, że kochają, gdy w nich na klęczkach błagając niewolnik, wymodli wzruszenia trochę, ale Bóg, stwarzając je na męczarnie dla drugich, potrójną miedzią pierś otoczył, wedle słów rzymskiego poety.
Chociaż Leon jest dla nas postacią podrzędną, którą w ciągu dalszym powieści stracić prawie z oczów musimy, kilka słów o nim zdaje się nam tu konieczne. Kora, (tak się nazywał), wyszedł był niedawno ze szkół Lubelskich, dziecię ubogich rodziców, którzy pracując w pocie czoła, żyli w małem miasteczku z urzędu, jaki ojciec Leona zajmował, zrazu nie mogli nawet i nie mieli o czem syna na naukę oddawać, późno go tam posłali, i w dwudziestu kilku leciech ledwie je mógł skończyć. Ubóstwo nie dozwalało nawet myśleć o dalszem jego kształceniu się w uniwersytecie; na to potrzeba było kosztów znacznych, a pięcioro w domu dzieci wyglądało powszedniego chleba, na których dwoje starych ledwie mogli zapracować. Leon prawie wszystko winien był sobie: pracował gorąco, i nie dla wyrobienia sobie przyszłości, chleba i grosza, ale dla wykształcenia wewnętrznego, którego zawczasu umiała zapragnąć jego dusza. Chwytał, pożerał, układał w sobie co mógł gdzie uzbierać, noce spędzał bezsennie, uczył się, przeuczał i trudem ogromnym potrafił zastąpić niedostateczność środków wychowania. Szczęściem, choć śmiały i nie ulękniony, porywał się z małemi zasoby na najpotężniejsze zawady, nie miał tego zarodku pychy i zarozumiałości, który tyle wyższych umysłów przykuwa i zamyka w kole obłędu, nie dając im wynijść z niego. Umiał uznać omyłkę gdy ją popełnił, poczuć swą słabość, wrócić gdy było potrzeba i iść dalej mimo trudności tysiąca. To poczucie ułomności ludzkiej w sobie, które nie każdy posiada, bo na niem zbywa czasem najsilniej uorganizowanym umysłom, było właśnie jednym z przymiotów świetniejszą przyszłość zapowiadających biednemu chłopcu. Nie zbywało mu przytem ani na pojętności, rozwinionej potrzebą kształcenia się bez niczyjej pomocy, ani na rozsądku zimnym chwilami, który u niego był jednym z podrzędnych sług serca i fantazji. Pojmował chłodno, ale czuł gorąco, umiał znijść w matematyczny świat prawd suchych, i zaraz potem wzlecieć imaginacją i sercem nad ich poziom daleko. W naturze jego, było tysiące sprzeczności, które się plątały w całość dziwnie bogatą i piękną, bo siła jakaś umiała je dobrać, wymierzyć i nie dać rozbujać temu co pożerając resztę, uczyniłoby go na oko uderzającym może, a w istocie ułomniejszym i uboższym. Dla krótko też widzących ludzi, Leon był istotą mierną, pojętną, zdolną, ale zimną, bo nigdy na harc nie wychodził z tem, co sobie za najdroższe i najświętsze uważał, nie popisywał się z czułością, którą osłaniał jak skarb największy, z fantazją, której polot mógł jeden szyderski uśmiech zahamować; — zamykał w sobie, przez wstyd wrodzony, przez skromność jakąś dziewiczą, to coby nań oczy zwracać mogło. Ale nie był tak dalece panem siebie, by nigdy nie wyjść ze szranków, i gdy go uniosła poezja, człowiek, cierpienie, radość, stawał się istotą wcale niezwyczajną, pełną ognia, życia, nieoględnie szczerą i wylaną.
Jak pracował i do czego doszedł tą pracą, ledwieby uwierzyć można, gdyby tysiące przykładów nie poświadczyły, że tu środki nie dają nigdy miary wywalczonych skutków, bo siła młodości i woli tak jest potężną, że łamie i zwalcza najtwardsze zapory, a zgaduje i przeczuwa ze słowa, to czego inni stojąc u krynicy, przez długie lata wyczerpnąć nie mogą. Ukształcenie Leona porównać było można, do uzbieranego przez ubogą wdowę snopka na polu, z którego zboże sprzątniono, gdzie niegdzie gubiąc kłosy pomięte, — po okruszynce, po ziarnku, znosił biedny cierpliwie, wiadomostki dopełniał, domyślał się, i w tym mozolnym trudzie, dosiągł najwyższego celu, to jest rozwinięcia umysłowego. Nauka nie przyszła mu łatwo, ale tego co umiał, był panem, a nawyknienie do rozumowania, pracy, odgadywania i łączenia wniosków, dało mu sprężystość umysłową, potęgę i odwagę, na jaką zleniwiały gotową podawaną strawą nie zdobywa się uczeń, którego karmi rąk mnóstwo samą kwintessencją mądrości. Przeszedłszy szkoły, przeczytawszy książek tyle, ile ich tylko w okolicy gdzie znaleźć było można, nie gardząc świstkiem najmniejszym i najlichszą odrobiną, Leonek uzbierał sobie zapas, w którym było i trochę śmiesznej starzyzny, i nie wszystko doborne, ale z nim już w świat dla dalszego kształcenia się puścić można było śmiało. Trafem dlań szczęśliwym, niedaleko od mieściny, w której rodzice jego siedzieli, w głuchym owym zakątku, zamieszkiwał na ustroniu od dawna niejaki hrabia de Tilly, cudzoziemskiego nazwiska, ale ducha naszego człowiek, urodzony z matki polki i przywiązany do tej ziemi, na której się wyhodował. Ten poznawszy przypadkiem Leona, powziął dla niego sympatję i był mu wielką do wyrobienia się pomocą, dostarczając książek, prostując poglądy zbyt żywe i absolutne, ucząc go sam nawet języków. U niego Leon przepędzając święta i wakacje, biorąc książki wskazane z obfitej biblioteki, czytając pod jego przewodnictwem co tylko dlań było dostępnem, odbył niejako kurs wyższy razem ze szkołami, które dla formy kończył, prześcigając plan ich, własną pracą. Hrabia Tilly był trochę dziwak, nie żonaty, bezdzietny, bogaty, ale skąpy; tłómaczył się przed sobą, że dla Leona nie powinien był czynić więcej, boby popsuł i przyszłość jego skompromitował, pomagał więc w nauce, ale worek trzymał zamknięty. Zresztą poznał on w nim może jednego z tych młodych ludzi, których rozwija walka i przeciwności, a pomyślność i spokój by uśpiły; zrozumiał, że dobijanie się to było płodne choć trudne, i nie szczędząc rady, ani środków pomocniczych do wykształcenia, nic nie robił dlań takiego, coby mu chleb powszedni zapewnić mogło, jakby się braku jego nie domyślał.
Drażniąc Leona, stary przyjaciel powoli poddawał mu co mógł, ostrząc ciekawość, zachęcając trudnościami do zwalczenia, nie ułatwiając nazbyt nauki, budząc chęć do niej, a powtarzając często, że w człowieku wyrobienie woli więcej może warto, niż wiadomości i rozum, bo to jest najsilniejszą dźwignią, bez której ani nauka, ani talent, ani najpoczciwsze chęci wyjść na jaw nie potrafią.
Leon bawiąc u pana Tilly, który go lubił i zapraszał, poczuł zarazem dwa w sobie rozwijające się popędy, do poezji i sztuki. Poczęło mu się marzyć jakby zostać poetą i malarzem, a jedną miłością kochając sztuki wszystkie, byłby się może rzucił i ku muzyce, gdyby rozsądne uwagi pana Tilly nie powstrzymały go w porę.
— Nie będziesz — rzekł mu — ani poetą, ani malarzem, ani muzykiem dobrym, ale niespokojnym, roztargnionym diletantem, co do niczego nie prowadzi. Sztuka, nauka, wszystko na świecie ma w sobie dwie strony, duchową, którą poczuć i przeczuć łatwo, i przyswoić mona, materjalną na której opanowanie — bez czego nie ma mistrza — często życia braknie. Dla tego mnóstwo jest ludzi, co wybornie rozumieją sztukę, co kochać ją mogą, sądzić o niej potrafią, ale nic utworzyć nie są zdolni, znają oni wszystkie warunki, wiedzą tajemnice, mają pomysły, osnuwają łatwo plany, ale ręka zdradza ich w chwili porodzenia, i kończą lichym szkicem, ułomnym. Na opanowanie materjalne choćby jednej gałęzi sztuki, życie jest ledwie wystarczającem, zwłaszcza że nie każdemu dana jest łatwość wylania myśli i uosobienia jej żywego, a daru tego niczem, nawet techniczną wprawą zastąpić niepodobna.
Pojąwszy tę prawdę którą tak wybornie maluje francuzkie przysłowie: qui trop embrasse, mal etreint, Leon ograniczył się poezją i malarstwem, dwojgiem jeszcze, niestety — ale już z tej reszty którą do serca przycisnął, nie mógł się nic wyrzec, nic odrzucić! Że pan Tilly był znakomitym lubownikiem i znawcą, mnóstwo dzieł sztuki miał u siebie, wzorów dostarczał i chłopcem kierował, Leon jak na takiego samouczka dziwne zrobił postępy. Walczył on jeszcze z trudnościami technicznemi, które musiał przezwyciężać pracą i przeczuciem, ale rysował dobrze, i smak wykształcił, znał wreszcie do siebie, że mu brakło wiele i wiedział, że powinien iść dalej. Tilly zapowiedział mu z góry także, iż dwom panom służyć nie można, a kto się poświęca sztuce i chce skosztować rozkoszy jakie ona daje, musi się wyrzec świata, mamony i skazać na ofiary. Z czystą więc myślą, ubłogosławioną poetycznemi zachwyty, szedł Leon na męczeństwo, byle zaznać świętych rozkoszy, jakie ono daje wybranym.
Zawczasu też rozumiejąc, że wydanie myśli jest ostatnim wynikiem wyrobienia się człowieka, który, by zostać artystą, musi wprzód całego siebie na godne natchnienia przerobić naczynie — Leon czytał i pracował, wypełniał się i podnosił, chcąc zarazem śpiewać usty i pędzlem nieskalanemi.
Zadanie było trudne, siły też nie małe, ale zawady do zwalczenia wielkie — żyć musiał, wykształcić się, przyszłość zgotować, wyrobić stanowisko, podnieść tak, by stać godnym imienia artysty i natchnienia z góry. Przyszłość jednak nie tak sobie wyobrażał, jak większa część jego braci, którzy chleb i grosz, spokój i swobodę mają na myśli; czuł, że nieuniknione tu ubóstwo, krwawy znój i męczarnie ducha, bo niemi tylko okupuje się dostojność kapłańska. Ze strachem i gotowością męczeństwa przystępował do przybytku.
W snach młodości każdy z nas sobie musiał wymarzyć ideały — ideał człowieka, który ma mu za wzór służyć, ideał kobiety anioła, i ideał świata, wedle serca swego; ale mało komu udało się siebie podnieść do prototypu, otoczyć się istotami wybranemi, i ujrzeć okiem na ziemi Beatrysę myśli, któraby do niebios poprowadziła, Beatrysę, której nie widzi jeszcze oko a serce przeczuwa, taką, jaką ją odmalował Dante.

Sovra candido vel cinta d’oliva
Donna m’apparve sotto verde manto
Vestita di color di fiamma viva.
E lo spirito mio cha gia cotanto
Tempo era stato, ch’a la sua presenza
Non era di stupor tremando aftranto;
Senza de gli occhi aver piu cononscenza
Per occulta virtu, che da lei mosse;
D’antico amor senti la gran potenza...

(Purgatorio. C. XXX.)
Leon także śnił ideał-kobietę, piękną nad wszelki wyraz ziemski, czystą i świętą, a że przywykł wierzyć, że nic na ziemi nie przychodzi przypadkowo, ani być może obojętnem, a każdy krok ma znaczenie, każda postać swe miejsce w życiu i wszystko jest nasieniem przyszłości, spotkanie Dosi przejęło go od razu świętym strachem i nieopisanem uczuciem, bo w niej poznał jednę z postaci snów swoich. Pewien był, że ten ideał na progu życia umyślnie postawiła mu Opatrzność; dość było jednego wejrzenia, by go oczarować i spętać. W istocie, nigdy może senne przeczucie nie ziściło się silniej i dziwniej, nigdy wyobraźnia nie zeszła się tak z rzeczywistością; Leon przestraszony był prawie przypatrując się Dosi i postrzegając w niej wszystko, aż do najdrobniejszego rysu, tak podobnem do swego ideału, jakby sam stworzył tę uroczą postać. Nie wiem czy na innem stanowisku Dosia byłaby go tak zachwyciła, czy w świetnym stroju, postawiona wysoko, byłaby go pociągnęła tak ku sobie; ale biedna, cierpiąca, uboga, zapłakana wydała mu się uroczą jak marzenie. Nie myślał nawet walczyć z uczuciem, które nim owładło, tak je czuł silnem, wielkiem i świętem.
Calą drogę przemarzył młody chłopak, patrząc na sierotę i dumając; teraz gdy los mu pozwolił usłużyć jej, stać się potrzebnym, tem mocniej ugruntował się w przekonaniu, że nie traf jakiś, ale Opatrzność gotująca mu przyszłość, zbliżała ich do siebie.
Pierwsze kroki Leona, który poczynał myśleć o sobie, zawiodły go naturalnie do współtowarzyszów przyszłych, ku młodemu artystycznemu światu. Wstęp do niego miał mu ułatwić niejaki Adam Prowacz, który parę miesięcy bawiąc na wsi u pana Tilly, poznawszy Leonka, ofiarował mu się z chętną w mieście pomocą, Kora więc naprzód pobiegł, umieściwszy Dosię, szukać artysty, chcąc go się poradzić o zapisanie do szkoły i dalsze życiem rozporządzenie. Ale znaleźć pana Adama mimo adresu, obcemu nie przyszło łatwo.
Na ulicy Freta, na trzeciem piętrze, w lichej izdebinie pod dachem, dopytał wreszcie wieśniak przyszłego towarzysza. Była godzina dziesiąta zrana, ale drzwi jeszcze zamknięte, a gdy do nich Leon zastukał, odryglował mu je ktoś całkiem nieznajomy, okryty kołdrą na kształt rzymskiej togi. Wszedłszy do izdebki, z zadziwieniem dowiadując się o znajomego, musiał go szukać przybyły wśród leżących pokotem na podłodze kilku ichmościów.
Podniósł się okręcony jeszcze płaszczem i rozespany pan Adam, przetarł oczy, wpatrzył w gościa i nierychło potrafił przypomnieć kogo miał honor witać... dwaj towarzysze podłogowi spozierali także na intruza, robiąc do siebie miny szyderskie.
— Nieskończenie cię przepraszam, kochany Leosiu — rzekł nareszcie gospodarz, wskazując mu ręką krzesełko, z którego zepchnął stos odzieży pomiętej i rozrzuconej w nieładzie — siadaj-no... Wczoraj po północy już powróciliśmy z Zielonego ogródka, prawdą a Bogiem podpici, zagadaliśmy się i Morfeusz zatrzymał nas przydługo w swoich objęciach, nie poradziwszy się podobno ratuszowego zegara. Mam honor panów wzajem sobie zaprezentować; to pan Jacek Żukiewicz, vulgo zwany Bawarczyk, w przyszłości Tycjan polski, co mu już Kucz, kochany redaktor Kurjerka, uroczyście zwiastował... drukowano czarno na białem... A to pan Henryk Zarbiński, cognominatus Suchoty, dlatego że je ma w kieszeni, w świecie dziennikarskim znany pod imieniem polskiego Canovy. Pierwszy z nich żółtogorąco odmalował tors żyda, rysunkiem godzien Michała-Anioła, a kolorytem Tycjana i Rubensa, co najmniej; drugi wyrzeźbił już do tej pory dwa kapitele do kolumn i jednego na grobowiec płaczącego anioła, nie licząc fajek, które z gliny robi, a które są arcydziełami. A to... pan Leon... dalibóg już nie wiem nazwiska.
— Kora — odezwał się przybyły, na którym i ten nieład i te żarty przykre robiły wrażenie.
— Tak jest, Leon Kora — podchwycił z podłogi jeden — czyli Kora Leon, albo Karaleon... aspirant malarstwa! pysznie się nazywa, daj go katu, niby Korjolan... Nazwisko wyborne dla sławy i krótkie bez ski, brzmiące dobrze... szczęśliwy człowiek. Gdyby nie nadzieja w Kuczu, jak tu być sławnym, zowiąc się Zerbińskim, albo Przepiórkowskim? Winszujemy!
Przyszli towarzysze Leona poobwijani jeden w kołdrę, drugi w płaszcz szaraczkowy, już tylko widać, na ten użytek domowy służący i dobrze zszarzany, popatrzyli na przybyłego i ochoczo śmiać się poczęli, kładnąc znowu na poduszki.
— Cóż tam na wsi słychać? — zapytał Adam — naturalnie ryk bydła i beczenie owiec? nic więcej?
Leon był tak zmięszany tonem, na jaki stroiła się rozmowa, że słowa odpowiedzieć nie umiał; serce mu się czegoś ściskało.
O rus, quando te aspiciam! — dodał z ziemi pan Jacek Żukiewicz.
— Patrzcie, musi mu ciągle odbijać się ta szkolna łacina — kiwając głową przerwał Henryk Suchoty — ktoby się to spodziewał! kiedy on to ją jadł, a do tej pory strawić nie może.
— Stara łacina, widzisz — sentencjonalnie dorzucił Adam — to jak stara słonina, do nieskończoności siedzi w człowieku... Ale wróćmy do gościa naszego ze wsi, który na nas patrzy zdumiony. Przychodniu! rzeknij, co myślisz począć z sobą?
— Właśnie chciałem się pana Adama poradzić.
— E! pana Adama! — przerwał gospodarz — źle! gdzieżeś to widział, kochany Endymionie?
— Endymion, pochodzi od Dymu, dulcis fumus...
— Gdzieżeś widział, żeby artysta artystę panem nazywał?
— Przepraszam — odparł Leon — jeszcze w obyczaje waszego świata wtajemniczony nie jestem, ale mógłbym się obronić Dantem, który o poecie mówi:

Signor del altissimo canto...

— A! licho Danta twego zrozumie.
— Darujcie.
— Darujemy, hanc veniam damus petimusque — dodał znowu wyjeżdżając z łaciną Tycjan.
— A wiesz, że łacina wyrzuciła dziś na ciebie, jak ospa — zawołał Adam — muszę ten fenomen wytłómaczyć gościowi, który gotów pomyśleć, że chorujesz na uczoność, i że między nami są pedanci.
— Ja mu to wytłómaczę, porywając się z ziemi podchwycił sam Tycjan. — Młodzieńcze naiwny, oto wiedz, że przez rok byłem w seminarjum, myśląc się oblec suknią żałoby, ale że ten tryb życia wydał mi się zbyt surowym, (bo nas postem i dyscypliną tuczono), chwyciłem paletę, od tej pory łaciny i kaszlu pozbyć się nie mogę, a olej który jeść miałem, rozmazuję.
— Widać, bo w głowie go mało — szepnęły suchoty.
— Z seminarjum i pragnienie nieugaszone wyniosłeś! — zawołał Adam.
— W skutek kaszlu, drapie mnie po gardle.
Mieszkanie, w którem się ta scena odbywała, równie jak lokatorowie jego, dziwnie się jakoś wydali Leonowi, który cale inaczej wystawiał sobie żywot artysty, jego obyczaje, i nastrój duchowy, nie mogąc pojąć, by kapłanowi piękna, wystarczały brudy i proza najpospolitszego szyderstwa, a żywiołem być miał nieład i opuszczenie dobrowolne. Widząc na wsi Adama Prowacza wesołym i pustym, sądził, że wyjątkowe, szczęśliwe usposobienie takim go czyni, podobała mu się nawet ta obojętność na wszystko i dziecinna prawie swawola, nie sądził jednak wcale, żeby ogół młodzieży sposobiącej się na kapłanów sztuki, tak lekko potrząsał ubóstwem, które mu należało nosić z powagą, — bolały go te żarciki, te przymuszone szyderstwa, a więcej jeszcze widok nieporządku, zaniedbania i charakterystycznego nieładu, wśród którego wytrwać można chwilę, ale żyć niepodobna nie zarażając się nim w duszy.
Dwie izdebki zajmowane przez artystów, składały najosobliwsze pandemonium, świadczące jakie tu się wiodło nieporządne i próżniacze życie. Na ścianach wisiały wprawdzie rozliczne próby przyszłych mistrzów, pozaczynane płótna, poszkicowane głowy, studja, ale nic nie było skończonego, a praca, wnosząc z nich, nie musiała iść ani zbyt żywo, ani bardzo ochotnie.
Adam Prowacz, gospodarz tego poddasza naczelny, dobre chłopię i nie bez talentu, wpadłszy w gotową już atmosferę cygańsko-burszowską artystycznego kółka, przyjął tryb jego życia i upodobał w niem sobie. Udarowany szczęśliwie, szkicował śmiało, rysował prawie dobrze, zgadywał bardzo wiele, ale jak inni nie lubił pracować, i nie brał się do roboty na serjo, chyba zmuszony, w ostateczności. Pomysł nic mu nie kosztował, rzut pierwszy był prawie zawsze szczęśliwy, ale gdy minęła chwila połysku natchnienia, gdy raz pęzle rzucił, rozpoczęte dzieło zostawało na sztalugach na długie dni i miesiące, a najczęściej dopełniał je, jako tako, aby zbyć. Ochotę wszelką i zapał do pracy zabijał ten sposób życia zbyt dziecinny, lekki i płochy, i choć na wzór starych włoskich, a nowych francuzkich artystycznych bohemów wyrobiony, nieprzyzwoity ludziom, których zadaniem było to tylko widzieć w świecie i odtworzyć z niego, co było piękniejsze, szlachetniejsze, jaśniejsze... Możnaż pojąć cel sztuki, nieustanną żyjąc swobodą, w odurzeniu i szale szukając pociechy ubóstwa, niedostatku, często głodu i nędzy prawie? Nawet owoc cierpienia tego był stracony, wyrzucono go na śmiecisko.
Prowacz miał talent niezaprzeczony, ale sparaliżowany już w części lenistwem, lekceważeniem siebie, brakiem woli i panowania nad sobą. Dnie, a z niemi droga młodość leciały jedne po drugich na kpinkach, zabawkach, igraszkach, rozmowie zawsze drwiącej i ostudzającej, wśród gwaru, w towarzystwie podszarzanych piękności Szwajcarskiej Doliny i Zielonego Ogródka; od jutra do jutra odkładano robotę... a dary Boże, siła, młodość, świeżość marnowały się strwonione na bezmyślny szał dziecinny.
Sierota i pan siebie, Prowacz mało się troszczył o jutro, nie wiele dbał o przyszłość, a że nie miał o czem jechać za granicę, zawsze na ten niedostatek składał wszystką winę, jak gdyby pracą usilną nawet widzenia arcydzieł nie można zastąpić, odgadnąć tradycji, i jasnowidzeniem ją pochwycić? Ta podróż była jego nieustannem marzeniem i żądzą jedyną, ale prawdę rzekłszy, nic nie czynił aby ją sobie ułatwić. W duszy smutny i zwiątpiały, bo ciągłe rozproszenie ducha nic innego wyrodzić nie może nad znużenie i zobojętnienie wewnętrzne, Adam durzył się tak z innymi, ale sam na sam, czując słabnącym i bezsilnym, rozpaczał i rozpacz znowu wiodła go do knejpy i ogródków. Towarzysze jego, ów Tycjan i Canova, panowie Jacek i Henryk, nie wiele się odeń różnili: oba mieli mnóstwo dobrych przymiotów i zarodów talentu, ale rodzaj życia, — wdziany jak mundur razem z zawodem artystycznym, do którego się niemal czuli obowiązani — zużywał ich młodość, odbierał im siły bezkorzystnie. Mniemane podniecanie natchnienia hulanką, żartami, młodzieńczem rozpasaniem, wiodło tylko do bezsilności i ostudzenia, do zwątpienia w końcu o sobie. Geniusz nawet potrzebuje pokarmu i musi pilnować swych skrzydeł by mu piórami porosły, cóż dopiero talent, który zszarzany raz, kręci się w ciasnem kółku powtarzanych próbek i przypomnień. Nawyknienie do szyderstwa, lekceważenia świata i ludzi, do brania wszelkiego ze strony pociesznej i dziecinnej, choć na chwilę zabawia i upaja — powoli ostudza, wyziębia i nie zdolnym czyni umysł do podźwignienia się czystszem, silniejszem natchnieniem. Kto się tarza, musi się nareszcie powalać. Zresztą sztuka nie jest tak łatwą jak się zdaje: pochwycić kształty, użyć ich jako głosek do napisania myśli, nie dosyć jeszcze, gdy w pustej duszy myśli właśnie zabraknie, bo się jej pracą i wewnętrznem skupieniem ducha nie zasiało. Wieleż to artysta umieć musi, nauczyć się, poznać, żeby wszystko potrafił odtworzyć, nie powierzchownie i mniej więcej trafnie, ale z poczuciem charakteru i znaczenia. Nie ma prawie gałęzi nauk, którejby badać nie potrzebował, nie ma rodzaju studjów, któreby mu były zbyteczne; prawdziwie wielcy artyści, wszyscy byli, jak Michał Anioł, Leonardo, Rubens, Rafael, ludźmi wielostronnymi, i pracowali życie całe na wypełnienie daru, który jest tylko nasionkiem...
Nieszczęściem, Rafael umarł Fornariną, a ta nieszczęśliwa piekarka więcej niż jego jednego zabiła... Kto nie może być Rafaelem geniuszem, chce nim być namiętnością przynajmniej!
Wszystkie niemal szkółki artystyczne, jak uniwersytety niemieckie, zarażone zostały tem życiem bujnem, wyczerpującem siły młodości, a jakżebyśmy naśladować nie mieli co się gdzieindziej źle czy dobrze dzieje? Jacek, Henryk, Adam z wielą innymi raz skosztowawszy owego studenckiego żywota, utonęli w nim po uszy, biorąc je za żywioł artystyczny... Niekiedy przychodziły i na nich chwile opamiętania, popędy do pracy, ale to co miało być prawidłem, stało się wyjątkiem, a rozrywka bardzo naturalna młodym, orzeźwiająca gdy rzadka, zajmowała nie godziny wytchnienia i spoczynku, ale najlepszą część, najdroższą. Dzień jeden próżniaczej hulanki, wiódł drugi za sobą, lata płynęły, Tycjan mógł zejść na malarza szyldów, a Canova na prostego kamieniarza. Nie wiele się zresztą troszczyli o to, nawykli już żartować ze wszystkiego i winę swoją składać na ubóstwo i głupotę świata, co ich ocenić nie umiała.
Jacek codzień pędził poobiednie godziny w ogródku przy bawarze, Canova w innym celu włócząc się po górach i dolinach, zkąd dolatywały dźwięki muzyki i migały kapelusiki kobiece.
— Tandem, szanowny kolego in ovo (to mi przypomina jajecznicę i młodość) — rzekł wzdychając Jacek — cóż tedy myślisz?
— To i owo — odparł Adam.
— Co myślisz robić? — kończył Jacek — historje, rodzajowe obrazy (generis neutrius) krajobrazy na pognębienie Claude Lorrain’a, świętości, portrety, karykatury czy buty?
— Zdaje mi się — odparł Prowacz — że kawaler na historycznego malarza się sposobi...
Sed quid tentare nocebit! vocatur ad alta! zawołał Jacek poważnie — ho! ho!
— A dajże ty pokój tej łacinie, bo ci w łeb dam butem! — ofuknął Canova.
— Pozwól mu się trochę pochwalić przed cudzoziemcem! — rzekł Prowacz.
— Niech się chwali, prawda, nie daleko też zajedzie, bo już w worku nie ma nic — począł rzeźbiarz — niech sypie! zobaczymy.
— Na dowód, że kłamiesz oszczerco, czekaj — krzyknął Jacek i zaspiewał na całe gardło burszowską pieśń:

Gaudeamus igitur, juvenes dum sumus,
Post jucundam juventutem.
Post...

— A ha! post! to zrozumiałem, u nas zawsze post! masz racją spiewać o nim! rzekł Canova...

Nos habebit humus!
Nos habebit humus! — dokończył Tycjan. — Cała rzecz — dodał wyspiewujący odchrząkując, — że ten bestja, turbator chori, Canova, nie rozumie po łacinie, i zazdrość porywa go w swe szpony jastrzębie, dla tego mi nie daje się popisywać...
— Jakto? nie rozumiem! podchwycił Henryk — post, zrozumiałem, chory, także wiem, bom nie zdrów, turbator podobnie, zresztą nikt mi nie dowiedzie żeby do rzeźbiarstwa potrzebna była łacina...
— Wpadłeś w matnię — rzekł Adam — właśnie że nic bez niej wyrzeźbić nie potrafisz, bóstwa łacińskie, święci łacińscy, allegorje łacińskie...
— A jak ja to wszystko precz odrzucę i pocznę rznąć z gliny i kamienia chłopów i baby...
— A toż co? do miljon trzysta pięćdziesięciu dwóch djabłów! — przerwał Tycjan, już mi się myślicie puszczać w teorją na czczo! Teorja zużywa człowieka do nitki, a i tak, amfitryonie szanowny, żołądek się dopomina...
Leon słuchał osłupiały.
— Po niemiecku, odezwał się Adam, wstaniemy, ubierzemy się, i każdy z nas pójdzie...
Sumptu proprio — rzekł Jacek — rozumiem, ale gdyby nam choć kawy, czy cykorji niewinnej z dołu przyniosła Ludka...
— Jemu się Ludki chce nie kawy! — zawołał Canova — ale z tego nic nie będzie! Kiedyżeś ty pił kawę? Kawa to trunek kobiet otyłych, starych księży, smarkaczów co kożuszki lubią, ludzi statecznych i nałogowych, porządnych i tyjących — ty nie masz kwalifikacji.
— Pleciesz... ten oto Endymion Korjolan, przybyły ze wsi, zawiał mnie powietrzem Arkadji, które przyniósł z sobą w kieszeni... więc kawa niech wieś nam przypomni...
Rura canamus...
— O! rura! — powtórzył Henryk — rura! rura!
— Chodzi o to — kończył Jacek — by na dole dać sygnał, a przyniesionoby kawę tu na strych... Ludka by nie odmówiła, zawsze rada zobaczyć przyjaciół, choć w stanie natury...
— A bez chustek na szyi i rękawiczek, godziż się to niewinne dziewcze przyjmować? — poddał Adam.
Casus conscientiae! — wrzucił Tycjan — ja gotowem włożyć chustkę na głowę, dla przyzwoitości, bom nie uczesany.
— A ja pantofle — dodał Canova.
— No, to ja skarpetki — rzekł gospodarz.
— A przybyły kolega, zawczasu ucząc się być posłem, co go jak Rubensa spotkać może, zejdzie na dół i zamówi dla wszystkich obfitą kawę z bułkami.
— I po kieliszku szpagatu! — dodał Tycjan — po jednym, kawa może znudzić, bywały przykłady...
Leon wstał, ofiarując się chętnie zamówić kawę na dole, ale zarazem przeprosił ich, że interes pilny zmusza go odejść, obiecując drugą razą zabawić dłużej.
— Słuchaj-że — zawołał przy pożegnaniu Prowacz — żart żartem, rachować możesz na nas, głowy jak głowy, ale serca poczciwe i braterskie...
Leon zszedł w ulicę jak upojony tą próbką artystycznego świata bez powagi, zdzieciniałego — zrobiło mu się smutno, jak gdyby na chorych lub obłąkanych popatrzał, otrząsł się i długo przyjść do siebie nie umiał.
— Do czego to prowadzi? jestli to atmosfera, w której żyć przystało i zdrowo artyście? — mówił do siebie — ja czy oni jesteśmy w błędzie? Może ich pojąć nie umiem? ale to mi się wydaje powolnem samobójstwem, po którem wyżyje może kilku, nikt jednak bez kalectwa nie wyjdzie.
Już nad wieczorem tego dnia, o zmierzchu, potrzebując powietrza i przechadzki, Leon wyszedł w blizkie aleje, których cień i zieloność wabiły go wsi przypomnieniem; ale w nich ani świeżości wsi, ani jej ludzi, ani spokoju nie znalazł młody chłopak, otoczony pyłem, wrzawą, zmięszanemi dźwiękami muzyki dolatującej z ogródków z wyziewem piwa i ponczu, cygar i papierosów. I tu jeszcze było miasto, orzeźwiające się niby chłodem i kąpiące w zieleni, po zadusze murów i pyle ulicznym... ale kątka z ciszą i świeżością nie mógł odkryć nigdzie... Zaledwie kilka uszedłszy kroków, spotkał się z rannymi swymi znajomymi, Adamem i Jackiem Tycjanem, którzy prowadzili się pod ręce, z cygarami w ustach idąc powoli ku Szwajcarskiej Dolinie; za nimi o kilka kroków pozostały Henryk ścigał jakąś schludnie ubraną panienkę, która niby gniewając się nań, unikała go, ale zarazem wejrzeniem dawała do zrozumienia, że jej się wcale prześladowanie nie przykrzyło.
— Leonie, Leonie, Koryolanie! aha! łapiemy cię, wieśniaku — zawołał Prowacz.
In flagranti delicto! — dodał Tycjan, zawsze rad wyjechać z seminaryjską swą łaciną — suniesz braciszku po owoc zakazany do ogródka...
— A! nie! szukam wsi i znaleźć jeJ nie mogę...
— Bo ci się nie wiedzieć czego zachciewa — odparł Adam — w mieście jest miasto, ale za to życie tu i djable życie! ot! chodź z nami — dodał — na dolinę Chamouni... miejsce bardo przyzwoite, Henryk ci będzie ciceronował i po imieniu a nazwisku da poznać mieszkańców tej Szwajcarji, w której sera nie robią, ale poncz wyborny! Pozawiązujesz znajomości, zabawisz się, muzyczka piłuje oberka... towarzystwo wyborne...
Leon uśmiechnął się.
— Czy wolno mi mówić otwarcie z wami? — zapytał.
Audiatur et altera pars — dorzucił Jacek — będzie opozycja, czuję przez skórę, mów parafianinie...
— Przy pierwszej znajomości, wiem, że to dziko brzmieć będzie, ale wam powiem szczerze... dla artystów nie pojmuję takiego życia...
— Jakiego życia? — spytał Adam...
Jucunda juventus przecie, po łacinie powiedziano — dodał Jacek — mów kazanie jednakże, dam ci tekst ze świętego Pawła, byleś dobre powiedział... mów... posłuchamy!
— Wieczne żarty, śmiech i zabawa, jak się wam to nie uprzykrzy... ja nie pojmuję — rzekł Leon — jak wam to wystarcza? jak wyżyć tem możecie? powiedźcie. Kiedyż godzina pracy, zastanowienia... surowszych rozmyślań?
— Godzina ta na ratuszu dla nas nie wybiła jeszcze — rzekł Jacek — ale kochanie moje, Koryolanie szanowny, widzę że doprawdy nudny jesteś, i myślisz, że artysta chodzić powinien w żałobie po ideale, czy co? My się za nim w arlekińskiej szacie ubiegamy... i po wszystkiem...
— Ale czyż może być wiekuistym karnawał? Artysta jest kapłanem...
Nego majorem — podchwycił Tycjan — artysta jest artystą, to jest całą gębą człowiekiem, a nie żadnym mnichem, musi tak poznać świat, żeby mu aż bokiem wyłaził, musi widzieć, spróbować wszystkiego...
— Pojąć, przeczuć, widzieć, ale na cóż próbować i brukać się dobrowolnie?... Artysta nie zniża się dla nasycenia pragnienia do kałuży, z których gmin pije; goni za ideałem, stwarza go nie na płótnie tylko, ale sobą i życiem swojem... Nim obrazy potrafi, siebie musi wprzódy... wywieść z nicości.
— Skutek blekotu — rzekł Jacek — musiał zażądać pasternaku w traktjerze, i dali mu niewinnemu... kochanie, napij się ponczu, a to ci przejdzie...
Leon uśmiechnął się smutnie... i spuścił głowę...
— Gadaj, gadaj, to cię uleczy dodał Adam...
— Cóż wam powiem więcej, jabym tak żyć nie potrafił i wstydził... w tej hulance tak prozaicznej i powszedniej straciłbym szacunek dla siebie i ochotę do życia... wolę smutną przechadzkę i dumanie...
— Stworzony jesteś na mowcę i misjonarza — przerwał Tycjan — chybiłeś powołania... ale nas starych i twardych jak nagniotki już nie przerobisz! my sobie lubimy młodość, wódkę, arak, trochę grzech jaki maleńki, dziewczęta, wesołość, kpiny i próżnowanie... nostra culpa.
— A sztukę? — podchwycił Leon.
— No! i sztukę, której po troszę jest w tem wszystkiem... rozśmiał się Jacek — chodź do ogródka anachoreto, ujrzysz, upijesz się, i zostaniesz nawrócony, albo się wywrócisz, co na jedno wychodzi...
Leon cofnął się chłodno.
— Nie — rzekł — nie — pozwólcie mi zostać sobą, z moją śmieszną dla was powagą, odosobnieniem i smutkiem; to mnie nie bawi, ale męczy, a życia żałuję...
Ars longa, vita brevis, powiadasz — zawołał Jacek podnosząc rękę — stara maksyma, ars brevis, vita longa, życie długie, a sztuka w nim chwilą, jakby przyszło życie dać dla sztuki, niech ją słota porwie...
— Widzicie jak się różnimy w przekonaniach: ja chcę dać żywot za sztukę i wymodlić natchnienie... nie zrozumiemy się więc podobno... Po tych chwilach dumań, modlitwy, pracy nie zostanie mi ani zgryzota, ani usta spalone, ani żaden męt na dnie serca.
— Gadaj nie gadaj — przerwał Adam — Jacka nie przekonasz, na to on Jacek... wiesz, że od wieków udziałem artystów szaleństwo. Hoffmann pił, Brauwer pił, pili holendrzy, szaleni włosi, durzyli się francuzi, dziś burszują jeszcze wszyscy, a myż to co gorszego od nich?
— Ja sądzę, że lepsi być powinniśmy, i dla tego nie chcę ich burszowstwa — zawołał Leon.
— Rafael umarł z Fornaryny...
— A wielu ich się zapiło! — podchwycili Adam i Jacek.
— Tem gorzej... — rzekł Leon rozgrzewając się. — Wiecie to tylko o nich, co świat stary oszczerca powtórzył, złe zawsze chętniej od dobrego roznosząc... a nie domyślacie się, ile chwil spędzili oni na rozmyślaniu, studjach, surowej pracy i tęsknocie niebiańskiej. Po każdem życiu, jak po przebiegłym strumieniu, najdłużej stoją szumowiny, kamienie i śmiecie a ludzie patrząc na nie powiadają sobie, że same błoto niósł strumień... Lepsze się zapomina, gorsze na wstyd i upokorzenie przeżywa, by się drudzy ze swego grzechu wymawiali cudzą winą... Ot! chodźcie lepiej — dodał — w pola zielone ze mną, do lasów, przyjrzeć się światu, w ciszy zapatrzyć się w dzieło Boże... weźmiemy książki, ołówki..
Jacek w tem miejscu zbliżył się do Leona, patryarchalnie ujął go za głowę, i pocałował w czoło poważnie.
— Serce moje — rzekł — jesteś już drobinę warjat, ale uczciwy; życzę ci użycia hydropatji, kiedy ani oenopatja, ani gynopatja nie w smak... bywaj zdrów, i pisuj do nas na Berdyczów...
— Ślicznie — dodał Adam — patetycznie i pompatycznie; ale ten twój zapał lubelsko-podolski nie potrwa długo: każdy z nas poczynał od tych bujnych fantazyj i słów wielkich, aż gdy życie dopiekło, a chleba powszedniego zabrakło, musiał z rozpaczy uciec się do...
— Wódki powszedniej... — dodał Jacek. — Tak młodzieńcze Korjolanie, pochodź sobie po chłodnem powietrzu, ostudź, namyśl, a jeśli ci się zechce potem zejść do nas na tę dolinę, która nie jest płaczu padołem, zabawisz się uczciwie... poznamy cię z Kozaczką... z Dromaderem, z Filutką, z Myszką, z Liszką... i przekonasz się, że to diabły wcielone...
— Wolałbym anioł6w — szepnął Leon...
— Anioły, widzisz — dodał Jacek serjo — zawsze są z kamienia, jak się o tem przekonać możesz na Henryku, który robiąc anioły na urząd, jednak woli diabły na codzień... Anioły po większej części niedorosłe dzieciaki lub chude czternastoletnie wyrostki — na co nam to.
Leon uśmiechnął się i westchnął razem.
— Dzieciaku — rzekł nieco poważniej Adam — i nasze życie nie w samych upływa rozkoszach, i my pracujemy ciężko, ale brzemienia wciąż dźwigać nie można.
— Podwajacie więc ciężar jego?
— Dość tego; ty nas nie przekonasz, a ciebie przekona życie, spóźniemy się tylko z twojej łaski do ogródka, gdzie nas już Henryk z Liszką wyprzedzili. Spójrz-no ztąd, jaka kibić, co by to był za wzór!
— Na Frynę? — spytał Leon pogardliwie.
— Ba! właśnie, że na niewinnego dzieciaka, choć tam już jednej kropli krwi czystej nie ma w tem dziewczęciu! Ale zdaleka, gdy się ułoży, wziąłbyś ją za świętość samą, tak umie przybrać wyraz anielski, choć pije wódkę jak grenadjer, pali fajkę jak bursz i klnie jak przekupka.
— I za taką istotą biedz może artysta! — rzekł Leon.
— Dla czegoż nie? w te rysy zszarzane tchnie twórczą ręką niewinność, życie, duszę, a na płótnie utworzy z nich anioła, musimy przecie lepić z gliny!
— Ale zkąd dobędziecie ducha gasząc go w sobie?
— Dobędziemy go — zawołał Jacek żywo — z wódki, wina, pończu, i bodaj szpagatu nr. 4., ot, nie bałamuć i chodźmy.
Podali dłonie Leonowi, który już miał zwrócić się w aleje, gdy spojrzawszy przed siebie przypadkiem, zadrżał, pobladł, cofnął się, zmięszał i stanął jak wryty; artyści widzieli tylko trzy kobiety, które się prześliznęły przed nimi wchodząc na Dolinę, oka ich nie uszła zmiana Leona, i zdziwieni, nie umieli sobie wytłómaczyć, gdy ze spuszczoną głową, jak winowajca powlókł się za nimi do ogródka. Jacek pocałował go powtóre i potrzecie, zawstydzonego i ściskając zawołał:
— Dobra natura! da się wykształcić! jednem zerknięciem już go jakaś Lais pociągnęła jak sznurkiem. Otóż to tobie chłopcze kazanie!
Leon nie tłumaczył się, nie mógł, — w istocie spostrzegł Dosię w towarzystwie dwóch jakichś strojnych panienek, i nie wiedząc co to znaczy, musiał powlec się za nią.



Cofnąć się musimy o dni parę, by zjawienie się sieroty naszej w takiem towarzystwie, zrozumieć.
Wracali już z nadaremnej wyprawy swej hrabia Tytus i kapitan Rybacki, gdy ostatni, sięgnąwszy po cygarnicę, znalazł ją pustą i — jak to czasem mało potrzeba żeby myśl obudzić! — trafił na jakąś promienistą ideę, uśmiechając się i klaszcząc w ręce z radości.
— Otóż jestem w domu! — zawołał.
— No, cóż takiego, spytał posmutniały hrabia.
— Hrabio! każesz stanąć przed sklepikiem Marmuszek — rzekł Rybacki trąc ręce — powiadam ci, jestem w domu! znalazłem! odkryłem sposób, niechybny.
— Cóżeś to za sposób znalazł? mów! jeśli tak skuteczny jak pierwsze.
— Pewniuteńki, jedźmy tylko do Marmuszek, one są w stosunkach z całym światem, potrafią wynaleźć jejmościankę i do siebie ją przywabić.
Hrabia podumał trochę.
— Dobra myśl — rzekł — choć to, nie lubię tych dziewcząt i wolałbym, ale, jeśli inaczej nie można.
— Do dystrybucji Marmuszek! — zawołał na furmana.
Trzy siostry Marmuszki trzymały naówczas sklepik tytoniu i cygar naprzeciw teatru, ale ten ich handelek był tylko zabawką i sposobem przynęcenia gości; w istocie, polowały na młodzież, trzpiocąc się wesoło i nieoglądając na nic.
Wszystkie trzy, nie wyjmując nawet najstarszej już powoli przekwitającej, były ładne dziewczęta, czarnookie, czarnobrewe, zręczne, opętane, wesołe i śmiałe, a umiejące się podobać szczególniej starym wygom, którzy pod pozorem tabaczki, jak młodzi niby dla cygarów, dystrybucję od rana do nocy napełniali. Maleńki ich sklepik, zastawiony po większej części próżnemi pudełkami i paczkami, nie tyle sprzedawał tytoniu ile miewał gości, a najpodlejsze papierosy, z rączek ładnych panienek uchodziły za havannę. Tytoń był tylko szyldem i pozorem, a ci co nic nie smalili prócz cholewek, wlekli się tu ciągnieni rozlegającemi daleko wesołemi śmiechami i wrzawą. Królowała za stołem najstarsza z trzech sióstr Lola, już nieco przywiędła, ale jeszcze przy świecach, gdy się wystroiła, dość wabna, na młodzież umiejąca polować wybornie, zręczna jak szatan, wiedząca gdzie i jak uderzyć, odegrywająca z równym talentem niewinność i zepsucie, miłość i cynizm najostateczniejszy. Ona to wszedłszy pierwsza na wesołą drogę, poprowadziła za sobą siostry, z których średnia Karolka, już była wtajemniczoną i tryumfalny pochód poczęła z pułkownikiem gwardji, a najmłodsza jeszcze się nie bardzo pokazywała, i trzymaną była w odwodzie. Dystrybucja też Loli nie pustowała nigdy, zawsze w niej było gości pełno, pogadanka ciągła, chichy, szepty i wykradanie się do przyległego pokoiku panienek nie ustawały do późna, słowem, żaden może sklep tak nie był uczęszczany, jak panien Marmuszek. Wojskowi, bogatsza młodzież, starzy eleganci, łysi ichmościowie, których wiek rozumu ani wstydu nie nauczył, nieopatrzne młokosy, nieustannie mieniali się przed stołem Loli, uśmiechającej się wszystkim, zaczepiającej słówkiem i nie dozwalającej się targować. Jeżeli najstarsza z pań była zajętą, że średnia występowała w balecie i nie siadywała w sklepie, na miejsce gospodyni, starano się mieć zawsze jaką świeżą piękność, którą wdrażano do życia, i uczono handlu. Najczęściej litościwa Lola brała z ulicy napatrzonego wyrostka, i sama już zajmowała się jego wychowaniem i dalszą karjerą. Głową domu była oczewiście najstarsza z sióstr, bez dowcipu, bez nadzwyczajnych zdolności, przewrotnością i instynktem jakimś zastępująca wszystko czego jej brakło, zimna, nielitościwa, zepsuta a chytra jak szatan wcielony. Tej już o nic więcej prócz grosza nie chodziło, darła, chowała, skąpiła, zbierała, i zużyta przedwcześnie, pamiętała tylko o wyrobieniu sobie niezależności, kosztem sióstr nawet, a w słowniku jej nie było nawet wyrazu: sumienie; gryzło ją, gdy złego nie zrobiła tyle ile chciała.
Marmuszki w tej chwili właśnie nie miały w sklepie pomocnicy, i Lola szukała świeżej przynęty, bo sama coraz bardziej blaknąc, ledwie wieczorem jeszcze resztką wdzięków świeciła, siostry zaś powoli wyłamywały się z jej władzy i chciały iść na chleb własny; nawet najmłodszej trudno jej było utrzymać.
W chwili gdy przededrzwiami sklepiku zatrzymał się powóz hrabiego, pomimo dość rannej godziny, dolatywały zeń wesołe śmiechy i żwawo prowadzona rozmowa. Staruszek jakiś, łysy jak pięta ale wyprostowany i sztywny, w progu drzwi do drugiego pokoiku, rozmawiał z Karolką, średnią Marmuszką, zaglądając chciwie po za nią, czy nie zobaczy najmłodszej i oficer od huzarów z zaledwie wysypującym się wąsikiem, przechylony na stole ku Loli, zapalczywie ją jadł młodemi oczyma, na co ona odpowiadała żywemi śmiechy i mnóstwem zużytych konceptów. Na tę scenę weszli hrabia i kapitan Rybacki, ale to był tak słabo narysowany obrazek, tak pospolity, że nie zwrócił wcale ich uwagi; staruszek tylko żywo zażądał makuby, a huzar cygar, po które wyciągając rękę, trafił na łapkę Loli i zamiast havanny ją zatrzymał.
— Dzień dobry! — rzekł kapitan wchodząc.
— Pudełko Victorii — dodał hrabia poważnie.
— I słóweczko Lolu serce — szepnął Rybacki z cicha.
— Natychmiast, Victoria, oto pan ma je, jestem tak zajęta, może i panu ze dwieście? zapytała huzara.
— Choć tysiąc! — zawołał z zapałem.
— Tysiąc, biorę za słowo, natychmiast — krzątała się udając młodość Lola, — Makuba, dla pana zaraz, Karolku, wyręcz mnie, przyniosę temu panu cygara!
I wyśliznęła się z kapitanem Rybackim do drugiego pokoju. Huzar tymczasem począł chichotać z Karolką, staruszek niby się niecierpliwić, hrabia bębnił po szybie palcami.
Jaka tam była narada kapitana z dostojną dystrybutorką tytoniu, nie wiemy; skutkiem jej jednak zapewne, tegoż dnia wieczorem Dosię, samotnie siedzącą w swojej izdebce, niespodziane spotkały odwiedziny. W kobiecie, która po cichu przesunęła się po wschodach kamienicy Starego Miasta, trudno było poznać ranniejszą Lolę, zmienioną do niepoznania.
Ciemno i skromnie ubrana, dosyć bojaźliwym krokiem weszła do mieszkania sieroty nieznajoma jej pani, której strój, twarz, obejście zdawały się zapowiadać coś z lepszego i wyższego świata. Dosia, która spodziewała się i wierzyła w cud jakiś, zrazu pomyślawszy, że ten ktoś wszedł do niej omyłką, gdy się przekonała z wymówionego nazwiska, że odwiedziny jej się tyczyły, wróciła do upartych marzeń i serce jej zabiło gwałtownie. Lola miała minę protekcjonalną, łagodną, dobroduszną i smutną.
Z wielką uwagą wpatrzyła się w twarzyczkę sieroty, westchnęła, i biorąc ją za rękę, odezwała się powoli:
— Nie będę się pani tłumaczyć, jak dziwnym zbiegiem okoliczności uwiadomioną zostałam o jej położeniu smutnem... nie mam nawet prawa być zbyt szczerą; dosyć że znam przykre osamotnienie jej i sieroctwo i radabym na nie zaradzić.
— Prawdziwie — odezwała się Dosia — nie umiem wyrazów znaleźć na podziękowanie.
— Naprzód proszę mi nie dziękować wcale, dobry uczynek sam się wypłaca wewnętrzną pociechą... zresztą pani tak zasługujesz na współczucie... Ja także — dodała — doznałam przeciwnych losów i umiem pojąć cudze cierpienie, mierząc je mojem własnem... Niegdyś majętni bardzo, straciliśmy nie naszą winą dobra znaczne i położenie towarzyskie; musimy dorabiać się chleba i imienia na nowo... zostałam sama z dwoma młodszemi siostrami na bruku, i gdyby nie litościwa pomoc poczciwych ludzi, którzy mi mały nastręczyli handelek i dali środki prowadzenia go... nie wiem co by z nami było. Dziś już mam tę pociechę, że własną pracą dobiłam się niezależności... Ale nawzajem powiedz-że mi pani... jak się to stało?
Dosia, której się zdawało. że ta opatrzność ex machina powinna była doskonale znać jej historję, zdziwiła się słysząc pytanie; nie chcąc jednak wyjść ze złudzeń, wytłumaczyła to sobie, jako próbę którą szczerości jej zadać chciano, i poczęła opowiadać całe dzieje swoje.
Lola słuchała z uwagą, wzdychając, podnosząc oczy do góry, załamując ręce i doskonałe wygrywając wsp6łczucie, a wśród tego opowiadania nie przestawała oglądać dziewczęcia okiem znawczyni, w skutek przeglądu stając się coraz czulszą i serdeczniejszą...
Gdy przyszło do projektów na przyszłość, gość się uśmiechnął z politowaniem.
— Nie sądź pani — zawołała zbliżając się do niej, — żeby młodej osobie łatwo tu było znaleźć pracę w Warszawie, uczciwą służbę, zajęcie jakiekolwiek... będąc nieznajomą i bez opieki. Dzięki Bogu, że dziwny traf stawi mnie w możności przybycia jej w pomoc... ale potrzeba rozmyślić się dobrze, rozpatrzeć...
Później znajdziemy coś i naradzimy się z sobą... nie należy się spieszyć...
Z tego poważnego mentorskiego tonu Lola przeszła na swobodniejszy nieco, usiłowała rozweselić Dosię i pozyskać ją najprostszym ale niechybnym zawsze środkiem, pochlebstwem...
Oświadczyła się jej z przyjaźnią, z sympatją niepohamowaną, potakiwała umiejętnie, unosiła się nad jej nieszczęściem i pięknością, tak, że w krótkim przeciągu czasu zjednała sobie i wiarę i przychylność. Bawiła więcej godziny, wyśliznęła się tajemniczo potem i zostawiła sierotę rozmarzoną, wesołą, promieniejącą. Nazajutrz rano poszły razem do kościoła, gdyż nieznajoma pani bardzo zdawała się pobożną; wieczorem przyprowadziła siostrę najmłodszą i razem wyszły na przechadzkę, wśród której u wnijścia Szwajcarskiej Doliny spotkał ich właśnie Leon, przestraszony tym widokiem, ciągnąc się mimo woli za niespodzianie ujrzaną gwiazdą swoją.
Szwajcarska Dolina jest ciasnym ogródkiem, w którym spotykają się jak na terytorjum neutralnem najdalej od siebie na świecie stojące postacie: artyści, gazeciarze, młodzież, panie bardzo przyzwoite i nienajprzyzwoitsze, włóczęgi miejskie, wojskowi, wielcy panowie, przybyli do miasta wieśniacy, słowem wszystkiego po trochę. Muzyka gra w środku, kilką uliczkami przechadzają się panie i panowie, przy rozstawionych stoliczkach podwieczorkują niektórzy, inni na krzesłach pod domkiem palą cygara i papierosy: śmiechy, rozmowy, ukłony, przeglądy osób płynących jak różnobarwna fala drożyną środkową... oto maluczki obrazek ogródka, w którym się spędza godzina po miejsku, w gwarze i tłumie. Drzewek tu niewiele, miejsca oszczędne, zieloność biedna, powietrza skąpo, ale ludzi zawsze dosyć i ruch nad wieczorem nieustanny, wieczorem bowiem dopiero budzi się dolina do życia, które czasem długo w noc się przeciąga.
Codzienni goście znają się tu wszyscy doskonale, wiedzą stosunki i dla nich nie ma tajemnic; każdy przybylec natychmiast ich uderza, gdyż najczęściej towarzystwo tutejsze składa się z osób przywykłych i przychodzących co wieczora. Ukazanie się nowej twarzy nie przechodzi obojętnie, szczególniej kobiecej, a czasem obudza niepohamowaną ciekawość, która zresztą łatwo się w takich razach jakoś zaspokoić daje.
Tego dnia zjawienie się panien Marmuszek, całemu znajomych miastu, byłoby przeszło niepostrzeżone, gdyby im nie towarzyszyła Dosia, która dwa razy z niemi okrążywszy ogródek, stała się celem ciekawości wszystkich mężczyzn i zwróciła na siebie uwagę nadzwyczajną pięknością swoją. Panowie powstawali z krzeseł, poczęli się kupić, szeptać, zastępować drogę, dowiadywać, niepokoić; sierota obudziła entuzjazm i zachwycenie, które choć znacznie ostudzone tem że ją prowadziły Marmuszki, objawiło się jednak w sposób wielce znaczący. Nie mogła nie dostrzedz tego Dosia, zrazu onieśmielona tłumem i wrzawą, w które pierwszy raz w życiu wpadła, podniosła się jej pierś, uderzyło serce, zarumieniła twarz i rozkoszne uczucie spotęgowało jeszcze jej piękność, już i tak blaskiem swym gaszącą najwdzięczniejsze kwiaty Szwajcarskiej Doliny.
— Kto to jest?
— Co za jedna? — kiedy przybyła? — Kto taki? szeptano i pytano do kola, a że protekcja Marmuszek dozwalała być śmiało i trochę nawet natrętnie, zaglądano pod kapelusz, przybliżano się, zaczepiano, wykrzykiwano, ściskano ze wszystkich stron, tak że w końcu ten hałas, oblężenie, natręctwo, wytrzymującą dotąd Dosię zaczęły niespokoić, — chciała wynijść, uciec, schować się... Tymczasem nasi artyści wszedłszy za niemi do ogródka z Leonem, którego twarz pałała, nielitościwie żartowali sobie z niego, i z wyboru jaki uczynił.



Wieśniak zatrzymał się w kątku, zrozpaczony niemal i jak posąg stojąc nieruchomy, nie zważał na żarty ich, nie odpowiadał na pytania, kamienny, boleścią wewnętrzną przejęty, nieprzytomny... Okiem śledził Dosię, która widząc go nie chciała mu dać poznać, że go postrzegła i odwracała się przechodząc blizko, drżał, słabnął. Stan jego wzbudził nareszcie litość w Adamie, który serjo dopytywać począł co mu się stało, domyślając się jakiejś tajemnicy; ale Leon nie odpowiedział nic, tak był w sobie cały i niebezpieczeństwem sieroty zajęty, nie umiejąc zdać sprawy z jej zjawienia w takiem towarzystwie i miejscu.
Nie znał on kobiet z któremi przyszła, ale wykrzykniki sąsiadów dały mu się domyślać co to były za jedne; zresztą nieco doświadczeńszy, po ich stroju i ruchach, po rzucanych wejrzeniach, po sposobie w jaki się z niemi obchodzili tu goście, poznawał do jak nizkiej w społeczności należały klassy. — Marmuszki! Marmuszki! — wołano koło niego — a! te..., z tego sklepiku! wiem, średnia w balecie, starsza prawie dosłużyła się emerytury, najmłodsza jeszcze na nauce domowej!
I gdybyż tylko tyle posłyszał Leon, ale było tam i więcej, i obszerniej i surowiej o tych paniach. Napróżno Lola udawać chciała po niewczasie poważną bardzo i przyzwoitą damę, co chwila impertynenckie powitania młodzieży zbijały ją z tropu i zmuszały do opędzania się napastnikom wcale nieumiejącym jej szanować. Dosia rumieniła się i oburzała, przeczucie oznajmywało jej, że wpadła w niebezpieczeństwo jakieś, ale uczynione wrażenie, oklaski, szepty, pochwały, nowość widoku, ciekawość i nie wiem już jakie uczucie, wstrzymywały ja tu jeszcze... Kilka razy miała na ustach: — Chodźmy ztąd — i nie zebrała się nic powiedzieć. Marmuszki powoli ożywiały się, uśmiechały, w około nich zaczęła się zbierać gromadka młodzieży, gdy nagle w ulicy naprzeciw hrabia Tytus z kapitanem Rybackim ukazali się idąc żywo przeciw nim, i rozpędziwszy niemal tłum, po przywitaniu zajęli z obu stron stanowiska, hrabia przy Dosi, kapitan przy starszej Marmuszce....
Leon patrzał na to wszystko, niemogąc ruszyć się z miejsca jeszcze i nie wiedząc jak poradzić, choć czuł, że tu stanowczo jest potrzebny; różne mu myśli przychodziły, jedna spędzając drugą, aż stanął na tem, żeby Dosi z oka nie spuszczać i w ślad iść za nią do jej mieszkaniu...
Gdy się to dzieje w Szwajcarskiej Dolinie zajętej nieznajomą, a najsprzeczniejsze sądy krążą o piękności Dosi, o jej pochodzeniu i przyszłości, — gdy się mężczyzni unoszą, artyści szaleją, a kobiety kwaśno wyszukują plam w słońcu lub przedrwiwają z Marmuszek... niepostrzeżony prawie od nikogo, na samotnej ławeczce w cieniu siedzący staruszek, ten sam któregośmy widzieli w kościele przypatrującego się Dosi ze łzą w oku, kreśli laską po piasku jakieś figury dopijając szklankę herbaty.
Widać było po nim, że go tu nie sprowadziła chętka skąpania się w szałach młodzieży, ani potrzeba roztargnienia, ale jakiś przypadek; to co go otaczało nie zajmowało wcale, nie patrzał, nie oglądał się, nie śledził, zadumany, cały w sobie odpoczywał. Cały ten podbudzony przybyciem Dosi ruch nie zwrócił nawet uwagi, a gwar pokrywała muzyka... Na twarzy starca ten sam wyraz panował jakiśmy widzieli na modlitwie, wielki spokój i powaga, zamyślenie głębokie jakieś, surowe... znać świat nie miał już dlań tajemnic i nie obchodził go wcale; jego żywot był już zamknięty i leżał pod siedmią pieczęciami wspomnień, w głębi serca nie dziwił się szaleństwu, ale go nawet ciekawością nie podzielał...
Wzrok jego roztargniony to spadał na ziemię, to krążył niedbale po przesuwających się postaciach, które witał jak znajome, długo się na nich nie zatrzymując. Nieopodal od niego stał wryty Leon, który sąsiada nie spostrzegł długo, i nie został też przez niego dojrzany. Dopiero gdy Adam i Jacek odstąpili milczącego wieśniaka, zostawując go osłupieniu i widocznemu rozdrażnieniu, które poszanować umieli, choć go sobie wytłumaczyć nie mogli, wejrzenie starca padło przypadkiem na Leona i długo wstrzymało się na nim z podziwieniem, ze smutkiem potem, nareszcie z widocznym niepokojem. Popatrzał chwilę nieznajomy, podniósł się i chwyciwszy za rękę Leona, obudził go zapytaniem:
— Co ty tu robisz?
— Ja? — rzekł oglądając się młody chłopiec — ja? A! to hrabia! a pan? — zapytał żywo.
— Ja wszedłem odpocząć, a ty... co ci jest? po coś tu przyszedł?
— A! to okropna historja! — załamując ręce odezwał się młody artysta — nie pytaj pan, doprawdy nie potrafię odpowiedzieć.
— Cóż to jest! śledzisz kogoś oczyma! ty! także rychło już opętało cię miasto i ogarnęło życie twoich wsp6łbraci artystów... Leosin! mów! co to jest?
— Nie mogę panie, nie umiem — odpowiedział niespokojny Leon, i oczy jego skierowały się w tej chwili na Dosię przechodzącą blizko nich, a starzec idąc za niemi, ujrzał ją także, puścił rękę Leona i osłupiał, smutnem przejęty jak on wrażeniem...
Twarz jego pobladła, usta zadrgały.
— Znasz ją? zapytał żywo...
— Kogo — ja nie wiem... kogo?
— Tę panienkę... kto jest? — spytał z widocznym niepokojem stary...
— Nie mogę panu nic odpowiedzieć, znam i nie znam, jestem zmuszony pilnować, grozi jej niebezpieczeństwo, boję się żeby ją ztąd nie uprowadzono...
Starzec był to ów hrabia de Tilly, któremu Leon tyle był winien. W jego domu i pod jego przewodnictwem się wykształcił; szacunek i wdzięczność dla niego walczyły w tej chwili w sercu młodego chłopca z niepokojem o los sieroty.... nie wiedząc prawie co czyni, Kora odciągnął go ku wnijściu i tu pewniejszym będąc że Dosia nie wymknie się niepostrzeżona z ogródka, począł głosem stłumionym opowiadać swoje spotkanie, całe krótkie dzieje podróży i poznania się z sierotą.
Zwykle zimny, hrabia słuchał z żywem zajęciem, oczy mu nawet zabłysły gdy posłyszał historję Leona, ale zamiast udziału w jego cierpieniu im dłużej słuchał, tem więcej się zdawał uspakajać.
Odetchnął głośno gdy skończył, wziął młodego chłopaka za rękę i w milczeniu podszedł z nim mijając muzykę do samej furtki ogrodowej, przy której znalazłszy ławkę, usiadł na niej spokojnie. Zdał się namyślać chwilę jak sobie postąpić, zadumał i rzekł wreszcie powoli:
— Tak! tak! wszystko na świecie prowadzi niewidoma ręka Opatrzności, każdy krok człowieka... nic nie ma trafunkowego... ktoby się spodziewał że ją tu znajdę!...
— Kogo? panie...
— Zdziwisz się gdy ci powiem — rzekł starzec — żem umyślnie przybył za tą sierotą do Warszawy, że jej szukam, że od dni kilku śledzę ją i gonię, żem z podobieństwa twarzy domyślił się jej w kościele niedawno, bo nigdy nie widziałem jej w życiu, że to jest... moja siostrzenica.
Leon sądził że mu się przysłyszało, tak był zdumiony...
— Ale jakimże sposobem? pan żartujesz...
— Wiesz Leosiu, że nie żartuję nigdy... smutna to i dziwna historja słabości ludzkiej... Niedawno zmarła jej matka, a siostra moja; ledwiem się teraz dowiedział że mam siostrzenicę... jestem jej opiekunem... Bóg mi nastręczył ciebie... kilka dni później, kto wie gdzieby ją ubóstwo i osierocenie zaprowadzić mogło!
Zamilkli oba, gdyż Leon już był spokojniejszy; tymczasem w ogródku zmierzchało, a ulice coraz były pełniejsze, rozmowy coraz bardziej ożywione, napływały co chwila nowe postacie, krzyżowały się, mieniały. Marmuszki chodziły jeszcze z Dosią, kapitanem i hrabią Dahlbergiem, który powoli rozpocząwszy rozmowę z nieznajomą, już ją był na stopie bardzo poufałej pogadanki postawił.
Niezmiernie zręczny, łatwo móg1 najniedoświadczeńszą istotę ośmielić i zbliżyć do siebie; od pierwszego słowa przeczul ją, domyślił się jak do niej mówić potrzeba, począł od uwielbień i słodyczy, i rozwiązał jej usta gadatliwością swoją, ze smutnego zamyślenia w żartobliwe wprowadzając postrzeżenia nad tem, co dla Dosi tak było nowe i tak się wydawało wielkie i świetne... Marmuszki nie tylko nie przeszkadzały zapoznaniu, ale je jak mogły ułatwiały, a tytuł hrabiowski, piękna postać, grzeczność i nadskakiwanie nic pewnie nie zaszkodziły. Zjawienie się Dahlberga odsunęło nieco mężczyzn, wprzód natarczywie oblegających panny; cofnęli się wszyscy, poglądając tylko zdaleka i zazdroszcząc, śmiejąc się i zgadując całą intrygę. Hrabia kazał podać podwieczorek i wszyscy razem zajęli miejsce przy ustronnym stoliczku, gdzie Dosia swobodniejsza od natrętów, nieco się uspokoić mogła... Przedłużono rozmowę, i zapalały się już lampy gdy sierota szepnęła że chciałaby do domu powrócić. Marmuszka obiecywała ją odprowadzić, hrabia ofiarował swój powóz i konie, chwilę jeszcze przeciągnęły się targi, grzeczności, półsłówka, nareszcie cały orszak skierował się ku wyjściu. Przez drogę, hrabia jeszcze usiłował zbliżyć się do Dosi, wymódz na niej obietnicę nowego widzenia się w ogródku. lub gdzieindziej, ale ona natarczywością jego przelękniona, zamilkła. Dahlberg postrzegł że zwykła taktyka nie może służyć zawsze z równym skutkiem, i nie nalegał. Z głośną i pełną śmiechu rozmową zbliżali się do furtki, gdy z ławki przy niej wstał staruszek i podszedł wprost do Dosi z powagą chłodną; Dahlberg zdziwiony krok się cofnął.
— Pani jesteś Dorota Karolina Czeszak? — rzekł głośno.
Dosia zadrżała...
— Pan Czeszak był mi opiekunem, był ojcem prawie, ale imienia jego nosić nie mam prawa — odpowiedziała z westchnieniem.
— Owszem, owszem — przerwał stary — podaj mi pani rękę, ja jestem najbliższym jej krewnym... szukałem jej od dni kilku... chodźmy...
Dziewcze zawahało się chwilę, — był że to spodziewany cud ów? czy sen?
Marmuszki stanęły zmięszane, kapitan Rybacki pokrecił wąsa i skrył się za nie, Dahlberg widocznie znajomy staruszkowi, w fałszywem położeniu, kręcił się nie wiedząc co zrobić z sobą; ukłonił się i wyśliznął... Dosia ze spuszczonemi oczyma podała rękę panu Tilly i w milczeniu wyszła z nim za wrota... Na znak dany przez służącego, zaszedł powóz piękny, z ludźmi w czarną ubranemi liberją, i Leonowi mignęła tylko twarz ideału, który znikł wśród tłumu w alejach.



Leon, zapomniawszy się dowiedzieć u hrabiego, gdzie było jego mieszkanie, nazajutrz ani Dosi, ani pana Tilly znaleźć nie umiał. Przyszło mu na myśl pobiedz na Stare Miasto do pana Sturby i od niego zasięgnąć języka, ale tu już ani sieroty, ani Halki, ani śladu po nich nie było; gospodarz choć zapłacony i bez pretensji pieniężnej, w dosyć złym humorze, zapewne z powodu uporczywego kataru, zbył chłopaka niegrzecznie wcale.
— Tere fere! — zawołał... — mówiłeś mi waćpan, że brat... potem że swat, czy jakiego licha, a tu sam nie wiesz co się z nią stało... otóż śliczna panienka... która niknie jak kamfora... Ten do sasa ten do lasa... najmują, wnoszą się, wynoszą, licho wie po co, czego... pieniądze tracą, ludzi niepokoją... tfu! dajże mi waćpan święty pokój, i ruszaj zkądeś przyszedł.
Oprócz Leona i hrabia Dahlberg przez usłużnego Rybackiego usiłował się dopytać o Dosię, która go mocno zajęła, ale oba ci panowie nic się także dowiedzieć nie potrafili. Znaleziono wprawdzie mieszkanie hrabiego Tilly, który miał dom własny przy Bielańskiej ulicy, ale ten był już niewiadomo dokąd wyjechał z rana. Chodzili, szpiegowali, śledzili, wpadła jak w wodę sierota, i ani zręczne Marmuszki, którym los z rąk ją wychwycił, ani Chyłkiewiczowa przebiegła i umiejętna do badań tajemniczych, nic się dopytać nie umiały.
My, kończąc tę pierwszą epokę życia sieroty, od której nowe poczęła życie, musimy dla wyjaśnienia tego wypadku zwrócić się nieco w ubiegłe czasy, które nam tajemnicę tę rozwiążą.
Rodzona siostra pana de Tilly, niegdyś sławna z piękności hrabianka Karolina, młodziuchną wyszła za generała Morskiego, w wieku w którym pójście za mąż wydaje się zabawną tylko życia odmianą dekoracji, a w niem szczególniej widzi się powóz, konie, bale, wstążki, brylanty, czepeczki, gałganki i mało co więcej...
Wychowanie jej nie skierowało wcale myśli ku następstwom innym i poważniejszym obowiązkom. Generał, pomimo lat pięćdziesięciu których dożywał, był jeszcze wcale pokaźnym mężczyzną, zdrów, barczysty, silny na oko i nie wyglądał wcale na piąty krzyżyk, a życie ciągłej pracy tak go dobrze zachowało w świeżości i młodości, że się nawet mógł podobać. Podobał się więc nie tylko jako świetna partja matce panny, starej hrabinie Tilly, kobiecie wielkiego świata a pojęć o życiu powszednich, ale nawet córce, świeżo wyszłej z pensji pani Campan w Paryżu. Karolka znajdowała, że pięknie i miło być żoną krzyżami okrytego, którego wszyscy szanowali i kochali. Morski miał przytem imię stare i piękne, majątek wielki, znaczenie w świecie niepospolite, stosunki ogromne, a szczerze się zająwszy dzieweczką, która wnuczką jego prawie być mogła, szalał dla niej, starał się przypodobać i wywołał, jeśli nie uczucie z serca, to wesołą przyjaźń dla siebie. Hrabianka więc zaślubiła generała i w pożyciu z nim dopiero, po roku minionym na balach i podróżach, przekonała się, jak trudno poznać człowieka widząc go tylko w salonie, i jak najuczciwszy z ludzi może być najnieznośniejszym z mężów.
Przyszło to do tego powoli jakoś, nieznacznie, że się lepiej nawzajem oceniono. Generał, w towarzystwie młody, w domu straszliwie się starzał i stawał prawie niedołęgą, zrzuciwszy mundur i perukę; po całych dniach przymuszonej wesołości salonowej, humor mu się psuł, wymagania stawały dziwaczne, zazdrośny się robił i podejrzliwy do śmieszności. Życie pani generałowej, rozpoczęte pod najpiękniejszą wróżbą, wkrótce prawdziwą stało się męczarnią — starca niepokoiła jej młodość, jej ciężył wiek mężowski, oboje zgodzić się już nie mogli a rozstać nie umieli. Los chciał, by to położenie tak gorżkie dla obojga, przeciągnęło się nad wszelkie podobieństwo długo. Morski, pomimo coraz większego upadku i niedołęztwa, żył dalej, już nie wychodząc prawie z pokoju i nie wstając z łóżka; piękna Karolina więdła u boku jego, a nie miała dość poświęcenia i heroizmu by dobrowolnie stać się siostrą miłosierdzia.
Każda zabawa na której się znajdowała, nowa znajomość, uśmiech na jej ustach, jątrzyły starego i nieskończone za sobą ciągnęły pasmo wymówek, odpowiadano sobie wzajemnie, zamęczano się i narzekano po cichu... Generał dostawszy paraliżu, niemogąc chodzić nawet o kuli, skazany przez lekarzy, jeszcze lat kilka w tym smutnym stanie Łazarza przeleżał i przebolał.
Po śmierci jego piękna Karolina, znękana życiem, zawiedziona, osmutniała, z miasta, w którem ją zmarnowanej młodości wspomnienia ścigały, usunęła się na wieś i w egzaltowaną rzuciła pobożność. Po matce miała dobra znaczne, po mężu, który od dnia do dnia testament odkładał, wzięła także majątek z prawa jej przypadający, z dożywociem intercyzą jej zawarowanem, ale warunkowo, jeżliby za mąż nie poszła. Interesa wymagały uczciwego i zdatnego człowieka, któryby je poprowadzić umiał, a że pan Mikołaj Czeszak, podkomendny generała, młody naówczas człowiek, nawinął się generałowej, jego wzięła, znając już z nieposzlakowanego i najzacniejszego charakteru.
Był to wojak sam wszystko winien sobie po większej części, z głową otwartą, a sercem tak szlachetnem jak mało ich jest na świecie; nie żyłby bez poświęcenia, którego szukał i potrzebował jak oddechu. Piękność i smutek generałowej wzbudziły w nim uczucie uwielbienia i czci, podniesione do najwyższej potęgi. Piękna Karolina dostrzegła je i użyć go umiała, tworząc z Czeszaka z kolei to czego potrzebowała, prawnika, gospodarza, powiernika, przyjaciela, sługę.
Nie wiem jakiemi drogami, w osamotnieniu wsi i okolicznościach wyjątkowych, Mikołaj potrafił pozyskać nie tylko szacunek, ale w końcu serce generałowej, zbliżyła ich miłość, i dźwignięty ręką pani, ubogi żołnierz miał już zostać mężem wdowy Morskiej.
Tymczasem ich stosunki ściągnęły już oczy ludzi, wywołały najopaczniejsze tłómaczenia i szkaradne potwarze; obudziła się familja samej pani, wszystko co żyło spadło na nią z wymówkami, przedstawieniami, zgrozą, oburzeniem. Pan Czeszak chciał porzucić dom ten, wyjechać, cofnąć się, aby zadać fałsz czernidłom; generałowa płakała, codzień niemal silniej nalegali na nią interesowani, aby zerwała z faworytem, a że nie miała ani woli silnej, ani dość charakteru, żeby się utrzymać stale w przekonaniu jednem, biedna kobieta męczyła się, chwiała, rzucała z jednej w drugą ostateczność. Rozstawali się i jednali. Czeszak odjeżdżał i wracał, nie dopuszczano krewnych, to znowu garnęła się do nich wdowa, obawiając się być opuszczoną zupełnie. Koniec końcem, ten dramat drugi jej życia najdziwniej się rozwinął: w chwili zapału, pani Morska wzięła ślub z panem Czeszakiem, ale rodzinie nie śmiejąc się przyznać do tego, utaiła małżeństwo swoje, wyrzekając się nawet dziecięcia, z którem ojciec usunął się na wieś, czując dlań obowiązki swoje, gdy ich matka dopełnić nie śmiała.
Miłość pierwsza ostygła powoli, zostało przywiązanie i szacunek wzajemny, widywano się rzadziej. Generałowa, cała oddana pobożności, zamknęła się na wsi, w kaplicy, a nie miała siły spełnić surowo, do czego ją powoływały śluby i macierzyństwo. Śmierć jej, która poprzedziła o niewiele zgon pana Czeszaka, odkryła dopiero światu, że tajemnem małżeństwem byli połączeni, mąż bowiem nie sądził się w prawie przyznania do tego, i nie wydał nawet na łożu boleści.
Krewni zdumieni, postrzegli, że zostali oszukani, ale ważności małżeństwa niepodobna było zaprzeczyć, ani praw, jakie dziecię miało do majątku i imienia rodziców. Nikt z nich nie pomyślał nawet o sierocie, prócz pana de Tilly, który był czule przywiązany do siostry i inaczej to zawsze widział. Z rozpatrzenia papierów przekonawszy się, że Czeszak był mężem Karoliny, wziął się żywo do przypadającej nań opieki nad opuszczonem dziecięciem. Pojechał do Sadogóry, ale tam znalazł już rządzących się jak u siebie krewnych Czeszaka i wiadomość tylko, że Dosia sama jedna wybrała się do Warszawy. Łatwo mu przyszło odzyskać dla córki spadek po ojcu, któren powierzywszy prawnikom, sam pospieszył dla wyszukania siostrzenicy.
I cud, który przeczuwała sierota, spełnił się nad nią — znalazła rodzinę, opiekę, imię, bogactwo, przyszłość.
Pierwszy akt jej życia skończył się po łzach i niepokoju, tą świetną dekoracją, która ją na nową wcale wyprowadziła scenę.



Kilka lat upłynęło, a nikt o Dosi nie wiedział co się z nią stało; wzdychał tylko artysta, niekiedy przypominał ją sobie pan Dahlberg z kapitanem Rybackim, częściej mówiono o niej w dworku w którym stara Jadwiga i Piotr dożywali dni spokojnych, wróciwszy do Sadogóry, — gdy na wielkim świecie warszawskim zjawiła się w całym blasku piękności i młodości panna Dorota Czeszak, i od razu zawróciła głowy starym, młodzieży, kobietom, nawet współzawodniczkom, które zagasiła ukazaniem się swojem.
Była to jedna z tych istot fenomenalnych, które się rzadko spotyka na świecie, coś idealnie doskonałego, pełnego, zachwycającego, uroczego; ktokolwiek zobaczył ją, zbliżył się, na kogo spojrzała czarownica, szedł za jej wozem wiekuistym niewolnikiem. Wuj, hrabia de Tilly, czcił ją i padał przed nią, otaczający pieścili, psuli, a młodzież szalała.
Najosobliwszy przytem wyrobił się w niej charakter: największa może tajemnica uwielbienia, które wzbudzała, był dar szczególny przybierania tysiąca odmiennych fizjognomij i przemawiania do każdego właściwem słowem i tonem. Nikt nie wiedział jaką była w istocie, tak różną z każdym być umiała; smutną, wesołą, trzpiotowatą, zamyśloną, z kolei artystką i najprozaiczniejszą gosposią, szyderską i pełną wiary, litościwą i obojętną. Żadna ją rola nie kosztowała, gdyż ta komedja była szczerą, a kobieta w istocie w jednej piersi miała serc tysiąc, bijących co godzina inaczej.
Ta zmienność fizjognomji łączyła się z talentami najróżniejszemi, z równą łatwością pojęcia i pochwycenia charakteru ludzi i tajemnic nauki. Nic dla niej nie było obcem, zgadywała więcej niż uczyła się, przeczuwała, i jak gdyby potrzebą dla niej było to kameleoństwo, szukała coraz nowego świata, nowych ludzi i zdobyczy, nie odstręczyła od siebie nikogo, nie pogardziła niczem, i tłumy też cisnęły się do tego cudownego zjawiska. Opisać zapał jaki wzbudzała jej piękność, szaleństwa jakie dla niej wyrabiano, wyliczyć ofiary nieszczęśliwe w tym pochodzie tryumfalnym zgniecione, niepodobna. Pan Tilly był pierwszym jej sługą, Leon zaprzągł się także do jej wozu, hrabia Dahlberg, zresztą nieprzeliczone mnóstwo innych, bez nadziei żadnej pozyskania nawet wejrzenia i uśmiechu, wlekli się śpiewając na cześć jej dytyramby ubóstwienia.
Dodajmy do tego, że piękna Dosia, choć nazwisko jej nie stawiło w rzędzie arystokracji, stosunkami swemi po matce, łączyła się z najpierwszemi rodzinami w kraju, że była niezmiernie bogata, wychowana w Paryżu jak mówią, a z pięknością jej nikt mierzyć się nawet nie pomyślał.
Zjawienie się jej w sferach najwznioślejszych, wzbudziło jeden okrzyku wielbienia i podziwu, na który ona tylko zdawała się niezważać, i przyjmowała go jako dań należną. Natychmiast liczni pretendenci do ręki jej, stanęli z sobą do walki, i hrabia Tilly zostawił wybór samej Dosi. Ale piękna sierotka ani się spieszyła, ani zdawała chcieć pokierować sercem; uczucie w niej było zagadką, miała je na zawołanie dla wszystkich na pozór, z równą obojętnością wyśmiewając ludzi i siebie nazajutrz. Każdy sobie pochlebiać mógł, że był wybranym, i nikt nie pochlubił się by więcej od drugich pozyskał.
Dosia bawiła się ludźmi, przerzucała niemi, przeszywała ich wzrokiem na wylot, odpędzała, przyciągała, rozbrajała gniewy i rozpacze, słowem jednem, królowała wszechwładnie. Trwało to tak długo, że wreszcie Tilly napomknąć musiał, iż należałoby wybór zrobić, co Dosia przyjęła obojętnem potrzęsieniem główki.
— Mamy dosyć czasu! — odpowiedziała.
Nie robiąc różnicy między starymi, młodymi, najbiedniejszymi i najbardziej się odznaczającymi, Dosia łapała wszystkich i trzymała przy sobie, rzucając stygnącym jedno wejrzenie, słówko, nadzieję, i bawiąc się tym dworem swoim.
Czarownica ta, jak ją nazywano, śmiejąc się powiadała, że przyciągnie kogo zechce, i obałamucała starców, gromadziła najsprzeczniej przy sobie odbijające istoty, jakby dla rozrywki tylko i zabicia czasu. Te tysiące przyjaźni i admiracyj, tłum różnobarwny ludu, tak umiała jakoś utrzymać w pokoju i ładzie, że z kolei każdy rzuconą mu chwileczkę szczęścia chwyciwszy, po cichu śmiał się z drugich i czekał.
Nareszcie, najniespodzianiej gdy się gubiono w domysłach kogo piękna Dosia uszczęśliwi swym wyborem, rozeszła się wiadomość, że wychodzi za hrabiego Brunona. Dziwniejszego wyboru trudno było uczynić, i z dobrej woli małżeństwo to zdawało się nie pojętem. Prawda, że Bruno był jednym z największych magnatów w kraju, że imie miał znakomite i starożytne, stanowisko książęcia udzielnego, ale wdowiec, rozwodnik, stary, skąpy, w życiu ciężki i nieznośny, zużyty, ostygły, zimny, nie mógł się podobać dzieweczce, której serce miało prawo zapragnąć czegoś więcej, i innego. Nikt z razu nie wierzył wieści, potem posądzano hrabiego Tilly, że ją na to namówił, tymczasem wuj może ze wszystkich najmocniej był przerażony i wylękły. — Dosia wybrała sama, dobrowolnie, rozmyślnie.
Nie znając człowieka, zdala wydawało się to zwycięztwem niesłychanem, zblizka prawdziwem nieszczęściem, znano nadto dobrze Brunona, by nie przewidywać co czeka piękną Dosię. Ona potrząsała główką gdy jej mówiono o tem, uśmiechała się i kończyła zawsze:
— Zobaczymy.
Jakkolwiek woli jej we wszystkiem uległy i zawojowany całkowicie, Tilly kilkakroć czuł się w obowiązku przestrzedz Dosię, oparł się nawet z razu i wymógł, że to do dłuższego zostawi namysłu, w ostatku musiał się zgodzić. Tłum wielbicieli powinien się był rozprószyć gniewny i opuścić swoją królowę, ale ona miała ten urok niepojęty, który przyciąga choć nie daje nadziei, wiąże na wieki i odbiera wolę — zrozpaczeni pretendenci pozostali.
Hrabia Brunon przy Dosi wyglądał tak pociesznie, że zdawał się umyślnie wybraną dla podniesienia jej sprzecznością; choć rysy miał piękne niegdyś i jeszcze odznaczające się delikatnością, ale twarz jego tak była trupią, bladą, wyniszczoną i smutną ruiną, wyraz oczów tak straszny, usta zacięte tak złośliwą dumą, że na świecie zwano go pospolicie Mefistofelesem. Łyse jego czoło ogromne, nos orli, oczy czarne, wpadłe policzki, brwi namarszczone fantastycznie, stanowiły całość nie bez stylu i oryginalności, dziwnie odpychającą. Małomówny, niechętnie przypuszczający do siebie ludzi, skąpy niesłychanie, surowy dla tych, których za nieco niższych uważał, hrabia Bruno miał więcej nieprzyjaciół niż znajomych, instynktowo uciekali od niego wszyscy, obawiał się każdy.
Nikomu na myśl nie przyszło, widząc go zdala krążącego koło pięknej Dosi, by on się nią mógł zająć, a ona ośmielić i przyjąć Brunona, i gdy po mieście rozeszła się wieść o zaręczynach odbytych, wierzyć jej nie chciano, śmiano się jak z plotki umyślnie wymarzonej na hrabiego.
Kobiety, przyjaciele, Tilly, codzień przynosili Dosi jakiś rys z życia Brunona, odstręczający, malujący charakter jego, zagrażający przyszłości, a ona uśmiechem go przyjmując, odpowiadała:
— Wiem! wiem! zobaczymy!
Hrabia nie grał roli zakochanego, bo w jego wieku było to niepodobieństwem; starał się na zimno, Dosia na zimno przyjmowała starania, godzinami jednak po cichu rozmawiali z sobą i Bruno co dnia był u nich, coraz częstszym gościem, nareszcie stał się domowym, nie można było wątpić już o tem, że panna Czeszak pójdzie za niego. Jeździli razem, wchodził o każdej godzinie, bawił do nocy, a jawnie przygotowywał się do mającego nastąpić ślubu.
Biedny artysta, który z innymi pociągniony urokiem Dosi i siłą wspomnień, codziennie tam bywał i patrzał na odegrywane sceny, wpadł w rozpacz milczącą, ale nie przestawał napawać się codzień widokiem tej twarzy i głosem czarodziejki. Dahlberg starający się także, burzył się i gniewał, że został odrzucony; i on przecie nie odszedł, inni przestając myśleć o ręce dziedziczki, zachowali dla niej przyjaźń gorącą, tak serca pozyskać i utrzymywać umiała.
Ślub jej z hrabią Brunonem, odbył się po cichu, nazajutrz państwo młodzi wyjechali za granicę, Tilly wrócił na wieś, kilku rannych powlokło się za bóstwem swem do Paryża, biedny Leon zamknął w domu niemal obłąkany.
I znowu na czas jakiś Dosia znikła z oczów, choć zapomnieć o niej było trudno; długo mówiono o czarodziejce, a przybywający z obcych krajów przywozili najdziwniejsze wieści o szale, jaki wszędzie wzbudzała, o wywołanym entuzjazmie, o oklaskach, które wnijście jej do loży w teatrze wśród nieznanego świata wzbudzało, o balach dawanych dla niej, i pochodzie jej zwycięzkim. Opiewali ją poeci, malowali artyści, przyjmowali królowie, rozwodzić chcieli lordowie angielscy, kilku się zastrzeliło z rozpaczy, nie jeden zrujnował dla jej zabawki. Niepojęte historje rozpowiadano o Dorocie, gdy się znowu w kraju zjawiła, jeszcze piękniejszą niż była, niebezpieczniejszą jeszcze, a zawsze równie przystępną i czarodziejsko pociągającą. Wszyscy rozpierzchli dawni przyjaciele, znowu ją otoczyli kołem, Leon milczący przyszedł siąść w kącie salonu i wpatrywać się w to oblicze, do którego życie swe przywiązał, przyjechał Tilly, pozbiegało się co gdzie żyło. Ale te uwielbienia, ten dwór i sposób życia cały na zewnątrz, bo hrabina potrzebowała hołdów i blasku, nie umiejąc na chwilę znieść samotności, w końcu się uprzykrzył Mefistofelesowi, który po upływie miodowych miesięcy, począł ją zamykać i zażądał wyraźnie, aby Dosia na wieś się z nim usunęła. Rozpoczęła się walka niewidoma, głucha, skryta, wybuchająca niekiedy wyraźniej, to znowu tłumiona przez zręczną kobietę, i wśród niej starzec zmożony, złamany, zwyciężony, o mało nie umarł, uznawszy się bezsilnym, przymuszony zezwolić na rozwód, który otrzymawszy Dosia, znowu wystąpiła w całym blasku na świecie swoim, jeszcze gęstszym wielbicieli otoczona zastępem. Powiększali go cudzoziemcy przybyli z końca świata za tem bóstwem, którego władza trzymała ich bez nadziei do wozu przykutych, ludzie najróżniejszych stanów, wieku, charakterów, wszyscy zarówno mający godzinę łaski w oczach kobiety, której zadaniem zdawało się zdobyć tylko jak najwięcej poddanych. Dotąd nie cierpiała sława hrabinej, na jej postępowaniu dziwacznem, sama liczba czcicieli uwalniała ją od podejrzeń; — ale z kilku słów pierwszego jej męża po rozstaniu, z kilku kroków zbyt śmiałych, zrodziły się szepty uwłaczające. Rozpowiadano sobie na ucho rozmaite historyjki tajemnicze o wycieczkach jakichś, o odwiedzinach sekretnych w godzinach zakazanych, i choć nikt nie wierzył temu, choć to zwano potwarzą, kobiety nieco się od hrabinej odsunęły.
Ona zdawała się albo o tem nie wiedzieć, albo nie dbać o to, nic bowiem nie zmieniła postępowania swego.
Wesoło też płynęło jej życie, uplecione z samych zabaw i rozrywek, na podróżach, muzyce, rozmowie, wśród gorących przyjaźni, dostatku, który mimo pańskiego jej życia oszczędnością podsycać umiała, bez chmurki, bez najmniejszej przeciwności i śladu cierpienia. Świat cały jej służyć musiał, każde zachcenie najdziwaczniejsze spełniało się natychmiast, nikt nie oparł jej władzy, a piękność coraz jaśniejszym świeciła blaskiem...
Z kolei codzień nowemi otaczając się ludźmi, coraz inne wymyślając sobie zajęcia, i nowe zwiedzając kraje, pieszczone dziecię szczęścia marzyć się zdawało tylko, czem świeżem nienasycone uspokoić pragnienie. Ten stan duszy okazywał się przerzucaniem nieustannem z miejsca na miejsce i poszukiwaniem nowego pokarmu, nowych światów. Z dziwną łatwością oswajając się ze wszystkiem, Dosia równie też prędko nużyła się z ludźmi i położeniem swojem; zachciewało się jej życia anachoretów, pielgrzymek niebezpiecznych, latania balonem, wyprawy do źródeł Nilu, to króla Bawarskiego, którego czytała poezje, to Abd-el-Kadera, to Sułtana Nepaulu, to Chin, to Syberji, to Mozambiku. Jedno lato spędziła na wyspach Balearskich, jesień w Gibraltarze bałamucąc oficerów angielskich, zimę w Hiszpanii, następny rok w górach Szkocji, to znów kilka miesięcy na wsi u siebie. Tak samo było i z ludźmi, zbliżała się do nich z zapałem, zrazu przywiązywała silnie, iskra jakiejś namiętności zdawała się w niej pałać na chwilę i gasła natychmiast. Witając starych dobrych przyjaciół, na wspomnienie przeszłości zwilżało się jej oko, wytryskało uczucie i śmiech szyderski zaraz je rozwiewał.
Tak po świecie podróżując na jednę zimę przyjechała do Lwowa, w kilka dni już miała zwykły orszak w koło, nazbierała młodzieży, artystów, pościągała co żyło, otworzyła dom i w tydzień nudzić się już poczynała. Między tutejszemi jej wielbicielami, znalazł się znowu hrabia, niejaki Bulski, istota tak pospolita, bez charakteru, i śmieszna, że nikt tam na jego hrabstwo i pieniądze patrzeć nie chciał, tak nie umiał nosić obojga. Niezmiernie ograniczony, niezbyt młody, ledwie znośny w salonie, Bulski szalenie się pokochał w Dosi, wzbudzając śmiech ogólny, a najmniejszej zazdrości, tak się wydawał mało niebezpiecznym.
Ona sama szydziła z niego prawie w oczy...
Raz wieczorem wśród mnogiego towarzystwa, Dosia siedziała na kanapie, poziewając niegrzecznie i poglądając okiem znudzonem po towarzystwie.
— Pani hrabina się nudzi? spytał Bulski.
— A! bardzo! — odpowiedziała mu naiwnie.
— Na to nie ma innej rady jak pójść za mąż — odparł doradźca.
— A któżby się ze mną ożenił?
— Kto? wszyscy!
— Naprzykład?
— Ja pierwszy.
— Doprawdy? — spytała poglądając do niego — miałbyś odwagę?
— A! pani?
— Pan mi się oświadczasz?
— Na klęczkach...
— A ja oświadczenie przyjmuję, masz pan moją rękę!
Wszyscy to za żart wzięli, i śmieli się do rozpuku; — Bulski jeden uwierzył swojemu szczęściu i w kilka tygodni potem, wśród powszechnego zdumienia, Dosia została hrabiną Bulską, czego nikt sobie wytłómaczyć nie umiał, mniej to bowiem było pojęte niż pierwsze jej zamążpójście. Wprawdzie Bulski był bogaty, ale nic więcej, a zresztą tak niepokaźny i pospolity hulaka, istota tak starta i zwiędła, że nawet dziwactwem żadnem nie mógł wzbudzić ciekawości. Żyli z sobą lat kilka, mieli córeczkę, potem, jak się to sprzęgło w sposób niepojęty, tak i rozwiązało niewiedzieć dla czego i hrabina się rozwiodła. Podróżowała znowu, wracała do kraju, nigdy długo na jednem miejscu usiedzieć nie mogąc, i pozostała dla wszystkich tą istotą tajemniczą, zagadkową, niepojętą, a uroczą jakąśmy ją widzieli w Borowej.
Nikt nie mógł się pochlubić, by znał stan wewnętrzny jej duszy, choć z każdym zdawała się być szczerze, serdecznie, cóż gdy codzień inną istotą? To smutna i rozpaczająca, to wesoła jak dziecko, artystka, uczona, roztrzepane dziewcze, matrona poważna, przybierała fizjognomią miejsc i ludzi z którymi żyła, nie mając zdaje się własnej.
O sercu równie mało kto wiedział, czy spało jeszcze spowite, czy się już zużyło, spróbowawszy wszystkich smaków i niesmaków, uczucia w różnych jego rozwinienia stopniach. — Ci co raz przywiązali się do niej, stale trwali w uwielbieniu i zachwycie, ona nie wyróżniała nikogo. Dwa jej zamąż-pójścia prędzej na rachunek dziwactwa i chciwości jakiejś policzyć było można, niż serca w nich dostrzedz: i hrabia Bruno i Bulski nie mogli wywołać miłości ani szacunku. Obu przecie wspominała bez gniewu i niechęci, zimno, obojętnie. Z reszty wielbicieli nikt się pochlubić nie mógł szczególną jej łaską; dopóki pracowała nad pozyskaniem serca, była czułą prawie, nadskakującą, uroczą, karmiła nadziejami; przywiązawszy do siebie stawała się zimną, przyjacielską, ale niedostępną. Jakby chciała tylko odkryć tajemnicę człowieka, badała go czas jakiś, potem rzucała na śmietnisko; na którem się już mnóstwo takich ofiar walało.
Najsmutniejszą z nich był może Leon Kora, który z takim zapałem i energją poczynał życie, a skończył je na wpół zbłąkany, bezsilny, nie chcąc rozwinąć talentu, bo nie miał celu uczuwszy się tak nieszczęśliwym, że mu ręce opadły. Siedział on w Warszawie, małemi robotami utrzymując życie biednie, nie żyjąc z ludźmi, stetryczały, dziwaczny, śledząc sercem i myślą podróże ideału swojego po świecie. Ile razy zjawiała się Dosia w Warszawie, przybywał, siadał w jej salonie, modlił się o jałmużnę wejrzenia i odchodził w jakiemś upojeniu, po którem osamotnienie ciężej go jeszcze obarczało.
Jako artysta, był to jeden z najznakomitszych ludzi, jako człowiek odznaczał się charakterem szlachetnym i bezinteresownością posuniętą do zapomnienia na siebie i wyrzeczenia się zupełnego — cóż, kiedy niesmakowało mu życie i znosił je raczej niż przeżywał, dźwigając brzemię, którego młodzieńczy zapał nieść mu nie pomagał. Malował tylko ideał swój w różnych jego objawach, a że Dosia była najzmienniejszą z kobiet, chwytał ją w najróżniejszych chwilach i z kolei całe z niej światy tworzył, anioły, zalotnice, istoty upadłe i święte, wielkie i prostoty pełne... We wszystkich ona była. Z każdym z tych obrazków, gdy mu się rozstawać przyszło z potrzeby, biedny chłopiec męczył się, cierpiał, szalał, i przynajmniej pierwszą ideę jego musiał u siebie zostawić. Niedostępna dla nikogo pracownia Leona, pełną była tej jednej a coraz odmiennej istoty. Raz, przyszła fantazja hrabinie dostać się do tego zapartego przybytku, o którym się od kogoś dowiedziała, a żądanie jej nie mogło pozostać bez skutku; spojrzała na tę galerją fizjognomij z jednej zrodzonych twarzy i uśmiechnęła się.
— To ja — zawołała — i to ja... a w tem wszystkiem mnie nie ma! — dodała smutnie — pan mnie nie znasz?
— Pani zdaje mi się sama także pochlubić się tem nie możesz — odpowiedział Leon równie smutno.
Odtąd jednak Dosia z przyjaznem, litościwem uczuciem jakiemś obchodziła się z biednym malarzem, szanując drażliwość jego i częste mu dając dowody sympatji; ale niemi wyżyć mu było trudno i te ożywiające promyki nie wywiodły go ze smutnego odrętwienia.
Jak Leon, inni starzy wielbiciele pięknej pani, powracali do niej za każdem jej ukazaniem się w kraju: witała ich radośnie, serdecznie, z dziwną pamięcią najdrobniejszych szczegółów życia i charakteru każdego z nich... czasem któryś miał tydzień, godzinę, chwilę szczęścia i zdało mu się, że został wybranym, ale fantastyczne bóstwo, jak niespodzianie wieńczyło, tak nagle odrzucało i zapominało. Wczorajszy wybrany nazajutrz stawał się obojętnym, i gdy się o jakie prawa do serca upominał, uśmiech litości witał go nielitościwy... ruszenie ramion, wreszcie wybór nowego, odpychały w tłum oczekujący kolei. Wszyscy mieli tu kolej swoją, swój dzionek słoneczny, za który długą męczarnią płacić przychodziło... na niej jednej nic nie zostawiało śladów, zawsze taż sama, piękna, obojętna, trochę znudzona, dziwaczna, ożywiała się tylko nowością, uśmiechała nadziei, rzeczywistości znieść nie umiejąc, ani się z nią oswoić...

KONIEC TOMU DRUGIEGO.






BOŻA CZELADKA.

OPOWIADANIE
w trzech częściach
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

TOM III.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha l. 10.
1875.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.



Zjawienie się takiej istoty jaką była pani Bulska w cichym i ubłogosławionym zakącie, wśród Bożej Czeladki, jak ją nazywał ksiądz Ginwiłł, wyobrazić sobie można, jak wielkim i ważnym było wypadkiem. Chociaż Dosia potrafiła się zaraz wżyć tutaj, poznać ludzi, zastosować do nich i pozyskać ich sobie, żywioł tak sprzeczny musiał zachwiać spokojem ludzi przywykłych do jednostajnego i szczęśliwego wioski żywota.
Oboje państwo Jamuntowie spoglądali na nią z jakimś strachem i podziwem, nie umiejąc jej sobie ze swego stanowiska wytłómaczyć, pragnąc poczciwem sercem uniewinnić,. obawiając wreszcie uroku, któremu ulegali wszyscy. Wpływ tej kobiety już się na całym dworze czuć dawał; opierał mu się jak szatańskiej pokusie ksiądz Ginwiłł, ale i ten powoli miękł i wahał się, inni otwarcie klękali już przed czarodziejką.
Niedość może dobitnie malują się charaktery Borowskich mieszkańców w dzienniku, który pierwszy ustęp tej powieści stanowi; widać je w nim przez pryzmat młodości i podziwienia wszystkie w jednostajnem świetle najjaśniejszych barw tęczowych. Jedna szczególniej z postaci tych, sam bohater tych notatek, najmniej się tu ukazuje i spowiada. O nim powiedzieć jeszcze musimy słów kilka.
Jan Bronicz, syn bardzo ubogiego szlachcica, z wielu względów przypominał Leona artystę; jak on wyrobił się własną siłą, jak on z ochotą do pracy i gotowością na ofiary wstępował na świat nieznany, ale daleko miał większą nad sobą władzę i to go odróżniało od Leona, który nie miał siły oprzeć się jednemu przesuwającemu się przed oczyma marzeniu i widmu ideału. Bronicz było to niezepsute wsi dziecię, z wyrobioną wolą i prostem ale gruntownem poczuciem obowiązków, zawczasu prawie całkiem oddany sobie, nauczył się cierpieć, walczyć i świat widzieć w rzeczywistem jego świetle.
Co poniekąd wytłómaczy łatwo pozyskanie serc wszystkich w Borowej, a zawsze na świecie przyczynia się wielce do losów człowieka, to, że Jan był jednym z najpiękniejszych mężczyzn, jakich ziemia nasza wydaje. Typ słowiański i polski wykwitł w nim przedziwnie pełen i wybitny; blondyn, niebieskooki, słuszny, wysmukły, zręczny, silny, napodziw kształtny, Bronicz nie miał poosobno wziętych rysów regularnie i klasycznie pięknych, przecież twarz jego zachwycała wyrazem słodyczy, dobroci i jakiejś duchowej potęgi. Na czole jego zawisła tęsknota, całemu plemieniowi naszemu, przepojonemu wiekowemi smutkami, właściwa, nadawała charakter całej tej twarzy, uśmiechnionej łzawo i zdającej się cierpieć z uśmiechem.
U nas tylko zobaczyć można na licach młodych ten poważny smutek, który nie jest boleścią, a zdaje się raczej rozkoszą, nie jest stanem wyjątkowym, ale charakterem twarzy i piętnem życia. Wesele nawet nie ścierało z czoła i oczów Bronicza tej pieczęci tęsknoty, zdającej się opromieniać wiekuistego wygnańca. Ten smutek był tak łagodny i miły, a tak się nigdy nie skarzył i nie popisywał z sobą, że każdy czuł się w obowiązku czemś mu ulżyć, i chwytał za serca, obudzając w nich jakiś niepokój miłosierdzia.
Jan przytem był usłużny, poświęcający się, skromny, cichy, przyjaźny dla wszystkich, a że z miłością w sercu przystępował do każdego, miłość też wzbudzać musiał wzajemnie. Pokochali go tu łatwo ludzie, co nienawidzieć nie umieli: stary Jamunt milczący, poczciwa chorążyna, której macierzyńskie serce pragnęło przywiązać do siebie wszystkich, pan Aleksander chłodny trochę powierzchownie, ale pod tą powłoką obojętności kryjący najpiękniejszą duszę. Dwór naturalnie z takich ad exemplar panów utworzony ludzi, rozmiłował się w Jasiu, i widzieliśmy jak go tu serdecznie przyjęto, jak przytulono gdyby syna, zaopiekowano nim gorąco.
Za powrotem Jan znalazł trochę zmiany we dworze, domyślił się jej raczej niż wytłómaczył sobie, z twarzy milczącego więcej jeszcze chorążego, z westchnień chorążynej, która się zamyślała nad robotą, z jakiegoś podrażnienia pana Aleksandra.
Oboje starzy przerażeni byli, czułem wejrzeniem rodzicielskiem postrzegłszy, że Oleś ich drogi, zajął się nieco panią Bulską. Wcale innego dlań życzyli małżeństwa, pragnęli go, byliby się na wszelki wybór zgodzili, ale ta kobieta tak piękna, dziwaczna, tak niesłychanie zmienna i zgadująca myśli, zastraszała ich. Znali Olesia dobroć i łagodność, przewidywali zawojowanie, zmianę życia, wyjście może z tego poczciwego koła, w którem od wieków żyli Jamuntowie, tyle robiąc dobrego i tak sobie po cichu będąc szczęśliwi.
Zaledwie pani Bulska wyjechała, chorąży który nigdy prawie nie miał zwyczaju długo się z żoną naradzać i tłómaczyć, bo się starzy jednem rozumieli wejrzeniem i myśli swoje zgadywali, poszedł do żony w godzinie niezwykłej, kiedy nikogo nie było w pokojach. Chorążyna odgadła coś ważnego w tem przybyciu i porzuciwszy robotę, z tęsknym niepokojem, pospieszyła przeciw niemu.
— Moja jejmość — rzekł stary — trzeba myśleć o Olesiu... rozumiesz mnie?
— Rozumiem, serce... Ale jakże?..
— Ja sam mu to powiem... Każ go poprosić... on pojmie mój niepokój, i poczciwe dziecko, zastosuje się do rady naszej.
Od dawna już tyle nie mówił chorąży; ożywiona twarz jego, niespokój widoczny, zastanowiły staruszkę, która co najprędzej posłała po syna. Uderzyło to wszystkich we dworze i zwróciło uwagę, gdyż od niepamiętnych czasów nic się podobnego nie przytrafiło; pobiegli po pana Aleksandra, a że ten był u siebie, przystawił się natychmiast, niemniej zdziwiony od drugich.
Chorąży obejrzał drzwi czy go kto nie słucha i począł od uściśnienia syna.
— Mój drogi — rzekł — czas się nam porozumieć i rozmówić; posłuchaj mnie, pojmiesz łatwo, dla czego pierwszy raz może przerwę milczenie.
Pan Aleksander stanął i słuchał z uszanowaniem, chorążyna ojca i Olesia mierzyła okiem niespokojnem.
— Nasza rodzina — rzekł z wysiłkiem chorąży — któremu widocznie kosztowało przerwać długie milczenie — to nas troje; na tobie nadzieje wszystkie, tyś ostatni. Mamy obowiązki Olesiu... nie jesteśmy panami dumą, ale w rzeczy należym do nich... wiesz jak ja pojmuję państwo... Patrz, ile tu koło nas ludzi nami żyje, przy nas się kupi... i miłością nas otacza... chciałżebyś żeby to wszystko runęło, rozsypało się, żeby ci biedni ludzie rozbiegli się po świecie, majętności poszły na ręce obojętnych i powołanie nasze skończyło się z życiem twojem?
Olesiu, chcesz czy nie chcesz, potrzeba ci się ożenić — dodał stary.
Pan Aleksander mocno się zarumienił.
— Nigdybym — dodał chorąży z cicha — nie wskazywał ci wyboru, gdyby mnie przestrach nie ogarnął na widok tej kobiety, która ci się podobała i zdaje się zajmować...
— Kochany ojcze — odpowiedział Aleksander — mogła mnie zabawić, chwilowo zająć, ale nie obudziła we mnie gwałtownego uczucia...
— Tak — dotąd — rzekł chorąży — za następstwa ręczyć nie można; kobieta zręczna, piękna, a zepsuta... istota wedle świata nie wedle nas... ona i my cale inaczej pojmujemy życie. Ja się boję... Tobie — się trzeba starać, żenić... ale nie z nią; myśmy starzy, ja codzień się czuję gorzej, słabnę... zostaniesz sam, zatęsknisz, ona cię oplątać może, pochwycić, a wówczas Jamuntowie nie będą już czem byli dotąd. Wyprowadzi cię w swój świat, zapomnicie o tych ludziach poczciwych, opuścicie wieś, nie spełnisz powołania... Pomyśl Olesiu, pomyśl, nie żal by ci było, gdyby opustoszała Borowa, w zwaliska poszedł dom i rozpierzchli się przyjaciele nasi... Tyle ci tylko powiem, matka resztę...
To rzekłszy, z wzruszeniem wielkiem ucałował syna i wyszedł a chorążyna przystąpiła do niego.
— Mój drogi Olesiu — rzekła... — daruj nam starym, że ci się naprzykrzamy, ale cośbyś powinien uczynić dla uspokojenia trwogi rodzicielskiej. Ten gość, który ci tak przypadł do smaku, nas przeraził; to nie jest kobieta na żonę dla ciebie; potrafi ona być czem zechce, ale spokojną towarzyszką twojego życia i ofiarnicą, u ogniska domowego, nie będzie.
Tobie, nam, Borowej, czego innego potrzeba... My ci nie narzucamy nikogo, wybieraj, ale zmiłuj się, nie myśl o Bulskiej — dla twojej przyszłości to nas przeraża.
— Kochana matko, ja o niej też nie myślę wcale; bawiła mnie, draźniła, podobała mi się nawet.
— A widzisz! — zawołała chorążyna...
— Ale mi na myśl nie przyszło ani się jej podobać, ani starać o nią... znam ją z opowiadań, z rozgłosu i więcej się obawiam niż pragnę jej powrotu. Urok ma wielki, to prawda, ale ja to rozumiem że na Jamuntowę nie stworzona...
— Nie, nie, Olesiu! — uśmiechając się weselej ze łzami w oczach mówiła matka — o! gdybyś ty mnie posłuchał, a nie sądził, że ci gwałtownie narzucamy... Kostusia Bundrysówna, to żona dla ciebie..
Aleksander spuścił oczy...
— Może być — rzekł — ale...
— Zobaczysz, pojedź no, przybliż się tylko; wszakże powiadają że ci się podobała od razu; poczciwe to, młodziuchne, wychowane na wsi i w klasztorze, nie wyciągnie cię z pod strzechy, od obowiązków twoich... Na co nam te świetne połączenia i świetne imiona i świetne panie, coby się z nas i naszej staroświecczyzny wyśmiewały! tobie trzeba kobiety coby cię oceniła, ukochała, którejby w Borowej było dobrze...
— Mam więc jechać do Bundrysów? — spytał pan Aleksander posłusznie.
— Nie o to chodzi, żebyś raz pojechał, ale by tam częściej bywać, potrzeba przypatrzeć się, ocenić, przywiązać się — i ta Syrena nie będzie niebezpieczną, gdy powróci, bo nam, niestety, powrót swój przyobiecała — ojciec twój drży myśląc o tem, a ja płaczę!!
— Ale ja pojadę na koniec świata dla was! — zawołał Oleś rozczulony, całując ręce matki! — gdzie chcecie i każecie; zrobię co mi powiecie... ożenię się z kim wskażecie!
— A! tak, ożeń się! ożeń! — przerwała chorążyna — jakoś nam lżej będzie oczy zamkną6, gdy cię nie samego zostawim... ale na Boga cię zaklinam, nie czyń znowu ofiary dla nas żadnej; jeśli tam serca nie skłonisz... my tego nie chcemy... Każdy sobie i dolę i szczęście swoje sam wybierać musi... my się możemy mylić, Olesiu... uczyń to tylko dla nas, żebyś się zbliżył do Kostusi, lepiej ją poznał... a reszta będzie jak Bóg da!
— Dobrze, dobrze, pojadę, choć dziś — dodał Aleksander — będę się starał pokochać... i — rzekł kończąc — proszę się Bulskiej nie obawiać... wiem o niej zdanie wasze, czuję i podzielam przestrach; choćby mi się najwięcej podobać miała, nie pomyślę już o niej...
— A! Bóg widzi — cicho poczęła chorążyna — że ta kobieta napędziła nam niemałej trwogi, mnie i ojcu... Tyś może nie uważał jak ja, co się z nim działo; ile razy zbliżyłeś się do niej, stawał i pożerał was oczyma niespokojny... ja się tylko modliłam, żeby Bóg groźbę tę od nas odwrócił... Powiedz, cobyśmy my tu z nią poczęli? czy to dla nas synowa? czy to dla ciebie żona? ona by Borowę przewróciła do góry... a! strach pomyśleć!!
— Zapewne, zapewne — przerwał syn — ale pozwólcie powiedzieć sobie, kochana matko, że doprawdy nie oceniliście jej jak słuszna; ja widzę jej przywary, ale to kobieta, która wszystko z siebie zrobić potrafi... ogromnych zdolności...
— My temu nie przeczym, mój drogi — trochę zatrwożona obroną i zmięszana, odparła chorążyna; — śliczna, rozumna, dobra nawet zdaje się, ale tyle doświadczenia... dwa razy szła za mąż, całe życie spędziła na wielkim świecie, w wirze tym — czyżby się umiała i mogła zamknąć z nami i wyżyć tą ciszą tak dla nas drogą? wyrwała by nam syna, a tam, wierz mi Olesiu, tam nie znalazłbyś szczęścia...
— Ja za nic was i mojego stanowiska nie opuszczę! rzekł Aleksander wzruszony.
— Ojciec ci to mówił — zawołała chorążyna — ale on obszerniej nie może się rozgadać, każde słowo wiele go kosztuje — od wieków Jamuntowie żyli tak jak my dzisiaj, i dobrze im było... jest tu co robić na wsi. Posłannictwo bogatych wielkie, odpowiedzialność za nie przed Bogiem ciężka...
— Proszę tylko mamy — dokończył Oleś całując ją w rękę znowu — nie trapcie się daremnie, wszystko będzie dobrze, dziś jeszcze jadę do Bundrysa, i... dodał wesoło — kocham się na zabój w Kostusi.
— Tylko znowu nie tak obcesowo! a! zmiłuj się, my ci jej nie narzucamy, mój Olesiu... nie dla nas, a dla siebie się żenisz, nie myśl żebyśmy więzić cię chcieli!...
— Ale bo macie słuszność — zawołał syn — nikt tu lepiej dla mnie nie przypada jak panna Konstancja... jedziemy więc, staramy się i żenim.
Chorążyna uśmiechnęła się nie kryjąc radości swojej.
— A dałby to Bóg — rzekła żywo — z jakiemże szczęściem powitalibyśmy synowę i wręczyli jej i tobie klucze starego domu i starych przyjaciół naszych, bo my z ojcem, kochany Olesiu, dawno wzdychamy do tego, żeby ci już wszystko zdać i sami się usunąć...
— Jakto? dokąd?
— Ale nie trwoż się! nie trwoż! nie daleko... mamy już opatrzony dworek, w którym zamieszkamy i patrzeć będziemy na was...
Aleksander podchmurniał.
— Jakto? żebyście mnie ustępowali... o! co na to, nie pozwolę!..
— Ale o tem potem, nic jeszcze nie ma... wygadałam się niepotrzebnie, dosyć tego...
Przybycie księdza Ginwiłła, bo nadchodziła godzina w której się wszyscy do pałacu zbierali, przerwała naostatek rozmowę. Za nim wtoczył się Hończarewski z książką w ręku, i reszta dworu, Doroszeńko, kapitan Zbrzeski, panna Jamuntówna i Krzysia. Chorążyna wesoło z kolei witała wszystkich, ciekawie poglądających na nią i na syna, bo już o poobiedniej naradzie wieść się była rozeszła; nadszedł i chorąży. Bronicz przyniósł książkę z biblioteki, zaczęło się czytanie i wieczór minął jak zwykle...
Nazajutrz pan Aleksander posłał po Bronicza oznajmując mu, że do Romaszówki do Bundrysów pojadą, a to posłuszeństwo syna ciesząc chorążynę, z drugiej strony ciężyło jej, nic jednak nie powiedziała, krzyżem tylko świętym błogosławiąc drogę, w którą syn się wybierał...
— Może to i dobrze — szepnęła sobie z cicha, że Jasia z sobą bierze, albo i nie... Jaś chłopiec młody i piękny... Oleś nam się postarzał trochę, poważniejszy, wytrawniejszy, jeden przy drugim kto wie jak się wyda, a Kostusia dziecko... prawda, że Bronicz może zabawić starego Bundrysa... niech już sobie robią co chcą!
Westchnęła staruszka, a nasi goście pojechali do Romaszówki, gdzie tylko pannę Konstancję z panią Osmólską zastali; gospodarza się co chwila z jakiegoś objazdu lasów spodziewano. Czekali jakiś czas w cichym saloniku, póki Kostusia nie wyszła; nareszcie zjawiły się panie, pan Aleksander z widocznie podwojoną bacznością wpatrywał się teraz w śliczne dziewcze i żywo przybliżył do niej, Broniczowi pozostała pani Osmólska i poważna z nią rozmowa o wsi, gospodarstwie, zbiorach i t. p.
Trudno odgadnąć jakie teraz wrażenie zrobiło młode dziewczę na chorążycu, ale inaczej mu się wydać musiała po tej jasnej gwiazdzie, która spadła na Borowę i olśniła tam wszystkich swym blaskiem. To był skromniuchny kwiatek domowej grzędy, wesołe a proste dziewczę, śniące jeszcze o świecie nieznanym; tamto czarodziejka tysiącolica — ta zawsze sobą i jedną, druga codzień odmienną i niepojętą istotą... W Kostusi podobać się mogła niewinność, swoboda, świeżość jej i młodość; tamta miała ów niebezpieczny urok zakazanego owocu, tajemnicy, przepaści... pociągający gwałtownie, a dziwnym fenomenem najwięcej podobno wywierający wpływu na ludzi spokojnych i łagodnych. Prawo sprzeczności i sercom panuje, najczęściej to co od nas i natury naszej najdalej, najróżniejsze, najwięcej się nam podoba i nęci.
Kostusię czytał pan Aleksander całą w słowie, spojrzeniu, ruchu, nie taiła się z sobą, zawsze była tąż samą, poznał ją od razu. Bulska ukazywała mu się zagadką przerażającą niekiedy, zawsze nową — ale niestety! — zawsze też pociągającą magnetycznie.
Posłuszny jednak matce, chorążyc zbliżył się do trochę onieśmielonego niebytnością ojca dziewczęcia i począł z nią rozmowę, na którą pani Osmólska choć bawiła Bronicza, pilną zwracała uwagę.
Osnową jej były zwykłe na wsi przedmioty, gospodarstwo, kwiaty i powszednie wypadki. Kostusia ożywiła się, i choć rumieniąc co chwila, wkrótce stała się naturalną, zapominając, że pan Aleksander był jej obcym. Poczęła o Borowej, o rodzicach jego, o swoim klasztorze i życiu, a choć gość nie wiele jej pomagał zamyślony i smętny, potrafiła utrzymać rozmowę do przybycia Bundrysa. Nie zbliżyli się jednak tak, by im z sobą dobrze było, a wzrok dziewczęcia często ulatywał na piękną twarz Bronicza, który poważną wiódł pogadankę z panią Osmólską.
Zatoczył się nareszcie prosty wózek jednokonny przed ganek i z hałasem a wrzawą wpadł Bundrys do sieni, spiesząc jak stał do pokoju, na powitanie chorążyca.
W dość dobrym humorze, okiem objął zaraz pokój, i wyściskawszy przybyłych, krzyknął aby co najprędzej podawano jedzenie. Pani Osmólska wstała się rozporządzić, a Bronicz przyłączył do towarzystwa.
— No, cóż tam u państwa na wielkim świecie słychać? — zawołał gospodarz po chwili — macie tam podobno ciekawego gościa panią Bulską de domo Czeszak! ma to być kobieta osobliwszej piękności, wdowa, rozwódka? co?
Pan Aleksander mimo woli się zarumienił.
— Ale już jej nie mamy, wyjechała — rzekł powoli.
— Prawda to, że tak piękna? — spytała Kostusia.
— W istocie, bardzo ładna — odparł chorążyc...
— I bardzo sprytna! — dodał Bundrys — głowę mi ot tak nagadali tu o niej wszyscy... zmiłuj się, panie chorążycu, powiedz, prawda, że to ma być i gospodyni, i prawnik i literatka, i siedm razy jedna...
— Dwadzieścia cztery razy — przerwał pan Aleksander — czem chce, tem jest...
— Otóż to panie, do czegośmy przyszli! — zawołał gospodarz — kobieta! Czem to były poczciwe nasze niewiasty za dawnych czasów, a co się z tego zrobiło... a to! monstrum panie taka jejmość!...
Wszyscy się rozśmieli.
— I młoda słyszę jeszcze? — dodał Bundrys.
— Lat dwadzieścia kilka — rzekł Bronicz...
— I piękna?
— Dosyć...
— I głowy tam pozawracała w Borowej wszystkim, bo kto ztamtąd przyjedzie, nagadać się nie może.
— Jakże żałuję że jej widzieć choć z daleka nie mogłam! — szepnęła Kostusia.
— Tfu! a toż tobie dla czego? — ofuknął się sędzia — żebyś jeszcze zapragnęła ją naśladować! Zostaw to paniom, niech sobie komedje grają! nam co innego potrzeba, szlacheckiej córce i żonie szlachcica, nie przyszło być aktorką, na wielkim świecie to co innego, tam czem innem być trudno.
I rozśmiał się Bundrys, widząc zakłopotanie Kostusi.
— Ale, tedy, pojechała, jak się zowie — dodał gospodarz — pojechała?
— Z powrotem jednak — szepnął Bronicz po cichu.
Przez cały czas tych odwiedzin, w ciągu których pan Aleksander starał się być widocznie jak najwięcej przy pannie Konstancji, Bundrys, choć w niezłem usposobieniu, bacznie poglądał na niego i na córkę. Chorążyc zabawił dłużej niż zwykle, i późnym wieczorem wyjechali już z Romaszówki; przez całą drogę słowa się nie odezwał do Bronicza, i już się zbliżali do Borowej, kiedy jakby ocknąwszy się, spytał go:
— Jakże znajdujesz pannę Konstancję?
— A komuż by się ona nie podobała? — zawołał młody chłopiec z niezwyczajnym ogniem.
— Nie widzisz jednak różnicy między temi dwiema kobietami? — dodał pan Aleksander.
— I owszem, ale ja tak mało znam świata i ludzi, że nie odważyłbym się sądzić o nikim.
— No! ale tak szczerze, kto ci się podoba więcej?
— Panna Konstancja! — rzekł Jan.
— Nie powiesz że piękniejsza?
— Inna, ale równie piękne obie; świeższa, młodsza i taka prosta, szczera, otwarta, kiedy pani Bulskiej nigdy zrozumieć nie można!!
Zmilkli; w salonie Borowskim wszyscy jeszcze byli gdy weszli, ale nikt ich nie śmiał pytać o Romaszówkę i te odwiedziny, tylko w wyrazach ogólnych, choć oczy wszystkich śledziły, szczególniej pana Aleksandra.
Dopiero po rozejściu się z pokojów, napadli Doroszeńko i kapitan na Jana, który niewiele im potrafił powiedzieć; a nazajutrz chorążyna pod jakimś pozorem zawołać go do siebie kazała, i z daleka także poczęła badać o Romaszówkę. Jan opisał jej całą bytność, powtórzył prawie do słowa rozmowę, a staruszka, nie tając dobrego humoru, odwróciła wreszcie pytania na Kryłów i przyszłe Jana gospodarstwo, które dla niego urządzać miano.



W kilka dni potem, pan Aleksander sam już pojechał do Bundrysów do Romaszówki, cały tam dzień przesiedział, umówił się z gospodarzem o polowanie, i począł z różnych powodów i bez powodu wreszcie nawiedzać go tak często, że musiało to i ludzi i jego zwrócić uwagę.
Znać szlachcic nie przypuszczał z początku żadnej myśli ze strony chorążyca, i byłoby tak dłużej potrwało, gdyby ktoś z sąsiadów nie powinszował mu przyszłej kolligacji.
Wiadomo jak to się lada wieść rozchodzi szybko i rozgłośnie wśród pól naszych; dosyć było kilku przejażdżek pana Aleksandra do Bundrysów, żeby już mówiono o ożenieniu Jamunta z Kostusią. Niektórzy utrzymywali, że się już chorążyc oświadczył, że został przyjęty, że ślubu dzień naznaczony, a sędzia jeszcze się nawet nie domyślał starania o córkę.
Było to w sąsiedniem miasteczku, dokąd za interesem pojechał Bundrys i stanął w domu zajętym przez niejakiego pana Uchańskiego; starzy znajomi powitali się serdecznie; niegdyś bowiem kolegowali w sądach a choć różnili się wielce w swoich przekonaniach i pojęciach, choć prześladowali niemi wzajemnie, kochali jednak i cenili oba.
Bundrys był szlachcic zakamieniały, nienawidzący panów i państwa, nieprzyjaciel a-reszta-gratów; Uchański, wywodzący się z rodziny niegdyś dosyć głośnej, choć ubogi i podupadły, piął się do pańskości i górą nosił, broniąc magnatów i pragnąc się do nich jeśli nie re, to nomine policzyć. Obarczony rodziną liczną, bo miał pięciu synów i trzy córki, pracowity, wesoły, pan Uchański żył ze szlachtą, bo musiał, ale go ochotka ciągnęła do wyższego towarzystwa i często gęsto wyrwało mu się coś na panów braci, których szlagonami nazywał i podrwiwał z nich sobie.
Pomimo szczupłego majątku, choć w domu skąpić musieli, Uchańscy, żeby na wychowanie dzieci wystarczyć i przyszłość im jakąkolwiek zgotować. usiłowali zawsze trochę z pańska występować; mieli liberją herbowną, powozy i konie, kamerdynera, dwór z kolumnadą nazywający się pałacem, i starali się o stosunki z arystokracją miejscową.
Okupywało się to oszczędnością niezmierną, ale stękając na biedę, Uchański utrzymywał się jak mógł na stanowisku.
Między nim a Bundrysem, który znacznie majętniejszy, umyślnie znowu prostego szlachetki grał rolę, kałamaszką jeździł, dziewczętom kazał posługiwać do stołu i w starym dworze nic odmieniać nie pozwalał, wieczne były spory i wzajemne prześladowania. Ale że Uchański, mimo swej śmiesznej choroby, którą prymasowską gorączką nazywał sędzia, był dobry i poczciwy człowiek, uczynny, serdeczny, a nadewszystko pełen sumienia i najwyższej bezinteresowności, cenili się oba i kochali.
Dawno się jakoś nie widzieli starzy przyjaciele, i zobaczywszy w miasteczku, przylgnęli do siebie zaraz.
— Sędziego kochanego! — zawołał jeden...
— Sędziego dobrodzieja — drugi.
— A cóż tu porabiasz?
— A jakaż to szczęśliwa gwiazda cię tu prowadzi!
I nuż w gawędę.
Było tam na placu, co zwykło na wsi występować przy pierwszem spotkaniu, zdrowie, gospodarstwo, interesa, narzekania, pytań mnóstwo, przypomnienia stare, aż nareszcie Uchański rozśmiał się, zdjął myckę którą nosił na głowie, do kolan się pokłonił Bundrysowi, i zawołał:
— A no! — powinszować tedy sędziemu wielkiej kolligacji; przecieżeś się przekonał, że taki panowie nie wszyscyć tacy, jakeś ich sobie wyobrażał; stanęło tedy na mojem.
— Co? jak? gdzie? którędy, jak się zowie? — cofając się zdumiony rzekł Bundrys.
— Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi, co tu już taić? wszyscy o tem tylko gadają, można powinszować i jest czego. Bundrysowie górą! ho! ho!
— Ale, jak się zowie — ja ciebie zupełnie nie rozumiem — przerwał niecierpliwiąc się szlachcic, co to jest?
— No! no! nie bałamuć! starego wróbla nie złapiesz na plewę, winszuję, a nawet zazdroszczę.
— No! — czegoż? jak się zowie? czego? gadaj!
— Toż cały świat wie, że córkę za mąż wydajesz!
— Ja?
— Udawaj, udawaj! nie ma tu się czego wypierać, daj Boże każdemu; niechby się której z moich co podobnego trafiło, do Częstochowy bym poszedł piechoto.
— A cóż u stu djabł6w! za kogo? oszalałeś! gadasz, a ja nic nie wiem.
— Przecież za pana Aleksandra Jamunta!
Sędzia stanął jak wryty.
— Kto? ja? córkę moją za Jamunta! człowiecze! co ty pleciesz, ja, szlachcic, za panicza? za magnata? Ja, jabym miał moje dziecko jedyne dać na poniewierkę, żeby się im zdało, że Bundrysom łaskę zrobili! a któż ci to śmiał mówić!?
Sędzia z taką to gorączką i zapałem wywołał, że Uchański aż się nastraszył.
— Stój! nie strzelaj! cóż to tak strasznego!
— Ale strasznego, bo to potwarz! bo to na całe moje życie rzucona plama! — krzyknął Bundrys. — Ja! ja! com gardłował na panów, miałbym się w końcu dać ułudzić im, i zaprzeć mojego przekonania! któż to zmyślił! gadaj!
— Wszyscy mówią — rzekł wolniej Uchański — i nikt ci tego nie ma za złe.
— Kilka razy był u mnie młody Jamunt, ale jeśli mu to w głowie postało, nie wiem, rozmówiemy się otwarcie, co waćpan myślisz, że jabym na to pozwolił!
— Gdyby istotnie starał się pan Aleksander, i córka była za tem, a tyś się opierał, miałbym cię za szalonego.
— A ja waćpanu mówię, że szalonymbyś mnie nazwał, gdybym się na to miał zgodzić. Jamuntowie ludzie najuczciwsi, najgodniejsi, słowa nie ma, ale dziesięć razy bogatsi odemnie, oni panowie, ja szlachcic, córka moja byłaby tam zawsze intruzem, tego ja nie chcę, i z tego nic być nie może, tak dalece, że mi to nawet na myśl nie przyszło nigdy!
— No, to dajmy pokój; nie gniewaj-że się i nie jątrz daremnie — rzekł Uchański.
— Jak tu się nie gniewać kiedy mnie, i to biedne dziecko wzięli na języki! Co to, ja Kostusię mam na zbyciu? czy co? i że dwa czy trzy razy był u mnie pan Jamunt, zaraz ludzie swatają. Słychana to rzecz! Co to, ja potrzebuję ich państwa? Wolałbym lada ubogiego chłopca coby butów nie miał, niż te ich miljony, za którebyśmy się im kłaniać musieli. Taka dobra kasza moja hreczana, jak ich melszpejzy! a Kostusię stanie na to, żeby sobie męża wybrała między równymi! — mosanie! — sapiąc dokończył Bundrys.
— I, dość! — zawołał Uchański.
— Nie dosyć! jak się zowie — zaperzony odparł Bundrys — czy to mnie nie znasz sędzio, czy co? Jamuntowie mają familję, koligacje tam nie wiem jakie, a to jabym pozwolił, żeby mi ten ich a-reszta-gracki świat na moją jedynaczkę krzywił się i wydziwiał z naszego poczciwego nazwiska? o! póki mojego życia, nic z tego nie będzie!!
— No! to dajmyż pokój tej drażliwej materji uspakajał Uchański — choć zaprawdę nie wiem co tu cię tak gniewać może.
Ale nie łacno przyszło udobruchać sędziego, który się perzył, gniewał, co chwila wybuchał na nowo, jak zwarzony chodził dzień cały, i odjechał nareszcie tak poirytowany, że Uchańskiemu szczerze żal się go zrobiło. Za miasteczkiem namyśliwszy się jakoś, kazał zwrócić do Borowej i całą drogę mrucząc wysiadł przed dworkiem ks. Ginwiłła.
Kanonik siedział na ławce, obłożony piernikami i gruszkami, w koło miejskie dzieciaki z elementarzami głośno mu się popisywały z alfabetem, a on im nagrody wydzielał. Trochę opodal wszystkie psy z miasteczka i dworków, przyzwyczajone do cierpliwości w czasie lekcji, siedziały kołem poważnem, niekiedy poszczekując, jakby mu się przypominały; organista stał we drzwiach, zażywając tabakę i zdając się litować nad kanonikiem, który już do potu uznojony był z niesforną dziatwą, więcej pierników niż nauki pożerającą.
Na widok Bundrysa wysiadającego z bryczki, resztę zapasów rozdał ks. Ginwiłł godnym i niezasłużonym, i gościa miłego wprowadził do pokoju.
— Siadajże, kochany sąsiedzie — rzekł — siadaj, i mów czem ci służyć?
Bundrys jeszcze był w gniewie i podrażnieniu.
— Z interesem, jak się zowie, przyjechałem — odezwał się spiesznie — jesteśmy sami? mogę mówić!
— Mów, mów, nikogo nie ma, co tam? przestraszasz mnie, kochany sędzio, cóż to tam takiego?
— Księże kanoniku dobrodzieju, pozwalasz otwarcie?
— Zmiłuj się, cóż to za przybory, starzy jesteśmy znajomi, i spodziewam się przyjaciele...
— Otóż w imię przyjaźni, jak się zowie... powiedz księże kanoniku — czy jest w tem myśl i zamiar jaki, że pan Aleksander uczęszcza do mojego domu? Miło mi zawsze go witać, ale ja mam córkę, ludzie złośliwi nie spią... już plotą trzy po trzy... potrzeba się porozumieć...
Ksiądz Ginwiłł stanął w wielkim kłopocie co począć, i nie dobrze jeszcze pojmując z jaką to myślą mówił Bundrys.
— Ja to tego tak dalece dobrze nie wiem, co pan Aleksander myśli... no! ale... gdyby... to cóż? to cóż? — spytał ksiądz Ginwiłł.
— Gdyby tę myśl miał, to niechże ją sobie zawczasu z głowy wybije! — buchnął Bundrys — bo jak mi Bóg miły, z tego nic nie będzie!
Kanonik łagodnie ruszył ramionami.
— Najprzód, powiadam ci, sędzio kochany, że nic nie wiem, i nie mogę cię stanowczo w tej mierze objaśnić... ale powtarzam, gdyby się starał, c6ż ty masz przeciw niemu?
— Ja? nic, tylko że pan! — odezwał się Bundrys.
— A dalej? — spytał się kanonik...
— To mi dosyć! nigdy córka Bundrysa nie pójdzie tylko za szlachcica...
— Mój sędzio — rzekł kanonik łagodnie — katolik jesteś?
— Cóż to za pytanie?
— A bo widzisz, podałeś mi się w wątpliwość... tylko poganie różnicę robili między klasami społeczeństwa.... nie sądzę żebyś myślał, iż ci twoje przywidzenia pochwalę... Cóż ci Jamuntowie zawadzili? możeszże co im zarzucić? czy źle używają tego co Bóg w ich ręce powierzył? nie dosyć się dzielą? czy się wynoszą? czy mają pr6żność jaką? czy upokorzyli kiedy kogo?
— A ja tam w to nie wchodzę, co oni są, szanuję ich, oceniam — rzekł Bundrys — ale pan panem, a ja nie chcę żeby moja córka winna była całe życie jakąś wdzięczność za to, że się od I... nie od B... będzie nazywać i w pałacu mieszkać, gdzie jej cieplej jak w naszej chacie nie będzie... Więc kochany księże kanoniku, jeśli pan Aleksander bywa u mnie po sąsiedzku, dla przepędzenia chwili w szlacheckiej chacie, bardzom wdzięczen i rad; ale jeżeli ma myśli jakie, wcześnie chcę to państwu zapowiedzieć, że z tego nic być nie może i nie będzie!
— Mój sędzio... ależ z ciebie gorączka! — rzekł kanonik — powtarzam ci, że nie wiem nic... gdyby jednak, gdyby...
— To darmo...
— Ale zkąd ci przyszedł ten niespokój?
— Ba! bo już bębnią w sąsiedztwie że się żeni! Jak mi to Uchański powiedział dziś w miasteczku, jednym tchem tu przyleciałem, żeby się od razu zbyć ciężaru.
Kanonik chodził wolno po pokoju, zażywając tabaczkę...
— A ludzie — rzekł po chwili — ludzie! ludziska!... zawsze poganie i poganie, pychą was szatan do zguby wiedzie! Każdemu się chce górować, a twoja próżność szlachecka, mój sędzio kochany, stokroć większa niż Jamuntów państwo! Po chrześcjańsku to! powiedz? Tobie nie idzie o szczęście córki ale o dogodzenie dumie własnej, nic nikomu winien być nie chcesz...
— Zapewne że nie chcę...
— Uderz-że się w piersi, czy to tak Chrystus przykazał? — dodał kanonik — co to oni temu winni że się panami urodzili? To, co ty państwem nazywasz, nie imię, nie bogactwo, nie starość rodu stanów i ale także duma, a tu jej nie ma... Uchański twój, zacny człowiek, ale straszniejszy pan od naszych miljonowych i prastarych z mitrą książęcą Jamuntów; ty, moje serce, jesteś także a-reszta-grat... po swojemu — rzekł uśmiechając się Ginwiłł. Uderz-że się w piersi, powtarzam, a jeśli szczęście córki zależeć będzie od tego, nie stawaj na drodze z pychą swoją, bo grzech popełnisz...
— No, pycha! pycha! — przerwał Bundrys — nazywaj ją sobie księże kanoniku jak chcesz, przekonywaj czy nie przekonywaj, ja mojemu życiu kłamstwa nie zadam w końcu.
— To jest, nie poprawię się do ostatka — rzekł ksiądz Ginwiłł.
— I szlacheckie słowo na to daję...
— Stój, człowiecze, stój — zatrzymał go kanonik — słowa nie dawaj, nie wiąż się niem a popraw się...
— Pan Bóg tam zrobi ze mną co mu się podoba — zawołał Bundrys — ale ja mojego postanowienia nie zmienię.
To mówiąc wziął za czapkę.
— No! jakże bez herbaty?.. a możebyśmy poszli do starych?
— Nie mam czasu! — odparł Bundrys — do domu kawał... a tam mnie mój krupnik czeka... do nóg upadam księdza kanonika.
Próżno go było zatrzymywać, tak był jeszcze rozżalony i nie swój. Ksiądz Ginwiłł więc milcząc przeprowadził do ganku i puścił do domu.
Ledwie się od dworku bryczka odtoczyła, gdy z pałacu, dowiedziawszy się o przybyciu Bundrysa nadszedł sam pan Aleksander, chcąc go zaprosić, ale już nie zastał tylko kanonika, który swoje ptaszki karmił, po cichu odmawiając modlitwę. Pozamykawszy izdebki pociągnęli na herbatę.
— A co tam? — w progu zapytała staruszka — uciekł nam pan Bundrys?
— Spieszył się do domu — rzekł kanonik, na którego twarzy łatwo było wyczytać skłopotanie i niespokój niezwyczajny. Chorążyna domyśliła się, odgadła coś zaraz, i nie dając poznać po sobie, po chwili dla pokazania Flos passionis, który w ganku rozkwitał, wyprowadziła proboszcza.
— Czego to przyjeżdżał sędzia?
— At! stary dziwak! — odpowiedział ksiądz.
— Coś bo mi kanonik jesteś nie swój, jakbyś się co złego dowiedział.
— I to, nic... prawdę powiedziawszy, bzdurstwo...
— Nie tyczy się to Aleksandra?
Ksiądz Ginwiłł, który nigdy nawet w najmniejszej rzeczy nie skłamał, umilkł.
— A widzisz, zgadłam! — zawołała chorążyna. Oleś tam był kilka razy... cóż tedy?
— Stary dziwaczy...
— Mów bo szczerze, otwarcie, z czem przyjeżdżał?
— Wpadł jak bomba, mościa dobrodziejko... zaperzony... ktoś mu tam w miasteczku, podobno Uchański, powinszował, że się pan Aleksander z jego córką żeni... bo to zwyczajnie ludzie paplać lubią... ten to tak wziął do serca...
— No! ale c6ż to tak strasznego?
— Abo go to pani nie zna? Zaczął od tego, że jeżeli odwiedziny pana Aleksandra są z przyjaźni sąsiedzkiej, bardzo dobrze, ale jeżeli w jakiej myśli...
Chorążyna załamała ręce...
— Stary uparty, ale co to na to zważać!
— Cóż on mówi?
— Że gdyby istotnie pan Aleksander miał myśl taką, on na to nigdy nie pozwoli...
Biedna staruszka spuściła głowę smutnie.
— Mój Boże! — zawołała — cóżeśmy mu zrobili.
— Nie trzeba na starego zważać... i panu Aleksandrowi o tem mówić; pomiarkuje się przecie... powiedziałem mu, że nic o tem nie wiem, a zresztą wyburczałem i odprawiłem.
Tak poszeptawszy weszli do salonu a chorążyna napróżno starała się udawać wesołość i cały wieczór ze spuszczoną nad robotą głową, ostrożnie łzy ocierając, przesiedziała milcząca.
Od dawna już nie pamiętano w Borowej takiego smutku, ciążącego na wszystkich, i tego nieopisanego stanu niepewności, oczekiwania, jaki tu teraz panował. Przy objadach mało kto się odzywał, poglądali na siebie wszyscy, zdawali badać i nie rozumieć; wieczorami, gdyby nie czytanie, które teraz zawsze należało do Bronicza, nie wiedzianoby co począć. Chorąży smutniejszy był niż kiedy, przywykli już do poznawania stanu jego duszy z chodu i ruchów; dworscy, syn, żona postrzegali po sposobie w jaki wchodził, po stąpaniu i rzucanych wejrzeniach, że nie był w zwykłej swej mierze, coś go wewnątrz niepokoiło i gryzło. Kroki jego nie były regularne, zatrzymywał się, podnosił głowę, zdawał nie rozumieć czytania i zaglądał czasem w książkę, jakby chciał wątek jego pochwycić stracony. Chorążyna popłakiwała po cichu, ale święta niewiasta tak się obawiała, żeby tego nie zobaczył, domyślił się, tak nadrabiała przymuszoną wesołością, że znowu dziwiła nią dworaków, przywykłych do innej wcale swobody umysłu...
Pan Aleksander najlepiej ze wszystkich grał rolę takiego jakim był całe życie, ale i w nim drgało coś niezwyczajnego, odzywały się chwilami niepokoje, objawiało zaprzątnienie jakieś, tęsknota.
Można więc sobie wyobrażać, jakie to wrażenie czyniło w przywiązanych do nich wszystkich przyjaciołach, na tym dworze, który zgadywał każdą myśl państwa i gotów był na wszelkie poświęcenie dla nich i ofiary. Nawet ksiądz Ginwiłł posmutniał i wychodził z próżnemi kieszeniami od stołu, w dziedzińcu dopiero przypominając sobie po stojących psach, że im chleb był winien, do którego przyzwyczaił. Panna Jamuntówna, która więcej i lepiej od drugich wiedziała co się gdzie działo, będąc powiernicą chorążynej, pościła już nowennę na intencję państwa, przypuściwszy do współuczestnictwa pannę Krystynę. Kapitan Zbrzeski, od wyjazdu pani Bulskiej, co dzień prawie zmieniał o niej zdanie, to ją pod niebiosa wynosząc, to strącając do piekieł, ale tak był zajęty tem zjawiskiem, że bukietów nosić Krzysi zapomniał. Pulikowski podejrzliwy zawsze, domyślał się jakichści intryg, obawiał o siebie, przeczuwał klęski i lamentował; Doroszeńko milczał zadumany, Hończarewski wyrzekał na antychrystkę, która spokój mieszkańców Borowej zakłóciła, a Bronicz chodził jak nie swój, nie przypominając już ani Kryłowa, ani projektów, które od rodziców był przywiózł.
Wszyscy chodzili powarzeni, niespokojni, jakby im jakie zagrażało nieszczęście, a zebrawszy się nawet przed którym z dworków, siedzieli milczący, poglądając jedni na drugich... Najdziwaczniejszem to było może, że młody Bronicz, niedawno jeszcze tak szczęśliwy, stał się chmurnym z innymi i widocznie jakoś się zmienił, podwajał troskliwość około pana Aleksandra, całe dnie siedział w bibliotece, ale widocznie czegoś bolał. Przypisywano to naturalnie tęsknocie po rodzicach, niespokojowi o nich, obudzonemu świeżą jeszcze bytnością.
Nie wiem, czy pan Aleksander odgadł, czy nie, powód bytności sędziego u kanonika, o którym mu nikt jednak nie mówił, ale pod pozorem wymówienia mu, że do nich nie wstąpił, pojechał zaraz nazajutrz do Romaszówki, wziąwszy z sobą Bronicza, który się zrazu opierał i chciał zostać dla jakichś zatrudnień, a w końcu posłuszny z nim razem musiał się wybrać.
Bundrysa zastali w ganku z ludźmi, zajętego ogromnie czyszczeniem strzelb i jakiemiś myśliwskiemi przyborami; twarz jego na widok gościa oblała się żywym rumieńcem, powitał go zmięszany, wprowadził do domu z nadskakującą grzecznością, ale panna Konstancja nie wyszła i do herbaty sama pani Osmólska tylko im towarzyszyła, składając na ból głowy nieprzytomność wychowanki.
Uderzyło pana Aleksandra obejście Bundrysa, nagle zmienione, ceremonialne jakieś, zimniejsze, trochę pomięszania, szepty z panią Osmólską, narady, i widząc się nie w porę gościem, prędzej niż zwykle odjechał; gospodarz go nie zatrzymywał.
Wcześniej powróciwszy do Borowej, poszedł zaraz da matki, którą jak zawsze za krosienkami zastał; powitała go z uczuciem niezmiernem patrząc mu w oczy, jakby z nich chciała odgadnąć co się tam w Romaszówce stało.
— Wracam z Romaszówki — rzekł.
— A wiem. Zastałeś ich?
— Sędzia był, panny Konstancji nie widziałem.
— Nie wyszła?
— Mówiono, że chora...
— No! szczerze Olesiu... jakże, podoba ci się?
— Bardzo! — rzekł zimno pan Aleksander.
Chorążyna potrząsła głową.
— Nie! nie bardzo — odpowiedziała po cichu — o Bulskiej mówisz inaczej.
— Ale doprawdy... szacuję i przywykam do panny Konstancji.
— To jeszcze mało, moje dziecko.
— Gorzej podobno, że ona więcej patrzy na Jasia Bronicza niż na mnie i milej mu się uśmiecha — rzekł z niejakim żalem pan Aleksander.
— Co ty mówisz? — zawołała przestraszona chorążyna — ale bo po cóż go było wozić z sobą! Chłopiec malowany, śliczny! nie ma co mówić, roztropny... jak my to tegośmy nie porachowali! Nie bierz-że go z sobą więcej.
— A gdyby on tam miał zaleźć szczęście? — odezwał się pan Aleksander.
— To prawda — rzekła staruszka wzdychając — niechże się dzieje wola Boża, a! ale tak mi się chciało tej Kostusi dla ciebie...
— A mnie jej dla was — odpowiedział Aleksander.
— Nie dla siebie?
— I owszem, ale...
— Tybyś ją pokochał! musiałbyś pokochać!
— Nie wątpię, w moim wieku większą rękojmią dla przyszłości szacunek i przywiązanie spokojne, niż gorączkowe uczucie.
— Boję się tych co je budzą — odpowiedziała chorążyna — i uczucia się lękam! dobre to w pierwszych latach młodości, ale zawsze się kończy smutnie i próżnia po niem w życiu zostaje.
Nie mówili z sobą więcej. Pan Aleksander westchnął tylko i odwrócił przedmiot umyślnie; chorążyna nie śmiała go badać.
Co się działo w sercu Bronicza, odgadnąć trudno, ale są znaki po których rodzące się przywiązanie, choć by najpilniej zakrywać się usiłowało, poznać można. Wszystko mówiło za tem, że dla panny Konstancji nie był obojętnym Jan, ani ona jemu. Ile razy ją wspomniano, czerwieniał lub udawał że nie słyszy co mówiono; czasem wynosił ją wysoko, to znowu odwracając podejrzenia, zbyt mało cenił i wad wyszukiwał, tak jednak ostrożnie, żeby z nich porobić cnoty; spytany, nigdy nic nie wiedział: do Romaszówki jechał niespokojnie, powracał rozmarzony i szczęśliwy. Ale młode chłopię, wiedząc dobrze starych chorążstwa projekta, tłumiło w sobie doskonale zaród uczucia.
Panna Konstancja znowu nie taiła wcale przed panią Osmólską, że jej się daleko więcej podobał Bronicz od pana Aleksandra; na co oburzała się podeszła niewiasta mało uważająca ubogiego młokosa.
Po odjeździe pana Aleksandra, przy wieczerzy, na którą wyszła Kostusia, gdyż nie była wcale chorą i tylko z rozkazu ojca, zdziwiona, musiała się w pokoju swoim zamknąć od gości, wszczęła się rozmowa o Borowej. Kostusia nie mogła wytrzymać, żeby nie spytać sędziego, dlaczego jej wyjść nie pozwolił.
— A co to waćpannie do tego? — odparł sędzia chmurny — czy to u was i w klasztorze panna starsza tłómaczyła się kiedy co przykazywała, po co i na co? Sic volo, sic jubeo; stat pro ratione vo’untas.
— Ale ja, ojcze kochany, i tego nie rozumiem.
— A to waćpanna rozumiesz, że starszych słuchać potrzeba?
Kostusia zamilkła, ale Bundrysowi już się jedynaczki żal zrobiło.
— Bo to widzisz moje dziecko — rzekł po chwili — ci panowie, to im się zdaje, że jak z nich który do szlachcica przyjedzie, to mu szczęście sobą przynosi... Nie trzeba im tak zbytnio nadskakiwać, psują się do reszty.
— Ale pan Aleksander taki grzeczny, tak miły!
— Doprawdy? — marszcząc się spytał Bundrys.
— A cóż można mieć przeciw niemu?
— Zapewne nic! tylko że pan...
— No, a Bronicz, ten także bardzo miły — odezwała się naiwnie Kostusia.
Ojciec podniósł na nią oczy i zobaczył jak raka upiekła. Myśl jakaś dziwaczna przeleciała mu przez głowę, ale ją w sobie stłumił i począł obojętnie:
— To hołota, choć jakiś krewny tych Jamuntów — rzekł zwolna — ale chłopak jak malina, nie ma co mówić.
— I bardzo skromny, a do rzeczy — przecedziła pani Osmólska.
— Chłopiec przyzwoity, źle tylko że się na łasce u Jamuntów uwiesił — dodał Bundrys; — niechby pracował inaczej, tu to się tylko próżniactwa nauczy.
— Słyszałam że go prawie gwałtem od ojca wzięto — dodała Kostusia.
— I ja to wiem, ojca znam, ubogi jak święty turecki, zagon sam orze, ale taka fantazja szlachecka jak rzadko, aż miło; niczyjej łaski nie chce i swój chleb razowy je... O! umie ubóstwo nosić! krew poczciwa! Ci Broniczowie stara szlachta u nas... mieli się dobrze dawniej.
— Ale jacy to poczciwi i ci Jamuntowie — dorzuciła Osmólska — że tak o krewnych nie zapominają...
— A kto im poczciwości zaprzecza?! — przerwał Bundrys — tylko panowie... jak się zowie... magnaterja! Wolę Broniczów! wolę Broniczów!!
I spojrzał na córkę, która już czegoś pod stołem szukała.
— Trzebaby ich tu kiedy obu na polowanie prosić — dodał sędzia uśmiechając się do siebie — sieci mają i psy dobre... i ten stary ich, jakże się zowie? zna jucha lasy, jak nie można lepiej, Kiryłło sam przyznaje.
Ot, pojadę do Borowej...
Nie wiedzieć co znowu w głowie zaświtało sędziemu, ale trzeciego dnia kazał zaprządz do wózka i wesół, śmiejąc się do siebie w duszy, do Borowej wyruszył. Zajechał przed pałac, i gdy chorążyna niespokojna wyszła naprzeciw niego, upatrując w jego oczach co jej przywozi, powitał ją tak wesoło i ochoczo całując w rękę, że się aż serce staruszce rozradowało.
Nadszedł natychmiast i pan Aleksander i ksiądz Ginwiłł ze dworku, aby niepotrzebnemu jakiemuś zamachowi, którego się obawiał, zapobiedz; ale zamiast spodziewanego z wielkiej chmury deszczu, znaleźli Bundrysa rozdobruchanego, rozprawiającego raźnie, serdecznego jakoś i nad wszelkie oczekiwanie w lepszym humorze.
— A ja tu umyślnie przybyłem — rzekł do wchodzącego Olesia, — żeby pana z całem myśliwstwem zaprosić do siebie... zapolujemy jeszcze raz... Ale tak, i pan i Bronicz i Doroszeńko i Pulikowski — co żyje, nawet ksiądz Ginwiłł może?
— Co waćpanu w głowie, panie sędzio, że ja na tę waszą rzeź patrzeć pojadę... oburzył się kanonik, — a to by pięknie było!!
— Mości dobrodzieju, wszak ci mamy patrona myślistwa w św. Hubercie, który był wielkim łowcem podobno.
— Chyba też by św. Hubert mnie na polowanie wyciągnął! — zawołał ksiądz Ginwiłł — a mnie to do czego..
Nie rychło już nadszedł Bronicz, i swoim zwyczajem, skromniutki chciał się ukryć w kącie, ale Bundrys poszedł wprost do niego, otwartemi witając ramiony z pewną affektacją, która wszystkich oczy zwróciła a chłopca zarumieniła.
— Jak się masz — rzekł — nie prawda, że i waszeć do mnie przyjedziesz na polowanie?...
— Jeżeli czas pozwoli...
— I czas i pan chorąży pozwolą, a ja proszę, przyjedź! naucz się polować... to chłopcu zdrowie daje i uczy naszego starego szlacheckiego wojennego rzemiosła!! I zdrowo i miło, jak się zowie!
Napróżno jednak chciał Bundrys wyciągnąć Jasia z ustroni jego i okazywaną mu szczególniejszą jakąś przyjaźnią przybliżyć do siebie; Bronicz zawstydzony tem, umknął mu jak tylko mógł z oczów; ale wszyscy postrzegli w postępowaniu sędziego coś niezwyczajnego, i chorążyna nawet posmutniała, nie wiedząc jak to pogodzić z odwiedzinami u proboszcza. Nikt się nie spodziewał, aby zakamieniały szlachcic odmienił tak rychło zdanie, i sam przyciągał pana Aleksandra, oświadczywszy się przeciwko niemu; potrzeba więc było wyjaśnić znaczenie tej zagadki.
Proboszcz wziął go na stronę.
— A, przecież — rzekł — masz rozum, kochany sędzio...
— Jegomość dopiero to dziś postrzegłeś? — zapytał Bundrys śmiejąc się — albo co?
— Bo ci z głowy wywietrzały twoje przesądy, i pomiarkowałeś się, żeś głupstwo powiedział, będąc u mnie...
— Jak to, alboż odwołuję?
— Jużciż, kiedy go zapraszasz!
— Ale bo, jak skoro po mojem oświadczeniu był u mnie, toć mi ręce rozwiązał; już w nim konkurenta nie widzę...
Proboszcz głową pokiwał; szlachcic się uśmiechnął.
— Dajmy temu pokój.
— Myliłbyś się kanonik, gdybyś sądził — dodał sędzia — że ja pana Aleksandra ocenić i uszanować nie umiem... tylko że takiego pana nie chcę...
— A! a! — za wołał ksiądz Ginwiłł — zawsze taż sama piosnka!
— Zawsze i do końca..
— No! to dajmyż pokój...
— Dajmy pokój. — Rozśmieli się oba...
— Niech Bóg prowadzi jak jego wola — rzekł proboszcz...
— Zapewne, zdajmy się na Niego — odpowiedział Bundrys z jakąś miną żartobliwą...
Reszta odwiedzin tych zeszła na tak miłej rozmowie, sędzia tak był uprzejmy, tak się wstrzymywał z przycinkami na arystokracją, tak wesół i nadskakujący, że chorążyna znowu posądziła kanonika, iż mu się przesłyszeć musiało, to co jej powtórzył.
— Jakże, mój kanoniku, to wszystko pogodzić — odezwała się do niego po odjeździe sąsiada... — oburza się i zaprasza... co to ma znaczyć?
— A! i ja tego nie rozumiem... — rzekł ksiądz z pokorą...
— Ale jak ci się zdaje?
— Najgorzej, że nie pojmuję i jestem jak w worku... stary coś sobie przymyślił innego, ale nie bardzo mu wierzę i obawiam się.
— Mój Boże! dla czegoż to ludziom z ludźmi żyć tak trudno, pogodzić się, a nawet zrozumieć? — zawołała chorążyna. — Pociesz mnie, poradź co kochany kanoniku — ot znowu nasza nadzieja dla Olesia... zniszczona... a ktoby się mógł spodziewać, że to co drugim pomaga, nam zaszkodzi właśnie?
Powiedziała to z takim głębokim smutkiem biedna matka, że kanonik cały się jego wyrazem poruszył.
— A! pani chorążyna dobrodziejko, do Boga pociechy szukać, nie do słabych istot jak ja... zdać się na wolę jego i złożyć na ofiarę u stóp krzyża żądania i pragnienia... Dawno to powiedziano, że śmierć i żona, przeznaczona; w istocie musi czuwać Opatrzność nad dziećmi swojemi, boby oni sami nie potrafili odgadnąć szczęścia, gdzie się ono znajduje, ani wybrać cierpienia, które może być zbawienne. Módlmy się i ufajmy...
— A! gdyby też nie to — odpowiedziała staruszka — człowiek by nie wytrwał może...
I uśmiechnęła się rozpromieniając twarz weselem, które na pociechę drugich przybierać nawykła, i zabrała robotę dając dobranoc proboszczowi, krokiem powolnym wracającemu aleją z modlitwą na ustach, a tęsknotą w sercu.
Inni dworscy z pochmurne mi twarzami, rozeszli się po dworkach, a Bronicz z książką w ręku zadumał się nad sobą i tem co go tu niepojętego otaczało. Strach jakiś go ogarniał, wolałby być na wsi przy rodzicach, w cichej chacie, tu każdy krok obawę wzbudzał i zatruwał się myślą następstw jakie mógł za sobą prowadzić.



Właśnie się przygotowywano na wielkie owe polowanie w Romaszówce, gdy z dóbr pani Bulskiej nadjechał posłaniec z listem do chorążynej oznajmujący o jej powrocie z Warszawy, i zamiarze stałego zamieszkania na wsi. Skarżyła się w nim piękna pani na to, że nie miała domu w majętności swojej, że naprędce z folwarku przerabiać go musiała i wpraszała się znowu grzecznie do Borowej, obiecując być jak najmniej zawadną.
List ten zmieszał chorążynę, która nie widziała sposobu wymówienia się, nieprzyjęcia pani Bulskiej, a instynktowo obawiała się jej dla Aleksandra, martwiąc zarazem przestrachem jaki ona wzbudzała w starym. Utaić się z tym listem nie było sposobu, odpowiedzieć nań chłodno i odstręczająco nie pozwalały stosunki, pokrewieństwo, prosta grzeczność.
Posłano natychmiast dla porady po proboszcza, zszedł z pokojów swoich w niezwykłej godzinie chorąży mocno podrażniony, w domu całym szepty i domysły wzbudził ten posłaniec, gdyż jedni pragnęli, drudzy obawiali się przyjazdu pięknej sąsiadki.
Kanonik zastał chorążynę spartą na ręku nad otwartym papierem, tak głęboko zadumaną, że nie posłyszała gdy drzwi otworzył, a starego chodzącego wielkiemi krokami po pokoju...
— Bulska przyjeżdża — rzekł mu lakonicznie chorąży — co tu robić?
— Jest list od niej — przerwała staruszka odwracając się żywo — zaprasza się nam natrętnie prawie — niepodobna, nie możemy jej odepchnąć; pisze, że na wsi u siebie nie ma mieszkania, i przymawia się do dłuższego w Borowej pobytu, póki jej tam domu nie przerobią.
Proboszcz spuścił głowę smutnie.
— Ale cóż tu znowu w tem tak strasznego? — rzekł powoli — nikt nie wie zkąd mu przyjdzie złe i dobre, nie ma się czego obawiać?
— Widziałeś przecie sam jak Oleś był nią zajęty? Teraz przez posłuszeństwo dla nas, począł bywać w Romaszówce, ale jak Bulska przyjedzie, wszystko przepadło.
— To się państwo grzecznie wymówcie.
— Ale to niepodobna! — zawołała chorążyna — zrobilibyśmy sobie nieprzyjaciółkę, i słychanaż to rzecz! nie mamy powodu!
— Nie można — rzekł krótko chorąży.
W tej chwili dowiedziawszy się o liście, wpadł żywo z twarzą rozpromienioną pan Aleksander, i wszyscy umilkli od razu, po ożywionem wejrzeniu jego poznając, że musiał się domyśleć powrotu pani Bulskiej; to ich jeszcze bardziej nastraszyło, że ten znak uczucia w zwykle panującym nad sobą człowieku postrzegli.
— Jest list od pani Doroty? — zapytał matki.
— Właśnie go czytamy — odpowiedziała chorążyna — i myślimy co nań odpowiedzieć. Zaprasza się do nas na dłuższe mieszkanie.
Pan Aleksander zarumienił się.
— Mnie się zdaje — rzekł — że tu się nie ma co namyślać, gościnność nie pozwala odepchnąć krewnej.
— Ale ta kuzynka zbałamuci nam Olesia! — odezwała się chorążyna, w pół smutnie, w pół niby wesoło poglądając mu w oczy.
— Zdaje mi się, że nie — odparł pan Aleksander — znamy ją dosyć, i nie łatwo damy się uwieść nęcącej powierzchowności, może nas zabawić i zająć, nie powinnaby zbałamucić.
To mówiąc pocałował matkę w rękę.
— Pewnie! — spytała chorążyna — dla tego do Romaszówki pojedziesz.
— Ale czemuż nie! — rozweselony rzekł pan Aleksander — choć nas tam różnie przyjmują.
— Dobrze przyjmują, ale dobrze — odezwała się matka nalegając.
Stary pochodził chwilę po pokoju, i z cicha się wymknął. Pan Aleksander zwrócił się do proboszcza, który stał z głową spuszczoną i uścisnął go w milczeniu.
Te niezwykłe oznaki rozweselenia i ożywienia w chorążycu, byłyby dla innych dostatecznemi do wyrozumienia stanu jego duszy, i otworzyły oczy na niebezpieczeństwo; dla tych serc kochających i radujących się każdą chwilą wesela umiłowanego dziecięcia, były tylko pociechą. Widząc go tak jakoś swobodnym i rozpromienionym, staruszka zapomniała o wszystkiem i wzięła się do odpowiedzi na list, kanonik do Boga o pomoc westchnął, i zapomniano trwogi.
— Bóg łaskaw! — w sercu powiedzieli sobie oboje.
W Romaszówce tymczasem wielkie czyniono przygotowania do polowania, a szlachcic chciał co się zowie wystąpić i caluteńkie na nie sprosił sąsiedztwo.
— Niech znają brata szlachcica — mówił — ot tak kiedy hulać to hulać; zabawimy się, zabawimy, stanie i nas na uczciwe przyjęcie.
Nie było tam wystawy pańskiej, ani starania o wytworność; ale za to myślano żeby dostatek był wszystkiego, dla panów, ludzi, służących, koni i psów nawet, żeby nikomu nic nie zabrakło i było każdego komu przyjąć i ugościć. Taki to właśnie był charakter starej gościnności polskiej, nie wyciągającej się jak dzisiejsza, na pochlubienie czemś niezwyczajnem, drogiem, osobliwszem, ale starającej o pokazanie serca i dostatku domowego. Przyjmowano nie tylko panów jak teraz, ale wszystkich z niemi przybywających, konie, psy, i w bród dawano co dom miał, pilnując żeby nikomu na niczem nie zbywało, i gdy się gospodarz dla wszystkich rozerwać nie mógł, zdawał namiestnictwo gościnności na pomocników, którzy go zastępowali.
W pokojach krewni jego wespół z nim podzielali gospodarstwo, na przeciwko jakiś marszałek dworu, i tak aż do folwarku i stajni, było komu o przybyłych pamiętać.
Gdzież to dziś ta prastara odznaczająca nas gościnność, niekiedy utrudzająca, ale zobowiązująca serdecznie, szczera, wylana, braterska? została po niej pamięć tylko i szczątki po wsi zakątkach — natomiast przybraliśmy obyczaj cudzy, w którym wiele jest popisu i próżności, formy wytworne, a serca ani za grosz. Dla gościa chowamy to, co nas może w oczach jego dostatniejszemi niż w istocie jesteśmy przedstawić; chwalimy się przed nim, popisujemy, ale go nie przyjmujemy. W salonie chłodnym, ceremonijalną karmim go rozmową, a ludzi i koni wyprawujemy do gospody, i gdy raz ruszył, już się o niego nie troszozym wcale, choćby po nocy karku gdzie nadkręcił. Nie tak, o! nie tak dawniej bywało! ale też inne węzły łączyły z sobą i jednoczyły nasz światek szlachecki: wszyscy byliśmy bracią, i wielki pan, gdy do najuboższego przyjechał, witał go tym panem bratem, którego gdzieindziej nie posłyszałeś. Wszyscy byli sobie krewni jakoś i połączeni, nikt się z ogółu nie wydzielał dla zajęcia uprzywilejowanego miejsca: dziś kaaży myśli by sobie jakieś odrębne uzyskał. Nie mamy panów, bo znikła idea poświęcenia i przewodnictwa, która ich niemi czyniła, ale panków i paniarzy nieskończenie wiele. Jeden lepszy, że pradziada miał na krześle, drugi, że imiennika dworakiem, trzeci, że w herbie coś nosi na co nie zasłużył, a każdemu się zdaje, że gdy wszechmocny garncarz z gliny przodków naszych lepił, dla niego się szczypta porcelanowej dostała. Jest też to właśnie znakiem upadku państwa, że je kto chce wdziewa i jak chce nosi; dawniej się starszeństwo w braterstwie zyskiwało kosztem krwi i ofiary, dziś kupuje za pieniądze i mierzy szkatułką. Wielka miłość i serce wielkie dawały przedtem pierwszeństwo, teraz wielka duma i pamięć o sobie.
Stary Bundrys pojmował jeszcze gościnność po staroświecku, i gdyby przybyły krwi jego zapotrzebował, utoczyłby mu jej bez wzdrygnienia; to też teraz tak polowańko zbierał, jakby króla oczekiwał, choć samą szlachtę sąsiadów pospraszał, a z nią jednego pana Aleksandra, który w rzeczy od równości szlacheckiej wcale się nie wyłamywał, a wychowaniem, umysłem i obyczajem do og6łu należał.
Nadszedł nareszcie dzień wyznaczony, a w wigilią już cały dom był w ruchu, siekano w kuchni, krzątano się we dworze, psy, sieci i konie ściągały do Romaszówki, a pani Osmólska głowę traciła, bo stary Bundrys ze wszystkiego był niekontent i gderał a zapalał się, że nie dosyć literalnie rozkazy jego spełniono. Na folwarku nie spano całą noc, bo strzelcy przychodzili i wracali z wieściami od kniei, a z miasteczka coraz coś żydek arendarz przywoził.
Nareszcie nadszedł dzień uroczysty i koleją dalsi i bliżsi sąsiedzi poczęli się zjeżdżać, w niewykwintnych wcale strojach, ze psami, z strzelcami swymi, wózkami, konno, bryczkami, strzegąc resorowych powozów, któremi Bundrys brzydził się i dla kobiet ledwie ich pozwalał.
— Słyszana to rzecz! — mawiał — żeby się dobrowolnie wydelikacać i do niczego robić! co to teraz, jak się zowie, powymyślali, jakby człowiek nie powinien hartować się; oni mu hart wszelki odejmują dla użycia wygódek! A to krzesełka, z pozwoleniem jak poduszki, które dawniej wstyd było wziąć pod głowę, a to powoziki żeby nie trzęsło, choć dawniej na terlicy szlachcic dwadzieścia mil zrobił i nie czuł fatygi; a to odzież różną, od wilgoci, od chłodu, od gorąca. I tak też się powypieszczali, że gdyby który z nieboszczyków dziadów wstał a popatrzał na potomków swoich, wziąłby ich za żydków, ledwie z pierzyny wypuszczonych.
Pan Aleksander też ze swoim dworem na szarabanach i wózkach przyjechał do Romaszówki, wlokąc za sobą całą armję strzelców, koni, szczwaczów, psów i furę sieci.
Stojący na ganku gospodarz powitał go wesoło.
— No! a księdza Ginwiłła nie ma! o! nie dobry — zawołał — a Jaś Bronicz? — dodał niespokojny.
— Stawię się na rozkazy — odpowiedział wesoło, ze strzelbiną wyskakując młody chłopiec.
— Ale z waćpana podobno jeszcze, jak się zowie, myśliwy nie tęgi — odparł szlachcic podając mu rękę serdecznie — pierwsze pole.
Zwykła w takich razach rozmowa ochocza rozpoczęła się w ganku, ale nie potrwała długo, bo ju zastawiano śniadanie, uwijały się dziewczęta i litwin na czczo gości swoich w las puścić nie mógł, choć refektarzyk dobrze zaopatrzony stał już na furgonie. Potrzeba było jeśli nie jeść, to choć skosztować trochę, a kto chciał dowieść przyjaźni, musiał się przygotować głodem do jak najserdeczniejszego zajadania przez dzień cały; bo Bundrys sam miał dobry apetyt i brak jego przypisywał po staremu niełasce i wybredności.
Już mieli wyjeżdżać z Romaszówki do lasu, gdy gospodarz wyszukawszy oczyma Bronicza, przystąpił do niego, obejmując go w pół.
— Za pozwoleniem chorążyca — rzekł — gdybym to ja pana Jana dziś sobie zabrał na pomocnika do gospodarstwa... hę?
— Pan Jan zupełnie wolny, i może sobą rozporządzać jak zechce — rzekł szybko Jamunt.
— A spodziewam się, że mi staremu przyjacielowi ojca nie odmówi? — dodał Bundrys — hę?
— Co pan każe?
— Ty polowania nie bardzo lubisz; słuchaj, Jasiu — zostań tu w Romaszówce, i pomóż Osmólsi i Kostusi przygotować się na nasze przyjęcie... My się wszyscy rozjedziemy, baby tu same zostaną, bądź na dziś naszym Wojskim... hę??
— Z całego serca, bylem potrafił! — rzekł Jan.
— Ale czego ty nie potrafisz, chłopiec sprytny... tylko — dodał cicho — córki mi nie bałamuć! I pogroził mu na nosie — No zgoda?
— Z największą przyjemnością spełnię rozkaz sędziego — stawiając w kątku strzelbę rzekł Jan.
— Serdecznie ci dziękuję i zdaję moją władzę — odezwał się Bundrys wesoło; — rozkazuj, pędzaj dziewczęta, staw na pokutę, kłóć się z panią Osmólską z mojej plenipotencji, jak ja z nią codzień się ujadam; a zresztą... tylko mi Kostusi nie bałamuć!! wara!!
Jan na powtórzone to zastrzeżenie zarumienił się mocno i spuścił oczy, a Bundrys rozśmiał się głośno.
— A teraz — rzekł — w drogę! w drogę! czas panowie! czas!
Wszyscy uważali ten zwrot gospodarza do młodego chłopaka, serdeczność dla niego, nareszcie sam wybór pana Wojskiego, do którego starsi i bliżsi znajomi sędziego zdawali się mieć więcej prawa; zadziwiło to nie pomału i dało do myślenia młodszym, ale drudzy umieli to sobie wytłómaczyć podrzędnem położeniem ubogiego szlachetki, którego niejako do posługi użyto tylko. Sam Jan nie bardzo się zastanowił nad tem co go spotkało, a z serca proszony, nie wziął wcale za złe staremu, że go na gospodarstwie osadził. Gdy się jednak powoli rozjechali wszyscy, z wrzawą i hałasem spiesząc do kniei, gdy Bronicz sam pozostał w domu zupełnie sobie obcym, nie wiedząc co ma robić, a czując się do jakiegoś zajęcia obowiązany, zakłopotał się położeniem swojem. Nie miał jednak czasu długo rozmyślać, bo na progu Kostusia, która się dotąd nie ukazywała, uśmiechnęła mu się zarumieniona i równie jak on zmieszana.
— A pan tu co robisz? — spytała.
— Ja, prawdziwie nie wiem — odpowiedział Bronicz, pytaniem jeszcze bardziej onieśmielony — sędzia mi kazał zostać... zająć się, ale czem? jak? nie miałem czasu dobrze go rozpytać?
— Jakto? pana nam zostawił! — rozśmiała się dzieweczka.
— A mnie!
— Będziemy więc razem gospodarowali!
— Jestem na rozkazy, i czekam ich...
W tem weszła i pani Osmólska, słysząc w pokoju rozmowę i stanęła zdziwiona na widok Bronicza ruszając ramionami.
— Patrz kochana mamo, (tak ją zwykła nazywać Kostusia), kogo nam ojciec do pomocy zostawił!!
— Mam ich rozkazy spełniać i zastępować gospodarza, proszę mnie nauczyć moich obowiązków...
Kostusia poczęła się śmiać, a pani Osmólska zdawała zafrasowaną...
— Naprzód zadysponujesz pan obiad, odezwała się figlarna gosposia... potem trzeba go wydać... potem pójść do piwnicy po wino... potem... wyliczyć osoby, urządzić stoły...
— Proszę o klucze, a dain sobie rady...
— Nie, nie, tymczasem siadaj pan, i baw nas — zawołała Kostusia... — wszystko co potrzeba dawno zrobione, i zdaje się, że ojciec zapobiegając tylko temu, żebyśmy się same nie nudziły, zostawił nam pana, zatem całe jego tymczasowe zajęcie. — Ja, przestrzegam, że się nudzę łatwo i zabawiać mnie trudno.
Pani Osmólska chciała zapobiedz zbyt jawnie objawiającej się wesołości swego ukochanego dziecka, ale na jej mrugania i migi nie zważała pieszczotka, i zasiadła na dobre, drażnić Bronicza, który nie widząc coby miał robić, nie pojmował po co go tu sędzia zostawił. Nie myślał się jednak uskarżać wcale na losy, bo przez cały czas prawie zostawiony z Kostusią, napawał się jej wzrokiem, karmił rozmową i zbliżając do ślicznego dziewczęcia, poczuł raz pierwszy w życiu tę rozkoszną tęsknotę, to młodzieńcze bicie serca, które się nigdy p6źniej powtórzyć ju nie może. Nie zastanawiał się wcale nad tem jak położenie towarzyskie daleko go stawiło od córki Bundrysa, nie pomyślał o niebezpieczeństwie tych oczów, w które się wpatrywał z taką rozkoszą, chciał tylko przedłużyć chwilę, pierwszy raz świtającą życiu, które niespodziana jasność wypogodziła...
Razem z panną Konstancją poczęli niby gospodarzyć, ustawiać, przynosić, przyrządzać stoły, obmyślać pomieszczenie dla gości, wybierać napoje, obliczać butelki, ustanawiać nadzór nad niemi, i tysiące tych drobnostek maluczkich, zajęły ich oboje tak wesoło krzątających się koło tego gospodarstwa, że Bronicz zdumiał się słysząc zajeżdżającą pierwszą przed ganek bryczkę i zabolał widząc wchodzących gości, którzy ich samotność przerwali wrzawą myśliwą. Bundrys zastał córkę z Jasiem pracujących jeszcze koło szafy nad ogromną misą sałaty, i na progu zawołał głośno:
— Otoż to teraz tacy Wojscy, moi panowie... ja go tu zostawiłem dla opieki nad niewiastami; a on mi pod pozorem sałaty córkę bałamuci... i wierz-że tu komu!
Bronicz się zarumienił jak dziewczyna, a Kostusia z uśmiechem pobiegła ku ojcu i gościom.
— Jakże, czy przynajmniej na co się przydał? — spytał sędzia nielitościwy — czy pomógł do czego?..
— Nadzwyczajnie — odpowiedziała pani Osmólska — jeszcześmy go musiały pilnować, takiegoś nam sędzia zostawił gospodarza!..
— Oddamy go pod sąd... i ukarzemy przykładnie! — zakończył Bundrys śmiejąc się. — Ale tymczasem, panie Janie, wyręczaj mnie i każ dawać jeść, boś ty może nie głodny i nie bardzoś się zmęczył strojąc koperczaki, my zaś dobrze czujemy żeśmy pracowali...
Nieuwolniony więc jeszcze od służby, Jan zajął się przyjęciem gości, choć może nieumiejętnie, ale serdecznie, wyręczając gospodarza, który zajęty był myśliwskiemi opowiadaniami i przychodzącą do siebie córkę, odsyłał wciąż do Bronicza...
To postępowanie nie uszło baczności wszystkich i niechętnych tłómaczeń, mało kto tu znał jeszcze Jana; poczęto się dowiadywać i rozpytywać o niego, a kochani sąsiedzi rzucali nań zazdrośne spojrzenia z ukosa.
— Cóż to za jeden? — pytał pan Uchański — Bronicz? co za Bronicz? zkąd? jak? kto go rodzi? ma majątek?
— Krewny Jamuntów odpowiedział Doroszeńko, który się pod ręką znajdował, szlachcic ubogi... poczciwy chłopiec i po wszystkiem.
— Ale bo, uważacie państwo — dodał Uchański znowu: — sędzia go tak ośmiela, przybliża do córki... coś w tem jest!
— Intryga jakaś — szepnął Pulikowski sam do siebie, w złym humorze, bo znowu chybił do sarny, — intryga jakaś... i kto wie, czy to się mnie nie tyczy!...
— Szalone szczęście tego chłopca! — wykrzyknął Zbrzeski — ledwie się pokazał na świecie, kochają go, noszą na rękach, chorąztwo przepadają za nim, pan Aleksander jak młodszego brata pieści i nosi się z nim, ksiądz Ginwiłł także, Doroszeńko także; nawet panna Jamuntówna, a ot, i tu jeszcze Bundrys go tak przyjmuje, jakby... ale to nie może być! A to wszystko — dodał kapitan — że piękny chłopiec, gdyby miał nos trochę krzywy, albo zyzowate oczy... nie dorobiłby się tej łaski... Ja mu nie zazdroszczę, ale tego nie rozumiem; wszak i pani Bulska tak na niego czasem patrzała, że we mnie aż kipiało wszystko...
— Sędzia trochę nieopatrzny — mówił Uchański powoli, oglądając się na syna, którego może życzył sobie poswatać z dziedziczką Romaszówki — żarty sobie stroi, a chłopcu się głowa może najniewinniej zawrócić... i z dobrego serca, tylko mu zmartwienia przyczyni...
Tak dalece to poczuł głęboko pan Uchański, że do zbliżającego się Bundrysa, przemówił po cichu:
— Ale kochany sędzio, ja cię nie poznaję, doprawdy, zbytnio tego szerepetkę ośmielasz... nieostrożny jesteś... biedaczysko gotów zaszłapać?
— Kto? co? którędy? jak się zowie? podchwycił Bundrys.
— Ale twój pan Wojski? przecież...
— Waćpan bo nie wiesz, kochany Uchansiu, (umyślnie tak poufale prymasowskiego kuzyna traktując przemówił gospodarz), to chłopiec perełka, skromny, poczciwy...
— Ale to słyszę ubożuchne, biedota...
— No to co? — spytał Bundrys.
— I jakich-że to Broniczów — dodał Uchański.
— Szlachcic karmazynowy! — przerwał gospodarz — za to ręczę, goły jak święty turecki to pewna, zresztą... podobał mi się i kwita. A że chłopak nie głupi, toć mu się nie ubzdrzy niewiedzieć... co... jak wam...
To mówiąc odszedł, a kolega pozostał zamyślony ponuro i westchnął nad upadkiem wielkich rodów, które coraz świeże zastępują i spychają... Na pociechę przywiodła mu szczęściem myśl ruiny Palmyry i zniszczenie Kartagi... i Troja fuit poety.
Tymczasem goście do stołu zasiedli jak kto stał, bez wyboru miejsc, a postrojone dziewczęta ukazały się we drzwiach niosąc ogromne półmiski bigosu, który obiad rozpoczynał. Bundrys jako gospodarz, Bronicz jako jego pomocnik, sami tylko pozostali na nogach, uwijając się około stołu i zapominając o sobie dla drugich. Traf czy staranie czyjeś, bo można było posądzać panią Osmólskę, która Borowej sprzyjała i w wielkich poczęła być stosunkach z panną Jamuntówną, posadził pana Aleksandra przy Kostusi, której oczy jednak roztargnione za Jasiem Broniczem biegały, co ojciec postrzegłszy, uśmiechał się po cichu.
Pan Aleksander był jednak wesół i począł rozmowę prześladując nieco pannę Konstancję swoim towarzyszem, co na twarz jej żywy wywołało rumieniec; nie zdawała się go boleć widoczna skłonność gospodarza dla Jasia, owszem jakby się nią cieszył, wesół był i swobodny. Kilka słów przez niego powiedzianych, znać jednak Kostusię musiały uważniejszą na siebie uczynić, gdyż przez resztę obiadu już na Jana nie ośmieliła się spojrzeć, ani przemówić do niego. Ale mało też odzywała się i do pana Aleksandra, którego bawić musiała Osmólska, nie dosyć zręcznie między nim a wychowanką swoją zawiązując nie dającą się przeciągnąć rozmowę. Wśród szumnych opowiadań i gwarnej wesołości, skończył się objad już w nocy, a że się dróg złych obawiano, wszyscy zaraz powoli rozjeżdżać się poczęli, i pan Aleksander także z dworem swoim wybierał. Gospodarz czule żegnając wyprowadził aż w ganek, szczególniej dziękując Broniczowi, i wymógłszy na nim słowo przy świadkach, że go częściej odwiedzać będzie, wycałował na obie strony i puścił.
Znowu tedy wszyscy przytomni poczęli poglądać po sobie, nawet Doroszeńko siadając na bryczkę głową kiwał, a pan Aleksander uśmiechnął się do towarzysza ściskając go za rękę:
— Słuchaj Jasiu — rzekł — jeśli się nie mylę, klei się to coś dla ciebie. Bundrys wyraźnie cię ciągnie... lub już nic nie rozumiem.
— Na Boga! co za myśl — podchwycił młody człowiek — nie godzi się jej przypuszczać; nigdybym nie śmiał jej powziąć nawet, bo czuję, że tego godzien nie jestem; a zresztą bogato się nie ożenię, bo pracy własnej, nie zonie chcę być winien przyszłość.
— No! no! zobaczymy, a tymczasem wszyscy już rozwożą po sąsiedztwie wiadomość, że ci sam sędzia córkę swata... i chybaby ślepy nie dopatrzył, że coś podobnego ułożyć sobie musiał.
Tak dobrze jak pan Aleksander widzieli to i inni, we dworze po cichu sobie rozpowiadać o tem zaczęto, i biedny Bronicz, obudzając zazdrość, uczuł, że się jakoś od niego odstąpili wszyscy, ochłodli, choć nie był winien wcale. Panna Jamuntówna szczególniej, która prowadziła pana Aleksandra do Bundrysów junctis viribus z panią Osmólską, a może miała projekcik wyswatać Krzysię panu Janowi, spojrzała nań nazajutrz tym wzrokiem, który czasem przykrzejszy bywa od słowa..
Chorąztwo tylko oboje, choć im o tem doniesiono zaraz, starali się nie pokazywać po sobie, że i ich to może zabolało.
Taka zmiana uczuć ludzi otaczających, choćby się z nią przez uczucie przyzwoitości najstaranniej ukrywano, musi przecież dotknąć człowieka. Jaś też w parę dni, owiany chłodem jakimś, mimo oznak przyjaźni, miarkował, że się położenie jego niewidomym sposobem zachwiało. Milczący, nie miał się nawet komu poskarżyć, przed kim wytłumaczyć, szukając lekarstwa, zakopał się w bibliotece, a choć go serce ciągnęło do Romaszówki, choć dał słowo, że częściej tam przyjeżdżać będzie, umyślnie o tem zapominał.
Jeden pan Aleksander zdawał się jeśli nie rad tej odmianie, to przynajmniej zawsze równie przychylny Janowi, owszem, jakby mu chciał zapłacić za drugich, zbliżył się jeszcze do niego i czuwał więcej niż każdy.
Taki był stan umysów w Borowej, gdy pani Bulska, o której oczekiwanym przyjeździe nikt nie mówił, choć wszyscy go ze strachem, pragnieniem, ciekawością oczekiwali, jednego wieczora nadjechała wreszcie, dworniej niż wprzódy i zajęła wyznaczone jej pokoje, wprost do nich wysiadając.



Wiadomość o jej przybyciu różnie podziałała na wszystkich; staruszka uklękła i poczęła się modlić, chorąży żywiej przechadzał się po swojem mieszkaniu, pan Aleksander zbiegł z góry, chcąc ją zaraz w ganku powitać, panna Jamuntówna, mimo przyjaźni z Bundrysami, uśmiechnęła się jakoś dwuznacznie, kapitan Zbrzeski siadł, choć to był wieczór, do brzytew, a ksiądz Ginwiłł pochmurny, zobaczywszy pojazd, który poznał przesuwający się aleją, załamał ręce i pozostał chwilę w głębokiem zamyśleniu.
Piorunem wieść o przybyciu pięknej pani rozchodząc się po innych dworkach wywołała żywe zajęcie.
W godzinie herbaty nikt nie chybił, i zawczasu wszyscy byli na swoich stanowiskach, ale piękna pani pod pozorem bolu głowy, dnia tego nie ukazała się na pokojach, i dworacy odeszli omyleni, każdy do swojego kątka.
Po cichu rozpowiadano tylko sobie, że w orszaku pani Bulskiej, oprócz znajomych sług, przybył jakiś nieznajomy, któremu dano pokoik w oranżerji, milczący i smutny, o którym powiadał ów kamerdyner, że to był nadworny malarz hrabiny.
Nazajutrz rano ksiądz Ginwiłł, już nieco uspokojony po modlitwie, o swojej godzinie wyszedł do kościoła i na cmentarzu chorążyna spotkała się z gościem. Pani Bulska jeszcze, jeśli być mogło, piękniejsza, z jakimś smutkiem na twarzy, czarno ubrana, bledsza nieco powitała staruszkę nadzwyczaj rzewnie i serdecznie.
— Czyś nie chora? — spytała jej chorążyna — zdajesz mi się cierpiącą?
— Straciłam córkę — odpowiedziała wzdychając i odwracając głowę pani Bulska — Bóg mnie najboleśniej dotknął, odbierając jedyny skarb jaki miałam na świecie... znowu jestem sama! okropnie sama!
Nic tak nie zbliża jak litość; chorążyna usłyszawszy te słowa, zapomniała o uprzedzeniu przeciw kuzynce i serdecznie z nią zabolała, rozpytując, pocieszając biedną matkę; ale na jej troskliwe wyrazy pani Dorota odpowiedziała krótko:
— Musiałam zasłużyć; nie mówmy o tem i chodźmy do kościoła... nie wróci jut z nieba mój aniołek!
W czasie nabożeństwa wszedł i stanął u drzwi przybyły z panią Bulską nieznajomy.
Leon Kora, którego twarz i postawa okazywały albo nieprzełamane cierpienie lub spokojne obłąkanie jakieś, mimo młodości, zdawał się wyniszczony, zwiędły, zeschły i zobojętniały, oczy miał wpadłe, policzki pofałdowane, a w wejrzeniu wyraz dziwny; znać było, że patrzał a nie widział, że szedł dalej drogą dlatego tylko, że go popychano, ale go nie obchodziło życie. Strój wielce zaniedbany, wcześnie wyłysiała głowa, budziły politowanie nad stanem tego człowieka, który żywym trupem chodził jeszcze po świecie już mu obcym. Gdy się wszyscy ruszyli z kościoła i przechodzili przez cmentarz do pałacu, pani Bulska skinęła na artystę i zaprezentowała go chorążynie, staremu panu i Aleksandrowi. On się ukłonił zlekka wszystkim w koło, w milczeniu, nie uśmiechnął nawet, i sztywny wyprostowany a zimny, poszedł z drugimi, powoli przyzostając.
— Niezmiernie państwa przepraszam — zawołała hrabina, odwracając się do obojga gospodarstwa — że tu z sobą musiałam przywieźć tego nieszczęśliwego człowieka. Jest to wuja mojego wychowaniec, niegdyś pełen talentu artysta, którego doznane przeciwności złamały tak, że prawie melancholji dostał; przez litość porzucić mi go niepodobna. Zdaje mi się, że najmniejszego z nim państwo nie będziecie mieć kłopotu; całe dnie siedzi w swojej stancyjce, mówi mało, zresztą łagodny bardzo i cichy. Nie mogłam go samego zostawić w domu, bo się obawiam, aby osamotnienie nie pogorszyło jeszcze stanu w jakim go widzicie.
Leon, jakby potwierdzić chciał to co o nim mówiła hrabina, wszedłszy do salonu, usunął się zaraz na bok i począł przypatrywać obrazom, zapomniawszy o ludziach.
Smutek i czarne suknie pięknej pani, najlepszym dla niej były w Borowej pomocnikiem; w obec cierpienia cudzego zapominano tu zawsze o sobie, i teraz czulej niż wprzódy skupili się koło niej państwo Jamuntowie, bo pojmowali co to jest stracić jedyne dziecię. Nawet chorąży był jakoś rozczulony i serdeczniejszy dla niej nieco. Na twarzy pana Aleksandra oboje rodzice wyczytać mogli, co się działo w jego sercu, tak dziwnie był ożywiony, odmłodzony i przejęty. Ale pani Bulska znacznie teraz w obejściu z nim była zimniejszą i czy to smutkowi jej czy innym jakim powodom przypisać należało, nie starała się ani zająć sobą, ani zbliżyć do chorążyca, który to zaraz uczuł na wstępie i cofnął się dotknięty.
Wielka w istocie zmiana dawała się postrzegać w tej kobiecie, która z suknią czarną wdziała dziwne zobojętnienie i straciła wiele życia... oczy jej roztargnione chodziły po wszystkich, nie zatrzymały się na nikim, mowa była urywana i nieuważna... Przywitała jednak wszystkich dworaków Borowskich z grzecznością i pamięcią na każdego, w takim stanie umysłu zadziwiającą; nawet biedny Hończarewski, który ją antychrystką nazywał, ujęty został wymówionem nazwiskiem swojem i zapytaniem o stan atmosfery, z którego urzędownie zdał sprawę.
Leon tymczasem zwracający na siebie oczy wszystkich, chodził już jakby był w domu, od obrazu do obrazu, nie wiele zważając na przyglądających mu się, wpatrywał się i coś do siebie szeptał po cichu. Chciał mu służyć za grzecznego tłómacza pan Aleksander, ale artysta zmierzył go oczyma tylko i nie odzywając się odszedł dalej.
— Widzenie nowych obrazów zawsze go tak na chwilę jeszcze ożywia — odezwała się po cichu hrabina — w istocie, byłby to znakomity artysta, gdyby w nim jakaś struna nie pękła w chwili gdy każde wrażenie tak jest silne... Biedny człowiek!
— Ale nie staranoż go się uleczyć?
— Owszem — odparła hrabina — ma wielu przyjaciół, pracowano około niego, lekami i moralnemi wpływy, nic nie pomogło; — zdaje się, że nic już nie potrafi wywieść go z tej dziwnej apatji, która po najpiękniej obiecującej młodości tak nagle go ogarnęła.
Na obiad przebrana inaczej, ale znowu czarno, weszła pani Bulska, już nieco swobodniejsza i więcej ożywiona: zmienna ta natura z równa łatwością oblekała się smutkiem i rozjaśniała weselem, co chwila stając inną a zawsze pełną uroku. Westchnęła jeszcze parę razy, ale się uśmiechnęła do chorążynej, którą starała się zająć opowiadaniem, do pana Aleksandra, co cały w niej był oczyma i duszą, do starego milczącego gospodarza, który ponuro siedział w posągowej swej powadze i zadumaniu.
Ksiądz Ginwiłł, którego ranny smutek pani Bulskiej był jakoś ujął i przejednał, teraz, widząc ją znowu chichoczącą i płomieniste rozsiewającą wejrzenia, machnął ręką pod stołem i niepatrząc już nawet na nią ładował kieszenie okruszynami chleba dla psów i ptastwa swojego.
Na śniadanie Bronicz nie wychodził, okiem zdawała się go szukać przybyła, a gdy się ukazał u stołu, przywitała go z widoczną radością, która młodego chłopca zmięszała i zarumieniła niezmiernie. Spojrzeli na niego drudzy z podziwieniem i wyrzutem prawie, mignął mu wzrok pana Aleksandra chmurny jakiś i tęskny, a Jan przybity, oka już przez cały objad z talerza nie podniósł, choć kilkakrotnie wyzywała go piękna pani, a wejrzenie jej raz wraz się na niego zwracało. Artysty nikt i teraz rozbawić nie potrafił: obcy wszystkim, nie dał się wprowadzić w rozmowę nikomu, zbywał półsłówkami, trząsł głową, ruszał ramiony, lub zaprzątniony pytań nawet nie słyszał...
Wedle obyczaju domowego, po kawie rozeszli się wszyscy zaraz: pani Bulska już była we drzwiach salonu, gdy na myśl jej przyszła jakaś książka i zażądała jej od Bronicza, ale on odesłał żądane dzieło przez starego Mateusza... Na wieczór pierwszy przyszedł pan Aleksander i matkę tylko z pończoszką zastał, siedzącą już przy umbrelce, samą jedną. To wczesne przyjście jego nie uszło jej baczności, bo zwykle chorążyc się opóźniał, dziś przyspieszył, co rzadko bardzo się trafiało.
— Nie pojedziesz do Romaszówki kiedy? — spytała go nawiasem.
— I owszem, wybieram się właśnie z Broniczem.
— Dobrze żeś mi go wspomniał — odparła chorążyna — czyby go już nie osadzić w Kryłowie? jak myślisz? chłopiec się może rozpróżnować: boję się byśmy go potem nie mieli na sumieniu. Życie nasze nadto jest ciche i spokojne dla niego; dobre dla nas starych, szkodliwem być może młodemu, który i zajęcia i ruchu i pracy potrzebuje. Patrz, co podobne położenie może zrobiło z tego biednego artysty... nie chciałabym żebyśmy mieli co podobnego do wyrzucenia sobie z Janem, wolałabym żeby wszedł w trochę czynniejsze życie.
— Ja myślę także o Kryłowie, który nań czeka, ale dziś jeszcze oddać mu nie mogę — rzekł pan Aleksander — lubię go i jest mi potrzebny, chcę wprzód ten folwareczek trochę urządzić.
— Ale czy nie lepiejby było, żeby go on sam sobie urządził? — zapytała chorążyna.
— Na to potrzeba funduszów, których nie ma i przyjąć nie zechce — ale już się to robi i sądzę, że wkrótce go zainstalujemy.
Na te słowa weszła pani Bulska z uśmiechem na ustach i pospieszyła powitać chorążynę. Pan Aleksander spodziewał się z nią widać przechadzki po salonie i cichej rozmowy, której pragnąć się zdawał, ale ona, jakby się tego domyślała, usiadła na kanapie i nie zwróciła nawet oka na niego. Przykro musiał to uczuć chorążyc — usiadł z daleka wpatrując się z wyrazem wyrzutu w piękną kuzynkę, która wieczorem jaśniała znowu w całym odmiennym blasku oryginalnej swej piękności. Kilka razy próbował się do niej przybliżyć, zawiązać z nią rozmowę, wyprowadzić z kątka w którym się zamknęła, — pani Bulska, niby go nierozumiejąc, pozostała przy chorążynie. Różnica jej postępowania z panem Aleksandrem od pierwszej bytności, w ciągu której była zalotną i pocieszającą, czuć się dawała ogromna: unikała go widocznie, grzecznie była ale z daleka, i jak wówczas usiłowała go zbliżyć do siebie, tak teraz oddalała chłodem.
To postępowanie prawie wdzięczność wywołało w chorążynie i gospodarzu, którzy się zawsze jeszcze obawiali uroku i ztąd wypłynąć mogących następstw dla syna. Natomiast, gdy wszedł Bronicz, schwyciła go zaraz pani Bulska i wynalazłszy jakiś powód wysunięcia się z kątka, podeszła ku niemu żywo.
— Dziękuję panu za książkę — szepnęła bawiąc się końcem batystowej chustki, którą targała w ślicznych białych paluszkach — ale czy nie wypadało przynieść jej samemu?
— Przepraszam panią — rzekł młody chłopiec — na którym nie robiła teraz po pannie Konstancji żadnego wrażenia trzpiotowata laleczka miejska — sądziłem... zawołano mnie do pana Aleksandra.
— To tylko przestroga na drugi raz! — rzucając nań gorące wejrzenie czarnych oczów, dziwnie głębokie i znaczące, odpowiedziała odchodząc pani Bulska. — Poznaj się pan bliżej z moim artystą.
I tłómacząc niby zbliżenie się swoje do Jana, zręczna hrabina przyprowadziła Leona, zapoznając ich bliżej z sobą. Artysta posłuszny przyszedł, stanął, zmierzył oczyma Bronicza i pozostał tak w milczeniu przed nim, ze swoim osmutniałym wzrokiem i martwą twarzą.
— Chciałam — odezwała się do chorążynej po cichu — zrobić bliższą znajomość panu Janowi z moim artystą, mnie się zdaje, że powinniby się pokochać, choć tego zamarłego człowieka trudno wzruszyć i powołać do życia.
Wszyscy jakoś byli nie swoi, a na pani Bulskiej ciężył obowiązek ożywienia ludzi, których jej przybycie warzyło widocznie; nieporównanie zręczna, wzięła się do tego powoli, nieznacznie, i tak zdaleka, że nikt nie postrzegł strategii; ale obrała przedmiot wszystkim przystępny i zajmujący, ożywiła się sama, podrażniła drugich, rzucała pytaniami w różne strony, i w pół godziny potrafiła z odrętwienia dźwignąć.
Wytrzymawszy pana Aleksandra czas jakiś na boku, i osądziwszy zapewnie, że ta niełaska dłużej się przeciągnąć nie powinna, znalazła powód przybliżenia się do niego, zagadania, zagładziła uśmiechem przeszłość i cicho szepcząc, poczęła z nim zwykłą po salonie przechadzkę.
Wśród niej uchem była przy nim, okiem z Broniczem rozmawiała, odzywała się do chorążynej, pilnie uważała, żeby nie stanąć staremu panu na drodze jego zwyczajnej, zaczepiła księdza Ginwiłła, uśmiechnęła się do Zbrzeskiego, rzuciła słówko Pulikowskiemu, który się przestraszył tą dystynkcją niespodzianą, i tak umiała być wszędzie, zastosować się do każdego, jak gdyby tu całe życie spędziła.
— Daruj mi kuzynku — mówiła do pana Aleksandra — jeśli mnie trochę inną znajdujesz, (westchnęła) nieszczęście przeszło przez serce moje; czuję żem nie jest panią siebie, zapominam się, głupieję. Nie ma mojego aniołka! nie ma!
Żal jej był zaprawdę dziwny i tak teatralne od żywej natury jej przybierał barwy, a tak rychło rozwiewało go słowo jedno, zastępował uśmiech i odradzała nieznaczna okoliczność, że go zrozumieć było niepodobna. Ocierała oczy i niemi już szydersko mierzyła dwór Borowski, który w istocie takiej miejskiej wytworności, w swych strojach prostych, w postawach i twarzach nieco karykaturalnych, dziwacznie się musiał wydawać.
— A! życie — zawołała po chwili — nie znajdujesz kuzynku, że to coś niezrozumiale męczącego jak sen gorączkowy, snują się ludzie, zjawiają postacie, nikną, wyrastają, dręczą, uciekają, wracają, a wśród tego zamętu, ani chwili spokoju.
— Tak, hrabino — odpowiedział pan Aleksander — dla gorących istot, co chcą wszystkiego spróbować, doświadczyć, dotknąć się koniecznie; ale kto sobie koło niewielkie działania zakreślił, zrozumiał, że dla prawdziwego szczęścia możliwego, ani wiela, ani tak różnych nie potrzeba żywiołów — życie jest drogą prostą i jasną.
— Jakże ci zazdroszczę, że ty to tak widzieć możesz — odpowiedziała hrabina — żeś tak umiarkowany w pragnieniach i chłodny, ale wyrzec się wszystkiego i jak Santon w łachmanach wegetować na słońcu, nic nie mieć żeby nie tracić, nic nie pokochać żeby nie boleć, to nie jest rozwiązaniem zagadki, to wykręt samolubny.
— Zdaje mi się — dodał kuzynek — że tak nie jest, cierpieć musimy wszyscy, bo to warunek życia; im gorętszych szukamy rozkoszy, tem cięższym opłacamy je bolem, ale na spokojnej drodze wiemy czego się spodziewać i jak przeciw temu uzbrajać; tu coraz nowe burze i nigdzie dachu nad głową.
— Ależ to życie w pełni! — zawołała kobieta — co mi z tego snu odrętwiałego, kamiennego, w którym zatopieni nie postrzegamy nawet u kresu żeśmy przebiegli przestrzenie? jest-li to życie?
— Nie trzeba więc narzekać, co kto pragnie wybiera!
— Zimny jesteś kuzynku, i ja chłodną być umiem gdy zechcę, ale nie zawsze nad sobą panuję. No, a teraz powiedz mi — dodała zwracając rozmowę — cóżeście tu porabiali w czasie niebytności mojej?
— Życie nasze z jednego dnia już musiałaś pani poznać; wszystkie dni w niem, bracia rodzeni, dziś, jutro, zawsze też same twarze, też same pytania i o jednej godzinie wrażenia jednakowe.
— Ale przecież? polowałeś?
— Trochę.
— Czy się już kochasz w Bundrysównie? — zapytała szydersko.
— Ja? cóż to za pytanie? zkąd o niej wiesz?
— Ale ja wiem wszystko — rozśmiała się — ot tak! szepcze mi powietrze, mówią mi ściany, domyślam się, zgaduję, domyśliłam się więc że cię chciano rozkochać! i cóż?
— Nie wiem czy chciano, ale nie rozkochano, to pewna! — odpowiedział pan Aleksander chłodno.
— I ożenią, czy nie?
— Któż?
— Rodzice twoi!
— Wtem się mylisz, kuzynko; oni chcą może ożenienia dla mnie, ale mnie zmuszać do niego nie myślą.
— Może się mylę, ale w istocie — zawołała — powinienbyś się ożenić kuzynku!
— Dla czego? — spytał ciekawie pan Aleksander.
— Choćby dla ciekawości — rozśmiała się kobieta— nie znam w życiu nic bardziej zajmującego nad ten dramat ożenienia, i nie dziwię się, że miłość, kobieta, małżeństwo stanowią zawsze węzeł powieści każdej i sceny. To coś nakształt loterji, w której człowiek stawi siebie, aby na bilet wygrał lub przegrał przyszłość całą, a najmniej znaczną część życia. Pierwszy akt dramatu, poznanie, wyraz niestosowny, bo któż kogo poznał nim żył z nim?
Dwie obce sobie istoty, spotykają się, mierzą oczyma, i pragną zbliżyć do siebie: urok, fatalizm, ciekawość, namiętność chwilowa, ciągną je, porywają, unoszą; rodzi się to co się nazywa miłością, uczucie śmieszne, niepojęta bańka mydlana, która pryska za dotknieniem, wreszcie ksiądz wiąże stułą, wyrzekają przysięgę i już są połączeni na wieki. Tu dopiero po ekspozycji, po wstępie, po przedmowie, rozpoczyna się prawdziwa tragi-komedja, w której złudzenie się rozwiewa jak mgła, rzeczywistość żelazna przychodzi i pokuta odbywa za grzech ciekawości, za chwilę zapomnienia.
Proszę sobie wystawić dwoje ludzi, dotąd widujących się w salonie, znających powierzchownie jasną tylko swą stronę, nagle poczynających się rozglądać w sobie, rozpatrywać, i odkrywać wady, ułomności, odrażające kalectwa. O miłości mowy już nie ma, chodzi o to, żeby dźwignąć brzemię, a! a! nieboska komedja!
I rozśmiała się z goryczą głęboką; pan Aleksander był zmieszany na chwilę i milczał.
— Nieprawdaż kuzynku? czy nie tak? — dodała — ja to wiem, bom dwa razy przez ciężką przechodziła próbę!
— I tak i nie tak zawsze może! czemuż pierwszy akt ma karmić złudzeniem? czemu ludzie przywyknąć do siebie i pokochać się nie mają, odkryć w sobie nowych przymiotów?
— A! bo przymioty należą do ekspozycji dramatu i wyprowadzają się pierwsze na scenę, w drugim akcie ekshibicja słabej strony.
— Tak, może być chwila rozczarowania, ale po niej wiąże się na nowo węzeł przywiązania, szacunku, zlewają się w jedną dwie istoty.
Pani Bulska się uśmiechnęła.
— Tak! — rzekła — tak! znają się, cenią i ziewają!
— Małżeństwo więc jest niepodobieństwem? — ozwał się pan Aleksander.
— Nie, — ale tylko onus pro peccatis! — bryznęła łaciną pani Bulska.
— A! po łacinie! — rozśmiał się chorążyc.
— Czemuż nie? uczyłam się i tego! — odpowiedziała kobieta — drażniło mnie to, że nie mogłam zakazanego Lukrecjusza czytać w oryginale, i przeczytałam go.
— Cóżeś w nim znalazła?
— Chłód! nie poezją.
I w tejże chwili zwróciła rozmowę na tor inny.
— Wyobrażam sobie — rzekła — jaki tu przestrach budzić musi moje przybycie, nieprawdaż? ksiądz Ginwiłł ma mnie za córkę Beliala, co najmniej, Hończarewski zowie podobno antychrystką... wszyscy patrzą tak zdziwionemi oczyma... Ale co to, proszę, dziwactwo ludzkie — dorzuciła z jakąś tęsknotą — ja, po mojem życiu tak burz pełnem, tak wrzawliwem, przywiązuję się, zakochałam w Borowej, w tej ciszy i jednostajności waszej, coś mnie tu niepohamowanie ciągnęło, nie zwykłam sobie odmawiać.
— Nowość! — rzekł wzdychając pan Aleksander.
— A dziś, to może potrzeba spoczynku i wypłakania się wśród poczciwych serc, które łzy rozumieją — szepnęła pani Bulska — smutek musi się ukrywać z sobą i w sobie zamykać.
Mówiła o swym smutku, ale oczy wesołe przebiegały salon i zatrzymywały się z kolei na twarzach, które ją otaczały... uśmiech jak błyskawica migotliwy prześlizgał się po ustach różowych; czując, że już długa przechadzka może chorążynę niepokoić, rzuciła się na kanapę, sparła na łokciu i niby w głąb ciemną topiąc wejrzenie, omglone na zawołanie przychodzącą półłezką, zwróciła je na Jana Bronicza.
Dla niego w tej chwili dziwną zagadką był milczący artysta, którego boleść czyniła tak zajmującym, a rodzaj obłąkania tak niedostępnym. Jan kilka razy odzywał się do niego nie odbierając odpowiedzi... bo Leon, jak w tęczę patrząc w towarzysza, zdawał się tymczasem zajęty rozbiorem rysów jego twarzy, czy odgadywaniem charakteru. Już ten egzamen przykrym mu być zaczynał, gdy Leon wziął go za rękę i rzekł niby sam do siebie:
— Natura poczciwa, serce złote, młodość nieprzekwitła... ale co to jutro będzie?... Powiedz mi życie swoje — odezwał się odprowadzając go do bocznego pokoju.
Jan uśmiechnął się łagodnie.
— Alboż ja żyłem — odparł powoli — te dwadzieście kilka lat, to sen spokojny i orzeźwiający... wolałbym o twoje spytać, panie Leonie?
— A! moje... to się już skończyło i zapomniało! — zawołał Kora — pochowane i zarosłe... mogiły nawet nie ma znaku. Ale temu dajmy spokój; lubisz ty sztukę? rozumiesz?
— Lubię, ale niewykształconem przeczuciem piękności tylko...
— A bije ci serce na widok obrazu, posągu, zachodu słońca, ciemnej lasów głębi, blasku wód, muzyki poranku?
— Modlę się wzruszony..
— To dobre — rzekł Kora — Bóg cię pięknym stworzył, nie możesz nie czuć piękności; ludzie co jej nie widzą, rodzą się poczwarni i ułomni... Będziemy przyjaciółmi.
— A prawda że piękna? spytał po chwili odwracając się ku Bulskiej.
— Jakto? kto? — oburzył się artysta — możeż się kto nazywać pięknym przy niej? gdzie ona jest? patrz! klękaj! zachwycaj się!
Mimowolnie Jan Bronicz uśmiechnął się tylko...
— Zamknięte masz oczy — rzekł zimniej Leon — to więcej niż pospolita piękność, to wszystkie piękności razem zjednoczone, to ideał, prototyp... I niepojęta jak...
Zamilkł jakby sobie przypomniał, że marzy na jawie i odwrócił się do obrazów.
Rozmawiali jeszcze z Janem, ale artysta więcej pytał niż sam się spowiadał, a tak dziwnie przeskakiwał z przedmiotu na przedmiot, urywał, nie kończył, półsłowa rzucał niezrozumiałe, że Bronicz z litością i przestrachem porzucił go wreszcie, wziąwszy za zupełnie nieprzytomnego.
Tak przeszedł ten wieczór w Borowej, smutny dla obojga chorążstwa i rozpoczynający dla nich z obawą przewidywany szereg dni, o których następstwach myśleli ze drżeniem.



Pani Bulska na całą zimę powoli rozgospodarowywała się u Jamuntów; wiedziano już przez jej ludzi, że do miasta powracać nie chciała, a u siebie na wsi mieszkać nie mogła; właśni jej przyjaciele dziwili się i nie pojmowali co ją skłoniło do wybrania sobie tego kąta, i wytrzymywania wśród tak przeciwnych żywiołów, ale przywykli nie próbować nawet zgadywania powodu jej czynności, przyjęli tę fantazję z poddaniem się milczącem.
Zrazu smutna, powoli rozweseliła się, i wracając do chwilowych zasępień wśród najżywszych porywów wesołości, to się chmurzyła i milczała, to trzpiotała jak dziecię, to poważniała jak starzec. Dar cudowny zgadywania ludzi i pociągania ich ku sobie, i tu jej posłużył pomimo obawy i wstrętu, jaki początkowo wzbudzała; chorążyna już przebaczała wiele użalając się nad jej nieszczęściami, chorąży nie odzywał się przeciw niej wcale, pan Aleksander poddał się urokowi zapominając na wszystko, i przy rodzicach tylko nie wydając z uczuciem, sam na sam marząc i szalejąc, jakby miał lat dwadzieścia. Pomimo zręczności z jaką co chciała kryła, a na jaw wyprowadzała to tylko, co jej było potrzeba, pani Bulska zaraz w pierwszych dniach z tak widocznem zajęciem zbliżyła się do Bronicza, że to wszystkich uderzyć musiało, a jego oburzyło tylko.
Urok bowiem cały prysł teraz i rozwiał się w jego oczach; sercem był w Romaszówce, do której nie jechał tylko przez wzgląd na chorążych, a piękna pani wydała mu się poczwarną istotą, bo ani jej zalotności bez celu, ani tego niepokoju, który wiodła za sobą, pojąć nie umiał.
Zbliżenie się do Leona, po którym łatwo było poznać, co go do tego stanu przywiodło, do reszty oburzyło Bronicza i dusza się w nim wzdrygnęła na myśl, że ta istota potrzebowała pożerać i zabijać, aby żyć, siać śmierć w koło siebie, aby nudy rozerwać.
I gdy pan Aleksander marzył topiąc się w głębinach jej wejrzenia, Jan śmiało mierzył ją okiem, wyzywał prawie szydersko i stawał do tego boju z przekonaniem, że zwycięży. Od razu to zaczepne jego stanowisko postrzegła pani Bulska, i podwoiła starań, aby nieprzyjaciela rozbroić.
Tam gdzie inni padli, na pozór silniejsi daleko, Jan, prosty chłopak, ale szczerego i prawego serca, uzbrojony swojem przywiązaniem do Kostusi, i zgrozą jaką w nim wzbudzała pani hrabina, jak Dawid porywał się mężnem sercem przeciw Goliatowi.
Widząc ją uśmiechającą się do pana Aleksandra i szczepiącą niepokój w jego duszy, z zimną litością obchodzącą się z Leonem, w ostatku widocznie pragnącą i tego rzucić o ziemię, młody chłopak uczuł taką wzgardę, taką dumę i niepohamowaną nienawiść ku niej, że całych sił nad sobą użyć musiał, aby jej nie dać wybuchnąć gwałtowniej. Przyczyniły się do tego i odwiedziny jakie niespodzianie dla pani Bulskiej, zachwiały znowu spokojnym żywotem Borowian. Przyjaciele hrabinej, Tytus Dahlberg, choć oddawna żonaty, ale wiekuiście w niej zakochany, niejaki pan baron Herder z Drezna, anglik Sir David Morton i muzyk Salviani, naraz prawie zbiegli się tutaj pocieszać ją po stracie ukochanej córeczki.
Można sobie wystawić osłupienie chorążstwa, zaciekawienie ich dworu i ruch jaki ci spadający jeden po drugim goście sprawili w zakątku, tak do nich nieprzywykłym.
Dotąd w kalendarzu pana Hończarewskiego bytność kilku dalekich krewnych państwa Jamuntów, stanowiła epoki od siebie odległe, i przytomne jeszcze wszystkim przypominającym je, jak skoro szło o jaką datę wątpliwą. Mówiono pospolicie: stało się to tego roku kiedy był kasztelanic, albo w czasie samej bytności marszałka... lub w rok po pobycie kanonika i t. p. Nigdy jednak naraz nie zbiegło się tu i tyle i tak oryginalnych postaci, które na świecie możeby się nie wydawały tak jaskrawo i rażąco jak tu, gdzie największym ekscentrykiem był Hończarewski ze swoją apokalypsą, i ksiądz Ginwiłł z ubogiemi psami.
Hrabia Tytus Dahlberg, któregośmy widzieli już dożywającego młodości, był jeszcze lub chciał uchodzić mimo czterdziestu kilku lat za pięknego mężczyznę. Jedyną w życiu jego stalszą namiętnością, zawsze jeszcze pozostała piękna Dosia, którą chciał uwieść, gdy była sierotą, rozwodzić gdy za mąż poszła, za którą jeździł, szalał i zawsze odpychany, upierał się ubóstwiać.
Czas z niezwyciężonego serc rozbójnika, (bo tak go niegdyś piękne panie nazywały) zrobił ruinę, okrytą wprawdzie bielidłem i różem, wyświeżoną i codzień odmładzaną na nowo, ale ze swym spiewem i muzykalnością, zawracaniem oczów, rękami, które pół dnia skrobał i bielił, hrabia stał się przyzwoitą karykaturą, jakby przerysowaną z Gavarniego studjów nad niepowrotną przeszłością. Żonaty hrabia Tytus wiódł zawsze życie kawalerskie i swobodne, pani jeździła gdzie się jej podobało, wychowywała dwoje ślicznych dziatek, żyła z kim i jak chciała; on także nie wiązał się bynajmniej obowiązkami głowy domu i małżonka i trzpiotał swobodnie. W najlepszej zgodzie, państwo Dahlbergowie spotykali się co zima w Warszawie, kochali kilka miesięcy i rozstawali szczęśliwie, żeby znów połączyć po wcale nieboleśnej rozłące. Mąż czasem przysyłał żonie i dzieciom wykwintne podarki, płacił pensję regularnie, i nigdy najlżejsza chmurka nie zaćmiła horyzontu szczęśliwego stadła, które się tak wybornie dobrało i zrozumiało. Oboje z uśmiechem przyjmowali przyjacielskie przestrogi, których im udzielały czasem miłosierne dusze zajęte szczęściem bliźnich i troskliwe o dobro cudze, ale te ploteczki obijały się o ich uszy, jak najobojętniejsze wieści; znali się nadto, by się czegoś nowego o sobie dowiedzieć mogli, a wiedzieli, że zbyt są przyzwoici, aby się które z nich na skandal i kompromitację naraziło, i nigdy szczęśliwe porozumienie wzajemne nie zostało zatrute temi drobnostkami powszedniego życia. Było to jedno z tych małżeństw które za wzór w wielkim świecie stawiano: nie można było w istocie nic przyzwoitszego widzieć i z takim prowadzonego taktem, jak ów żywot en partie double. Miłość hrabiego Tytusa dla pięknej Dosi, nie była wcale tajemnicą dla jego żony, która się z tych rycerskich śmiała zapałów, a dla skrwawionego serca bohatera nie tak było ciężką, jakby się spodziewać można, po upartem jej trwaniu. Było to uczucie bez nazwiska, obok którego mieścił się i afekt dla żony i kaprysy dla loretek paryskich i bałamuctwo kilkodniowe z baletniczkami i mnóstwo innych epizodów, a parte. Zdaje się, obojętność pięknej pani Bulskiej, najwięcej się przyczyniała do utrzymania hrabiego w szrankach, z których nie chciał wynijść zwyciężonym, choćby miał czekać do lat sześćdziesięciu.
Hrabia Dahlberg przybył pierwszy, a sztuczna jego młodość, sztuczna wesołość, ton, sposób obejścia, wszystko obudziło ciekawość mieszkańców Borowej i nieobyczajne nawet ze strony niektórych śmiechy.
Ksiądz Ginwiłł, który jeszcze nigdy takiego mężczyzny podstarzałego a wyświeżonego jak kobieta nie widział, oburzony był i zgorszony; ledwie go nie zajechał kropidłem i święconą wodą, utrzymując że opętany być musiał. Kapitan Zbrzeski nauczył się z tego, że ma prawo wąsy szwarcować i długo jeszcze smalić cholewki, inni śmieli się tylko po prostu. Że między hrabią a Jamuntami było jakieś bardzo dalekie pokrewieństwo przez babki, odwiedziny jego, choć widocznie dla pani Bulskiej, jakoś się jeszcze tłumaczyć dawały. Ona, żeby tego niepotrzebnego gościa z jej przyczyny najeżdżającego Borowę, zużytecznić, od pierwszego dnia wzięła go sobie na fundusz i postanowiła przynajmniej nim ubawić państwo chorążych.
Stary elegant poddał się swemu losowi, dowcipował, biegał, trochę spoglądał ku pannie Krystynie Jamuntównie, której świeży rumieńczyk i skromnie spuszczane oczęta podobały mu się, wreszcie jako człowiek dobrze wychowany i bywały, nie naprzykrzył się gospodarstwu, starając być jak najmniej zawadnym.
Jeszcze o nim po wszystkich dworkach rozprawiano, opisując jak się ubiera, trefi, smaruje, i na noc, dla zakonserwowania świeżości płci, ze zrazikami cielęcej pieczeni kładzie, gdy drugi gość przestraszył wszystkich i w najgorszy humor wprawił panią Bulskę.
Baron Herder, znać po drodze dowiedziawszy się, że Gräfin Dorothea nie u siebie, ale u jakichś krewnych bawiła, nie zajechał do pałacu, stanął w miasteczku i z biletami tylko przysłał kamerdynera, dopraszając się audjencji.
Pani Bulska była niezmiernie zakłopotana pierwszym gościem, a drugi zmięszał by ją więcej jeszcze, gdyby zręczna kobiecina nie umiała sobie w każdym razie dać rady... Opowiedziała więc zaraz chorążynie jakąś historję osobliwszą o tym baronie Herderze, zmyśliła że przejeżdżając tylko wstąpił do Borowej, choć z Drezna aż gonił ją umyślnie, i musiała prosić o pozwolenie przyjęcia go w pałacu. Cudzoziemiec ten, słowa nie umiejący po polsku, pierwszy raz w kraju naszym, niemający pojęcia o życiu i obyczajach, i dziko się wydał, i zdziwiony ze światem tym nowym dla siebie spotkać się musiał.
Był to człowiek młody, najpiękniej wykształcony, bogaty, który poznał panią Bulskę w Wiedniu, był z nią parę miesięcy w Neapolu i przywiązał się do niej więcej może dla jej dowcipu i rozumu, niż piękności.
Powierzchowność jego uderzała charakterem germańskim, bo choć kosmopolityczną miał ogładę i zwiedził całą Europę, Niemcem pozostał. Blondyn, słuszny, nie pięknej twarzy, ale rysów wybitnych, łączył w sobie najdziwniej coś prozaicznego i zimnego z poetycznem i wzniosłem. W obejściu jego była przyzwoitość największa, rzekłbyś że zapał i poezję trzymał na wodzy i dowolnie je puszczał lub wstrzymywał, jak wodę do wanny, to ciepłą to zimną dolewając wedle potrzeby. Nie wiem jakim sposobem przywiązać go do siebie potrafiła pani Bulska, bo nie zdawał się młodzieńczo w niej zakochany, ale widocznie panowała nad nim i jednem słowem kierowała jak chciała. Nie dał się zaprosić do pałacu, pomimo grzecznego nalegania pana Aleksandra, któremu się dosyć podobał; oczyścić kazał karczmę w miasteczku i zająwszy w niej mieszkanie, przychodził tylko na obiady i wieczory, najczęściej opanowując hrabinę, której na chwilę nie opuszczał.
Rozmowa dla niego musiała się zmienić w francuzką, co z niej wyłączało część dworu Borowskiego i niecierpliwiło księdza Ginwiłła, tem bojaźliwszym okiem poglądającego na Niemca, że był protestant. Gdyby był mógł, byłby go nawracał zaraz kanonik, ale się porozumieć nie umieli, bo po łacinie rozmowa nie szłaby, nie przywykłym do języka, który znając dobrze, używać go nie mieli wprawy. Pełen tolerancji i filozofji, baron polubił nawet proboszcza i przychodził do niego często, idąc do dworu, z wyuczonem już po polsku — Dzień dobry, dziwnie brzmiącem w ustach cudzoziemca, i tak kanonika rozbroił, parę razy znajdując się na nabożeństwie w kościele, że mu nawrócenie niechybne przepowiadał.
Baron i hrabia Dahlberg, którzy się nigdy wprzód nie spotkali, choć łatwo w sobie domyślili się współzawodnictwa, poprzyjaźnili się jednak w tej pustyni, poznając w sobie ludzi jednego koła i świata. Przybycie ich obu odstraszyło tylko pana Aleksandra, i z tego względu pożądanem się wydało obojgu chorążstwu, ale dostrzegłszy skutku tego hrabina, która zdawała się chcieć wszystkich prowadzić w tryumfie za sobą, tak potrafiła znowu przemówić, nadskakiwać, łasić się chorążycowi, że z nią razem począł się śmiać z gości, i nie miał już jej wcale za złe ani kuzynka, ani cudzoziemca, którzy mu ożywili Borowę.
Chorąży rzadko wychodził na pokoje i z widoczną chmurą na czole...
Zdawało się wszystkim, że na tem będzie koniec, gdy Pulikowski, który się poprzyjaźnił z kamerdynerem hrabinej, z nudów szukającym jakiegokolwiek towarzystwa, wpadł do Doroszeńki, w chwili gdy niemal wszyscy tam byli na wieczornej gawędzie, cały zaperzony i widocznie pełen jakiejś nowiny.
— Ehe! — rzekł widząc go nadchodzącego Zbrzeski — pewnie panna Jamuntówna spłatała jakiegoś psikusa nieszczęśliwemu Pulikowskiemu, bo twarz ma na wywrót... A co to ci, poruczniku?
— Ale bo to nic nie wiecie! — zawołał sapiąc przybyły — wszak to jeszcze nie koniec.
— Co? nie koniec? — spytał Doroszeńko — ale gdzież początek?
— Oni nam tu zaleją Borowę — rzekł Pulikowski — to skaranie Boże!
— Kto? co?
— Boję się mówić, mogę ucierpieć, najmniejsze słowo zaraz powtarzają — zawołał koniuszy — wszyscy prześladują! ściany słuchają... zresztą co to do mnie należy?...
— To nie było poczynać! mówże, zmiłuj się, darmo nas wprowadzasz w ciekawość — przerwał Doroszeńko.
— A nie wydacie mnie?
— Zmiłuj się...
— Bo wiem że otoczony jestem nieprzyjaciołmi.
Wszyscy parsknęli od śmiechu.
— Gadajcie co chcecie, nikogo tu nie wymieniam, ale pewna osoba ma sprzymierzeńców wszędzie.
— Panna Jamuntówna! — szepnął Zbrzeski — to się rozumie.
— Jeszczeż żyło się jakoś pod opieką państwa — dokończył Pulikowski, mimowolnie się wywnętrzając — ale jak z tą hrabiną chaos powstał w Borowej, dalej nie wiem co będzie... dopiero w mętnej wodzie pewne osoby ryby łapać potrafią.
Nikt jeszcze nic nie rozumiał, ale milczeli wszyscy, chcąc się doczekać końca.
— Hrabina, to nic — mówił dalej Pulikowski — za nią ta cielęca pieczeń... (tak nazywano Dahlberga), dalej Luter... a wy myślicie że koniec! jako żywo?
— Cóż tedy? — spytał Doroszeńko.
— Kamerdyner jej powiada, że tam gdzie się ona pokaże, tłumy prowadzi za sobą... i przysięga się, że jak posiedzi tu, nic to dwóch, trzech, ale kilkunastu jeszcze przyjechać gotowi z różnych świata końców.
— Ależby