Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom I.djvu/7

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    I to jest obłamek starego świata, którego już niema! Gdybym powiedział Wam, że ludzi takich, a raczej tych ludzi, którzy w tej książce występują przed Wami, znałem, żem ich kochał, żem w tem kółku żył, żem patrzał na nich z uwielbieniem, — możebyście uśmiechnęli się z tego jak z bajki... A jednak nie tylkom ich znał i kochał, alem ich opłakał, i znikli mi z oczów na wieki. Drogie te postacie odtworzyłem, kładnąc im aureole na czoła na jakie zasłużyli. — Nawet pani Bulska?? a! pani Bulska nie skończyła tak poetycznie w klasztorze w Rzymie, żyje i chodzi otoczona dworem już nie wielbicieli, ale pasożytów i pochlebców. — Jak w każdej powieści, jest tu rzeczywistość i poezja, prawda i zmyślenie, chociaż główne rysy z natury wzięte.
    Świat chrześcjański tak ścisłem poczuciem braterstwa w jedną społeczność związany, znika nam z oczów, zastępuje go inny zupełnie ustrój stowarzyszenia na wzajemnych opartego interesach. — Jest to faktem. Odtworzyć co znikło niepodobna, zwrócić ludzkość na tory przebieżone, niemożliwa, — użalić się nad zmarłą przeszłością, nad tem co w niej pięknem i wielkiem było — obowiązkowa.
    Próżny płacz nad mogiłą — nie wraca co się przeżyło. My też nie rozpaczamy wcale o przyszłości, i w niej się znajdą piękne i szlachetne strony, bo ludzkość bez idealnych popędów długo wytrwać nie może i tylko epoki przejścia obchodzą się walką o chleb powszedni. — Może taką przeżywamy — nie wiem. Lecz ani poezja nie umrze, ani ideały nie znikną, ani cześć tego co wielkie, piękne i szlachetne nie zginie. — Ze spokojem patrzym na zachodzące słońce dnia naszego, ufni w jaśniejszy poranek...