Żywot i sprawy Pełki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żywot i sprawy Jmpana Medarda z Gołczwi Pełki
Podtytuł z notat familijnych spisane
Wydawca Księgarnia T. z o. p.
Data wydania 1931
Druk Drukarnia T. z o. p.
Miejsce wyd. Pelplin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
J. I. KRASZEWSKI


ŻYWOT I SPRAWY
JMPANA MEDARDA Z GOŁCZWI
PEŁKI
Z NOTAT FAMILIJNYCH SPISANE
Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki page3.png
PELPLIN 1931
Nakładem i czcionkami Drukarni i Księgarni T. z o. p.



CZĘŚĆ PIERWSZA

Jedna z najmilszych i najpiękniejszych stron kraju — to Lubelskie. Żyzne, krasne; ożywione, zamożne, zasiedlone oddawna, a szlachtę rodziło krzepką i zdrową... nie ustępującą sandomierskiej, tak jak pszenica lubelska sandomierce nie ustępowała. Było tu i możnych dosyć, i miernego majątku siła, a ubogich prawie nic. Ludzie żyli na starych gniazdach długo i nie wychodzili z nich tak łatwo jak gdzie indziej, bo tu ziemią frymarczyć naówczas nie było we zwyczaju.
Rody wiodły się tu od prapradziadów na swoich zagonach i jakoś im Pan Bóg błogosławił. Działo się różnie, czasem i głodu przycierpieć musiano, i biedy zażyć, i u żyda się zapożyczyć — a przecież, jak rok, dwa dobre przyszły i posypało pszeniczkę złotą, spłaciło się grzechy, a jeszcze coś do sepeta na czarną godzinę wrzucono.
Mało kto znał Pełków z Gołczwi, a to była stara szlachta tutejsza, poczciwości i serca, jakich mało. Całemu tu światu naszemu wiadomo, że Pełków u nas różnych po województwach i ziemiach, zwłaszcza w Koronie, siła zawsze bywała wielka, od najdawniejszych czasów — atoli Pełkowie Pełkom nierówni. Nikomu nie uwłaczając (boć szlachectwa na funty nie ważą) — choć o tych Pełkach niewiele pisano, choć siedzieli w kącie cicho, żadenby z nich na inne imię i ród choćby z dodatkiem się nie mieniał.
Byli — jak to z herbarzów i grobowców widać i z nagrobnych chorągwi — Pełkowie Radwany w Sanockiem dobrze skoligaceni i dostatni a poważni ludzie, statyści wielcy; inni na Rusi herbu Mieszaniec, niepoślednia szlachta, z których jeden marszałkostwo koronne wielkie dzierżył; byli i na Śląsku Pełkowie, wywędrowawszy z Polski, a ci się Kaniową alias Jastrzębcem pieczętowali; byli jeszcze inni herbu Lis, a może i drudzy, o których wieść nie doszła. Ci zaś, o których tu mowa, z Gołczwi i na Gołczwi piszący się, mieli w herbie Janinę czyli Tarczę, a byli z Sobieskimi dzielnicy jednej, tylko imienia różnego. Od kiedy na Gołczwi siedzieli, samemu Panu Bogu wiadomo — nie zapamiętał nikt... Każdy to wie, że rodem kury czubate i gniazdami też szła szlachta, choć czasem i ona, z pozwoleniem, parszywiała... a no, rzadko. Jedni słynęli z urody, drudzy z męstwa, owi z rozumu, z siły, z gorącej krwi i serdecznej kompleksji — i szło to z ojca na syna, równie może krwią jak i przykładem... O Pełkach też można było powiedzieć, że tu się żaden nie wyrodził. Słynęli szeroko między swymi z humoru i fantazji, odwagi wielkiej, przytomności umysłu, cierpliwości na wszelką złą dolę, a wytrwałości prawie żelaznej. Żaden się z nich niepoczciwością nie zmazał, dla grosza duszy nie sprzedał, ani się w chomąto zaprzągł dla białego chleba. Żyli, na małem przestając ale panami u siebie doma, nie dworowali chętnie jak drudzy, ani się o urzędy i łaski ubiegali. Butę im przypisywano wielką, — a pewna rzecz, iż nosili się ubogo, chędogo, poważnie i niewiele drugim chcieli być winni — wszystko sobie. Jednym się to wydawało dumą, drugim zacnością, sądzili ludzie różnie — ale Pełkowie na sumieniu byli czyści, a to grunt.
Rodzina była, jakieśmy już mówili, stara, dawniej o wiele możniejsza, potem już na małym kawałku ziemi, ale serca wielkiego. Niebardzo rozrodzeni, najczęściej po jednemu u ojców lub po dwóch, rycerskiem rzemiosłem a gospodarką się parali. Żaden z nich pieniaczem ani palestrantem nie był, a procesami brzydzili się jak zarazą.
Gołczwia naówczas była wieś dobra, ale z Gołczwianką razem, najwyżej je ceniąc ledwie mierną szlachecką fortunką nazwać się mogła. Nie brakło nic, bo był i las porządny, i łąk poddostatkiem, i ziemia pszenna, i stawek, i rzeczka, a no tego wszystkiego potroszeczku.
Dwór na wzgórzu, nad wioską panujący, pozostał z bardzo dawnych czasów, a za panowania Jana Kazimierzowego, gdy się to działo, co opowiadać mamy był już dobrze stary. Ale że go obyczajem powszechnym nie ze drzewa stawiono, ale z muru, i mocnego, choć się odrapał, krzepko trzymał... Przybudówki tylko ztyłu dawano drewniane. Dziedziniec pono z czasów napadów tatarskich był osypany wałem dokoła, już obrosłym krzewami i drzewy. Był może kiedy i most zwodzony na fosie, ale z tego i z bramy murowanej u wjazdu tylko ślady pozostały...
Nieopodal od dworu rozłożona była wieś w zielonych sadach, chaty porządne, stodoły wielkie... a gdy wieczorem do niej stado pędzono, dziwić się musiał każdy i liczbie jego, i urodzie... Żadna się wieś okoliczna takiem pochlubić nie mogła.
W tej chwili wszakże, mimo pięknego dnia, mniej tu było wesoło, niż zwykle, choć bardzo ruchawo. Po wszystkich gościńcach, wsiach i około dworów snuło się mnóstwo konnych, szlachty i czeladzi i pacholików. Szły wozy skórami pookrywane, prowadzono konie w kulbakach i dekach, jezdni uwijali się z posyłkami, a tu i owdzie z rusznic palono, jakby dla wypróbowania. Około Gołczwi też niemniejszy był zachód i bieganina... W podwórzu ludzie robili coś około wozu, między folwarkiem a dworem biegała służba pośpiesznie, na ganku pokazywały się na chwilę kobiety i nikły.
Tak wyglądało w dziedzińcu, cóż dopiero w domu!
W starym dworze pośrodkiem szła, wedle dawnego obyczaju, sień przestronna, z kominem, u któregoby się i dwudziestu ludzi wygodnie zagrzać mogło. Tu już pełno było węzełków podróżnych, na niej leżącej broni i rynsztunku...
W lewo, w izbie gościnnej sklepionej, jejmość pani wojska Pełkowa przyszywała szkaplerze do jedwabnego sznurka, córka jej Teresa na niskim stołeczku ze spuszczoną głową dokończała woreczka podróżnego, w którym się sieci porwały. Obie miały oczy czerwone, a matka pocichu zdawała się odmawiać modlitwę.
Tu jeszcze cicho było a smutno... ale naprzeciwko, przez sień, z roztwartych naoścież drzwi izby mało co mniejszej buchało wrzawą, głosami, śmiechami, gniewy i niecierpliwością.
Wybiegał ktoś stąd co chwila i wbiegał... nieśli ze skarbca rzędy i odnosili, a żelastwami i zbroją brząkano. Nie było w tem dziwnego nic: młody dziedzic Gołczwi, jedyny syn pani wojskiej, pan Medard Pełka, wybierał się na wojnę pierwszy raz... A! pilnoż mu było! pilno... tak jak matce smutno.
Stateczna, porządna, rządna, zacna była niewiasta pani Marcjanna Pełkowa, ze starego szlacheckiego domu Masłowskich, którzy się pieczętowali Trzaską i pisali się z Wielkiego Masłowa, choć i innych Masłowskich po krajach koronnych się spotyka, ale ci są pewnie najprzedniejsi.
Takich kobiet u nas bywało dawniej dosyć. Na niej stał dom, ona była sercem i głową. Za nieboszczyka wojskiego, którego sobie wyrywano, bo na całe województwo był wszystkich przejemcą i kompromisarzem, ona gospodarzyła, ona dzieci wychowywała, ona się starała, aby chleba i grosza nie zabrakło. A gdy poczciwy pan wojski spoczął w Bogu, na nią spadły wszystkie starania o majętności i dzieci. Trzeba było Medardka najprzód w domu przysposobić do szkoły, potem słać do ojców jezuitów do Lublina, gdzie nauki z chwałą dokończył, a w ostatku niecierpliwie dziecko trzymać miłością macierzyńską i prośbami, i wszelkiemi sposoby, aby się przed nosem z domu nie wyrwał...
Łatwiej przyszło z wychowaniem panny Teresy, bo tej matka oddała, co ją własna nauczyła i nie potrzeba było mistrzów, gdy bakałarz, który Medarda sposobił, czytać i pisać nauczył, a ksiądz katechizmu wespół z panią wojską... Ale ta znowu delikatna była, słabowita, od dzieciństwa smutna i w siły się ukrzepić nie mogła... Znać to było na niej i teraz, choć lat miała siedemnaście i wysmukło wyrosła, na twarzy jednak nie postał rumieniec, wargi miała blade... i wesołość rzadko uśmiech sprowadzała na nie.
Medard zato poszedł po ojcu. Trudno było piękniejszego widzieć chłopaka, krew z mlekiem, silny, zdrów, barczysty, wesoły, żywy, gorączka, najpoczciwszego serca, ale do zapalania się skłonny — słynął już naówczas i z męstwa, i zuchostwa, i z tego, że dlań nic trudnego nie było, ani niepodobnego...
Ludzie go kochali, bo choć często buchnął i lada skra go płomieniem oblewała, można go też było dobrym sposobem zaprowadzić, gdzie kto chciał, a dla matki był najlepszym synem w świecie.
— Czysty z niego Pełka! mówili sąsiedzi, pamiętający tych, co znali wojskiego i zasłyszeli o dziadzie staroście hrubieszowskim.
Niebezprzykładnem naówczas bywało, że młodzież i w osiemnastym roku na koń siadała, poczynając wprawę rycerską zawczasu, a nie zagrzawszy szkolnej ławy. Pani wojskiej to nie było do smaku zaraz go w pole puścić, nimby zmężniał i czegoś się poduczył. Wymogła więc, że do dwudziestu przy niej pozostał, i teraz dopiero, gdy już trzeci krzyżyk napoczął, nie mogąc dłużej doma zatrzymywać, ze łzami w świat go puszczała.
Zapowiadano wojnę ze Szwedem.
Macierzyńskie serce ściskało się, myśląc o krwawych bojach i o tych wszystkich z rodziny, co w nich pominęli. Tych Masłowskich i Pełków, których grobów na krańcach szukać było potrzeba — niemało naliczyć mogła...
Ale szlachcicowi, nie pokosztowawszy wojennego chleba, w domu siąść na zagonie wstyd było. A kiedyż go kosztować, jeśli nie w sile wieku? Rada nierada, wojska musiała się zgodzić...
Było oprócz tego czem się zakłopotać, bo wyprawa na wojnę niemały ekspens ciągnęła za sobą, koni trzeba było kilka, i to wytrzymałych i dobrych — a szczególniej pod samego pana, dalej i pod czeladź wojenną... Bez grosza też się wybrać ani myśleć było, bo płaca wojsku często i po kilka lat nie dochodziła. W boju też czy koń padł, czy tłumoki zginęły, trzeba było mieć z czego połatać — na towarzyszów się nie spuszczając.
Wprawdzie na dobrem gospodarstwie w Gołczwi coś się zebrało na czarną godzinę i nieprzewidziany wypadek, ale niewiele tego było... A dziecko jedyne, choć ubogo, chędogo chciała wojska wyprawić, aby się przed drugimi nie wstydziło. Sam siwy jabłkowity pod Medardka, którego kupiono u Koryckiego rotmistrza, wychodził na półtorasta bitych talarów...
Na jednym rzędziku ojcowskim przestać też nie było można. Toż z odzieżą, która się na wojnie drze i psowa łatwo, nie mówiąc o broni, której często człek życie winien. Było wszystkiego poddostatkiem w skarbcu i rzeczy pięknych a cennych, matkaby też ich nie żałowała, a no, jednemu tego brakło, drugiemu owego, — jedno było za szerokie, drugie za wąskie, lub i z użycia wyszło... Więc robić i przerabiać, i sztyftować musiano.
Szczęściem, że Medard się umiał matce wyprosić, boby mu z wielkiej troskliwości pół Gołczwi do wozu zapakować kazała... Wszystko się jej dla dziecka zdało potrzebnem, począwszy od mięty i rumianku aż do kiełbas wędzonych i szynki... O driakwi też na wypadek choroby nie zapomniano.
Doszywała szkaplerz pani wojska — a spóźniła się z nim, pono i córce szepnąwszy, żeby się nie śpieszyła, dlatego, że to był dzień feralny, w starym kalendarzu przez dziada oznaczony, że w nim ani krwi puszczać, ani się do drogi brać, ani żadnych zamysłów poczynać się nie godziło.
Dziecku o tem mówić nie chciała pani wojska, sama przecież usiłowała wszelkiemi sposoby wyjazd odwlec do rana, a w najgorszym razie choćby za północ — aby się jej serce nie trwożyło złą wróżbą. Być bardzo może, iż kowal na dany znak ze dworu gdzieś się zawieruszył... i krawiec z sukniami nie pokończył, i matka z córką szyły jeszcze wieczorem to, co dawno było gotowe, a na nowo popruto...
Pani wojska coraz to spojrzała w okno, co się tam ze słońcem dzieje... Zachodziło już... kowala nie było... Medard niecierpliwy ludzi słał i latał po domu jak opętany, — a no, nic nie pomagało...
W izbie jego panował jeszcze nieład jak największy. Szable, zbroiczki, misiurki, czepce żelazne, rusznice, pistolety leżały kupą na stole, odzienie się walało po ławach i łóżku... Chłopak pakował niby, a no, nie szło... Rzemyka w trokach zabrakło, to sprzążki...
Jedyny człek spokojny i wcale tem wszystkiem nie zmieszany był stary Węgorzewski... przyjaciel domu jeszcze od czasów wojskiego, stary żołnierz, wygadany dworak... który bawił w Gołczwi w ciągu roku przynajmniej sześć miesięcy. Miał on swój folwarczek na Podlasiu i mówiono, że się nawet nieźle miał, ale był stary kawaler i nudził się doma.
Jeździł tedy od dworu do dworu, opatrzony zawsze w najświeższe wiadomości i w różne z dalekich stron ukłony i — choć był skąpy bardzo — w małe podarunki i gościńce, które zawsze tak dobrane bywały, że go nic nie kosztowały, a wielką miały cenę. Przywoził zwykle to wodę z jakiego cudownego źródła, to skuteczną modlitewkę, to jaki środek lekarski nieomylny, to suszone ziółko, to coś podobnego, mającego tylko pretium affectionis.
Węgorzewski wyglądał jak gruby kół, na którymby kto suknie powiesił... Statury był ogromnej, prosty, choć lat dochodził siedemdziesięciu, z głową długą na karku, wychodzącym mu z kołnierza i żylastym, ale dziwnie poplecionemi żyły temi oplątanym... Po nogach i rękach poznać było można, że i dużo chodził, i niemało robił, bo butów sobie rzadko mógł gotowych dobrać, tak wielkich potrzebował, a na dłoni siąść mogło dziecko jak na krześle. Pomimo tego wzrostu i marsowego pozoru, bo mu się wąsy siwe do pasa zwieszały niemal, człowiek był najłagodniejszy w świecie — prawdziwy baranek... Mówił powoli, chodził mierzonym krokiem, którego nigdy nie przyśpieszał — a miał to do siebie, że go nigdy nic ani niecierpliwiło, ani zadziwić mogło.
Medarda on niecierpliwił, ale Medard jego do niecierpliwości przywieść nie mógł. W tej chwili stał z rękami w kieszeniach i patrzał to na przybory do drogi, to na swojego kochanego chłopca.
— Ale czego to się śpieszyć? — cedził przez zęby — dowiedziona rzecz, że nigdy się dłużej nie robi nic, niż wtedy, gdy się chce robić prędko. Czego się śpieszysz?... Już dziś ani kowala nie będzie, ani jejmość gotowa być nie może... a jutro dodnia sama pora...
— Tak! tak! a całe towarzystwo z sąsiedztwa i pan Jeremi, i Feliks, i podstolice, i sędzic, i wszystko ruszy, a ja się ciurem będę wlókł za nimi! To niepięknie... Pierwszy raz jechać i dać się sąsiadom wyprzedzić.
— Jako żywo! — odparł Węgorzewski — ja zakład stawię, że pan Medard nie będziesz nigdy ostatnim; choćbyś i za dwa dni wyruszył, to drugich tą swoją gorączką prześcigniesz, a niema gorszej rzeczy nad gorączkę.
Medard ruszył ramionami i rzucił się do progu, bo zobaczył w tej chwili zdyszanego chłopca, którego był niedawno znowu posłał do kuźni...
— A cóż? — zawołał — a co? ten kowal przeklęty... Cóż się przecie z nim stało?
— A! proszę panicza — rzekł, ledwie dysząc, chłopiec... — kowal nie winien nic. Tam w chacie lament wielki... wzięli go...
— Kto? co?
— Do Laskowskich go gwałtem wzięli, bo przecie wiedział, że we dworze będzie potrzebny — a no, taki był rozkaz. Chorążyc przysłał czterech ludzi, ba! i z pistoletami, zahuczeli tak, że baby się pochowały na wyżki... Opierał się im, aż mu pistolet do łba przyłożywszy, na konia rzucili i powieźli...
— Dokąd? do Wólki?
— A! do Wólki...
— Dawaj konia! — krzyknął Medard, porywając pistolet i szablę — ja ich nauczę buszować tu u mnie... Hej! Prokop na koń niech siada za mną...
I ruszył do drzwi, ale szczęściem matka wrzawę posłyszała i wybiegła, a twarz matki dla pana Medarda była cudownie uspokajającym gniewy widokiem. Stanął w progu.
Z poza niego Węgorzewski jejmości dawał znaki, aby w tym ferworze syna nie puszczała.
— Medardzie! co tobie! czekaj! — zawołała matka łagodnie.
— Jak nie mam być zły i nie lecieć! A toż mi Laskowscy gwałtu na gruncie dokonali. Kowala porwał, pistoletami grożąc... Pojadę go odbić... i nauczę...
Wojska, choć twarz miała smutną, uśmiechać się poczęła.
— Słuchaj, Medku, — rzekła spokojnie — a tyś to lepszy! a tybyś tego nie zrobił, gdyby kowal w Wólce siedział; a tobie pilno było? Wszyscyście tacy, i jeden drugiemu nie macie co przyganiać... Z Laskowskimi byłeś zawsze dobrze, przyjdzie pod jedną może służyć chorągwią, to właśnie czas do zwady...
Medard się trochę powstrzymał, ale po włosach się ręką szarpnął z niecierpliwości, bo spojrzał, że słońce zachodziło...
— Już dziś gotów nie będę! matuniu! a chciałem był innych do chorągwi wyprzedzić...
I ręce załamał.
— Dobrze ci tak... a poco ci się pierwszym być chce koniecznie? — odparła matka. — Nie spóźnisz się i jutro. Wiem to dobrze, iż Jeremi i Feliks, i chorążyce, daj Boże, by jutro wyruszyli...
Medard, który na to nieszczęsne słońce zachodzące patrzał ciągle, przyłożył nagle rękę do czoła i syknął...
Matka odwróciła się, poglądając w tę stronę, w którą poszły synowskie oczy. Na gościńcu widać było jadących ku dworowi wprost całą gromadką. Zgóry można było dobrze rozeznać gości...
Przodem konno zwolna posuwało się dwóch po żołniersku już przybranych kawalerów... za nimi kilkoro czeladzi i wozy szły dwa ładowne...
Ani jejmości, ani Medardowi, choć gościnny był bardzo, w tę porę nie smakowały odwiedziny niczyje... Twarz mu pochmurniała.
Węgorzewski, który zdaleka doskonale jeszcze widział, a zbliska tylko do książki okularów używał, odezwał się po chwili:
— Ani chybi Świnarski z Odmiechowa i Żołudek.
— Bądźże im rad — szepnęła matka, po ramieniu syna klepiąc. — Już Bóg widzi, jak oni mnie w porę, bo mi się z tobą ani rozmówić, ani nacieszyć ostatnią chwilą nie dadzą, a jednak... pogodną twarzą ich przywitam...
— Jużciż, co robić, i ja marsa nie postawię! — westchnął chłopiec — ale niech mateczka wina każe nagotować zawczasu, bo Żołudek zawsze spragniony, a Świnarski też z kielichem się obchodzić umie...
— To się rozumie! — cicho rzekła wojska.
— O! Świnarski, Świnarski! — dodał Węgorzewski — już go znam zdawna... jak piasek w posuchę chłonie, co mu dasz. Niewybredny, to prawda, zato nastarczyć mu trudno...
Jeszcze tak rozprawiano w sieniach, gdy Medard krzyknął:
— Dalipan, od Wólki Laskowscy jadą!... żeby choć kowala z sobą przywieźli.
— Jeśli oni jadą, to i kowal będzie — rzekł Węgorzewski... — I słusznie uczynili, że póki czas przybywają przeprosić...
Medard odetchnął lżej: szło mu o to, aby go nie wyprzedzono, obrachował zaraz, że chorążyców popoi, wstrzyma i nie puści, aż u niego wszystko będzie gotowe.
— Pojedziecie razem! — wzdychając, kończył Węgorzewski. — Eh! eh! ślinka mi do ust idzie... zazdroszczę wam młodym... bo, gadajcie sobie, co chcecie, niema nad wojnę... Tam człowiek dopiero żyje... W domu gnije... Dla młodego niema szkoły nad siodło i niema nauki, jak w polu... a co szablą napisze, to najrozumniejsze...
Pani wojska spojrzała na starego jakby z wyrzutem, ale ten zdawał się tego nie rozumieć.
— Pani wojska dobrodziejko, — mówił dalej — pobłogosławcie tylko syna, aby się bardzo nie zbisurmanił, i niech rusza... niech rusza.
Myśmy wszyscy do lat dwudziestu już na harcach bywali.
— Porać i mojemu, nie zestarzał... — i westchnęła matka...
Wzdrygnęła się, domawiając tych słów, bo Świnarski z Żołudkiem, dojeżdżając właśnie pode dwór, na wiwat obaj palnęli z pistoletów i z wielkim hałasem a okrzykiem przyczwałowali przed ganek.
Obaj potem z wielkiego pędu konie osadzili jak wryte i, zobaczywszy panią wojską, powtórzyli: Wiwat! — a Świnarski, z konia skoczywszy, pokłonił się nisko...
— Czołem wojskiej dobrodziejce nieproszeni goście... — rozśmiał się — prawda? Wiemy to oba! ale jakże to może być, aby Pełka po raz pierwszy z domu na wyprawę wyruszył sam i żeby go przyjaciele domu nie uczcili, nie poprowadzili i strzemiennego z nim, za pomyślność wyprawy, nie wypili?... Jejmość dobrodziejka trochęć nam wdzięczną być powinna, bobyście się, rozstając z jedynakiem, popłakali, a my go po rycersku i po szlachecku wyprowadzimy na wojenkę.
Wtem i Żołudek przystąpił, a Laskowskich tylko co nie było widać, bo już koni czwał za wałem się słyszeć dawał.
Pani wojskiej twarz się rozjaśniła, bo miała wielką moc duszy i panowanie nad sobą, tak, że nawet najcięższy smutek przemogła, gdy tego uznała potrzebę; a jej wesołość była wskazówką, której Medard nawykł być posłusznym.
Weszli tedy wszyscy do izby gościnnej, lecz jeszcze za gospodynią ceremonje wszczęli Świnarski z Żołudkiem, gdy już konie Laskowskich przed gankiem prychały.
Panowie chorążyce, podobni do siebie bardzo, bo bliźniaki, obaj jednego wzrostu, jednej tuszy, młodzi, ogorzali, miny zawadjackie, wąsy do góry, nadjechali, podrzucając czapki i śmiejąc się.
Medard wyszedł przeciw nim.
— Macie szczęście, — zawołał pierwszy — że samiście przybyli, bobym był za kowala mszcząc się, pewnie wam dwór najechał. Gdyby mi się który z was nadarzył, dopókim był zły, do niemałejby zwady między nami przyszło... Wściekałem się...
Chorążyce się śmiali i obaj go przyszli uściskać.
— E! bratku, — zawołał starszy (o godzinę) — nie takiś to ty straszny, jak powiadasz, a my cię nadto kochamy, abyśmy się ciebie ulękli. Prawda, że Zwincza nasz głupstwo zmalował i kowala nastraszył, aleśmy ci go do kuźni już sami odstawili, i twego Sułtana okują do jutra — jak należy.
Całowali się tedy, jakby nigdy nic nie zaszło, a Medard ciekawie już opatrywał, jak się też wybrali i co za broń mieli przy sobie. Zaraz w ganku, nim próg przestąpił, jak to zwykle między młodzieżą bywa, poczęły się oględziny szabel, rusznic i pistoletów, i misiurek, i koni, i kulbak. Każdy swoje chwalił.
Poszli z ganku do koni. Bliźniaki mieli też darowane przez ojca chorążego dwa konie podobniuteńkie, oba brudne kasztany z łysinami na głowie, ale tak dobrane, że ich też w stajni rozróżnić było trudno.
Opatrzywszy wozy, Medard i Laskowscy, którzy się w ganku ciężkiego rynsztunku pozbyli i półzbroiczki poskładali, weszli do izby, kędy już Świnarski, Żołudek i Węgorzewski z jejmością i panną Teresą się zabawiali. Śladu tu już nie było owej bielizny i porozrzucanych sukni Medarda... Pokój wyglądał czysto a pięknie, bo u wojskiej największy ład wszędzie panować musiał.
Gdy na próg wchodzili Laskowscy, panna Teresa, zwykle blada, zarumieniła się nieco, obu też braci oczy najprzód się ku niej zwróciły. Stała za krzesłem matki, ze złożonemi na piersiach rękami, jak zwykle, smutna i milcząca.
— A to nas, chwała Bogu! — zawołał chorążyc starszy — tylu jest, że gdybyśmy chorągiew szwedzką gdzie na drodze spotkali, jużbyśmy się samopiąt jej nie zlękli.
W śmiech tedy wszyscy, i poszli ręce jejmości całować. Wojska oczy miała czerwone, ale twarz wypogodzoną i uśmiechniętą.
— Bóg zapłać — rzekła — kochanym sąsiadom za dobrą ich wolę dla mnie i Medarda. Cieszę się z przybycia ichmość panów do mnie, tem bardziej, że im mojego jedynaka polecić będę mogła. Młode to i w pierwszem polu... bo na wojnie różnie bywa.
Rozśmiał się Żołudek, wskazując stojącego w progu Medarda...
— Pani wojska dobrodziejko! — zawołał — chyba nas jemu polecać, a nie jego nam. Dość nań spojrzeć! Przesadzi on nas starszych i młodych... a radę sobie da, niedarmo Pełka! znamy, co to krew znaczy...
— Bóg zapłać za dobre słowo — odezwała się wojska i skinęła, zwracając się do córki, która dobrze zrozumiała, co to znaczyć miało.
W siwy długi kubrak ubrany, z wygoloną wysoko głową, w starych żółtych butach, wtoczył się dawny sługa domu, niosąc gąsiorek na tacy i szkła poddostatkiem różnego kalibru... Uśmiechnęły się twarze, bo po znoju dnia tego i utrapieniach, po owych żegnaniach z miłymi i frasunku na odjezdnem każdemu się spotkać z kieliszkiem było przyjemnie. Medard też, nieodrodny syn ojców swych, umiał dobrze przyjmować, tak że wojska spokojnie się nań zdać mogła.
Siedziała zamyślona, gdy jej i syna, i całego domu zdrowia pito; a rozmowa się wszczęła o prawach ogólnych, a szczególniej zaś o Szwedzie. Chociaż nowy ten nieprzyjaciel zdawał się zagrażać ostateczną zagładą Rzeczypospolitej, ducha szlachta nie traciła, owszem ochoczo jakoś szła, choć siły Karola Gustawa straszliwie obliczano, bo ich nie było nad siedemnaście tysięcy. Surowo tedy sądzono Wielkopolan, że się dali wziąć na łapkę jakichś obietnic i w pierwszym popłochu z nieprzyjacielem paktyzowali.
— A no, to wszystko nic, — ozwał się Żołudek — niech-no my się z kątów ruszymy, wszystko zaraz inaczej pójdzie. Lubelska a sandomierska szlachta obroni Rzeczpospolitą — niech Szwedzi idą tu do nas, coraz głębiej, prosimy, tu ich dopiero wybijemy do nogi.
Świnarski głową kiwał, inni milczeli.
— Ciężkie czasy przyszły, — rzekł Węgorzewski, stojący w kącie — nie trzeba sobie czynić iluzji. Siła złego wielu na jednego, nec Hercules contra plures...
— Ale my też z sobą mamy bodaj sto tysięcy Tatara, który się ofiaruje z pomocą i wierną przyjaźnią... — przerwał Żołudek. — Tatarzyn choć w polu długo nie strzyma, ale do żwawej napaści dobry jest...
— Gdyby mi się ofiarował — odparł Węgorzewski — na posiłek w ciągnieniu do cudzego kraju, przyjąłbym go, nie od rzeczy taka ćma, gdy boki osłania i gościńce toruje; ale we własnym wolałbym nie mieć — bo to szarańcza, obje i obrabuje...
Już się brało na tę niewesołą rozmowę o sprawach domowych, gdy Laskowski jeden przerwał.
— E! panowie bracia, — zawołał — w Bożej mocy co ma być. Myśmy żołnierze, nie wodze. Niech królowi jmci i panom hetmanom o to głowa boli, co poczynać mają; nasza rzecz stanąć do szeregu i tęgo siec, gdy się nieprzyjaciel pokaże... Ja nie rozpaczam...
Rozdzielili się biesiadujący na dwa kółka, a pani wojska, skinąwszy na córkę, powoli się wysunęła z izby, zostawiając im swobodę, bo doma robić było co jeszcze przed odjazdem.
Wrzawa się dopiero wszczęła większa, gdy kobiet nie stało i kielichy żwawiej krążyć zaczęły. Było o czem opowiadać, bo w całem sąsiedztwie co młodszego wszystko ciągnęło i w każdym domu niemało z tego powodu zamętu powstawało... Kobiety płakały, słudzy się pocichu cieszyli, że pańskiego zbywali się oka... Niejeden zapożyczyć się musiał u żydów i zastawić, aby mieć o czem wyruszyć. Wszystkie plotki sąsiedzkie rozpowiadano sobie, ba! nawet o koniach i szablach, gdzie kto jaką dostał i wziął... i komu czego zabrakło...
Wśród tych gawęd wesołych i mrok zapadł... i jeszcze światła nie dano, gdy w progu nowy gość zwiastował się grubym głosem: „Niech będzie pochwalony“... intonując. Poznano go po nim, choć w ciemności. Był to ojciec Lambert, kapucyn z Lublina, który w samą porę nadciągnął, żeby szlachtę na drogę pobłogosławić.
Przyjazd jego nie był wcale wypadkiem: potajemnie ściągnęła go pani wojska, chcąc wedle starego zwyczaju, aby syn, pierwszy raz wyjeżdżający na nieprzyjaciela, wziął uroczyste błogosławieństwo. Wolałaby była może innego duchownego, nie ojca Lamberta, ale cóż już było począć, gdy innego nie dostali, a i ten poczciwy był i święty, tylko zgaga straszna i nielitościwy smagacz na ludzi.
Ledwie mu odpowiedziano na pozdrowienie, ledwie bosą nogą próg przestąpił, stanął, namarszczywszy brwi, jakgdyby przerażony i zgorszony.
— Ho! ho! — zawołał, podnosząc głos — ho! ho! co mi za ochota i wesele, gdy głowyby popiołem posypać należało i Miserere śpiewać, leżąc krzyżem na ziemi! A no! nieodrodne dziatki! tak u nas było od lat stu... trudno, by się naraz zmieniło... na wojnę ciągną i kielichami rozpoczynają!... Otóż to mi obrońce dla Rzeczypospolitej!
— Ksiądz Lambert! — zawołał z kąta Świnarski — nie widzą go oczy moje, a zgaduję... Jeszcze progu nie przeszedł, a już nam łaje...
— Boście łajania godni, ba! gorzej, chłosty! — odparł kapucyn. — Pono jednak i groźby, i słowa, i plagi nie pomogą, aż was ostateczna zguba złamie.
Gdy światło wniesiono, oczy wszystkich zwróciły się na kapucyna. Był to mężczyzna niemłody już, twarzy wychudłej i ciemnej, czarno zarosły, z brodą nieco siwiejącą po bokach... Pofałdowane czoło i ostry błysk oczu nadawały mu wyraz surowy... W ręku trzymał paciorki różańca, spoglądając po przytomnych z politowaniem i smutkiem... Milczenie jego zrobiło większy skutek, niż pierwsze wyrzeczone słowa: jakiś chłód powiał po komnacie, szmer i gwar uciszył się powoli, postawiono kieliszki... i między sobą tylko pocichu szeptano...
Kapucyn obliczać się zdawał gości, wodząc po nich wzrokiem nieustraszonym.
— Coś ja wam tu wpadłem, jak Piłat w Credo, — rzekł z satyrycznym uśmiechem — z gorzką prawdą niepotrzebną albo nieskuteczną. — Nie zważajcież na mnie... proszę... jakoby mnie nie było.
Wstał Żołudek.
— Jakież nowiny? — zapytał ojca zcicha i poważnie się strojąc.
— Złe: — rzekł bez ogródki mnich — takie, na jakieśmy zasłużyli. Wielkopolskę nieprzyjaciel zagarnął, bo mu sama dała... Szlachta króla lutrowi zaprzedała... Ucztują z nim bracia nasi... a pobożny pan nasz wkrótce może dla głowy przytułku mieć nie będzie...
Milczenie zapanowało tem większe, że znaczna część przytomnych do obozu regalistów nie należała, jak i sami Pełkowie. Miał król Jan Kazimierz nieprzyjaciół wielu, i okazało się to zaraz po odezwaniu ojca Lamberta... Świnarski, namarszczywszy brew, rzekł:
— Pobożny pan, mówicie — a no, coś się o tem wie... modli się pod figurą, prawda, a ma djabła pod skórą...
— Tylko mi na majestat królewski mówić wara — przerwał, pasek podnosząc, kapucyn... — Wybraliście go, przysięgliście mu, daliście dzierżyć losy Rzeczypospolitej — słuchajcież i brońcie... czy wam się już jutra zachciało? popróbujecie go! nie macie się czego lękać... popróbujecie... aż wam zęby ściśnie oskoma...
Na te słowa weszła pani wojska, bo już wieczerza była gotowa, przerwała się rozmowa i Żołudek rękę jej podał, a za nim dwaj Laskowscy skoczyli do panny Teresy, ale ich Świnarski do niej uprzedził. I pociągnęli do wieczerzy.
Skromna i dosyć cicha była wieczerza ostatnia w Gołczwi. Przytomność wojskiej panny Teresy i ojca Lamberta powstrzymywała od zbytniej wesołości wyskoków i na sercach też niebardzo im było raźno, choć się wszyscy ku ochocie zmuszali. Każdy z nich kogoś w domu zostawiał, a choć to los człowieka i żołnierza jutra być niepewnym — choć na to gotowym być zawsze potrzeba — chmurą przypomnienia okrywały im czoła... nawet Medard posmutniał.
Rozmawiano o tem i o owem obojętnie, jakoś nie szło, struł ich kapucyn — nikt nie śmiał ust otworzyć, a i sarknąć nań nie śmiano, bo był człowiek czysty i poważany powszechnie...
Wstano od stołu, bo jeszcze było dużo do czynienia, a kompanja też zażyć chciała wczasu, nimby się o świcie w drogę wybrała... Medard szepnął do ucha, że gąsiorek do siebie zanieść każe, gdzie we dwóch komnatach, na łóżkach i pokotem spać mieli, dodając, że kapucyna nie zaprosi.
Ojciec Lambert odmówił modlitewkę, — pożegnano zaraz od stołu panią wojską i goście poszli na przeciwek do pana Medarda. Tu już tedy byli spokojni...
Węgorzewski się też powlókł za nimi; a gdy się drzwi zamknęły i znikła surowa twarz kapucyna, powróciła pierwsza wesołość...
Już się do śpiewów brali, bo Świnarski był wielce dobrego humoru, gdy drzwi się otworzyły i przez nie wygolona głowa ojca Lamberta pokazała.
— Nie bójcie się waszmość, — rzekł — idę odmawiać pacierze i przeszkadzać wam nie będę, bo wiem, żem zawsze „turbator chori“ — tylko jedną rzecz oznajmić wam muszę. O godzinie piątej rano msza święta w kaplicy i błogosławieństwo na drogę, bez którego ruszyć się nie godzi... więc żebyście mi byli gotowi — a teraz... dobrej nocy...
Znikł — i poczęli o nim gwarzyć, co za jeden był człowiek... Nikt nań złego słowa nie rzekł, lecz że ciężki był dla ludzi, to mu wszyscy przyznawali.
Gąsiorek poszedł po rękach, Węgorzewski uproszony gospodarzył, bo Medard siła jeszcze miał do roboty... a dowiadywania... Czas tak szybko ubiegł, że około północy było, gdy się do snu zabierać zaczynali... W tej chwili chłopak pocichu wywabił Medarda, z którym się matka widzieć chciała.
Nie spała ona jeszcze i nie myślała nawet kłaść się tej nocy, chcąc ją spędzić na modlitwie. Siedziała w swej izbie sypialnej, która taką pozostała, jaką jeszcze za pana wojskiego bywała.
Po niej łatwo było poznać gospodynię. Kilka obrazów pobożnych na ścianach, wizerunek nieboszczyka Pełki naprzeciw stołu, okrytego dywanikiem, w oknie trochę kwiatów, a dokoła szafy i półki, i klucze na kołkach, i co do gospodarstwa męskiego i niewieściego należało. Porządek był wielki, każda rzecz na swojem miejscu.
W krześle siedziała matrona, wsparta na ręku i zadumana. Przed nią na stole szkaplerze i worek zielony, pełny pieniędzy, i mała książka pobożna, i notatka, ręką jej spisana...
Słysząc nadchodzącego syna, zwróciła się ku niemu i wyciągnęła ręce, nie mówiąc nic. Przypadł jej do kolan — pocałowała go w głowę — długo się na słowa zebrać nie mogła.
— Wstań, mój Medziu, — rzekła wkońcu — nic tu łzy nie mogą, co Bóg przeznaczył, spełnić się musi, a nam z sobą spokojnie, rozumnie pomówić należy.
— Chciałeś wojny, los ci dopisał — jedziesz, niech Bóg błogosławi... niech Bóg obrania, niech się Bóg opiekuje... A! dużobym miała do mówienia, gdyby serce głowy nie psuło! Daję ci, co mam na wyprawę... talary są w puzderku, którego kazałam pilno strzec, a złotem co było, noś w trzosie przy sobie, bo w wojnie łatwo o to, że sakwy zginą.
Którażby matka rada była wojnie i wyprawie dziecięcia? — poczęła po chwili — a no, ja prawiem szczęśliwa, że sobie z Gołczwi na jakiś czas ruszysz.
Medard się zdziwił nieco i zarumienił mocno; obejrzała się matka, czy ich kto nie słucha. Teresa była w swoim pokoju.
Domyślisz się, co mam na sercu, — kończyła — lepiej, że z oczu stracisz Jadwisię Pociejównę...
Medard zmilczał, spuściwszy oczy.
— Sto razy ci to mówiłam, a bodaj sto razy powtórzę, niepotrzebnie się ta bieda do nas uczepiła... Piękne dziewczę, ani słowa, i dobrem być może — ale niedaleko pada jabłko od jabłoni, matka dosyć płocha. Pociejowie ludzie dworscy i regaliści, i ród hetmański, i senatorski, my uboga szlachta... to nie dla nas. Dostatków wielkich nie mają, owszem, pono ubogo koło nich, a do życia pańskiego nawykli. Pono ostatkami gonią, a jejmość z córką częściej na dworze królowej Ludwiki, niż doma... puste to — moje dziecko, i że nie dla nas, to nie dla nas. Zerwie ktoś ten kwiatek, co się ukłuć nie będzie lękał, bo doń złote rękawice włoży... a dla nas!
Medard, na którego matka pilno patrzała, nie odzywał się wcale. Między nim a tą dobrą jego macierzą stosunek był na owe czasy rzadki, bo wówczas w wychowaniu więcej było ryzy, niż serca. Pani wojska zaś dzieci chowała tak, że poszanowanie ufności i miłości nie zmniejszało. Medard nawykł był się przed matką spowiadać, dlatego snadź i jego przywiązanie do panny Jadwigi Pociejówny wcale dla matki tajemnicą nie było.
— No, cóż ty tak milczysz, Medardzie? — jak ci się zda, źle ja mówię?
— A! złota moja matuniu! — przerwał milczenie chłopak — wy mi to mówicie tylko, co ja sobie sto razy mówiłem sam, a nadaremnie. Jużci wszystko prawda... ani słowa...
— A dlatego ci Jadwisia w głowie...
— Gdzie zaś w głowie, matuniu kochana! gorzej, bo w sercu... — rzekł, wzdychając, Medard. — I dobrze to wiem, że ona nie dla mnie i że mi jej nie dadzą, i że nadaremnie głowę sobie psuję — a cóż poradzę, kiedy mi ona tak miła — tak miła!...
Westchnęła pani wojska.
— Odżegnaj się od tego uroku, mój Medku — rzekła. — Doprawdy, gdybyśmy byli bogaci, a im się to na co zdało, powiedziałabym, że stara Pociejowa istotnie urok na ciebie rzuciła... Kto ją wie, co ona umieć może! Patrzy jej z oczu, że się żadnej, by i złej nauki nie wzdrygnie... Ale o tem dosyć — nie trzeba już i mówić... a trzeba zapomnieć.
Westchnął Medard i zamilczał.
— O gospodarstwo się nie troszcz, — dodała — ja go tu dopilnuję — chybaby Szwedziska się po kraju rozprzestrzenili, a uchowaj Boże! bezpieczeństwa szukać już trzeba było w murach... a no! toć rady niema... pojedziemy z Terenią do Lublina, wszystko zdając, jako drudzy, na łaskę Bożą...
A teraz idź i wypocznij — odezwała się wojska. — Jutro o piątej msza święta i benedykcja w kaplicy... Zabieraj dziś, co masz wziąć, pieniądze, ojcowską książkę do nabożeństwa i ten oto spis rzeczy, które ci daję na wyprawę. Trzeba ci go mieć, bo choć czeladź poczciwa, ale jak co zgubią, powiedzą, że nie wzięli... myśmy tu z Terenią spisały wszystko aż do uprzęży, aby potem wymówki nie było.
Tak się ten wieczór skończył... Gdy Medard do gości swych powrócił, Laskowscy już na sianie chrapali, wtórując sobie. Żołudek przez sen świstał pociesznie. Węgorzewski tylko ze Świnarskim pocichu nad lampką gwarzył. Medard się do nich przysiadł... Noc była piękna, letnia, księżycowa, z okna widok na szeroką dolinę uśpioną, wśród której gdzie niegdzie rozlane wody srebrnemi pasy połyskiwały — nie chciało się do snu iść. Czuli, że to może ostatnią noc tak jeszcze cicho, spokojnie, bezpiecznie pod dachem przebyć mieli... Świnarski, który młodą żonę w domu z synkiem małym rzucał, bardzo był tęskny i wzdychał. Medardowi też, mimo jego wrodzonej wesołości, tak jakoś było smutno, że choć pić nie lubił, dużą szklankę węgrzyna wychylił...
Wśród tej uroczystości ciszy nocnej najmniejszy szelest słychać było. Mogła być godzina około drugiej, kury piały na wsi wtóre albo trzecie, gdy się na grobli dał słyszeć tętent konia tęgim puszczonego kłusem, a ucho baczne rozeznać mogło, że tam na nim nielada chłop oklep jechał, ale zbrojny człek, bo żelazo przy nim chrzęściało. Choć za wałami widać go nie było... zmierzał widocznie ku dworowi... zwolnił kroku, i Medard, wybiegłszy na ganek, zobaczył żołnierza, wjeżdżającego właśnie w bramę.
Nie chciał głośnem wołaniem budzić i przestraszyć matki, zcicha więc tylko: „Bywaj!“ rzekł, ręką mu znać dając, bo po księżycu widno było jakby we dnie.
Podjechał konny... Nieznajomy był opalony cały, koń bokami robił, odzież na nim potargana.
— A z czem, panie bracie? — zapytał Medard.
— Ostatnie wici, jedne za dwoje, — rzekł przybywający — rozesłano na wszystkie strony, co żywo kupcie się waszmość pod chorągwie... „Periclitat“ Rzeczypospolita... do boku królewskiego trzeba iść, a na obronę stawać. Zdrajców szatan namnożył...
To mówiąc i z konia nawet nie zsiadając, jął go nawracać.
— Stójże, waszmość, na miły Bóg! — zawołał Medard — dokąd? poco?
— Poco? a no, do każdego dworu bramy zakołatać potrzeba: o gardło idzie... a póki konia i mnie... nie pofolguję...
— Spocznijcie chwilę, — uparcie począł nawoływać Pełka — u mnie ze trzech dworów szlachta nocuje, darmobyście jej szukali. Sumienie wam nic nie zada, gdy tu wytchniecie, a koń choć wysapie się i zęby przetrze...
Klasnął na czeladź, która, u stajen stojąc, gotowała się do drogi, przybiegł parobczak konia wziąć i przeprowadzić, pókiby się nie wysapał. Dał się jakoś namówić i żołnierz zsiadł trochę wyprostować i nogi wyciągnąć. Był to niejaki Sędziszewski, znajomy Świnarskiemu, szlachcic wielkiego serca i sumienia. Wziąwszy na się szlachtę po dworach budzić, nie jadł i nie pił, nie ustając, nie spoczywając, pókiby swego koła nie objechał. Gdyby nie koń, który go zmuszał popasać kiedy niekiedy, ze znużeniaby padł nieborak...
Wszedłszy do izby, gdy misiurkę zdjął, a czoło z pyłu otarł, a siadł lub raczej padł na ławę, długo do siebie przyjść nie mógł. Dopóki na koniu siedział i pasja ta obowiązku go na nim trzymała, sił mu się zdało starczyć... teraz się dopiero okazało, że ledwie dyszał.
Chłop był już niemłody, zawiędły, żelazny... Służył wojskowo od lat trzydziestu, przebył wszystkie potrzeby, i gdziekolwiek pewnego człeka chciano mieć, nikogo innego nie użyto, chyba Sędziszewskiego. Ten nie zmylił, nie zaspał, nie zjadł i nie wypił, dopóki na swem nie postawił..
Świnarski i Węgorzewski chcieli go cokolwiek ze zbroi porozpinać, ażeby tchnął swobodniej, ale się im nie dał...
— Jakbym tylko się rozdział, toby mi wszystko ponadbrzmiewało, a tu niedługo, dalej w drogę muszę... więc... Bóg zapłać panom braciom — wytchnę i tak...
Przynieśli mu jeść, posilił się skromnie, bo i jadła obawiał się za dużo, aby mu w drodze nie wadziło. Dopieroż go badać zaczęto!...
— Nic waszmościom nie powiem więcej nad to jedno, że Rzeczpospolita wszystkich swych dzieci potrzebuje... Szwed wkroczył i już jest w Wielkiej Polsce. Ludzie wierzyć nie chcieli, dopóki języka nie dostali. Aliści złe zawsze się posadzi, mamy go... a mamy nie jego jednego... Zewsząd na nas chmury ciągną i własne dzieci na ojca idą. A no? tak... Wielkopolanie się gromadzą, Szwedowi poddają... który lepsze im obiecuje rządy i złote góry. Kto żyw do broni i na koń! Już tu nie czas pytać i radzić, a garnąć się, a iść... do ostatniego.
Miało się na dzień, gdy Sędziszewski o konia zawołał, który był się wysapał i podjadł nieco, a był niewielki, ale tak twardy, jak jego pan, i już prychał, zęby przetarłszy. Wyprowadzono go w ganek. Strzemiennego nie chciał, na kulbakę ledwie wlazł, ale w niej siadłszy, a cugle ściągnąwszy, pokłusował, jakby miesiąc odpoczywał... aż mu się ludzie, długo stojąc, dziwowali...
Dzień się robił wielki, koło stajen i koni ruch był żywy... Laskowscy się jeszcze obmywali ze snu, dopytując, kto był i co gadał, bo nic nie słyszeli, taki ich sen wziął na sianie — gdy w kapliczce zadzwoniono.
Stała ona nieopodal ode dworu, naprzeciw lamusu, który jej z drugiej strony w wałach odpowiadał. Chędoga była, murowana i przyozdobiona pięknie, choć bardzo mała. Za owych czasów, gdy się zawsze spodziewać było można napaści i oblężenia, musiano mieć przy dworze gdzie się pomodlić. W grobach leżało dwóch Pełków. Otwarte już były drzwi i światło gorzało na ołtarzu, gdy się wszystko, co żyło we dworze, ba! niektórzy i ze wsi gospodarze na głos dzwonka zbierać zaczęli. Wyszła tedy w czarnych szatach wdowich zakwefiona pani wojska, a za nią córka i fraucymer cały, szli panowie wojskowi w zbrojach i przy szablach paradnie, jak się Bogu należało — ciągnęła służba i dworscy, którzy mieli zostać doma... A że kapliczka była szczupła, ustawili się panowie we wnętrzu, służba za nimi pod kruchtą, a reszta na schodach i przeciwko drzwi na podwórzu. Słońce właśnie, wschodząc, rzucało pierwsze promienie przez drzewa na zgromadzony pobożny lud — i piękny to był widok tych zbrojnych rycerzy u ołtarza, czekających na błogosławieństwo. Z wielką powagą stali wszyscy... trzymając żelazne hełmy na rękach... Poczęła się msza cicha...
Odprawiał ją ojciec Lambert zawsze z takiem namaszczeniem, jakby duszą do nieba sięgał, cóż dopiero dziś, gdy mu tę młodzież, na którą gderał, ale ją kochał — żegnać i błogosławić przychodziło, nie bez tej myśli, iż niejeden z nich nie powróci!... Wśród szmeru modlitwy słychać było tylko ciche łkanie pani wojskiej i Tereni, które oczy i usta chustkami tuliły, aby Medarda i towarzyszów jego nie smucić... Gdy od ołtarza przeżegnał ich przed ostatnią ewangelją, powoli kreśląc krzyż w powietrzu... najweselsze twarze okryły się chmurą...
Dopiero zrzuciwszy ornat, a wdziawszy stułę, stanął kapucyn u stopni, aby odczytać benedykcję i pokropić ich święconą wodą... Pochylili głowy wszyscy, poklękali, komu zbroje pozwoliły... a między czeladzią miększego serca i płacz się dał słyszeć... tak się obrzęd ten dokończył... Ojciec Lambert tylko, mając już odchodzić, kropidło złożywszy, odwrócił się, żegnając ich raz jeszcze ręką drżącą.
— Bóg Abrahamów, Izaaków i Jakóbów niech będzie z wami! — rzekł głosem cichym.
Mówił i słowa mu się urywały, i czuć było, że jemu, surowemu sędziemu spraw ludzkich — na łzy się zbierało niemęskie... wolał więc odejść od ołtarza.
Wytoczyli się wszyscy za wojską ku dworowi... gdzie ich czekała ranna przekąska... Tuż i konie u ganku stały, i gwar był w dziedzińcu wielki... Wozy, ludzie, psy, gromady ciekawych wieśniaków, dzieci... wszystko to piszczało, rwało się, gadało i płakało... Coraz to który z czeladzi skoczył jeszcze żegnać jaką oczy fartuszkiem ocierającą dziewczynę.
Wojska chodziła milcząca, całując syna w głowę, patrząc w okna i nie widząc nic. Czuli, że gdy się to przewlecze, smutku tylko namnożą. Żołudek więc ostatni kieliszek podniósł.
— Komu w drogę, temu czas — i wielki czas... na koń!...
Medard, jak stał, choć w zbroi — rzucił się plackiem do nóg matki, której stopy całować zaczął... Dopieroż lamenta... i łzy... Szczęściem ojciec Lambert nadciągnął.
— A co mi to za matki rycerzy! — krzyknął — a co mi to za żołnierz, który się we łzy rozpływa! A wstyd! a niegodnie!... Bóg z wami! na konie, dosyć tego...
Wzruszyły te słowa, posypali się więc, pożegnawszy, każdy do swych ludzi i siodeł... Wyszedł Medard ostatni... a siostra mu się jeszcze na szyi zwieszała, zachodząc z płaczu... Matka modliła się już... Medardowi w oczach wiło się wszystko... gdy na Sułtana skoczył... odwrócił się ku domowi, skłonił głowę... zobaczył w oknie matkę, która go jeszcze krzyżem żegnała, i spiął siwego...
Ruszyli wszyscy... Żołudek przodem zanucił: Sub tuum praesidium...
Wozy ciągnęły za nimi.
Gdy śpiew ustał... a odwrócili się jeszcze spojrzeć za siebie, dworu tylko dachy było widać z za wałów — tuman kurzawy wlókł się za nimi. Konie raźno prychały, ludzie wzdychali... słońce przypiekać zaczynało... Tuż za wsią i łąką, a polem wjechali w dębinę należącą do Gołczwi.
W prawo za lasem tym szła granica i przytykała do Horbowa... a w Horbowie mieszkała pani Pociejowa z córką... Dopóki lasem jechali i dworu sąsiedniego widać nie było trzymał się Medard krzepko, nie myśląc o niczem, tylko o matce, rozstaniu i o przyszłej wojnie...
Gdy las się skończył, a nieopodal ukazał się dwór stary w drzew wianku, i drożyna od krzyża pod lasem wijąca się jakby na pokusę wlazła, a Sułtan nawykły ku niej się skierował... Medardowi jakby błyskawica przeszyła głowę i serce... Zawrócił się do Laskowskich, z którymi jechał razem.
— Jakeście bracia mili, nie mówcie nikomu i złej myśli nie miejcie, muszę podczaszynę pożegnać... muszę! Na popasie, jeśli nie wprzódy, was dopędzę, chybaby Bóg niełaskaw. Nie zabawię wcale, tylko z konia siąść, w rękę pocałować i nazad...
— A no, — rozśmiał się Laskowski młodszy — tośmy obaj z panem bratem wiedzieli, że waszmość także tu od krzyża zboczysz... A nie mów nam, że do podczaszynej, bo poco kłamać, kiedy do Jadwisi oczy prowadzą? Niech Bóg szczęści...
Dawszy znak ludziom, aby z taborem jechali, sam konia poparł chłopak i drożyną popod lasem ruszył żwawo... a koń, drogę dobrze znając, kłusował ochoczo...
Dwór w Horbowie niegdyś był pański i dziś jeszcze, choć trochę opuszczony, bo w nim podczaszyna nie oddawna mieszkała, straciwszy rezydencję, z której ją bracia mężowscy wygnali — szczególniej się odznaczał wspaniałym starym ogrodem, obwiedzionym murem dokoła i piękną bramą w dziedzińcu. Reszta niebardzo odpowiadała wyobrażeniu, jakie sobie o nim można było czynić zdaleka. Dwór był wielki, sale ogromne, ale to pustką trąciło...
Jakże serce biło Medardowi, gdy się począł zbliżać ku bramie! Trochę sobie wyrzucał ten krok po wczorajszej z matką rozmowie i jej radach — lecz nie umiał się powstrzymać... Czuł grzech a brnął. Któż wie? — myślał — może ostatni raz ją zobaczyć? może nadaremnie przybyć, zostać odprawionym i powrócić z niczem?...
Dziwne bo to były stosunki z panią podczaszyną, i nie bez przyczyny serce matki się ich lękało. Dumna pani Pociejowa nie była ani razu w Gołczwi, o miedzę od niej mieszkając. Zdawało się jej, iż szlachcianka pierwsza odwiedzić ją powinna, a pani wojska wysoko też się nosiła. Medard wypadkiem poznał wdowę i jej córkę.
Pociejowa rodem była ode Gdańska i nosiła niepolskie nazwisko, wychowana była pono we Francji i po cudzoziemsku... Gdy po przybyciu Marji Ludwiki do Polski dwór się stał napół francuskim, wcisnęła się tam i była bardzo dobrze przyjmowana. Tymczasem mąż zmarł, przyszły z familją swary, na które i król jmość nie pomógł, choć panią Pociejową bardzo lubił i chętnieby ją był zaprotegował.
Trzeba się było z córką dorastającą, przy uszczuplonym majątku, do Horbowa wynosić... Wprawdzie często się czyniło wycieczki do Warszawy, lecz stała rezydencja musiała być na wsi... Nawykła do innego życia, nudziła się jeszcze i niestara, i cale piękna, i bardzo zalotna podczaszyna...
Szukała więc rozrywki, jaką lubiła...
U dworu snać nauczyła się jej szukać w myślistwie... Polowała więc i słynęła z tego, że strzelała dobrze, a na koniu sadzić po świeżej roli się nie lękała...
Na jednych takich łowach, gdy się zapędziła na gołczwiańskie pola, spotkał ją Medard. Piękny, zręczny, młody chłopak podobał się jejmości, która też radaby mu się była podobać. Ale los inaczej zrządził. Zaprosiła go do Horbowa z sobą; tu Medard poznał piętnastoletnią jej córkę, Jadwisię.
Dziewczę było cudo piękności... ani podobna opisać, jak Bóg tę laleczkę stworzył... na której skazy najmniejszej, nic, coby doskonałą jej piękność zmniejszyło, znaleźć było niepodobna. Niezbyt wielkiego wzrostu, ale zręczna, kształtna, giętka... i w każdym ruchu uroku pełna dzieweczka... twarzyczkę miała jak z marmuru wykutą i różanym słońca promieniem oblaną, oczy czarne, wielkie, usta maleńkie, niby gniewne, niby też uśmiechające... na karczek biały spadały ciężkie włosów sploty, które zdawały się ciężyć ślicznej główce...
A śmiało się to wesoło, szczebiotliwe, pieszczone, swawolne, jakby przez całe życie z uśmiechem przejść miało...
Było to dziecię jeszcze, umyślnie przez matkę utrzymywane w tem usposobieniu dziecięcem... i było jej z tem do twarzy, bo wyglądała jak anioł bez skrzydeł... Dowcipna, żywa, roztropna, ciekawa, Jadwisia zgadywała świat, nim go widziała... a ze słów nieostrożnych matki snuła snać więcej, niż one mówiły.
Medard, raz ją zobaczywszy, zakochał się śmiertelnie... Pani podczaszyna sama była jeszcze dość młoda i piękna, by odwiedziny młodego sąsiada brać raczej do siebie. Ten ją może z błędu wyprowadzić nie chciał, a może i nie domyślał się niczego...
Jemu tylko patrzeć trzeba było i słuchać szczebiotu tego skowronka, zwiastującego wiosnę i miłość... choć sam nie wiedział, co śpiewał. W istocie Jadwisia była tak naiwna, tak dziecinna, tak śmiała, a z Medardem jak z bratem tak poufała, że go swojem postępowaniem mogła o szaleństwo przyprawić... Matka, patrząc, się śmiała. Znała widać córkę tak dobrze, iż się lękać nie potrzebowała...
Jadwisia ze słów, opowiadań i książek wiedziała o miłości, mówiła o niej często nawet, ale dla niej była to jakaś dworska zabawka miła, coś we wstążkach i kwiatach, jakaś galanterja pusta, poza którą ani się domyślała uczucia i boleści... Od dzieciństwa odbijała się o jej uszy ta jakaś miłość zabawna, wcale niegrzeszna, niby taniec dworski, którego się trzeba nauczyć i z reguł go umieć wśród oklasków odegrać...
Darowana wstążka, rzucony kwiatek, wyszyta przepaska... to były sceny dramatu, który znała Jadwisia, a w którym piękność, doskonale jej wiadoma, grała główną rolę... Umiała się stroić i nadzwyczaj zabawnie udawać starszą, poważną wielką panią... królowę, której ruchy majestatyczne przy jej dziecięcej postaci cudną stanowiły sprzeczność.
Kochał się więc Medard nazabój i nie wypędzano go z tego raju... owszem, podczaszyna bawiła się nim, odwiedzinami, swoją władzą nad nim i córką, która lubiła Medarda...
Czytała dobrze w serduszku, które w swych rękach wypiastowała... tam miłość siebie i próżność, i pustota zajmowały wszystkie kątki... na nic więcej miejsca nie było.
Żartowano sobie z Medarda w Horbowie, a on męczył się naprawdę i kochał po młodemu szalenie...
Ranek letni był piękny. Czy też już powstawali? myślał, dojeżdżając do bramy... W bramie kilka sług stało... poznali sąsiada... skłonił się im zdaleka, byli to wszystko przyjaźni mu ludzie, których dobrem słowem pozyskać umiał.
— Hej! panie Bernardzie, — zawołał zdala — a co we dworze słychać? Widzicie, jadę na wojnę, radbym panią waszą pożegnał...
Bernard, niby dworu marszałek, niby rękodajny dworzanin, ręką z podziwem w powietrzu zrobił jakby znak zapytania.
— Z naszą panią pożegnać się o pół do siódmej na półzegarzu! — zawołał — albo to pan Medard życia wedle dworskiego obyczaju nie zna? A któż to z kurami się kładzie i z kurami wstaje?... Pani podczaszyna miała wczoraj gości... z Warszawy, i do północy grali i śpiewali... teraz śpią jak kamienie...
Medard już nawet z konia nie zsiadał — nie było na to rady — smutek go objął, głowę spuścił, milczący tak stał... Sułtan tylko, korzystając ze spoczynku, prychał i rżał. Czy rżenie jego kogo w domu zbudziło? Jeszcze Medard nie wiedział dobrze, co pocznie, gdy w ganku pod kolumnami zjawiło się — to, czego tak pragnął... dziewczę z czarnemi oczyma, które mu od ust bez ceremonji słało wesołe pozdrowienie...
Jużby go było nic w świecie nie powstrzymało naówczas u bramy... w dwóch skokach stał przed gankiem, a Jadwisia cieszyła się ślicznemu Sułtanowi...
— A cóż to tak rano? we zbroi? dokąd? gdzie? jak?
— Na wojnę... panno podczaszanko...
Dziewczę się niezmiernie zdumiało...
— Jakto? i pan? i pan? koniecznie! dziś!
— Natychmiast! Chciałem tylko podczaszynę i pannę podczaszankę pożegnać, zwróciłem się z gościńca.
Poczęła dziwnie główką potrząsać...
— Jaka szkoda Sułtana! — zawołała dziecinnie — pył, kurz, błoto... głód może, wszystko znosić będzie musiał...
— A ja? panno podczaszanko?
Podniosła oczy zdziwione. Na myśl jej to nawet nie przyszło...
— A pan? to prawda! ale pan jesteś... mężczyzną, rycerzem...
— I mnie pani wcaleś nie pożałowała?
— A pocóżbym miała żałować? — odpowiedziała spokojnie. — Pan mówiłeś tyle razy, że takbyś chciał iść na bisurmana — na Tatarów... na nie wiem kogo, byleby się bić... Myślałam, żeś pan szczęśliwy...
— A! tak — szczęśliwy, że na wojnę idę, ale nieszczęśliwy, bo panny podczaszanki nie zobaczę długo...
Jadwisia obejrzała się dokoła żywo, bystro i postąpiła krok bliżej.
— A! to dobrze... — odezwała się ciszej — matki niema, nikt nie słucha... powiedz mi pan... pan się we mnie zakochałeś?
Uśmiechnęła się. Medard stał zdumiony, rękę przyłożył do serca...
— Na śmierć! panno podczaszanko!
Uderzyła w dłonie.
— A! jakaż ja jestem szczęśliwa — zawołała z radością, która jej tryskała oczyma. — A! jakże to dobrze! Ja będę miała swego rycerza! pan będziesz nosił moje kolory, spełniał moje rozkazy... pan mi przysiężesz wierność dozgonną... i nikt! nikt na świecie wiedzieć o tem nie będzie...
— Spełnię, co tylko każesz, podczaszanko... ale pani...
— A! ja! czekaj pan! — jakby przypominając coś sobie, szeptała Jadwisia, rękę przykładając do czoła — czekaj pan... ja... dam panu wstążkę na pamiątkę. Widzisz pan, to jest już bardzo, bardzo wielka łaska... jabym tak odrazu panu nie powinna dawać moich kolorów... ale mam litość nad panem... i jedziesz na wojnę...
To mówiąc, odpięła niebieską wstążkę od kosy włosów i, śmiejąc się, rzuciła Medardowi, który ją, w powietrzu chwyciwszy, do ust przycisnął, a potem na piersiach pod zbroją schował...
— A! panno podczaszanko! królowo moja, daj mi jeszcze więcej niż wstążkę, daj słowo nadziei!
Jadwisia cofnęła się, pociesznie bardzo kręcąc główką i surową przybierając postawę...
— O! co to — to nie może być! tak prędko! nie! toby było przeciwko wszelkim prawidłom. Nigdy w świecie... pan tego nie powinieneś nawet żądać, będąc grzecznym kawalerem...
Palcem pogroziła mu...
— Gdy pan z wojny powrócisz... no! zobaczymy... ale pan mi nie przysiągłeś... ja chcę przysięgi! Pan mi zawsze, do śmierci — powinieneś być wiernym... pan będziesz moim rycerzem, tak, moim, i żadnych innych nie włożysz kolorów...
Medard palce podniósł do góry...
— A! przysięgam... do zgonu... na wszystko, co jest najświętszego w świecie, co najdroższego mam... przysięgam podczaszance...
W tej chwili zaszeleściało coś, Jadwisia skoczyła, dając znak Medardowi...
Lecz popłoch to był próżny... We dworze, z wyjątkiem służby stojącej zdala w bramie, wszyscy spali, Jadwisia tylko raniej wstać mogła, bo ją matka odprawiła zawczasu, nie chcąc, by była może świadkiem zabawy... jaką kilku płochych dworaków, cudzoziemców sprawiało sobie — i jej — w chwili, gdy kraj cały ogarnięty był trwogą i żałobą. Nie można zaręczyć zato, czy nadzwyczaj ciekawe dziewczę nie podsłuchiwało gdzie pode drzwiami.
Medard stał na koniu przed nią, nie mając siły ruszyć z miejsca, patrząc w rozpromienioną jej twarzyczkę. Trudno było zaprawdę określić, kto z nich dwojga w tej chwili był szczęśliwszy, choć wcale inne uczucia w tych dwojgu młodych piersi grały. Medard kochał ją do szału, do zapamiętania... ona była uradowana niezmiernie — a dziecinnie i niewinnie, że nareszcie miała kochanka — rycerza, uradowana jakby lalką lub nowym stroikiem... Jej to dawało naostatek przywilej dojrzałości... Miała kochanka! rycerza! który jej poprzysiągł wiarę dozgonną.
Więcej już nie potrzebowała nic — zupełnie jej to starczyło... Zdaje się nawet, że Medard czy kto inny, było jej prawie rzeczą obojętną. Wolała go może, bo był zręczny, przystojny, śmiały, bo jej kolorem mógł dać zwycięstwo, a jej dumie uciechę, lecz nie czuła dlań więcej nic nad trochę wdzięczności za to, że rozpoczęła nareszcie życie... że była wielbiona...
Po główce jej latały jak motyle różnobarwne myśli słoneczne... Medard przez jej miłość mógł się stać bohaterem... jego sława miała spłynąć na nią...
Zobaczywszy, że nikogo nie było, Jadwisia znowu podeszła bliżej ku swemu zachwyconemu rycerzowi.
— Pamiętajże pan! uroczysta w obliczu niebios przysięga!
Podniosła rączkę do góry...
— Wiarołomców karzą bogi!... nie daj pan sobie wydrzeć tej wstążki...
— Nigdy! panno podczaszanko...
— A powróciwszy z wyprawy, złożysz u stóp moich trofea zwycięstwa... bo musisz być zwycięzcą... inaczej widzieć go nie chcę...
Mówiąc to, żywo, pośpiesznie, uradowana, szczęśliwa... od ust jeszcze raz posłała mu pożegnanie... uśmiechnęła się.
— Pamiętaj! — powtórzyła i znikła.
Pan Medard stał jakby z snu nieprzebudzony, jakby upojony szczęściem, którego się nigdy nie mógł spodziewać. Nie umiał on ani uczuć, co dyktowały jej słowa, ocenić, ani trzpiotowatej płochości dziecięcej... dla niego było to coś wielkiego, uroczystego, co rozstrzygało o życiu... on także uczuł się w tej chwili raz pierwszy mężczyzną, a związanym przysięgą i obowiązkiem... Węzeł święty dlań łączył go z tą anielską istotą, której przyrzeczenia, wyrazy, uśmiech, pożegnanie inaczej sobie tłumaczył niż były...
Szukał jej jeszcze oczyma — ale napróżno... pusto było dokoła... słońce podnosiło się szybko, nie mógł pozostać dłużej. Znając doskonale drogi, spodziewał się towarzyszów napędzić jeszcze przed popasem... Wyjechał więc, co żywo żegnając Bernarda i zebranych sług za bramą, i wziął się inną drogą prostszą, aby przeciąć gościniec... Sułtan, któremu do swoich koni tęskno było, puścił się drobnym kłusem, jak wiatr szybkim, i długa jego srebrzysta grzywa rozwiana wionęła jak chorągiew.
Medard nie widział nic, nie słyszał, nie kierował koniem, dobył wstążki i całował ją, i szukał dla tego skarbu najbezpieczniejszego miejsca... dopóki go nie umieścił na bijącem sercu...
O wszystkiem zapomniał w tej chwili. Przysiągł Jadwisi... i miał nadzieję nadziei... przysiągł jej wierność do zgonu... Czyżby żądała przysięgi, gdyby on jej był wstrętny?
— Powrócę zwycięzcą! — wołał do siebie — matce do nóg upadnę! dobra matka pozwoli... Jadwisia będzie moją!
Ani pomyślał o podczaszynie!
Obóz stał natenczas pod Krakowem, a znajoma nam szlachta lubelska rozsypała się tu po różnych chorągwiach. Pełce dostało się być w pana Myszkowskiego regimencie, złożonym z różnej drużyny, gdzie nikogo swojego nie znalazł, ani twarzy znajomej, ani dłoni przyjaznej. Smutna to rzecz młodemu wpaść tak między obcych, a jak tu jeszcze, starych po większej części wyjadaczy, którzy sobie ową młodość lekko cenili, a z niedoświadczenia śmiechy stroili, choć czasy były cale nie do wesela i żartów...
Ktoby był poznał ów obóz, nie poznałby tego rycerstwa tak ochoczego i dobrej myśli, które zawsze bywało i w najgorszym razie serca nie traciło, ani fantazji. Był to taki dopust na Rzeczpospolitą, że go i najhartowniejszy człowiek równym umysłem znieść nie mógł. Nieprzyjaciela w kraju niejeden raz ludzie widzieli i pożogę najstraszniejszą, oną tatarską, co jak płomię niszczące przelatywała ogromne obszary, zostawiając po sobie pustynie — tego się ludzie nie lękali... gorsze przyszło daleko. Nie wiedzieć było gdzie szukać nieprzyjaciela, a gdzie wroga, bo połowa lepsza przeszła do Szweda, i nierzadko jeden brat trzymał z Gustawem, a drugi z Kazimierzem... tak, że i w polu dostało się spotkać nieraz z takim, co go, zamiast szablą ciąć, powinno się było uściskać.
Rozdwojone były umysły, chmurne twarze, niejedne zdania i żołnierz z obozu prawie w tej rozpaczy w nocy uchodził, aby doma być i od najazdu się jako obronić, a przynajmniej gdzie familję w murach przechować.
Jeszcze się wszakże wielu zdawało, że Krakowa bronić potrafią, i ufano mocno Czarnieckiemu, który był jeden człek mały, wielkiego serca, co do końca nie wątpił, a męstwo miał tam, gdzie już drugim tylko łzy zostały...
W obozie przy jesiennej pogodzie, a niewielkim dostatku, choć Kraków był tuż — smutkiem wiało jak po pogrzebie. Z ucha do ucha podawano sobie o królu szwedzkim takie wiadomości, że odrazu serce odejmowały. Potłukł ci go był parę razy pan Czarniecki, ale kawałkami urywając, a całej potędze mało było nadziei się oprzeć.
Choć z młodą odwagą, jaką niedoświadczenie daje, i z ufnością w powodzenie przybył pan Medard do chorągwi, tu cale inaczej znalazł, niżeli się spodziewał. Przyjęto go, zukosa patrząc... Na regestrze zapisany stał daleko, o co się niewiele troszczył, ale z towarzyszów do nikogo przystępu i od nikogo słowa.
Czeladź mu bito, wozy spychano... a od nikogo dobrego nic nie posłyszał. Ale harda dusza, gdy się tak zobaczył samotnym, rzekł sobie: „Wolę zostać pojedynkiem, niż się ludziom napraszać.“ Nie zważał i na to, że go zawsze słano gdzie najciężej było wytrzymać: po nocach, na podjazdy, na straże; — pełnił, co przykazano i milczał, trzymał się, a że miał postawę silną i widziano, iż sobie w kaszę napluć nie da — nie zaczepiali go, samopas tylko zostawując.
Przecież smutno mu było.
Pod innemi chorągwiami miał znajomych, przyjaciół i krewnych, byłby się pomieścił, ale wziął to sobie za honor, aby od złego nie uciekać, ale je przemóc i zwyciężyć. Łatwa rzecz była ujść — a śmiech za sobą zostawić. I mówiliby słusznie, że go stąd wykurzyli.
— Licha zjedzą, nim mnie do ucieczki zmuszą — rzekł w duchu i trwał.
Miał przyporzysko swe z ludźmi i końmi Pełka przy węgle stodoły, którą kilku z towarzystwa zajmowało... Mało nie chlew mu się dostał; bo to był kawał dachu na słupach, który czeladź chróstem z płotu wyłamanym ścianami ostroiła od wiatru i deszczu zimowego, co niemal dzień w dzień przechodził. W tej biedzie jeszcze wytrwać jako tako było można, bo dach trzymał i nie przeciekał. Całe tu gospodarstwo i Sułtan, i wozy, i pod wozami czeladź się tuliła.
Ściana drewniana tylko dzieliła go od zajmujących stodołę, a że była dziurawa i nieszczelna, słyszał przez nią łatwo, co rozprawiano pod bokiem...
Trafiła się nieraz nieostrożna mowa i o nim samym, — puszczał ją mimo uszu... Wieczora tego Medard, wróciwszy z objazdu, wcześnie się na wojłokach położył, aby trochę dać kościom wypocząć — ale nie spał. W stodole świeciło się jeszcze, ichmość towarzysze przy latarce grali w kości i baraszkowali, miodu sobie nie żałując, bo to sławny był ów dawny miód krakowski...
Snać musiano sądzić, iż Medard z objazdu nie wrócił, bo rozmowa się toczyła swawolna o nim. A słyszał ją tak wyraźnie, jakby naumyślnie mu ją do uszu kładli.
— Wlazło nam to do chorągwi — mówił stary Żebrowski — i ani się myśli starszym akomodować, ani dba, jak się na niego patrzą... Prawda, że swoje robi... ale do życia z towarzystwem się cale nie zda...
— Choćby go „mores“, mocanie, nauczyć trzeba — odezwał się drugi, Broński niejaki, ja to dawno mówię. Chłopak snać pieszczony, słyszę jednak u jejmości... przy podwice się chował — to zaraz znać... Chrzestby mu dać!
Rozśmiali się, a w Medardzie krew zawrzała, ale się poskromił — myśląc, co dalej prawić będą... Ręka mimowolnie szukała szabli — słuchał.
— Kiegoż bo licha zwłóczyć! — zaśmiał się ten sam Żebrowski — potrącić go i obciąć, będzie miększy...
— Kat go wie, jak się bije — odparł Broński.
— Młokos, choćby się bił najlepiej, — mówił stary Żebrowski — na sztuki go wziąć można... doświadczenia nie ma...
— Bywały takie wypadki, że młodzi starych obcinali — dodał Broński.
— A no, — rozśmiał się z boku inny — waści, panie Tadeuszu, nikt nie wypiera... jeśli się boicie!
— Słuchaj! — zaryczał zagadnięty, aż się stodoła zatrzęsła — co ty mnie tu tchórzem będziesz czynił?... ty — jakiś...
Porwali się do szabel, rozerwano ich... Żebrowski pluł, jak miał zwyczaj, gdy zły był...
— Jedną waści radę dam, Broński, — rzekł — musisz z nim szukać zwady i ściąć się... bo się inaczej nie oczyścisz...
— A choćby przyszło i do tego? Myślicie, że mi straszny...
Tyle Medard słyszał, bo gwar się zrobił w stodole i poczęto wołać i pić, i czem innem zagadywać, a w końcu Pełka usnął ze znużenia, nim oni się zeszli.
Nazajutrz rano deszcz prószył. Zbudziwszy się, przypomniał sobie, co nocą słyszał. Ostrzeżony był i wiedział, jak poczynać. W stodole znowu huczało... Medard około koni i siebie się zakrzątnął...
Wtedy gdy się ludzie kręcą, Broński stanął, pod boki się wziąwszy, naprzeciw i, poświstując, patrzał miny robiąc różne... Medardowi zdało się do czasu tego nie widzieć, nie z bojaźni, bo kipiał cały, lecz żeby pierwszy zwady nie szukał, której już był pewien.
Broński podśpiewywać zaczął... a nucił coś na Lublinian, że są hołysze i że bez koszul chodzą... Coraz głośniej śpiewał, że go już nie można było nie słyszeć.
Wystąpił Pełka z pod daszku.
— Mości towarzyszu, rzekł — myślę, że to do mnie przyśpiewujecie na dzień dobry? czy wam skóra świerzbi?
— Nie skóra, ale dłoń, gdy na waści patrzę... — odparł butno Broński.
— Trzebaby jej krwi upuścić, to jedyna rada — odezwał się Pełka... możebyście po cyrulika posłali do Krakowa?
Czeladź się śmiać zaczęła, Broński przystąpił krok.
— A już tego dosyć! — krzyknął — wlazłeś nam tu, gagaciku... nieproszony i niedziękowany... myśmy tu starzy towarzysze, chodzisz pojedynkiem, na nikogo nie zważasz... trzeba cię rozumu nauczyć.
— Byle po kawalersku: — odrzekł Medard — jeden na jednego, nie dziesięciu, jakeście ze Trzcińskim zrobili, bo to niepoczciwa i nierycerska...
Broński się zaperzył i już szabli dobywał.
— Stanie mnie jednego na ciebie! — krzyknął — wychodź z jamy!...
Ledwie tych słów domawiał, gdy Pełkę już miał przeciwko sobie. Ani słowa nie rzekłszy, stanęli z szablami dobytemi. A że zwadę pewnie i widziano, i słyszano, kołem się zebrało dużo ciekawych, szczególniej z szopy, wczorajszych.
Wszystko to milczało, szydząc sobie i drwiąc z pod wąsa.
Broński był żołnierz stary, rębacz dobry, człowiek ostrożny, ręka silna — serca miał wiele, ale dosyć był nieszczęśliwy w starciach, mało kiedy bez kresy wyszedł.
Słyszeli wszyscy, gdy Medard mówił o Trzcińskim rozsiekanym, a że to była sprawa naganiona i której się po trzeźwemu wstydzono, nie pomyślał nikt za Brońskiego się zastawić.
Cicho, jak mak siał... wkoło gromada, deszczyk kropił i ziemia byłaby oślizła, szczęściem pod nogami wybrał się piasku kawałek...
Pełka umiał z pałaszem dać sobie rady, a miał batorówkę, śmigającą, lekką, wypróbowaną, którą dwa portugały nawpół przecinał...
Już przy pierwszem zwarciu poznał Broński, że będzie miał do czynienia z rębaczem doskonałym, cofać się nie była pora, tylko usta zaciął i pobladł, kilka razy się spotkały szable i szczęknęły, złapać Pełkę na nieopatrznego nie można było, ciąć się ani tknąć nie dawał. Dwa razy sam zaciął po suknie Brońskiego, ale bez szkody. Może jedno Zdrowaś Marjo trwała robota, gdy Broński po prawej ręce dostał, ale tak dobrze, że szabla mu wypadła, a lewą się za nią pochwycił i uskoczył wbok, piszcząc... Pełka go mógł po plecach spłazować, ale dał pokój, zawołał tylko:
— Staremu żołnierzowi... przebaczona; gdybym z innym miał do czynienia... dałbym pamiętne... choć płazem.
Wkoło się śmiać poczęli.
— Gracz! — zawołał Żebrowski — ale kiedyś taki tęgi do płazowania, a chodźże za mną...
Ten był kościsty, gruby, wyrobiony człek i straszny na cały obóz.
— Nie mam do waćpana ani urazy, ani przyczyny, — odezwał się Pełka — a czasu wojny zabawiać się nie pora!
— Cóż ty mi, smarkaty jakiś, — ryknął Żebrowski — nauki będziesz dawał!... Ot masz przyczynę...
Złożyli się w chwili...
Tu już były nie przelewki... Wiedział Pełka, że na sucho nie wyjdzie, szło mu o honor, aby wziąwszy coś i sam też dał — patrzał tylko, gdzie trzepnąć...
Raz, drugi zamierzyli się napróżno... Medard następował — stary, chcąc się poprawić, nogą na trawę cofnął i ośliznął odrobinę. Tego było potrzeba Pełce, który w łokieć ciął z całym impetem, a w tejże chwili po ramieniu jakby go co skrobnęło...
— Dosyć! — zawołano ze wszech stron — dosyć!
Między patrzącymi był niejaki Ozderski, człek imienia nieznanego, ale żołnierz osiwiały i którego nauczyli się szanować wszyscy. Mruk był małomowny... a co na żołnierza rzadka, nabożny bardzo, różaniec na zbroi nosił i malowaną Najświętszą Pannę na ryngrafie... a pod nią krzyż mosiężny w napierśniku. Ozderskiego nazywano pod chorągwią kapucynem, bo i brodę całą nosił, i głowę miał wyłysianą tak, że na niej tylko niby korona z włosów zostawała. On pierwszy zawsze Bogarodzicę zaczynał i Pod Obronę, gdy szli rankiem w pochodzie — do mszy sługiwał... Człek był wielkiej poczciwości...
Ozderski wystąpił pierwszy z koła do Pełki i wyciągnął rękę...
— Dosyć tego, — zawołał — wypróbowaliście, że nam wstydu w chorągwi nie zrobi — nie odpychajcież go — ja z nim stoję... a kto chce mieć do czynienia z Pełką, będzie miał i ze mną.
Wściekali się przyjaciele Żebrowskiego i on sam. Nie szło mu o ranę, bo ją zaraz zalepiono; nie szło o ból, bo do tego był nawykły, ale że się młokosowi dał ciąć, sam ledwie go udrapnąwszy, bo Pełce tylko kontusz i półżupanik rozciął precz, a na skórze siną pręgę zostawił, krwi nie dobywszy. Na śmiechu się tedy skończyło i przejednaniu niby; miał za sobą choć Ozderskiego Pełka, łatwo przecież poznać było, że tam ani na przyjaźń wielką rachować nie wypadało...
Zostali we dwaj sam na sam — bo się reszta rozlazła powoli po szałasach i po szopach. Medard nowego przyjaciela zaprosił pod swój daszek, a że nie było na czem siąść, kulbakę mu wyrostek podstawił. Dobyto puzderko z wódką i wędliną... lecz że to piątek był, Ozderski podziękował i chlebem zakąsywał...
— Ojca waszmości znałem, — rzekł, siadając, stary — takuteńki był, jak dwie krople wody zamłodu. Dziarskoś się znalazł.. Ja na waszeci zdawna mam oko. Poco ci było takiego pułku szukać, gdzie najcięższe życie?... Mało tu kto wytrzyma...
— Prawda to, — odpowiedział Medard — lecz gdy się raz weszło, już nie rycerska rzecz była się cofać.
— Masz słuszność, — dodał Ozderski — a co będzie dalej? Myślicie, że to już koniec?
— Sądzę, że początek.
— I ja tak trzymam, — mówił stary — a no Bóg jeszcze jeden wie, co z nami tu wszystkimi będzie... Chcą Krakowa bronić — azali potrafią — nie wiem. Drudzy już o domach myślą, inni o Szwedzie pomrukują. Nigdy u nas tego nie było, co dzisiaj. Gdzie kto słyszał, żeby, mając swojego pana, ludzie się do cudzego garnęli?
Westchnął.
— A pan Czarniecki? — wtrącił Pełka.
Podumał stary.
— Jeden nie starczy, — rzekł — choćby największe serce miał, gdy drugim na niem zbywa. Stary to żołnierz, a czy za nim pójdą drudzy? nie wiem. Prywata się u nas zagnieździła. Jakżeby to Lanckorońskim, Potockim i Lubomirskim pod takiego iść, co wczoraj nie miał nic i jakby sroce wypadł z pod ogona?... A któż go znał przed kilkunastu laty! gdy mu jak na pośmiewisko król dał — Świniuchy? Tak tam panowie pracowali, że gdy już nagrodę trzeba było dać choć za te zęby, które mu kula wybiła — jeszcze choć w nazwisku ugryźć starali się i Świniuchy mu wydzielili... Cóż ten człek pocznie „homo novus“, gdzie starych powaga nie starczy?...
To rzekłszy, wstał Ozderski, podał dłoń Pełce, który go z należytą siwiźnie czcią w ramię pocałował, i pociągnął. Został się Medard sam pod daszkiem, słysząc, jak w szopie wrzawa się ogromna jęła. A że wczoraj na podjazdach był i dnia się spodziewał wolnego, poszedł zaraz do pułkownika, aby się do miasta wyprosić choćby do nocy.
Był podówczas Mrozowski wiceregentem pułkownika, bo samego w obozie nie widziano; do niego się więc zameldował, choć drudzy i bez meldowania szli, gdzie się któremu podobało. Pełka tej winy na sobie nie chciał mieć.
Mrozowski, choć jakoby z Tatarów pochodził, bo mu to niektórzy zadawali, żołnierz był ostry i człek prawy... Zgryzot się niemało najadł z towarzystwem swem, któremu rady trudno dać było... Znał on wszystkich, nietylko z imion, nazwisk i twarzy, ale z humorów i na co który kulał. Pełkę ostro trzymał, choć mu krzywdy nie wyrządzał, a był w każdym czasie takiego oblicza człek, jakby się wiekuiście gniewał, nadąsany, kwaśny, niby zły i pomrukujący. Może wiedział, że gdyby się nieco łagodniejszym uczynił, jużby po nim było, niktby go nie posłuchał.
Gdy Pełka pod namiot wszedł, już snadź wiedział co zaszło — ostro nań spojrzał.
— A co to waszmość za okazję miał? — zapytał.
— Ja żadnej, — rzekł Pełka — do mnie ludzie jej szukali, trudnoż się dać zjeść.
Zmilczał pułkownik...
— Wczoraj na podjeździe byłem — a dziśbym do miasta życzył, na kilka godzin...
Pokiwał głową Mrozowski.
— Jeszcze to łaska, że ja o tem mam wiedzieć, — bąknął — drudzy się nie pytają.
Chodził po namiocie, wąsa targając... potem przystąpił do Pełki.
— Czy waszmości tu służba bardzo słodka? — zapytał.
— Choćby piołunem była, — ozwał się Pełka — na tom żołnierz...
— A gdyby się rozlała chorągiew jako drugie, — rzekł Mrozowski — cóż począć myślisz?
— Zostać przy niej do ostatka...
— Wkrótce tu nie będzie co robić pono — mruczał Mrozowski. — Z waszeci dobry być może żołnierz, ani słowa — ale na tej wojnie nauczyć się wiele będzie trudno... Królowi jmci wiernej garści trzeba, coby za nim szła, gdziekolwiek go losy zaniosą — nie chcesz waszmość do tej selwegwardji należeć?
Spadło to niespodzianie na Pełkę, tak że zrazu milczał długo, a ten mu w oczy patrzał.
— A no, jakże? — dopytywał.
— Wielki to zaprawdę honorby był i pożytek dla mnie, wybranym do niej być — lecz mi wolno prawdę rzec. Na wojnę wyszedłem, żeby się bić — a wątpię, by król na wojnę szedł, bo pono salwować się nie chce. Na dworaka zaś anim stworzony, ani się czuję powołany..
— Nie wyrzekaj się, — przerwał Mrozowski — wszystko to dobre, coś rzekł, trzeba jednak pomyśleć. Gdyby tak wszyscy mówili, że dworować nie chcą... koło królaby człeka nie zostało...
Pełka milczał.
— Jedź waść do Krakowa — dodał stary — choćby na dwa i trzy dni — ale jedź, jak ja poradzę, aby się rozpatrzyć. Kartkę waści dam do Lubomirskiego marszałka... Nikt nie będzie cię silił... zobaczysz, pomiarkujesz... jeśli ci się zda, że to nie twe miejsce, powrócisz do chorągwi...
Spojrzał nań pułkownik — Pełka milczał.
— Cóż zgoda? — zapytał.
— Nie może być, tylko posłuszeństwo ordynansowi — rzekł Medard. — Wszakci powrócić mi wolno będzie i czeladź tu zostawić. Troska tylko o nią. Wezmę z sobą szeregowego lub pacholika, resztę zostawić trzeba — to mi ich na kapustę panowie bracia porąbią.
Uśmiechnął się Mrozowski.
— Dacie mi ich do moich w opiekę, a włos im z głowy nie spadnie — odezwał się. — Ja do marszałka piszę, a waszmość konie siodłać każ, i jeśli król na Bielanach, to się melduj na Bielanach, a jak w Krakowie, to na zamek lub gdzie będzie...
Tak się skończyła rozmowa. Pełka, pokłoniwszy się, odszedł, nie wiedząc, co o tem trzymać. Zdawało mu się, że od zemsty go broniąc, pułkownik wysyłać chciał — a to mu nie smakowało; to znowu ciekawość brała, dwór i króla, którego chyba na talarach widywał, zobaczyć.
Gotował się więc do drogi, co niewiele czasu zabrało, tylko na odmianę suknie musiał wziąć z sobą przedniejsze, aby mieć w czem na dworze wystąpić.
Pacholik z Gołczwi rodem, Gabryk, zuchowata sztuka, piśmienny, śmiały, obrotny i z końmi się znający dobrze, miał mu towarzyszyć, bo to była jego prawa ręka... i najlepszy przyjaciel, od tych jeszcze czasów, gdy razem bodaj wróble wykręcali i na grzyby chodzili z rusznicami do lasu.
Ku południowi wypogadzać się zaczęło i deszcz ustał, a szmaty chmur podartych tylko uganiały się po bladem niebie. Wdali ciemne mury Krakowa z wieżami swemi i bramy stały jak wał najeżony... Z obozu płynęło tam wiele, bo każdy czegoś potrzebował, i chciał jeszcze dobrej myśli zażyć, dopóki zła godzina nie przejdzie. Szwedzi bowiem z całą potęgą swą i sam król pod Kraków ciągnął.
W mieście ruch był żwawszy niż w największy dzień targowy, ulice pełne, rynki napchane, w bramach gwarno od koni, wozów i ludzi. W wielu miejscach ani się przecisnąć, zadławiło się przejście, ludzie klęli, konie rżały, a baby płakały. Żołnierstwa, żydostwa, pospólstwa tłok był wszędzie... Zdawało się, że już chyba nieprzyjaciel na karku siedzieć musiał, a co żyło, w mury się napchało.
Pełka z Gabrykiem ledwie się do Florjańskiej bramy dostali, a tu z niemałą biedą przejechać mogli. Choć to był dzień powszedni, wydawał się niedzielą, tak wszędzie było przepełnione. Pod Panną Marją, i gdziekolwiek obraz lub krzyż wisiał, paliły się świece i ludzie, klęcząc, śpiewali pieśni nabożne. Lamentujące ich głosy mieszały się z klątwami żołnierzy i szwargotem żydów z Kazimierza, którzy z wojny korzystali, handlując, czem kto mógł.
Widok, jaki przedstawiał rynek, niewiele się różnił od ulicy przebytej; tu także rycerstwa i koni, i taboru było pełno, a koło ratusza i Sukiennic ciżba mieszczan niespokojnych o losy miasta, bo co chwila nadbiegał ktoś, zwiastując ciągnących Szwedów i ich króla.
Postrach rzucało samo to imię, bo już mu się i Wielkopolska, Warszawa i wiele miast poddało, i wojska polskie ciągnął za sobą, i Radziejowskiego miał, i innych zdrajców niemało. Cała nadzieja była na panu Czarnieckim, chociaż ludzie przebąkiwali, że dobry on był w polu, gdzie trzeba było napaść, urwać, stłuc i zaraz się rzucić gdzie indziej, a nie w murach zamknięty, kędy innej trzeba umiejętności i sztuki. Na mieście znać było popłoch wielki — prawie rozpacz... a motłochu tyle zewsząd napłynęło, że nawet pewnym być nikt nie mógł, aby i tu się zdrajcy nie wcisnęli.
Mieli krakowianie w murach swoich króla, ale ten wielkiego zaufania nie budził, więcej politowania nad sobą, — odbieżany bowiem był i bezsilny...
Rozmyślając nad tem, a przyglądając się, jechał dalej Medard ku zamkowi, gdy w ulicy rozstępujący się szeroko lud oznajmił mu, że ktoś ciągnął, przed kim z drogi trzeba było ustąpić. Cofnęli się więc razem z Gabrykiem ku wrotom kamienicy... i tu stanąwszy, patrzali.
Jechało najprzód konnych kilku ze dworu, ludziom dając znać, aby się mieli na ustęp; potem szło kotcze pana marszałka w cztery konie z niebieskiemi aksamitnemi, srebrem okładanemi chomątami uprzężone, potem dworzan kilkunastu otaczających poszóstną karocę otwartą. Siedział w niej zboku posępnej twarzy, z cudzoziemska wyglądający mężczyzna, jakby zmęczony i zagniewany, w stroju francuskim czy niemieckim, z koronkami przy czarnej sukni aksamitnej, w kapeluszu z piórem czarnem, trzymający w ręku rękawiczki, których snać włożyć nie miał czasu... Był to król; pokłonili mu się wszyscy, ale milczeli, stojąc, i nikt nie okrzyknął... Jan Kazimierz oczyma jakby osowiałemi poglądał po tłumie, i niby widząc, niby nie widząc, kiedy niekiedy rękę do kapelusza przyłożył. Na stopniach karocy z obu stron stało po dwóch karłów, a ztyłu dworzan dwóch się uczepiło... Nie było z nim na siedzeniu nikogo, tylko naprzeciwko w sukni zakonnej — braciszek jezuicki... Za powozem króla jechało jeszcze konnych panów kilkunastu, skromnie ubranych... Cała kalwakata zawróciła się do kolegjum akademickiego, gdzie król, jak mówiono, jechał jeszcze raz z astrologiem sławnym dr. Żebrowskim przyszłość swą badać, bo mu jej on pierwszym razem, narysowawszy i obrachowawszy „nativitatem“, wyjawić nie chciał, co znaczyła.
Namyślał się tedy Pełka, czy zaraz się do dworu przyłączyć i marszałkowi przedstawić, lub w mieście nieco spocząć... a zdawało mu się lepszem niezbyt śpieszyć... i lepiej się rozpatrzeć i rozsłuchać...
Zajechali tedy do znajomej gospody w rynku pod Murzyny.
Na wstępie zaraz nadarzyli się chorążyce Laskowscy, którzy tam już snać przydłuższy czas byli, bo porozdziewani wyszli i w dobrych humorach. Zobaczywszy Medarda, o mało go z kulbaki na rękach nie znieśli.
— Bywajże nam, miły panie sąsiedzie a towarzyszu, coś się tak dziś dzielnie sprawił, że o waści w całym obozie jeden jest głos: — dał im dobrą naukę. Lublinianie górą! wiwat!
I ta wesołość, i to przyjęcie niebardzo ucieszyło Pełkę, ale z dobrego serca musiał je przyjąć. Oddał tedy konia Gabrykowi, który się z nim do szopy ledwie mógł wcisnąć, bo tam już stało całe stado... a sam zaraz z Laskowskimi szedł do wspólnej izby na dole...
Napchana była tak, aż gorąco buchało od ścisku wielkiego, i słychać nic nie było można, tylko jakby war wielki, kiedy woda szumi, przerywany niekiedy głośniejszym śmiechem i krzykiem. Stołów było dosyć i ław przy nich, dokoła i pośrodku, a no, na nich nietylko miejsca upatrzyć nie było można, ale dużo się z drugiej strony po ławach poprzysiadało i poczepiało, a inni i na same stoły powłazili.
Chciał się cofnąć Pełka z pośrodka tego zamętu, wzięli go pod ręce Laskowscy i poprowadzili do kąta, gdzie sami Lublinianie siedzieli znani i nieznani, a pili nazabój. Oprócz Świnarskiego, Żołudka i znajomych, kupa była takich, których Pełka w życiu nie widział... Był jeden Dłuski, choć krewny daleki Pełków, a daleko mieszkający, więc z twarzy niewidziany nigdy, Chrzanowscy i Masłowscy, i siła różnych. Gdy go Laskowscy przyprowadzili, mówiąc że triumfatora wiodą, wszczął się między Lublinianami gwar, i wstali wszyscy, kto z czem miał, zdrowie pić, że honor ziemi ratował. Szerokich dłoni wyciągnęło się ku niemu, ile ich tam było, a on je pokolei ściskał... Posadzili go zaraz między siebie... Pełce byłoby może to pochlebiło, gdyby weselszym mógł być, popatrzywszy niedawno na miasto i na trwogę jego, a przypominając sobie ową ciemną i posępną twarz królewską... na której losy Rzeczypospolitej wyczytać było można.
— Coś mi wasze — zawołał Świnarski — nie wyglądasz teraz na tego zucha, jakim z rana byłeś? cóżeś to połknął?
— Nic mi nie jest, — rzekł Pełka, jako był zawsze szczery i otwarty, i co myślał, tego w sobie zdusić nie umiał — a przyznam się waszmościom miłym panom braciom, że mi widok Krakowa serce zakrwawił. Bodajbyśmy się w nim obronić potrafili Szwedowi... a dalej i w całym kraju, bo go już posiadł...
Siedział też koło Medarda okrągły człek jak bańka, twarz pyzata, postawa wszystka jakby wydęta, ręce jakby na nich skóra popękać miała, oczy jakby mu je nawierzch wysadzało, rumiany i sapiący... Był to też Lublinianin, niejaki Świrski, dobrego bardzo rodu, Rusin, ale z kniaziów... ten się począł na całe gardło śmiać.
— Nie znamy się, mości Pełko, — rzekł — więc przebacz poufałości, starszy jestem, powiem ci jedno, co na całe życie posłużyć może — choćbyś się za radę i pogniewał, bo ci się z nią nieproszony cisnę. Nigdy się ewentem spraw ludzkich do zbytku frasować nie trzeba. Nam się zdaje, że my tem coś pomożemy! Gdzie zaś!... my się zmagamy do potu, a Pan Bóg chlaśnie dłonią i powywraca, gdy zechce, cośmy najdłużej po odrobinie budowali... Więc i teraz, choć bieda to hoc — Rzeczpospolita jak trawa po kośbie odrośnie... a dopustu Bożego nie zmienimy...
Uderzył go lekko po ramieniu.
— My swoje zróbmy, a resztę Bogu zostawmy.
Wtem obejrzał się Pełka: u drugiego stołu Żebrowski, z ręką obwiązaną siedząc, wąsa ponuro kręci. Trącił łokciem Laskowskiego szepcząc mu:
— Ot jeden siedzi...
Żebrowski dopatrzył Pełki łatwo, pofałdowało mu się czoło, coś począł szeptać ze swoimi. Łatwo było wnieść, że, sam nie mogąc dla rany, nasadzał przyjaciół, aby w gospodzie i tumulcie, o który zawsze łatwo, Pełkę porąbali. I on się też tego domyślał, ale Lublinian była sroga kupa i niedobrze ich było zaczepić.
Od stołu do stołu krążyły nowiny naokół, więcej złych niżeli dobrych. Odzywano się już, iż król z Krakowa na Śląsk myślał uchodzić do królowej, że skarby wywożono, że Gustaw sam pod stolicę ciągnął; najbardziej to serce odejmowało, iż nie ufając w zamek i mury, klejnoty koronne zabierano...
Krążyła też gadanina, iż dr. Żebrowski astrolog coś lichego królowi miał przepowiedzieć, a właśnie o tem gwarzono, gdy stary ów ranny Żebrowski powiedział, iż od brata z kolegjum jedzie — i że najlepiej o tem wie.
Astrolog ów był, jak się okazało, rodzonym owego z pod chorągwi Żebrowskiego, co go Pełka rano nauczył młodość szanować. Poczęli tedy wszyscy dopytywać i nalegać — aby im powiedział, ile w tem prawdy i jaka była...
— Krótka to i niedobra rzecz — począł Żebrowski. — Król jegomość dopominał się u brata mego, żeby mu przyszłość przepowiedział, której figurę zrysował doktór, ale mu tak fatalnie wypadło, że za pierwszym razem przed królem, nie chcąc go na duchu osłabiać, złożył się niedostatecznym rachunkiem... i nic mu nie powiedział. Posyłał tedy król ustawicznie, żeby mu eksplikował, aż oto dziś stało się zadość.
Zewsząd się posypały pytania: — A cóż?
Żebrowski ramionami ruszył.
— Niebardzo ja wierzę, żeby człek Pana Boga mógł odgadnąć — krótko odparł żołnierz — jednak powiada pan brat, iż tak mu padło, jakoby król z teraźniejszych zawikłań miał wynijść cało — ale że ani w Polsce, ani królem nie umrze...
Zamilkli wszyscy.
Wtem, gdy się znowu do szklanek zabierali, ode drzwi ktoś, podszedłszy, pana Medarda po ramieniu uderzył. Był to posłany przez wiceregenta towarzysz, który miał sobie zalecone, aby Pełce udanie się na zamek przypomniał. Rad był temu poczęści, bo mu kielichy nie w smak szły, i pożegnawszy swoich, wyrwał się od nich, za posłem śpiesząc, który go miał do pana marszałka Lubomirskiego doprowadzić. Snadź o ludzi niełatwo było dla króla, gdy ich tak tam ciągniono.
Laskowscy go aż do sieni przeprowadzili z wielkiemi okazami przyjaźni, za którymi też i Żebrowski wyciągnął, nie bez przyczyny.
— Słuchaj waść, jak się zowiesz Pełko, — rzekł zdala — pono mi się z pod chorągwi wynosisz, abym cię za moją krew nie karał; ale mi nie ucieczesz — prędzej czy później znajdziemy się i za swoje oddam.
— Bądźże waszmość pewien, — odparł Pełka — że ani mu uchodzić myślę, ani się go obawiam; znajdziecie mnie wpogotowiu na zawołanie.
To rzekłszy, skłonił się Laskowskim, siadł na koń i do zamku jechał.






Gdy się Pełka na zamek dostał, zrazu od Annasza do Kaifasza posyłany, nic dopytać nie mógł. Znać było nieład wielki i samopasność osobliwszą. Każdy się o siebie troszczył... porządku nie było żadnego. Dworzanie się zabawiali kupkami porozdzielani, o królu słychu nie było, coby robił i czy do niego przystęp był wolny. Marszałek też Lubomirski, zajęty więcej niż inni, łatwo przystępnym nie był. Błąkał się tedy Pełka, dopytując długo, najwięcej mu ramionami ruszano, i tem go każdy zbywał, o swojem myśląc.
Mrok już dobry padać poczynał, a jeszcze Gabryk z końmi w podwórzu stał, i Medard do drzwi wszystkich próżno stukał. A było ich tam poddostatkiem, pozamykanych i takich, których nigdy już nie otwierano. Nareszcie zapytał człeka niemłodego, który z psem ogromnym u boku, założywszy ręce na piersiach, przechadzał się samotny.
— Widzę waszmości od godziny błądzącego po zamku, — zagadnął ów z psem — nie możesz, widzę, w tym labiryncie drogi ani opytu znaleźć. Z czemżeście to przybyli?
— Sam z sobą — rzekł Pełka, któremu się już z tej przygody raczej na śmiech zbierało, niż na smutek. — Posłano mnie tu, bym się panu marszałkowi stawił... mam i kartę polecającą; ale ani marszałka, ani człowieka, coby mnie o nim chciał nauczyć, nie mogę dopytać.
Stary ramionami ruszył.
— Snadź, żeś pierwszy raz na dworze, — rzekł — tu inaczej jak przebojem do niczego się nie dociśniesz.
Popatrzał nań z uwagą.
— Do marszałka — dodał — ani chybi, waszmości stręczą do boku króla, bo pono mało jest, coby się z królem jmością po świecie chcieli błąkać?
— Tak ci to jest, — zawołał Pełka — ja też wielkiej ochoty ku temu nie mam, ani się tak bardzo garnę, ani to moja rzecz dworować, ale gdyby ludzi nie stało, jużbym też musiał, aby nie mówili wrogowie, że u nas królowi zabrakło nawet służby... Choć nie wiem, czy strzymam ją... niechbym poznał.
Stary ze psem począł się trochę uśmiechać.
— Dobrze asindziej mówisz... marszałka wam wyszukam i do niego doprowadzę, a co dalej... radź sobie sam... jak cię Pan Bóg natchnie.
Chciał się Pełka pytać, z kim miał honor rozmawiać, gdy mu sam ów przyznał się, że burgrabią zamkowym był niemało czasu, bo jeszcze za Zygmunta III nastał...
Weszli razem na piętro pod kolumny i krużgankami szli długo, aż do izby, przed którą dosyć stało młodzieży i dworzan. W pierwszej ogień się palił na kominie, czekało dosyć różnych... polecił burgrabia pana Pełkę starszemu ze dworu, aby go, nie bawiąc, meldował. Złożyło się tak szczęśliwie, że i sam marszałek wyszedł.
Człek był pańskiej postawy, piękny i spokojnego czoła...
Dowiedziawszy się od burgrabiego o co szło, zaraz kartkę do rąk odebrał i Pełkę z sobą do drugiej komnaty zawezwał. Tu sepetów stało pieczętowanych, jednych na drugich, wielkości różnej moc wielka... Pośrodku stół okryty, na nim papiery i pergaminy, i różny sprzęt, i klejnoty. Świec kilka jarzących słabo obszerną izbę rozjaśniało.
Popatrzył marszałek na Pełkę z uwagą, jakby go do wzrostu i twarzy dobierał.
— Wiecie, — rzekł — panie Pełko, o co idzie, król ma szczerby w swoim dworze, trzeba je zapełnić. On sam zwykł dobierać tych, których ma około swej osoby; więc zaczekajcie, gdy będę do niego wezwany, poprowadzę was z sobą, lub — co lepiej — idźcie na przedpokoje królewskie i tam na mnie czekajcie...
— A macież ochotę być z nami? — dodał Lubomirski.
Pełka chwilę pomyślał — kłamać nie lubił i nie umiał.
— Cóż mam rzec, — odezwał się — kiedy ani dworu, ani pana, ani mojego obowiązku nie znam? Wolałbym żołniersko służyć.
Popatrzał nań marszałek.
— Więc się jaki dzień sam wypróbuj — dodał.
Wyszedłszy z pokłonem, Pełka już się mógł łatwiej królewskich przedpokojów dopytać i poszedł na nie, Gabryka do stajen dworskich odesławszy, aby sobie radę dawał, jak mógł.
Dziwną drużynę znalazł w antykamerze pańskiej. Dwa karły w polskich strojach przy szabelkach siedziały przy małym stoliczku na krzesełkach dla siebie robionych i grały w kości. Małpa na łańcuszku, około której dozór snadź miały, skakała to na plecy jednemu z nich, to na stół między kości. Tuż nad nimi, w wielkiej mosiężnej klatce, krzyczała przeraźliwie papuga. Na dębowych ławach przy ścianie dwóch chłopaków spało, nogi postawiwszy do góry; innych dwóch przechadzało się po izbie. W kącie chrapał starszy mężczyzna po niemiecku ubrany... w drugim ksiądz ze spuszczoną głową, odsunąwszy się od wszystkich, zadumany siedział.
Oprócz karłów i papugi, milczała reszta. Aksamitna zasłona drzwi z tej izby do dalszych gęstemi fałdami oddzielała... Kilka świec w lichtarzach do ściany przybitych ponuro ciemne mury oświecało. Gdy Pełka wszedł, popatrzali nań przytomni tu... ale zmiarkowawszy, iż musiał mieć jakieś prawo wnijść — dali mu pokój. Karły tylko przyszły go obejrzeć dokoła... a rozbudzony w kącie siedzący mężczyzna przetarł oczy i wpatrzywszy się weń, jakby z obowiązku doń przystąpił.
Nie rzekł jednak nic, czekając, żeby go Pełka zagadnął. Popatrzali na siebie długo... Zrozumiał Medard, że powinien był swą przytomność wytłumaczyć.
— Czekam na pana marszałka — rzekł.
Mężczyzna ziewnął, nic nie odpowiedziawszy, i do kąta powrócił.
Wszystko też po dawnemu znowu szło... a Pełka miejsca sobie szukał, gdy karły nagle wściekać się poczęły i bić. Przyskoczyła małpa rozwadzać ich, zrobiła się wrzawa straszna...
Nim z kąta ów śpiący nadbiegł dla uczynienia porządku, zasłona się podniosła, postać w czerni z białą krezą wyszła z pod niej, dwa policzki dały się słyszeć głośne — i ten, co je wymierzył karłom, powrócił za zasłonę.
Jakkolwiek zdawało się Pełce, iż to był sam król, oczom nie chciał wierzyć... a pytać nie było kogo.
Naprzeciw tych drzwi, z których wyszedł ów sprawiedliwość nad karłami domierzający, znajdowały się drugie podobne, zasłoną też zawieszone... Z tych po chwili poczęła wychodzić służba w barwie królewskiej, niosąc na srebrnych półmiskach cukry i owoce, i różne słodycze, drudzy flaszki kryształowe i serwety szyte, tuwalnie, nalewki i misy... Starszy nad nimi z pałeczką w ręku pochodem tym kierował. Wszystko to przeciągnęło przez antykamerę i znikło za drugą zasłoną.
Wszedł nareszcie marszałek, zobaczył Pełkę i dał mu znak ręką, aby nań tu czekał.
— Nie będziesz waść długo stał, upewniam, królowi powiem zaraz, a choć godzina niebardzo po temu, wyjdzie do waszmości lub go wezwie do siebie.
Trzeba więc było mieć cierpliwość — choć Pełka już sobie mówił, że mu tej próby dosyć.
Za marszałkiem zapadła zasłona i długą chwilę przechadzać się znowu musiał Pełka w jedną, gdy dwaj młodzi ichmość chodzili w przeciwną stronę.
Wychylił się dopiero z za zasłony marszałek i skinął nań, aby wszedł.
Podniósłszy zasłonę i uchyliwszy drzwi, znalazł się Pełka w komnacie obszernej, oświeconej masą światła jarzącego przy ścianach i po stołach. W tej pierwszej nie było króla, dwóch panów rozmawiało cicho w kącie. Z postawy i stroju znać było magnatów; nie obejrzeli się nań nawet. Tuż za pierwszą była druga, obszerniejsza, mocniej jeszcze oświecona izba z sufitem złoconym, ale spełzłym, ze ścianami obleczonemi obiciem ciemnem w kwiaty złociste. Drzwi do niej były otwarte, a przez nie widać było towarzystwo liczne panów i pań, rozmawiające dosyć wesoło... W pośród nich stał mężczyzna w czerni, ubrany z hiszpańska... żółtej twarzy, ciemno zarastający, z wąsikiem cienkim na górnej wardze... Ten, spostrzegłszy marszałka, wyszedł zaraz, zdala się z uwagą wpatrując w Pełkę.
Był to król...
Jedną ręką trzymał się za kwaścik od krezy, drugą w bok. Twarz, którą Pełka widział w powozie tak smutną, była już wyjaśniona, ale na niej nic wyczytać nie mogło oko patrzącego, oprócz wielkiego znudzenia — ani troski panowania, ani nadziei dni lepszych. Apatja dziwna oblewała te rysy woskowe — wystygłe... do ziewania stworzone. W oczach tylko było nieco życia, i warga, przypominająca krew rakuską, odstawała z pewną dumą.
— Jak waści mianują? — spytał król zimno.
— Medard Pełka... n. panie...
— Pełka! Pełka! stare imię — odparł Jan Kazimierz. — A masz ochotę zostać przy mojej osobie?
Medard trochę się potrzebował namyślić.
— Jeśli bić się mamy, n. panie, — rzekł — zostanę z chęcią.
Coś jakby rumieniec przebiegło po królewskiej twarzy.
— I ja tego szczęścia wyglądam, mój chłopcze, odezwał się wzdychając — modlę się o nie do N. Marji Panny. Daj nam je Boże obu!
Medard zmilczał.
— Nikogo siłą w służbę do siebie nie zaprzęgam, — dodał król — choć mi dziś ludzi braknie, ale ja kwaśnych twarzy nie lubię, ochocze tylko, ochocze... rozumiesz waść?
— Rozumiem, najjaśniejszy panie, aleć one na rozkazanie się nie stawią... bo co w twarzy ma być, w sercu wprzódy być musi.
— Dobrześ rzekł, „bene dixisti“, — odparł król i począł nań patrzeć ciekawiej coraz. — Idźcie sobie, odpocznijcie.
Wyciągnął rękę do pocałowania, była to łaska wielka jak na pierwszy raz, i Pełka ucałował białą, chłodną dłoń królewską, poczem skierował się ku zasłonie.
Snadź się Lubomirskiemu żal zrobiło niedoświadczonego na dworze, bo zaraz za nim wyszedł i śpiącego w kącie mężczyznę głośniejszą przemową zbudził.
Był to starszy nad dworzany komnaty królewskiej, niejaki Pląskowski, który miał tę jedną wadę, że spać nadto lubił. Zdał mu w kilku słowach Pełkę marszałek i odszedł.
Nocleg na królewskim zamku nie był ciekawy... izba prawda bardzo przestronna, wysoka, nawet z trochą sprzętu ladajakiego, ale w niej z murów opuszczonych wiało chłodem, a po stołach pył leżał kilkoletni... Szczęściem Gabryk, który konie postawił bezpiecznie, szukał Pełki i znalazł, a z nim już było jak w domu.
Gabryk sobie wszędzie radę dać umiał. Natura to była wieśniacza, człowieka od dzieciństwa nawykłego być w walce z chłodem i głodem. Czekając na panicza, poczynił pewne geograficzne odkrycia, orjentując się w stronę kuchen i innych potrzeb żywotnych. Pozawierał był już nawet naprędce znajomości miłe i pożyteczne.
Więc choć komnata wedle wyrażenia Gabryka wyglądała jak psiarnia — potrafił do komina dostać drewek, postarał się o światło i dopilnował, aby należna wieczerza nie minęła jego pana. Zbywszy tych trosk, poszedł po siano do stajen, bo innego posłania trudno mu było żądać i otrzymać, rozesłano dwa kilimki, i nocleg był gotowy.
Obaj, nawykłszy do rannego wstawania, obudzili się ze świtem. Gabryk musiał śpieszyć do koni i wymknął się prędko, bo choć je powierzył stajennym dworskim, niebardzo im ufał...
Pełka jeszcze spoczywał w sianie, gdy się drzwi otworzyły i człek odziany po podróżnemu stanął w progu. Twarzy nie można było rozpoznać o mroku... Medard zawołał:
— Kto tam?
— A przecież żywą duszę znalazłem, — odparł wchodzący — na całym zamku jakby wymarło, ani się dostukać, ani dopytać... śpią... a dzień się robi...
Pełce głos zdawał się znajomy...
— Kto waćpan jesteś? — spytał — czego?
Bliżej podchodząc, poznał — Bernarda, sługę podczaszynej z Herbowa.
— A wy tu co robicie? — krzyknął zdumiony.
— Panicz z Gołczwi, jak mi Bóg miły, a wy?
— Skądżeś się tu wziął?
— Z panią i panienką przybyliśmy!
— Wy? tu? poco?
— Mieliśmy w domu na Szwedów czekać! — zawołał Bernard. — Pani śpieszyć chciała za królową jmością, tuśmy pono już nie zastali jej, dobrzeby choć króla złapać... boć się podczaszyna ratować musi... Król jmość wielki ma dla niej respekt... nie odmówi wziąć nas do swojego orszaku...
Pełka słuchał zdumiony i oniemiały.
— Kiedyżeście przybyli? — zapytał.
— W nocy! I to jeszcze łaska Boża, żeśmy od szwedzkigo tałatajstwa uszli, bo ich po wszystkich gościńcach pełno, a kto się z nimi spotka, życia ani worka nie pewien... Wykradać się musieliśmy lasami i manowcami. Ćma ich zewsząd sunie na Kraków. W podczaszynie ducha nie stało z trwogi... — mówił ciągle Bernard. — Dobiliśmy się pół żywi... ledwie izdebkę znaleźć było można jak pudełko małą... Posłano mnie na zamek...
Medard poruszył się zrazu, zapomniawszy, że jest niewolnikiem, i chciał, się ubrawszy naprędce, biec w pomoc pani podczaszynie i podczaszance. Szczęściem, przyszło mu na myśl, iż król kazał pozostać i że w każdej chwili mógł się spodziewać jakiejś służby, a od rana trzeba było z innymi być na zawołanie... Nie godziło się więc z zamku ruszyć — westchnął biedny.
To dla nas wielka pociecha, — odezwał się Bernard — żeś nam się tu pan trafił, jejmość się wami wysługiwać będzie, a mnie, prawdę rzekłszy, trochę kłopotu z głowy spadnie, bo ja jejmościnym fantazjom nie podołam...
Schwycił się za głowę biedny i wzdychał znowu.
— Ja się wam tu teraz nie na wiele przydam, — począł Pełka, wracając na siano — jestem przy królu, przynajmniej do czasu, zatem w służbie i nie tak swobodny jak w Gołczwi... Na przypadek jednak, gdyby mnie do miasta posłano, lub gdybym wyrwać się zdołał, gdzie was szukać? jak się dom nazywa?
— Otóż to sęk! — zawołał po chwili sługa. — Tak, z twarzy ja ten dom poznam, ale żeby on się jak nazywał — wątpię. Dom lichy żydowski i w kącie... Co lepszego to pozabierali ci co tu się przed nami schronili, a nam już zostało, czego nikt nie chciał.
Dzień wpadał coraz większy oknem, Gabryk powrócił, dając znać, że dworzanie na pokoje szli wkrótce, że czas było i Pełce się stawić...
Już tedy rozedniało zupełnie i zdawało się na piękną tego dnia zanosić pogodę, gdy Medard, przybrany ochędożnie i pięknie, wyszedł na pokoje króla, wczas właśnie, aby się nie opóźnić i nie wyprzedzić drugich, coby mu też za złe mieć mogli, jako pochlebstwo. W antykamerze i drugiej izbie pełno było dworzan, dworu, sług, panów, przybyłej szlachty, mieszczan z prośbami itp. Kilku duchownych także widać było wmieszanych w ten tłum milczący i smutny. Czekano na króla, który o tej godzinie zwykł był iść na wotywę do katedry, u grobu św. Stanisława odprawiającą się uroczyście, z suplikacjami, kazaniem i modlitwami.
Już tego poranku znowu nadeszłe nowiny o zbliżaniu się Szwedów szeptano sobie do uszu, podając pocichu jedni drugim, a na twarzach malowały się wrażenia ich coraz większym smutkiem.
Wtem pośród tłumu dały się słyszeć głosy: Król idzie! król!...
Jakoż zasłona się podniosła, dworzan dwóch, niosących książki nabożne i poduszkę pod kolana, ukazało się we drzwiach, a za nimi Jan Kazimierz otulony płaszczem popielicami podbitym, bo ranek był chłodny, z kapeluszem na głowie...
Nie podniósłszy nawet oczu, przeszedł powoli rozstępującemi się szeregi i skierował ku wyjściu, a za nim co żyło, wedle dostojeństwa i porządku, pociągnęło do kościoła...
W tej chwili wyszła msza święta przed ołtarz, którą celebrował staruszek „in odore sanctitatis“ będący, ulubiony królowi, zaproszony od dominikanów, zwany ojcem Jackiem.
Kazanie, jak zwykle, miał mieć ksiądz kanonik Szymon Starowolski, wymowy wielkiej i surowości a uczoności człowiek, którego też szacowano dla nauki i prawdomówności, bo nikomu nie skąpił jej, a co mu Bóg podał do serca — nie wahał się głośno rzec...
Bardzo w porę tego dnia wziął ksiądz Starowolski asumpt do nauki swej, najwybitniejszej wady narodowej, pychy a buty... którą nieprzyjaciel gnany prawicą Bożą upokorzyć miał właśnie.
Ostatnie jego wyrazy: „Przestań wielkiemi mówić słowy: łamie Bóg pyszałków, padają wielcy, pęka, co nadęte, co się wzdyma, spłaszczy...“ brzmiały jak smutna przyszłości przepowiednia, i z wielu piersi wyrywały się westchnienia. Król głowę spuścił.
Skończyła się wreszcie wotywa i suplikacje, i król wstał, aby wynijść.
Już w progu samym Pełka, za innymi idący, zdziwił się niepomału, widząc jak królowi drogę zastąpiła podczaszyna... wielce strojna i wyświeżona...
Znać była ona na mszy i u wyjścia dobrała sobie stanowisko dla pochwycenia wychodzącego...
Nie wiedział o tem wcale pan Medard, iż dworskie kroniki szeroko pisały, jak podczaszyna przez czas jakiś miłą była wielce niestałemu królowi, jak nad nim przewodziła i chlubiła się jego łaską. Inna jakaś piękność odebrała jej to serce, zresztą z równą łatwością dające się zdobywać i wybijające z chwilowej niewoli — pamięć jednak czułych owych stosunków pozostała, i król zawsze miłem okiem widział podczaszynę...
Była to kobieta lat nie więcej nad trzydzieści kilka, lecz dziwnie świeżo zachowana, tak iż zbyt tylko pełne kształty i bogactwo form, przypominające obrazy Rubensa, które król bardzo lubił, dozwalały się domyślać przejścia trzeciego krzyża...
Maleńka główka z twarzyczką drobną i wdzięczną, ale bez wyrazu, z oczkami żywemi i biegającemi, obracała się ciągle na wsze strony niespokojnie — uśmieszek fałszywy, dowcipny, wiecznie krążył po małych, ale mocno wypukłych usteczkach. Król lubił też w podczaszynie nadewszystko tę jej wesołość, którą zawsze miała na zawołanie, nawet teraz, gdy i świętość miejsca, i położenia uroczystość, i niebezpieczeństwa groza zdawały się wszelką radość czynić niemożliwą.
— Oczom mym wierzyć nie chcę! — zawołał król, już za kościół wyszedłszy — możeż to być, byś waćpani się tu znajdowała w tej chwili, gdy wszyscy stąd uciekają, a lada godzina nadciągną Szwedzi?
— A! najjaśniejszy panie — rzekła z niskim ukłonem podczaszyna, zabierając miejsce obok króla, jakby mu do zamku towarzyszyć miała zamiar — tulę się pod opiekuńcze skrzydła w. k. mości... Uciekłam z domu z mojem jedynem dziecięciem, nie wiedząc, gdzie się podziać...
Król sposępniał — zwrócił się twarzą ku pięknej pani.
— Myślisz waćpani, — spytał — że ja lepiej od niej wiem, dokąd iść?
— Jestże tak źle z naszą Rzeczpospolitą? A! nie! najjaśniejszy panie! mamy siły.
— Które Szwedowi służyć poszły — przerwał Jan Kazimierz.
— To chwilowy obłęd...
— Nie mówmy o tem, — nakazująco dodał król — nic nie pomoże stękać. Jakże zdrowie?
— Po takiej drodze, najjaśniejszy panie, — poczęła podczaszyna... — nocami, manowcami, w strachu... w niewygodach...
— A jednak mi asińdźka ślicznie wyglądasz, gdyby róża! — dodał król, z galanterją się w nią wpatrując i uśmiechając, co mu wcale wdzięku nie dodawało. — Pomijam, czego waćpani doznała i czy się jej na co przyda, żeś się tu dostała... lecz dla mnie przyniosłaś pociechę pożądaną — choć oczom! — rzekł zcicha...
Widać, że panowie senatorowie i dwór cały dobrze znać musieli humor i obyczaj królewski i wiedzieli, iż nierad był, aby się jego rozmowie zbliska przysłuchiwano, odstąpili bowiem nieco i szli w pewnej odległości za nim ku zamkowi. Rozmowa była ożywiona, i kilka razy głośniejszy śmiech wywołał surowe wejrzenia i zmarszczki na czoło panów, idących za królem.
Widok to był i dla Pełki zdumiewający, jak wogóle wszystko, co od dnia wczorajszego oglądał. Miasto sposobiło się do rozpaczliwej obrony, kraj był najechany, król wieczorem na zamku dosyć się jednak w towarzystwie dam ochoczo zabawiał...
Podczaszyna poszła tak z królem jmością aż na zamek i zaproszona snadź, znalazła się razem z kilku innemi paniami, już tu na króla oczekującemi, na pokojach.
Jan Kazimierz tymczasem posłuchanie dawał przybyłym z różnych stron szlachcie i senatorom... niosącym żale, skargi i doniesienia. Nadbiegł z Warszawy goniec jeden, który przywiózł wiadomości o wywiezionych stamtąd działach i prochach, o powyrywanych na zamku posadzkach, o pozamykanych kościołach, o zniszczeniu i kontrybucjach, jakie Szwedzi nielitościwie wybierali, o znęcaniu się Radziejowskiego nad dawnymi nieprzyjaciółmi swymi, i dumie a odgróżkach, z jakiemi się nosił...
Pod koniec tego posłuchania wystąpiła gromada panów, mieszczan ze Stradomia, Kazimierza, Piasków, Wesołej z lamentem wielkim, z poklękiwaniem i łzami niemal skarżąc się, że im pan Czarniecki wszystkim wynosić się kazał i że chodziły wieści, jakoby domostwa ich palić miano....
Tu łzy, modły, jęki tak były serce rozdzierające, a rozpacz biednych ludzi tak dotknęła króla, że ręce załamawszy, pobladł i z oczu puściły mu się dwie nadaremne łzy... Nie miał słów na ich pocieszenie.
— Wracajcie spokojni, — rzekł do nich — uczynię, co w mocy mej jest, aby ocalić wasze domy... ale czy wy je od nieprzyjaciela uchronić i w nich pozostać będziecie mogli? Rozmówię się z panem oboźnym.
I co prędzej pożegnawszy ich, król cofnął się do swych komnat, gdzie na niego podczaszyna i wiele innych pań oczekiwały, ale długo musiał milczący się przechadzać, zanim do siebie przyszedł i znowu uśmiechać się począł.
Pełka osamotniony był zrazu, — reszta pańskiego dworu cale się doń zbliżać nie myślała. Próbował on z kilku rówieśnikami zawiązać jakąś rozmowę i zabrać znajomość, ale mu się ci, co dawniej na dworze byli, stawili chłodno, a że hardy był — nabijać się znowu nikomu nie chciał.
Dopiero ku południowi dostrzegłszy tak, jak on, pojedynkiem chodzącego młodego, z rycerską miną człowieka, którego inni omijali, zbliżył się ku niemu.
— Niech to waszmości nie obraża, że mu się sam narzucam — rzekł z ukłonem. — Obcy tu jestem, dopiero od wczora, a widzę, że pono i wy niewielu tu znajomych macie.
— Nikogo — odparł młody człowiek, kręcąc wąsa, z dosyć uprzejmym, choć przymuszonym uśmiechem. — I jam tu dopiero drugi dzień, a no, nie wiem, czy wytrwam.
— Ja też podobny mam sentyment, — rzekł Pełka — a że równość położenia łączy i zbliża, ośmielam się waszmości przedstawić: Medard z Gołczwi Pełka, z Lubelskiego, do usług.
— A jam Wacław Róża Rożański — odpowiedział, rękę podając, młodzieniec, któremu się twarz wyjaśniać poczęła. — Swatają mi dwór...
— Mnie też, lecz bodaj czy do chorągwi nie wrócę... To życie nie dla mnie — mówił Pełka — i nie dla żołnierza, jakim chcę być.
— Zupełnie się w tem zgadzamy, — począł Rożański — kwaśno mi tu... ciasno i duszno. Mam winny respekt dla króla jegomości, którego łaską zawsze się moja rodzina zaszczycała, przecie wolałbym go bronić w polu, niż strzec na pokojach...
Po tych pierwszych słowach przypadli sobie do serca obaj. Poszli więc razem w kąt, aby sobie swe dzieje opowiadać, a że młodym łatwo się z sobą zrozumieć zawsze i obaj też potrzebowali zrzucić z serca, co im ciężyło, zawiązała się przyjaźń wielka we dwie godziny, tak że sobie ręce dali nawet służyć razem i być druhami w każdym złym i dobrym razie. Miał to sobie za wyraźną opatrzność Bożą pan Medard, iż na tej pustyni dworskiej żywą duszę wynalazł. Poweseleli obaj... i już sobie cichy kąt obrawszy, nie nudzili się wcale.
Wacek Róża, bo go tak pospolicie nazywano, synem był rodziców znacznego mienia i imienia z Krakowskiego... Ojciec i dziad więcej dworsko niż rycersko sługiwali; syn się w ich naturę nie wdał i na żołnierza czuł stworzonym, a rodzice go chcieli zaprząc mimowoli w złocone chomąto, jak powiadał.
Nie był Wacek tak piękny jak Pełka, którego uroda oczy ściągała, przecież męsko wyglądał, silnie i wyrazem twarzy szlachetnym ujmował... Znał on tu wszystkich lepiej, niż jego znano, bo się od swoich wiele o dworze nasłuchał i ludzie mu obcy nie byli.
Po jednemu więc mianował Pełce dworzan i panów i ktokolwiek wszedł, o każdym coś mając do opowiedzenia takiego, poczem zaraz całego człowieka poznać już było łacno. Ostry miał trochę język i nie poszanował nikogo. Śmiali się więc, a czas przechodził.
Pełce wiele o to szło, do czego się i przyjacielowi nowemu przyznał, żeby wychodzącą podczaszynę mógł spotkać i przywitać. Odebrał od niego zapewnienie, iż innego wejścia nie było, tylko to jedno, a więc go okazja minąć nie mogła.
Dziwił się, iż mogła, córkę z ochmistrzynią zostawiwszy, tak długo na zamku gościć — przecież po dobrem czekaniu ukazała się we drzwiach piękna pani i Pełka do niej poskoczył zaraz...
Niełatwo mu jej było dostąpić, bo ze dworu snadź mnóstwo osób ją znało i były z nią w ścisłych stosunkach, tak ją zaraz w antykamerze obstąpiono...
Zobaczyła jednak za innymi Pełkę, do którego miała trochę słabości, i zaśmiała mu się.
— A więc powinszować waszmości, — rzekła — bo snadź przy królu zostaniecie.
— Nie wiem — odparł Pełka.
— Chcecie, bym królowi jmości słowo za wami powiedziała? — spytała piękna pani — tem milej mi będzie za wami przemówić, że i ja pono za dworem pańskim pociągnę, tobym przecie z waćpana miała też czasem dobrego dworzanina...
— Najpowinniejsze dzięki składam pani, lecz bodaj czy dwór dla mnie, a ja do niego stworzony... wolałbym za nieprzyjacielem harcować, niż od niego uchodzić. Niech pani łaskę swą zachowa mi na późniejsze czasy...
Z podziwieniem i niedowierzaniem popatrzała nań piękna pani, zdumiała się tak, iż odpowiedzieć nie potrafiła...
— Wola wasza, — odezwała się po chwilce z pewną dumą, bo nie pojmowała, aby prośba jej odrzucona być mogła — co komu do smaku...
Medard zmilczał... Jemu samemu kosztowało wyrzeczenie się miłej nadziei towarzyszenia pięknej Jadwisi, lecz dla niej poświęcić sławę i zawód rycerski? tegoby ona pewnie nawet nie wymagała od niego...
Podczaszyna ruszyła się ku drzwiom, przeprowadzona w wielkiej komitywie, do której i Pełka należał...
Prawie w tej samej chwili, gdy jej drzwi otwierano, z drugiej strony ich ukazała się postać, na którą zwróciły się oczy wszystkich, a szczególniej Medarda. Wśród tego dworu pełnego elegancji, powagi, wypieszczonych pańskich twarzy, białych rąk, szykownych postaci, uczonych chodów, nadchodzący wydawał się jakby zjawiskiem z innego świata. Nie wiedząc, kto był, domyślał się Pełka, iż niemałej wagi osobą być musiał, bo mu się wszystko ustępowało, i choć nie wszyscy patrzeli nań życzliwie, każdy nań spoglądał z pewną czcią i niemal obawą.
Coś było w nim, co go tu od wszystkich odznaczało... żołnierska postawa, rubaszny ruch, energiczny wyraz, niehamowany niczem śmiały wzrok... Na twarzy, której głęboką w policzku bliznę, bardzo znaczną, źle zarost brody okrywał, malowało się nieustraszone, ufne w sobie męstwo, w oczach było życie niespokojne i bystre pojęcie, w ustach nieco dumy i szyderstwa...
Krzepki, zbudowany szeroko, z nogami od kulbaki nieco powyginanemi, ruszał się trochę niezręcznie, jakby mu bez konia źle po ziemi chodzić było...
Strój jego był bardzo prosty i wcale ani bogactwa, ani dostojeństwa nie oznajmował.
Ta niepańska wcale postać szła wszakże na pokoje królewskie z taką śmiałością i pewnością siebie, jakby tu rozkazywać miała. Było coś w niej dziwnego, niezwyczajnego, prawie groźnego.
Żołnierz ten, który co najwięcej na rotmistrza od kwarcianych wyglądał, tak się wydał jakoś Pełce dziwnym, iż trąciwszy Rożańskiego, co najpilniej go pytać zaczął, ktoby to być mógł...
— Na Boga, a toć Trzepaczka! Czarniecki! a waćpan nie znasz tego człowieka, który tu jeden jest, co kraj zbawić może...
Domawiał tych słów, gdy się zasłony drzwi podniosły i naprzeciw panu Czarnieckiemu wychodzący pokazał się król sam, który doń bardzo łaskawie rękę wyciągnął. Do kolan mu się schylił stary żołnierz i weszli razem na pokoje, a podwoje się za nimi zamknęły.
Dlaczego się Pełce ten człowiek podobał tak, że z pierwszego wejrzenia doń przystał i powiedział sobie w duchu: — Z nim służyć a pod nim szczęściemby było, — tego on sobie sam wytłumaczyć nie umiał.
— A co waćpan o nim trzymasz? — zapytał Rożańskiego.
— Myślę, że i w tem się zgodzimy, jakeśmy w innych rzeczach się zrozumieli — rzekł Wacek. — Niema u nas wodza, tylko on jeden; jeśli on nie ocali, to nikt. Statystą nie jest, politykiem może też niewielkim — lecz żołnierzem, jakich mało.
Gdy drudzy się zamyślają, on idzie i rąbie... Inni za sobą obozy wiodą i fury, i sprzęty, ten na wojłoku się wysypia z kulbaką pod głową, chleb żołnierski je... i pieszczonego życia nie kosztował.
— Znać to po nim; — odparł Pełka — ledwiem go zobaczył, poczułem, kim jest...
Rozmawiali tak długo, spoglądając ku drzwiom, ażali prędko wynijdzie, gdy po półgodzinnem oczekiwaniu podniosła się zasłona i wyszedł przodem król, a za nim pan Czarniecki... Zatoczył wzrokiem Jan Kazimierz po izbie, jakgdyby kogo szukał, najrzał Pełkę i skinął. Dziwnie mu się poszczęściło...
— Jedziesz waćpan za panem oboźnym, — odezwał się król do niego — abyś mi papiery przywiózł... na które czekam... bo mi pilnie...
Czarniecki skłonił się do ręki królewskiej i posunął ku drzwiom... Pełka skinieniem głowy pożegnał Rożańskiego i za Czarnieckim pośpieszył.
Gabryk miał to polecenie od rana, aby i on sam na wszelki wypadek, i koń osiodłany był wpogotowiu... Za drzwi wyszedłszy, obejrzał się pan oboźny na dodanego mu dworzanina i zmierzył go okiem, które się zaśmiało...
— Jak się waść zowiesz?
— Pełka, panie hetmanie! — odparł chłopak zarumieniony.
— Cóżeś mnie waszmość uczynił hetmanem? — śmiejąc się, rzekł oboźny — wiesz, że nim nie jestem.
— Aleś nim być powinien! — żywo odpowiedział Pełka.
Czarniecki uderzył go po ramieniu.
— A waść w pierwszem polu? nieprawda? z jakiej chorągwi?
— Myszkowskiego...
Skrzywił się nieco pan oboźny...
Wśród tej rozmowy na dole Pełka najrzał swojego Gabryka i skinął. Kopnął się chłopak po Sułtana, któremu tylko munsztuk trzeba było narzucić i popręgi poprzyciągać... Nim powoli po krużgankach i schodach zeszli na dół i nim pan Czarniecki swojego bułanego dosiadł, którego mu trzymali ludzie, Gabryk Sułtana przyprowadził... Koń się podobał oboźnemu.
— I żołnierz, i rumak — odezwał się — do pary; winszuję waszmości konia, bo na wojnie od niego życie zawisło...
Jechał tedy Pełka za nim w miasto, gdzie Czarniecki kwaterą stał w klasztorze.
Nie znać tu było mieszkania człowieka, co z hetmanami stał narówni władzą, a od hetmanów wyżej znaczeniem. Para izb składała mieszkanie całe.
W jednej z nich pisarze nad stołem uwijali się z robotą, w drugiej było twarde łóżko Czarnieckiego, który od niewygód odwykać nie chciał...
Pełka zatrzymał się wśród kancelarji, gdzie rozkazy ekspedjowano — lecz nie zatrzymywano go tu długo, bo wszystko musiało piorunem iść u wodza, który sam jak piorun padał na nieprzyjaciela i jak piorun się z szykami swemi, zapory nie znając, obracał. Ledwie się Medard rozpatrywać począł, już mu listy do rąk wetknięto.
— A wolno mi słowo rzec? — spytał Pełka.
— Dlaczegóż nie? mów waćpan, co masz na sercu...
— Chciałbym pod waszemi służyć rozkazami — kłaniając się, przemówił Pełka.
Uśmiechnął się oboźny.
— A jabym pragnął mieć jak najwięcej takich żołnierzy jak waćpan — rzekł Czarniecki — ale się waćpan uwolnij od króla, a potem... nie frasuj, miejsce zawsze się znajdzie u mnie.
Z tą dobrą odprawiony nadzieją wyrwał się z klasztoru Pełka i miał biec prosto do zamku, pomnąc na to, iż król tam nań oczekiwał — gdy słabość ludzka zachwiała nim... Jadwisia z podczaszyną były w mieście... zobaczyć ją choćby tylko przez okno... powiedzieć dwa słowa!
Na tę myśl zawrzał Medard. Gdzież jej szukać?
Bernard mu nic więcej nie umiał powiedzieć nad to, że gdzieś w małej uliczce mieszkały... Spóźnić się, czas tracąc na szukaniu — nie żołnierska była rzecz... a król też porywczym był często i niecierpliwym... Pełka, w układy wchodząc z sumieniem, tyle na niem wymóc potrafił, że mu dozwoliło jak najciaśniejszemi uliczkami powracać na zamek... Rachował na to szczęście, które czasem zakochanym służy... Schylony na szyi Sułtana, poglądał we wszystkie okna... Pełno w nich było żydostwa i różnego narodu około handlu snującego się i usiłującego wyszukać przytułek.
Już coraz zamku był bliżej, gdy najrzał dworek dosyć lichy na uboczu, a przed nim stojącą kolasę i dworzan kilku — i rozmawiającego z nimi Bernarda. Serce mu uderzyło mocniej, konia spiął i w dwóch skokach był u ganku. Dworek szczupły, biedny, w którymby w innej porze podczaszyna ludzi swych pomieścić nie chciała, mógłże mieścić skarb jego najdroższy?
— Panie Bernardzie, — zawołał — cóżto? przenieśliście się tu z waszej gospody od Żydów?
— A tak... musieliśmy! najęto nam tę dominę całą, i to ledwie z wielką biedą, że się aż magistrat w to wdał, za wolą króla jmości... Pełno wszędzie... dobrze, że i ten dach mamy...
— I macie gości? — spytał Pełka ciekawy.
Bernard ruszył ramionami nieznacznie i uśmiechnął się, dając mu do zrozumienia, że niebardzo mówić mógł:
— Pan wojewoda sieradzki — rzekł poważnie.
Pełka walczył z sobą, czy wstąpić miał, czy nie... czy mu się godziło z konia zsiąść i wnijść pozdrowić podczaszynę. Mała okoliczność zawyrokowała o jego postanowieniu: jeden z czeladzi horbowskiej, nawykły nieraz Sułtana trzymać, gdy Medard do jego pani przyjeżdżał i zawsze orta za to dostawać, nadbiegł z za węgła i pochwycił nieproszony Sułtana za uzdeczkę. Pełka wziął to za wyrok przeznaczenia i zsiadł... Szybkim krokiem wszedł do małej izdebki, jako tako przybranej w tureckie kobierce i makaty...
Na jednej ławie pokrytej siedziała piękna podczaszyna z córką, naprzeciw nich mężczyzna dobrze niemłody, ale wymuskany i wystrojony jak na wesele. Wszystko w nim zdradziło podstarzałego zalotnika, który się chciał podobać...
Pełka, stanąwszy w progu, wlepił oczy w Jadwisię, która go spostrzegła pierwsza i mocno się zarumieniła...
Odwrócił oczy wojewoda, a nareszcie i podczaszyna, która, nie podnosząc się nawet, ręką skinęła Pełce na powitanie...
— Chciałem choć na chwilę mieć szczęście powitać panią i zobaczyć... jak panie się tu pomieścić potrafiły.
— Panie wojewodo, — odezwała się, nie odpowiadając, podczaszyna — przedstawiam panu sąsiada naszego, pana Pełkę...
Wojewoda głową skinął tylko. Jadwisia spuszczone miała oczy. Pani domu mówiła dalej:
— Widzisz waćpan, żeśmy się bardzo licho pomieścić ledwie zdołały... nie do wytrzymania... okropnie. Nigdzie kąta znaleźć nie można... Wstyd mi tu pana wojewodę przyjmować.
— Pani, — przerwał Przerębski — gdziebymkolwiek miał szczęście ją znaleźć wszędzie mi się każda chata wyda pałacem.
Zdziwiony Pełka spostrzegł, że po tych wyrazach, zamiast na podczaszynę, spojrzał stary na Jadwisię z takim wyrazem uwielbienia, iż się Medardowi na śmiech prawie zebrało.
— Wracasz waćpan pewnie na zamek? — zapytała gospodyni Medarda.
— Tak jest, muszę natychmiast — rzekł — i czekam tylko, czy mi pani czego nie rozkaże...
Popatrzała nań trochę łaskawiej.
— Cóż król jmość porabia? — spytała.
— Niebardzo wiem, — odezwał się Pełka — to tylko, że radzi niemal cały dzień i że na doradcach mu nie zbywa...
Stał jeszcze Pełka, chcąc wejrzenie wyżebrać u Jadwisi — przelotnie błysnęła mu oczkiem figlarnem dziewczyna, dając do zrozumienia, że się zdradzać nie powinni. Pełka skłonił się i ruszył, ale mu w sercu było jakoś tęskno i smutno. Bernard stał ciągle w ganku. Gdy przyszło siadać na konia, podstąpił ku niemu i, wsparłszy rękę na siodle, począł z nim iść, przeprowadzając zwolna ku zamkowi.
— Cóż ten wojewoda u was robi? — spytał Medard.
— Albo to my słudzy odgadnąć możemy panów! śmiejąc się, począł Bernard — to jakiś stary znajomy naszej pani, nie powiem, że amant, bo tego nie wiem, ale się boję, by co gorszego nie było na myśli.
— Cóż? co? — począł nalegać Pełka.
— A! łaskawy panie — rzekł, wzdychając, Bernard. — Bóg widzi, że ja tę moją panią, ze wszystkiem jak jest, kocham i szanuję... ale więcej jeszcze dziecko nasze... Jejmość pono radaby się jej z domu zbyć, aby przy niej się źle nie wydawała... a oto gotowy konkurent.
Pełka wykrzyknął ze zgrozy.
— Co pleciesz! człowiek ten mógłby być jej ojcem...
Bernard parsknął pół śmiechem, pół oburzeniem.
— A co to ma do tego! — odparł — ale bogaty pan, okrutnie bogaty... garściami diamenty po kieszeniach nosi... beczkami u niego złoto stoi... to grunt.
— Jadwisia nigdy się na to nie zgodzi.
— A! to dziecko! dziecko! — mówił Bernard, — matka kobieta wytrawna...
Dużo czasu straciwszy, wzburzony i zgryziony Pełka poparł Sułtana i pobiegł już co najprędzej na Wawel... Na konia Gabryk czekał, pośpieszył więc z papierami do króla...
Powiedziano mu, że był w kancelarji i że tam mu iść kazano.
Cisza panowała w komnacie, wśród której kilka stołów było, a przy każdym po dwóch i trzech młodych skrybentów, którymi podstarzały mężczyzna w sukni duchownej dowodził.
W tej chwili czytano królowi jmości list z jego rozkazu napisany do cesarza, a drugi już z papierem czekał, mając mu inny do króla hiszpańskiego wystosowany przeczytać. Na innych stołach gotowały się niemniej ważne i niemniej bezskuteczne odezwy do króla francuskiego, do ojca św. papieża, a nawet do tureckiego sułtana...
Spostrzegłszy król przybyłego Pełkę u progu, ręką mu dał znak, aby, nie przerywając, czekał. Stanął więc posłuszny i mimowoli wsłuchiwać się musiał w starannie ułożone listy owe z kondolencjami i prośbami o posiłki. Król tak niemi był zajęty mocno, iż o papierach od pana Czarnieckiego zdawał się całkiem zapominać.
Musiało to długo trwać, gdy pan Czarniecki, który był na miasto powrócił i papiery wyprawił — snadź nowych gońców i języka dostawszy, zjawił się znowu na zamku.
Król, który się musiał domyśleć, z czem przychodzi i czego po nim miał żądać, chmurno go przyjął i niechętnie. Zrazu, jakby mówić natychmiast chciał, lecz rozmyśliwszy się, listu wprzód czytanie kończyć kazał... Oboźny stał, zakąsając wargi...
Dokończono czytania, odstąpił pisarek, zbliżył się pan oboźny.
— Widzisz waszmość, — odezwał się król — że ja też bez wytchnienia pracuję — poruszam Europę całą na ratunek kraju...
Dziwnym wyrazem oblekła się twarz żołnierza, słuchając tęskliwego głosu królewskiego. Zdawało się, że walczył z sobą, czy miał powiedzieć to, co myślał, lub zmilczeć... Nie, przemógł się wkońcu i schylił do kolan, odzywając półgłosem:
— Najjaśniejszy panie, jam nie statysta, żołnierz jestem, to tylko rozumiem, co szablą zrobić można... Wasza to rzecz i konsyljarzów Rzeczypospolitej papierem i słowy zastawiać się, moja — z orężem... Lecz jakem ci mówił, najjaśniejszy panie, jako inni ze mną powtarzali i błagali — zostaw nam obronę stolicy... a sam uchodź... jedź... odetchnij lżej. Ciężej nam będzie bronić dwojga i dwoje postradać, stolicę i króla... Obronę miasta włóż, najjaśniejszy panie, na barki nasze — prosimy cię — jedź! uchodź!...
— Nie mogę, — odparł król z wielką powagą i majestatem, i w tej chwili urósł, gdy to mówił, oczy mu zajaśniały, stał się cale innym i do siebie niepodobnym. — Królem jestem rycerskiego kraju i żołnierzem, i urodzonym wodzem... nie chcę i nie mogę z placu uchodzić. Ani tego po mnie żądajcie, ani mnie o to molestujcie, próżne będą prośby — tum jest, tu mnie obowiązek przykuwa, tu zostanę.
— Najjaśniejszy panie, — rzekł Czarniecki — nie Kraków ocalić, ale Rzeczpospolitą, której jesteś wyobrazicielem żywym... głową i panem — masz święty obowiązek w sobie, ratujesz kraj... Prosimy cię.
— Nie z siebie to biorę, z czem przyszedłem, — dodał — wszyscy cię o to modlą. Ma ci być obrona skuteczną, swobodną być musi; gdy się co chwila o was, najjaśniejszy panie, trwożyć będziemy, ani stolicy, ani ciebie nie obronimy...
— Nigdy to nie może być — oparł się, ożywiając coraz, król — wybijcie to sobie i drugim z głowy. Nie uczynię tego ani na prośby wasze, ani na niczyje... Chcecie mnie sromotą okryć? ja tego nie zniosę. Zginąć potrafię...
Widząc Czarnieckiego smutnym, król rękę wyciągnął i dodał głosem miększym:
— Za złe mi tego nie miejcie, królemeście mnie uczynili, lecz człowiekiem być nie przestałem...
Nie mówiąc słowa więcej, oboźny wyszedł...
Jeszcze pełen wzruszenia tego król pociągnął za nim oczyma ku drzwiom i, dostrzegłszy dopiero stojącego Pełkę, który rozmowy był mimowolnym świadkiem, niecierpliwie ku niemu po papiery rękę wyciągnął, wskazując mu w milczeniu, ażeby odszedł.






Z rana tłok na posłuchaniu większy był niż dni innych. Król wyszedł złamany i milczący — litość obudzał we wszystkich... na pytania odpowiadał półsłowy, przyzwalał na wszystko... pocieszał — ale widać było z niego, iż sam on najwięcej potrzebował pociechy...
Obiad jadł wcześniej i tuż rozeszła się wieść, że król na Bielany miał jechać, jakoby dla nabożeństwa, dla obejrzenia eremu i kościoła... Konie stały już przygotowane... Wszyscy niemal świeccy senatorowie towarzyszyli królowi, dworu część znaczna i młodzieży rycerskiej poczet liczny już dla powagi, już dla bezpieczeństwa osoby pańskiej.
Rożański i Pełka przyłączyli się dobrowolnie do orszaku, nikt im tego nie bronił.
Gdy się z zamku ruszono, dziwny widok uderzył ich u wjazdu na przedmieściu. Tu już, jakby nie przed wojną, ale po niej, stało wszystko pustkami, z domostw nawet okna i błony powyjmowano. Kamienice większe otworem stały jakby zrabowane, beze drzwi — od nikogo nie strzeżone... We wnętrzach ściany nagie świeciły... Gdzie niegdzie spóźniona ludzi kupka wywlekała z ubogich domostw reszty sprzętów, z płaczem je wywożąc ku murom. Porozrywane płoty, poryte ogrody, zburzenie ogólne smutkiem i litością napełniało.
Ludzie, których spotykali, szli pogrążeni w sobie, nie widząc nic, przeklinali na głos i płakali.
Mrok już padał, gdy u wrót orszak wśród lasu stanął, a księża ze śpiewem wyszli naprzeciw króla, niosąc krzyż i święconą wodę.
Chociaż noc już była zapadła — jakby w oczekiwaniu czegoś, nikt na Bielanach do snu się nie zbierał, cały dwór był na nogach... sam król po długiej modlitwie w kościele, z salki, którą zajmował na górze, w budynku dla gości wystawionym, wychodził ustawicznie na galerję otwartą i w stronę ku Krakowu poglądał, ręce łamiąc.
Smutniejszym go uważano niż kiedykolwiek, a otaczający, przeciw zwyczajowi, ani doń mówić ani go rozrywać nie śmieli. Wieczór, a raczej noc była spokojna, obłoki tylko ciężkie wisiały nieporuszone, osłaniając niebo całe... Wśród ciszy słychać było zdala dzwony Krakowa... Otoczony kilku poufalszymi, Kazimierz stał jakby nieruchomy na otwartej galerji... modlił się pocichu. Dołem rozłożonym obozem leżał dwór, nie mogący się w klasztorze pomieścić...
Nagle w stronie od Krakowa zarumieniły się obłoki, zrazu maluczko... potem coraz gorętszą i krwawą łuną. I podniosły się kłęby czerwonych dymów, unosząc w górę iskry i szum powstał dziwny, a drzewa się poruszać zaczęły i las szeleścić, jakby dreszcze po nim przebiegły...
Zwolna od łuny tej, wzmagającej się co chwila, blaski poczęły padać już na mury klasztorne, na las otaczający, na obozowisko królewskie... I widzieli od dołu stojący Kazimierza, który ręce załamawszy, głowę na nich położył, a pokląkłszy tak, płakał...
Widok ten przerażający wszystkim łzy dobył z powiek.
— Kraków się pali! — Kraków się pali! — poczęto szemrać...
Niektórzy ruszyli się biec jakby na ratunek, ale starszyzna wstrzymała.
— Przedmieścia pali Czarniecki... rzekł ktoś — niema tam poco iść...
Tymczasem płomień, coraz ogromniejąc, wzbijał się do góry, i okolica, krwawą tą łuną oblana, strasznie się przedstawia, jakby pożar ten szedł, zbliżał się i cały świat miał zniszczyć i ogarnąć...
Wpośród groźnego milczenia rosnący ów ogień przerażał... ucho zdawało się chwytać dalekie jęki i płacz — chociaż nic słychać nie było... tylko szum drzew i dziki wiatr pożarny zgorzelizny wonie niosący daleko...
Co żyło w klasztorze wyszło, a patrzało na to widowisko zgrozy pełne i żałości... Niekiedy zdawało się ognisko owo olbrzymie przygasać i ciemniały obłoki, to znów skoczyły w górę z okalających się budowli płomienie i skry wysoko i zalały krwią niebiosa...
Pełka i Rożański patrzali, stojąc razem, na obrywie góry... milczeli, bo nie było słów, któremiby się smutek duszy mógł wypowiedzieć.
Obaj jedną myśl mieli, uwolnić się i dzielić niebezpieczeństwa tych, co się bić chcieli, nie tych, co musieli uchodzić...
Nie godziło się króla opuszczać samowolnie, a nie było już tajemnicą dla nikogo, iż uchodził na Śląsk do Głogowa, gdzie już była królowa. Nie dalej pono jak nazajutrz w podróż się miano puścić... Obóz pozostał w gotowości, wozy stały pod strażą — trzeba więc było szukać środków uwolnienia się stąd, gdyż z drogi trudniej lub całkiemby się stało niepodobnem.
Marszałek Lubomirski był z królem. Pełka, jak zawsze żywy i nie lubiący czekać, postanowił choćby tegoż wieczora, korzystając z pierwszej zręczności, aby się do niego zgłosić i uwolnienie pozyskać. Rożański był tejże myśli.
Weszli więc do foresterjum szukać Lubomirskiego. Król ciągle jeszcze na galerji w myślach i modlitwie, patrząc na tę łunę, siedział, nie mogąc przemówić słowa. Stali obok milczący panowie, nie mogąc nic znaleźć na pociechę.
Zamknięto lud w murach, a wysłani z żagwiami i pochodniami ciurowie podpalali, gdzie jeszcze co sterczało, aby Szwed nie miał schronienia i ukrycia... Nad tą stratą boleli wszyscy, ale i tę ofiarę do innych dodać było potrzeba, ażeby Szwedom okazać, iż się bronić im rozpaczliwie zamierzano.
Kto nie chciał znosić oblężenia i obawiał się zamkniętym zostać, wystawiając się na losy wojny niepewne, uchodził co najprędzej, dowiedziawszy się, iż król już był na Bielanach, skąd w dalszą udać się miał drogę.
Przybycie reszty służby i wozów od Krakowa wywabiło Lubomirskiego na chwilę dla rozwiedzenia się o losie ludzi i koni, jeszcze w stolicy pozostawionych.
Pełka odchodzącego marszałka zagadnął, prosząc o słowo.
— Czego waszmość chcesz? — spytał marszałek.
— Chciałbym się bić i być czynnym, — odezwał się Pełka — zatem do Krakowa do pana Czarnieckiego powrócić.
— A króla opuścić? — podchwycił Lubomirski.
— Panie marszałku, — odezwał się Pełka — jest dosyć służby przy panu, a za mało nas w wojsku... tam miejsce nasze...
— Ja z tą samą prośbą przychodzę — dodał Rożański z pokłonem.
Marszałek obu wzrokiem zmierzył.
— Czekajcie, — rzekł — trzeba, ażeby król o tem wiedział, niech on rozsądzi, ja się nie sprzeciwiam, a młodzieńczą ochotę waszą dobrze rozumiem.
To mówiąc, na galerję wszedł, rad może, iż króla rozerwie. Wkrótce też obu zawezwano do środka... Kazimierz patrzył na nich osłupiałym wzrokiem, który pożar ten jeszcze oślepiał...
— Chcecie waszmość do Krakowa, — rzekł — nie sprzeciwiam się, z Panem Bogiem... Bijcie się mężnie choć wy, gdy mnie ani się tam bić, ani ginąć nie dano... Niech Bóg waszmościów błogosławi. W innym czasie zatrzymałbym chętnie tak dzielnych młodzieńców przy sobie... dziś mi nie dozwala sumienie...
Poszli obaj tedy do ucałowania ręki królewskiej, a choć Pełka nie miał czasu ani sposobności przywiązać się do Jana Kazimierza, żal mu było słabego i biednego króla, skazanego na bezsilne przypatrywanie się największej niedoli, jaka kraj spotkać mogła. W tej chwili obudzał on szczere współczucie...
Znalazłszy się poza klasztorem w taborze, w którym Gabryk stał z końmi, Pełka i Rożański odzyskali trochę humoru. Obaj ani chwili czekać tu dłużej nie chcieli. Konie były popasły... noc od pożaru jeszcze jasna była, postanowili jechać natychmiast. Wyszukawszy w obozie ludzi, siedli na konie i spoglądając na klasztor, na którego galerji król stał znowu z różańcem w ręku, otoczony duchownymi i dworem, ruszyli śpiesznie ku Krakowu.
Łuna im przyświecała ciągle... Powietrze przejęte było wonią tej zgorzelizny i nadlatującym dymem... Wkrótce poza klasztor i zarośla się wydobywszy, usłyszeli jakby gwar a szum od strony miasta i co łuną zdala się im wydawało, stąd wyglądało jak szerokie morze płomieni... na których tle czerwonem stały czerniejące mury pozostałych kościołów i klasztorów... Dalej objęte płomieniami wieże i szczyty zębate... to się kryły w dymach, to z rozwianych wychodziły z resztą niedopalonych belek i dachów... Na gościńcu, wiodącym do Bielan, pełno spotykali wozów, ludzi pieszych, kolebek i uchodzącego z jękiem pospólstwa, które, oczy zwracając ku gniazdu swemu, ręce łamało. Wymijając te tłumy, Pełka nagle się wstrzymał — poznał on kolebkę i ludzi podczaszyny.
— Na miły Bóg! Rożański, wstrzymaj się krótko, muszę przypaść do tej kolebki...
I skoczył z koniem ku drzwiczkom... z których podczaszyna blada, ze zwieszoną głową, wylękła i prawie bezprzytomna, wyzierała...
W głębi kolebki siedziała, płacząc, Jadwisia, lecz co najdziwniejsza, na koniu dzielnym tuż obok nich sunął pan wojewoda sieradzki... jako wierny służka... Wyminąć się z nim było niepodobieństwo. Pełka się zżymał na ten widok...
— Pani podczaszyno dobrodziejko! a toż dokąd? — zawołał, podjeżdżając.
— A! to waćpan! — gniewnym głosem poczęła kobieta — a skądżeś się tu wziął? Dokąd? Waćpan mnie zapytujesz? Chciałżeś, żebym się tam upiec dała? Król jmość ani słowa mi o niczem nie powiedział, nie przestrzegł... Wszak Szwedzi jutro być mogą... Jestem oburzona, zła! gniewna! Opuścili nas wszyscy! Gdyby nie pan wojewoda i jego dwór, zginąćby tam przyszło...
— Pani podczaszyno, — odezwał się Pełka — jestem najlepszym świadkiem, że pan nasz miłościwy doniedawna sam pewien nie był, co pocznie...
— Gdyby nie pan wojewoda! — powtarzała piękna pani...
Pięknej Jadwisi główka wychyliła się z powozu nieco, oświecona odblaskiem łuny pożarnej, oczka jej padły na Pełkę... Zdawało mu się, że mu nieprzyjazny znak dawała...
— A waszmość dokąd to? — zapytała podczaszyna.
— Ja... gdziekolwiek, byle się bić ze Szwedem, — odparł Pełka — jadę do Krakowa, co dalej pocznę, nie wiem... Lecz pani...
— Ja jadę do króla na Bielany, aby się go radzić, a potem szukać królowej, schronić się... tu nigdzie człowiek spokojnie miejsca zagrzać nie może.
Pełce chciało się bardzo zbliżyć do powozu od strony Jadwisi — stamtąd mu wojewoda zapierał drogę i pocisnąć się nie dawał.
— Prawdziwie nie wiem — odezwał się — ani jak prędko, ani gdzie znowu będę miał szczęście widzieć panią dobrodziejkę i pannę Jadwigę... niechże mi wolno będzie tu jeszcze raz je pożegnać i prosić, abym zapomniany nie był.
Podczaszyna zmierzyła go oczyma zamyślona... Schwytała w tej chwili wzrok jego ku Jadwisi skierowany, zżymała się jakoś gniewnie znowu i dała mu znak, aby się ku niej zbliżył. Wychyliła się ku niemu, piękną główkę zasłaniając rączką.
— Nie patrz tam daremnie — rzekła drżącym głosem... — Ten kąsek nie dla was! Głowy sobie tem nie psuj. Jeśliś kiedy myślał, że z tego co być może, toś się omylił bardzo... nie chcę, abyś dłużej trwał w błędzie...
A cicho dodała prawie niewyraźnie:
— Gdybyś miał rozum, innejbyś się rzeczy powinien był domyślić.
Na to niespodziane przemówienie Pełka drgnął i, odskoczywszy nieco, aby dłużej nie słuchać gniewnego głosu matki, zwrócił się ku Jadwisi.
— Panno podczaszanko dobrodziejko! — rzekł — podnosząc głos — sługa wierny względom się jej poleca...
Jadwisia, mimo że matka ręką ją w głąb powozu odepchnąć chciała, wychyliła się dosyć śmiało i głosikiem słabym odezwała:
— Do zobaczenia! do zobaczenia! Panie Medardzie, bij się pan szczęśliwie i powracaj cały!
Dalej ręka matki mówić nie dopuściła. Pełka, trzęsąc się z gniewu, spiął konia i pobiegł, gdzie nade drogą Rożański nań oczekiwał.
Na jego twarzy gniew wypiekł rumieniec, którego blask ognia tylko rozeznać nie dawał.
— A cóż? — spytał Wacek.
— Co? Przeklęta baba! baba przeklęta! — powtarzał Medard, nie umiejąc się wytłumaczyć. — Jedźmy.
Rożański się dopytywać już nie śmiał, bo Pełka z głową spuszczoną na kark Sułtana jechał jak przybity, wciąż tylko przeklinając podczaszynę...
Przedmieścia gorzały wciąż jeszcze... W mieście czujność była wielka: po wieżach, basztach, murach okólnych, bramach i po dachach domostw, bo lada wiatr mógł i tu zanieść iskry i niepotrzebny pożar rozniecić. Ludzie z wiadrami siedzieli po dachach i czuwali w ulicach... Nie czas było nocą szukać obozu, więc obaj z Rożańskim stanęli u gospody w rynku, ażeby do dnia wypocząć i naradzić się ze sobą.
Właśnie wstępowali do niej, gdy wrzawa z izby buchała najokropniejsza. Nietrudno było naówczas o zwadę, zwłaszcza pomiędzy wojskowym ludem, nie byłoby więc w tem nic dziwnego, lecz wsłuchawszy się, Rożański łokciem potrącił Pełkę i rzekł mu w ucho, pokazując wspiętego na stół i głośno dowodzącego mężczyznę słusznego wzrostu.
— Tego znam... posłuchajmy, czego chce...
Orator ów był lat trzydziestu kilku mężczyzna, niebardzo rycersko wyglądający, choć zbrojny i najeżony orężem... Blada twarz z ogromnym nosem, chudy wąs, oczy wypukłe, szerokie usta dziwną fizjonomję składały, w której kłamstwo mieszkać się zdawało.
— Panowie bracia komputowi, — wołał ze stołu — co mówię, to sprawiedliwa rzecz. Zaciągnięto nas, chcą, byśmy się bili — niechże płacą. Ja o głodzie i o groszu, którego nie mam, służyć i krwi przelewać nie mogę. Królowi i panom senatorom ani polewki, ani sztuki mięsa nie braknie. Gardła tak bardzo nie nastawiają — a my mamy ofiarą padać? Zjedzą licha! Chcą, byśmy szli na Szweda — niechże lonungi płacą... A mnie co do tego, skąd oni je wezmą! Jak nas zaciągali, powinni byli o tem myśleć. Mnie na kredyt żyd nie da garnca wina, a ja im życie dawać mam na kredyt, niedoczekanie!...
Od stołów, przy których siedzieli komputowi towarzysze mówcy, szmer się rozszerzył.
— A no, tak! masz słuszność, albo, albo...
Zboku podchwycił inny.
— Albo mnie co ten Waza obchodzi, co go mam, a lepszy on jak ten drugi Waza, który ciągnie, i któremu też połowa albo więcej Rzeczypospolitej się poddała?... Z której wazy jem, ta mi dobra. Albo to koło Gustawa naszych niema, i z panów senatorów... i z wojska?... Albo mi co kto za to da, żebym się za honor i króla bił? Mówią luter... albo mi to co szkodzi?.. Ochrzcili przecie Batorego i dobry był... Czemu ten niema królem być, kiedy zawojował nas i płaci? Mamy głodem mrzeć! Co mi tam!
— Dałbyś ty pokój tym bluźnierstwom, — przerwał któryś inny zdaleka — nie za króla się przecież bijemy, ale za siebie samych, za domy i strzechy nasze, za żony i dzieci... za uczciwość i sławę naszą, za wiarę świętą katolicką! A któż go to obrał tego króla, przeciw któremu bluźnisz, jeśli nie ty sam albo ja, albo my wszyscy?... a toć jagiellońska krew!...
— Napół z rakuską — przerwał inny.
— Gustaw luter, heretyk, — wołał zboku inny — nieprzyjaciel wiary...
Blady orator, który pierwszy poczynał, stojąc na stole, rozglądał się, jakby głosy zbierał po zgromadzeniu.
— Panowie a bracia! — krzyknął — dajcie mi mówić — posłuchajcie! Jeżeli król i panowie senatorowie złamanego szeląga nie mają, żeby nam nawet krwawicę naszą zapłacili — czegoż się tu spodziewać, poco wojnę prowadzić? naco kraj pustoszyć? Gustawa królem okrzyknąć i po wszystkiem...
— Milczałbyś! cicho!
Zaczęto warczeć i grozić — orator umilkł, lecz nie ustąpił.
Rożański szepnął w ucho Pełce:
— Ja go znam, to Aleksander Pracki z pod husarskiej chorągwi z komputowych... towarzysz... Zawsze wodę mącił i djabeł w nim siedział... Wywłoka... nosił źle dominikański habit, nielepiej szablę nosi... a no — zdrajca!
Tymczasem ów Pracki nie ustępował, czupryny zatarł, wiedział snadź jak do swoich przemawiać — z poważnej uczynił łatwo twarz wesołą i drwiącą.
— Hej! hej! panowie a bracia, — począł z innego tonu — w naszej wolnej Rzeczypospolitej wolne przecie słowo... Ktoby mi śmiał gębę zatykać, jabym mu ją zamalował szablą. Zowiecie mnie zdrajcą! Ja bo nie wiem, kto zdradza kraj, czy ten, co go na rzeź wydaje, czy co do zgody i pokoju prowadzi...
Król drapnął... skarbiec wywieźli... W Warszawie Szwed, w Poznaniu Szwed, w Wilnie drugi taki przyjaciel gospodarzy, ratunku znikąd niemasz... a komputowym gardła dawać każą!
— Nie bez racji! — mruknął ktoś z bliższych. — Nie bez racji!
Rożańskiemu świerzbiał język... zbliżył się do stołu i pięścią palnął po nim...
— Wolno waszeci, mości eks-dominikaninie, — krzyknął — wolno też i mnie słowo rzec — a waszmość panowie a bracia posłuchać raczycie! Króla obwiniasz — co on winien? alboż go nie opuścili tacy, jak waść albo jego i Rzeczypospolitej nie zdradzono? Pieniędzy chcecie? Zapłaciliścież do skarbu, co do was należało? Nie króla to sprawa, ale nasza własna, której bronimy. Przysięgliśmy mu posłuszeństwo... daliśmy mu dobrowolnie berło w ręce... a teraz go opuszczamy? Nie ohydnież to? nie szkaradnie? Chcecie lutra... mówicie, że on wam nie zaszkodzi? a kiedyż u nas na tronie heretyka widzieliście? Nie o lonungu nam myśleć, ale o tem, by sławy poczciwej utraconej poprawić narodowi...
— Ho! ho! ho! — zaczęto wołać z boków: regalista się wyrwał... słyszeliście... a cicho tam! a stul gębę!
Pracki ze stołu nie ustępował...
— Jużeś też się wygadać musiał — przerwał, śmiejąc się gniewnie... — Ani się ja waści dziwuję, mości Wacku Rożański — z dziadów pradziadów wisieliście przy dworze i lizali pańskie talerze, toćby niewdzięczność była inaczej śpiewać...
Rożański szablę podniósł.
— Pracki, — zawołał — mamy z sobą na pieńku.
— Z miłą wolą! — odparł husarz — znajdziemy się jeszcze. Wolno waści o swym groszu iść i bić się na ochotnika, nie bronię. Ja nie mam o czem... głodny nie pójdę.
— Pracki, praw! — wołano około stołów — komputowym zapłacą lub z miejsca nie ruszymy i związek zrobimy... od czegóż są hetmani i podskarbiowie?
Pracki nareszcie ze stołu zszedł i w tłumie znikł... Rożański z Pełką stali, czekając, ażali go nie spotkają, aby rachunek zrobić i w długu nie zostać, lecz nigdzie go już widać nie było. Przysiedli więc w kącie, przysłuchując się różnym głosom, bo pełno było ludzi wszelakich...
— Albo może i ma słuszność! — szeptano po kątach. — My się za żółtobrzuchów mamy bić, a oni skarb kraść i nas o głodzie puszczać! niedoczekanie! — lepiej się ze Szwedem pokumać, aby raz pokój był... albo to nasz nie Szwed jest także? a tam ta kropelka krwi, co na niego po kądzieli spadła... wielka rzecz! hej! hej!
Pełka i Rożański wyszli nad ranem z gospody, nietylko niewywczasowani, ale gorzej zmęczeni i wrzawą, i tem, co słyszeli.
Pełka namówił Rożańskiego, aby do kasztelana kijowskiego szli się meldować i pod nim służyć, a z nim... Miał pan Medard obietnicę u niego. Lecz do klasztoru, do mieszkania i do wodza się docisnąć dnia tego było trudniej, niż kiedy. Wziąwszy wszystko w swe ręce żelazne, chwili nie miał spoczynku...
Musieli tedy stać i czekać, i łapać go na przesmyku. Czarniecki ledwo sobie Pełkę przypomniał, ale mu twarz i postawa młodzieńca podobała się...
— Chce ci się koniecznie w tej dziurze siedzieć, a nie z panem hetmanem Lanckorońskim w polu harcować, jak wola twa... zapiszże się, z jednej wypisawszy do drugiej chorągwi, a ja Wolffowi powiem, by cię do gwardji wziął...
Nie było tam wiele czasu do mówienia. Pełka z Rożańskim wespół już między nowymi towarzyszami się znaleźli... Gdyby nie urok imienia i osoby Czarnieckiego, woleliby może być w polu, bo żołnierzowi polskiemu po wsze czasy lepiej smakowało ucierać się na czystem, niż w murach zamykać, i dlatego nigdzie obronnych zamków, ani silnych twierdz nie wznoszono, a sam też Kraków, oprócz podwójnych murów, co go opasywały, większej obrony nie miał.
Czujność była podwojona... lecz dnia tego pomimo obietnic, które przybycie przedniej straży szwedzkiej zapowiadały, nikt się nie ukazał...
Tegoż wieczora już pierwsi na ochotnika obaj młodzi towarzysze wyskoczyli z małym oddziałem, wysłanym ku górom od Michałowic, skąd się ukazania Sulzbacha spodziewano... lecz języka nie dostali wcale i nic z sobą nie przynieśli.
Jeszcze przedmieścia się dymiły i pożar trwał na zgliszczach nazajutrz, w sobotę — gdy około południa poszła wieść, iż Szwedzi idą. Bramy i mury wszędy były osadzone mieszczanami i gwardją węgierską Gnoińskiego, lecz Czarniecki wybiegać na ochotnika zakazał, aby snadź oddział jaki słabszy, naparty przez nieprzyjaciela silniejszego, cofając się do bram, na sobie Szwedów nie przyniósł...
Jak na dzień o zwykłej porze ozwały się po klasztorach i kościołach dzwony, wołając na modlitwę, a nie zabrakło pobożnych, bo tak jak stali ci, co noc spędzili bezsenną, poszli Bogu siebie i rodziny, i losy przyszłe miasta i kraju polecić...
Wychodziły msze po mszach po kościołach, a żadnemu ołtarzowi na pobożnych nie zbywało... Dopiero czasu sumy... opustoszały nieco świątynie... Kto mógł, na mury śpieszył, a kto rozkaz otrzymał, na harcownika za miasto wyciągał, — sam król Gustaw nadchodził... Z murów widać było w porządku wielkim posuwające się szeregi na Promnik i szykujące czołem przeciwko miastu... Sam główny korpus od pałacu na Woli aż do Wisły zajął obozowisko, a skrzydło w lewo od strzelnicy się wyciągnęło. Skoczyło z miasta na ochotnika do harcu gromadek kilka, w których i Pełka, i Rożański się znaleźli...
Dla Pełki był to pierwszy chrzest i pierwsze pole, na które u Panny Marji wziął z rana błogosławieństwo... Młodemu żołnierzowi niebezpieczna to była rzecz dla gorącości krwi wynijść na taki posterunek, gdzie, gdy się urwać nie da, uchodzić obowiązkiem, bo zuchwalstwem życia ważyć się nie godzi... Musieli też przebywać kurzące się jeszcze popieliska na Kleparzu i z węgłów domostw niedopalonych korzystać. Ale wiódł ich stary żołnierz Paździerski, który do takiej urywanej wojny był jedynym, i Czarniecki mu też młodzież chętnie powierzał...
Paździerski mitygował swoich, póki ich nie dopuścił, jak trzeba, ażeby im tył zająć mogli, wyrwawszy się z za węgłów... Rozglądali się Szwedzi bacznie, lecz widząc pustki, dymiące tylko... pomknęli naprzód... Dopieroż na dany znak kupka się owa z zasadzki wyrwała i hajże na rajtarów... Z obu stron strzały się posypały i uganianie poczęło... ale Szwedzi pierzchnęli... Pełka na Sułtanie ich gnał po szalonemu... szczególnie jednego na oko wziąwszy. Próżno go już Paździerski odwoływał... Nie opamiętał się Pełka, aż Szweda na ziemi zobaczył...
Jakże go tu było rzucić, nie wziąwszy co na pamiątkę? Nie zważając na niebezpieczeństwo, pochylił się nad nim, by z niego opaskę choć zedrzeć... i byliby go nadbiegający na obronę pochwycili lub ubili, gdyby Rożański z Paździerskim nie nadbiegli w pomoc... Udało się więc szczęśliwemu zwycięzcy wielkim kosztem małą zdobycz pochwycić — szarfę, którą rajtar był przepasany, krwią jego ubroczoną... A nigdy może triumfator, który miasto zdobył, tak nie był szczęśliwy z bogatych łupów, jak pan Medard z owego gałgana, wioząc go do miasta. Nie można się było bowiem zabawiać dłużej i harcownicy wszyscy na dany znak ustępować musieli, bo Szwedzi już na dymiące zgliszcza Kleparza sunęli się całemi szeregi, aby zająć podle niego równię i bliżej się miasta rozłożyć...
Rożański też niepomalu się radował, bo mu kula szwedzka naznaczyła zbroiczkę, wygiąwszy w niej dół, a nie przebiwszy jej, jakby dla zapewnienia, iż w niej być może bezpiecznym... Paździerski tylko, żołnierz surowy, obu naganiał popędliwość...
— Co wy sobie myślicie, młokosy, — wołał — że ja was na jatki prowadzę! A to mi, proszę, żołnierze! Życie dać, to nie sztuka! gdy krew zagra... a no, trzeba wiedzieć jeszcze, na co się to zdało... Dałbym ja ichmościom obu pamiętne... a no — czasu na to niema!






Gdy w Krakowie Pełka cisnął niebieski węzeł do piersi, napawając się słodkiem wspomnieniem panny podczaszanki, naprzemiany straże odbywając po murach, wpraszając się do każdej wycieczki, szukając niebezpieczeństwa i szczęśliwie z prób wszystkich wychodząc — pani podczaszyna sposobiła się w Głogowie do zapewnienia córce losu, nie zapominając o swym własnym. Była bowiem najpewniejszą, że gdy się pozbędzie niebezpiecznej tej rywalki, która oczy i serce ściągała — z łatwością jeszcze znajdzie gładkiego towarzysza, aby wdowie zrzucić szaty...
Już w Krakowie pan wojewoda sieradzki rzucił pożądliwem[1] okiem na pannę podczaszankę, która się niczego nie domyślając, z naiwną prostotą dziecięcia uśmiechała do niego.
Dziwna rzecz! zalotnemu dziewczęciu podobało się to wielce, że jej taki poważny mąż nadskakiwał. Czuła się tem zaszczyconą, a o nic jej tyle nie szło, jak, żeby jej za dziecko nie miano. Przebacza więc koperczaki, które stroił pan wojewoda, dla tej miłości własnej zadowolenia, iż dojrzałą pannę udawać jej było wolno. I grała tę rolę tak wybornie, że matka się nią nacieszyć nie mogła.
Pan wojewoda sieradzki kochał się nazabój w Jadwisi, widziała to matka od pierwszych dni i dała owej miłości rosnąć, wiedząc, że z niej zbierze owoce... Stary zalotnik rzucił słówko na próbę, bo nie był pewien, czy mu matka córkę dać zechce, choć rachował na swe bogactwa, a na jej ruinę — zrazu odpowiedź była niejasna... lecz nie odepchnęła go całkiem i nie zraziła od drugiej próby. Więc wytrwał na stanowisku w Krakowie, a choć było gdzie indziej co lepszego poczynać, pojechał przeprowadzać podczaszynę... W drodze czas się było rozmówić.
Podczaszyna już na tę rozmowę czekała i była do niej lepiej przygotowana, niż Kraków przeciwko Szwedom.
Jadwisi nie było w pokoju, wojewoda przystąpił ku pięknej pani pokorny a wdzięczący się.
— Pani podczaszyno, — rzekł — albo mnie zabij, albo mi daj szczęście jedyne...
Jejmość udała, że nic nie rozumie.
— Cóż to tam za szczęście? — spytała, uśmiechając się — czybyś asindziej nie myślał o mnie? hę?
Wojewoda się zmieszał... Jejmość śmiała się z zakłopotania jego...
— Toćby się namyśleć trzeba, — rzekła — jeśli serce się jego ku mnie skłoniło..
— Pani podczaszyno, — przerwał wojewoda z konfuzją — wiadoma to rzecz, iż sercu nikt hetmanić nie może, ani ja się pochwalę tem... Gdyby ono rozum miało, nicby lepszego uczynić nie mogło, tylko mi tę drogę wskazać do szczęścia... ale serce rozumu nie ma.
— Cóż ja na to mam radzić?
— Wzięła mi je córka wasza!...
Podczaszyna się w boki podparła i zaczęła śmiać serdecznie.
— Co? co? ten dzieciak? pan wojewodabyś myślał o niej? Lecz zlituj się, ojcembyś jej być mógł?
— Co z tem począć! tak jest!
— Żal mi waćpana... to strasznie jeszcze młode, żywe, niedoświadczone, i jabym jej zamąż tak rychło dawać nierada...
— Ależ ja czekać nie mam czasu!
To rzekłszy, wojewoda wstał — czytał on w całej grze matki bardzo jasno, że się z nim targować będzie — rad był skrócić rozmowę i wiedzieć, jak przypłaci, ale miał do czynienia z kobietą, niełatwo dającą się zbić z tropu i umiejącą prowadzić sprawę ręką wprawną.
Dodajmy dla wiadomości czytelnika, że pan wojewoda był wdowcem i że z pierwszego małżeństwa miał syna przeszło dwudziestoletniego, z którym się równie popisywać nie lubił, jak podczaszyna ze swą córką.
— Cóż ja tedy mam na to radzić? — zapytała ciągle nawpół szydersko podczaszyna. — Waćpan nie możesz czekać, ja nie chcę zawczasu dziecku losu zawiązywać.
Wojewoda do ostatka przywiedziony — trochę się na to poruszył.
— Pani podczaszyno, bądźmy otwarci — odezwał się, niezbyt już panując nad sobą. — Rozumiem to bardzo dobrze, iż idzie z mej strony o ofiarę... Jestem wdowiec i niemłody, to prawda... panna ma imię piękne, a postać stokroć piękniejszą jeszcze, ale fortuny — pasz... Acani dobrodziejce pozostało niewiele, a to, co jest, ledwie dla niej starczy. Córce więc nie masz co dać, oprócz bardzo kruchej nadziei „po najdłuższem życiu“, bo podczaszyna zamąż wyjdziesz i rodzina urośnie...
Zarumieniła się, słysząc to piękna pani, bo się nie spodziewała takiej śmiałości po wojewodzie. Lecz, że zaczął z tego tonu, musiała mu też odpowiedzieć, jak zagrał.
— A no, — rzekła — mówmy otwarcie, to i lepiej. Oszczędzimy sobie czasu i ambarasu, ja to stokroć wolę i otwartość jego wiele szanuję. Jadwisia niebogata, to pewna, ale takie cacko stanie za miljony... a imię też coś warte... Może poczekać...
— Więc niema sposobu kompensaty? — zawołał wojewoda.
— Cóż waćpan chcesz, ażebym mu córkę sprzedawała? A zresztą przymuszać jej nie chcę i nie mogę, wieszże acan, czy ona go zechce?
— Przymuszać nie będzie potrzeby, ale na dziecinny umysł taka matka, jak pani, może mieć przecież influencję...
— Na to potrzeba, ażeby matka widziała dla siebie korzyści z małżeństwa i wzięła je do serca... — mówiła podczaszyna spokojnie. — Nie zaprzeczam, że piękna rzecz nazywać się wojewodziną i mieć męża nadskakującego i rozmiłowanego, lecz są i niedogodności. Masz pan wojewoda syna dwudziestokilkoletniego, któryby może lepiej Jadwisi przystał niż wy sami. Starszym daleko będąc, wedle porządku naturalnego musisz wprzódy skończyć niż ona... a co potem? Familja ją wypędzi i po wszystkiem.
— Tak! tak! — zniecierpliwiony wyrwał się pan Przerębski. — Konsyderacje, racje... rozumiem doskonale... proszę więc o warunki... czego pani po mnie za ten skarb wymagasz?
— Radabym je od wojewody posłyszeć, — przerwała matka — bo mi taki targ jest obrzydliwym. Mów otwarcie...
Zagadnięty westchnął i zamyślił się.
— Majętności moje — odezwał się — wiadome, spis ich każdego czasu dać mogę. Cięży na nich wiano ś. p. pierwszej żony mojej, ale tego niema nad sto tysięcy... Synowi daję za macierzystą część i z mojego dobra dwa razy tyle warta i te natychmiast mu dymituję... Nareszcie żonie zapisuję dożywocie i przyznam sto tysięcy odebranych z oprawą, choć grosza nie wezmę. Jak się pani podczaszynie zdaje?
— Wspaniale bardzo chcesz postąpić, — rzekła chłodno podczaszyna — ale zawsze na oku trzeba mieć, żeby potem familja po sądach nie ciągała... Czy się dożywotnie prawa utrzymają... Bóg raczy wiedzieć... Różnie się trafia... są prejudykaty... Dwakroć sto tysięcy też piękna suma... bardzo piękna, ale i więcej czasem i procesa, i pieniacze zjadają... Pan wojewoda masz przecież kapitały?
— Cośby się tam i gotówką znalazło — mruknął wojewoda, spuszczając głowę — ale choć dobrze przechowałem, dziś przy Szwedach tych za nic ręczyć niepodobna...
— Na Śląsk trzebaby wywieźć i w kościelnym skarbcu gdzie złożyć — poradziła podczaszyna.
— Więc na warunki zgoda? — spytał pan Przerębski.
— Czy to wszystkie? — z naciskiem dodała podczaszyna — jak się panu zda, nie należałoby coś sobie jeszcze przypomnieć?
— Rozumiem, — zawołał wojewoda — nie mamy co obwijać... pani podczaszynie gotowizną przy zrękowinach, nie... przy ślubie — poprawił się stary pretendent — przy ślubie, „in vim“ kosztów na wychowanie poniesionych — wszak tak? pięćdziesiąt tysięcy?
Podczaszyna śmiać się zaczęła.
— Przy ślubie? — podchwyciła — więc wiary mi nie dajesz?
— Owszem, owszem, ale panna może się rozmyślić...
— Gdybym się ja ją zobowiązała nakłonić, poszłoby to, ręczę, jak po maśle?...
— Cóżby panią do tego skłoniło? — spytał, dobijając, wojewoda.
— Pewno nie owe pięćdziesiąt tysięcy, ale przekonanie o szczęściu mojego dziecka, — poczęła podczaszyna — a tego nie nabiorę inaczej, aż mnie pan wojewoda skonfiskujesz... przestając się targować gdyby — z pozwoleniem — o cielaka...
Pan Przerębski wstał z siedzenia markotny.
— A na rany Pańskie, — zawołał — mówże jejmość dobrodziejka — czego sobie życzysz...
Podczaszyna rękę położyła na jego dłoni.
— Cierpliwości, stary gorączko jakiś — odezwała się. — Reasumujmy. Syna wyposażysz, jak się należy... na reszcie majątku dożywocie i sto tysięcy z oprawą... a dla biednej matki „in vim“ konsolacji i zwrotu kosztów... nie żałuj stu...
Wojewoda syknął aż.
— Chcesz, bym ci dobrze posłużyła... by ci dziecko przygotować tak, aby szła, wstrętu nie mając i tragedyj nie grając? toć przecież coś warto?
Wojewoda pochmurniał, zdawał się wahać, walczyć... gdy wtem, jakby na pokusę, weszła Jadwisia. Spojrzał na nią stary, śmiała mu się figlarnie, zmiękł i oszalał... Usiedli. Dziewczę szczebiotać zaczęło, matka nie przerywała, wiedząc, że gdyby słowa nie były wiele warte, sam ich dźwięk już zakochanego mógł spoić...
Patrzała tylko jak mu trunek ten szedł do głowy i obrachowywała niemal jego skutki... Jadwisia była tego dnia zabawniejszą, weselszą niż kiedykolwiek, wystąpiła w całym uroku i blasku. Pan Przerębski walczył z sobą i dał się okuć — z oczu mu poznała podczaszyna, że go ma.
Jadwisię odprawiła do panien Potockich z ochmistrzynią. Zostali znowu sami. Wojewoda, milcząc, podał jej rękę...
— Zgoda, — rzekł — na wszystko zgoda... choć kochana świekra drzesz mnie ze skóry...
Nie wzięła tego podczaszyna na złe, śmiała się.
— Albo to mała rzecz, dziewczynę przygotować, przysposobić, namówić? Mało to ja się będę musiała nad tem namozolić! Waćpan jesteś niewdzięcznikiem...
— No, to nie mówmy już o tem... — przerwał wojewoda — ale jak pani postąpisz?
— Zostaw to mnie.
— Jak ja mam postąpić?
— Ja waćpanu powiem, — poczęła podczaszyna — przygotuj się asindziej do prezentów... dziecko lubi błyskotki... trzeba je brylantami osadzić...
— Osypię! — krzyknął wojewoda. — Jeśli do domu się po nie dostać będzie trudno — pojadę do złotników wrocławskich, kupię, co mają...
Tak się rozstrzygnął los wojewody i pięknej Jadwisi, która nic o tem nie wiedziała.
Co do Medarda Pełki, poprzysięgłego rycerza podczaszanki... o którym matka coś nawet wiedzieć lub choć domyśleć się mogła — nie wchodził on bynajmniej w rachubę. W sercu Jadwisi zajmował wprawdzie zaszczytne stanowisko pierwszego jej wielbiciela i wiekuistego sługi, lecz wedle jej pojęć, w niczem ją to bynajmniej nie obowiązywało. Mogła sercem i sobą doskonale a swobodnie rozporządzać — a winną była tylko rycerzowi uśmiech — jeśliby nań męstwem zasłużył... i może, może — drugą świeższą niebieską kokardę.
Jadwisi szło o wielką świetność, oklaski, kadzidła... i — dotąd więcej nic. Chciała królować gdzieś na dworze, być sławioną z wdzięków, zyskiwać serca, obudzać jak najwięcej uwielbień i cieszyć się triumfy. Szło jej o to, by miała zawsze jak najpiękniejsze suknie, jak najdroższe klejnoty, dwór, sługi.. i mnóstwo pieniędzy...
Troskliwa matka wychowała ją tak, aby jej szczęście zapewnić, żadnego w niej nie obudziła uczucia, wyjąwszy przywiązania i wiary w siebie.
Po zawartej umowie z wojewodą, którą trzeba sobie obliczyć na nasz dzisiejszy pieniądz i na wartość jego ówczesną, aby wielkość tych ofiar starego wdowca ocenić — matka z przebiegłością największą przystąpiła do dzieła. Zaczęła z dziewczęciem, co nigdy się nie trafiało, mówić o panu wojewodzie, i zaszczyciła ją po raz pierwszy otwartem przyznaniem, że wojewoda w niej zakochany...
Dziewczę aż urosło w oczach własnych... Czuła, że przestała naprawdę być dziecięciem, gdy matka nawet uznawała w niej osobę dojrzałą... Już za to samo niezmierną wdzięczność czuła dla wojewody...
— Nie jest bardzo młody, — mówiła matka — ale wygląda jeszcze wcale przyjemnie, miły, grzeczny, i serce ma czułe...
— Jakże ja mam się znajdować względem niego? — spytała, niezmiernie ożywiona, Jadwisia — jak się mamie zdaje?
Można sobie wyobrazić dumę dziecięcia i radość, gdy usłyszało z ust matki:
— Nie masz potrzeby zmieniać postępowania, owszem, niech się kocha... Znajdowałaś się dobrze, podobałaś mu się, jak jesteś... ufam, że będziesz miała rozum... i...
— I co? — zapytała Jadwisia.
— I że go nie zrazisz niczem...
— A potem? — pytało ciekawe dziewczę...
Matka niby nie dosłyszała, niby nie wiedziała co odpowiedzieć i zaczęła zamyślona, jakby o czem innem:
— Wojewoda jest magnat, ma piękny tytuł, ma szerokie włości, myśmy niebogate... dobraby była partja z wojewody...
Jadwisia, która nie marzyła nawet, ażeby tak rychło o tym uroczystym akcie oswobadzającym niewiastę, jakim jest małżeństwo, mowa być mogła — uczuła się znowu podniesioną i dumną. Coraz mocniej przekonywała się, że ten wysoki próg, dzielący dzieciństwo od młodości, przestąpiła.... Mogła nawet już pójść zamąż!
Tego dnia nie mówiono nic więcej. Nazajutrz wojewoda przywiózł przepyszne zausznice szmaragdowe i prosił o pozwolenie ofiarowania ich pannie podczaszance, na znak niezmiennego afektu i konsyderacji.
Jadwisia zapłoniła się jak róża, zausznice świeciły takim ogniem, takim blaskiem, oprawa ich była tak misterną, przy jej maleńkich różowych uszkach, na białej szyjce, mogły tak cudnie wyglądać... Zadrżała, aby matka nie wzbroniła jej ich przyjąć... Podczaszyna skłoniła głowę, Jadwisia schwyciła je w rączki drżące. Gdyby była mogła, pobiegłaby zaraz z niemi do zwierciadła, ale nie wypadało. Odwołano matkę, która się pono odwołać kazała. Jadwisia została sam na sam z wojewodą. Ten ośmielił się zbliżyć do niej, domagał się rączki do pocałowania. Możnaż mu było nagrody za piękne zausznice odmówić?
Pochwyciwszy rączkę, trzymał ją u ust długo, jak stary a zgłodniały... ledwie mu ją wyrwać potrafiła...
Zdawało się jej, iż będzie bardzo grzeczną... gdy mu też potajemnie da... kokardę. Cóż w tem mogło być zdrożnego, że dwóch miała zyskać rycerzy i wiernych sług...
Szepnęła tylko:
— Proszę nic nie mówić matce...
Węzeł, który wojewoda zatknął co najśpieszniej za kontusz, nabierał tem większej ceny... dany był „proprio motu!“
Gdy podczaszyna wróciła nareszcie, zastała ich niezmiernie sobie radych i śmiejących się a trzpiocących, jakgdyby pod słońcem płaczu i smutku nie było.
Następnych dni powtórzyły się te sceny... z małemi odmianami. Wojewoda potrafił dostać dla tej, którą już za narzeczoną uważał, cudnej piękności pas złoty, sadzony różnobarwnemi kamieniami, a zakończony diamentowemi kwasty... Tem zyskał do reszty i podbił serce Jadwisi tak, że matka niewiele już miała do czynienia.
Spytała jednego wieczora, czyby też poszła za wojewodę, gdyby się z nią chciał ożenić? Jadwisia po niewielkim namyśle odpowiedziała, że już przecie domyślała się sama, iż to się na tem skończy.
— Ale, kochana matuniu, — rzekła — mam trochę na sumieniu Pełkę, bo się on we mnie też szalenie, obcesowo kocha... — a wprawdzie mu nic nie przyrzekłam, alem mu dala — kokardę...
Podczaszyna, usłyszawszy to imię, zmarszczyła się.
— Bardzo to źle, żeś mu kokardę dała... i bez mojej wiedzy — ale to hołysz... chłopak do niczego... do szabli, do konia... do pola, ani mu myśleć o żonie...
Niech sobie kokardę trzyma... przecież mu słowa nie dawałaś, a gdybyś go dała, beze mnie nicby ono warte nie było...
Ale, patrzcie! — dodała, jakby sama do siebie, podczaszyna ze źle stłumionym gniewem — potrafił mnie oszukać! potrafił sam na sam ją widzieć...
Gniew matki trochę nastraszył Jadwisię, ale gdy raz zgodziła się na wojewodę, przeszedł on, a przynajmniej już się głośno nie objawiał.
Nastąpiło tedy uroczyste oświadczenie matce dobrodziejce i pannie podczaszance... Matka i panna przyjęły. Naznaczyć miano zrękowiny, aby podczaszyna miała czas się z wyprawą przygotować, co czasu wojny poprzerywanych dróg nie było łatwo, na to jednak pan wojewoda nie zezwolił i domagał się ślubu za dyspensą... Jadwisi tak jakoś było pilno zostać panią wojewodziną, iż się temu nie sprzeciwiała wcale. Pan Przerębski zaś miał to na względzie, że rodzina i syn dowiedzieć się mogli, że możeby mu przeszkadzali... chciał ślub wziąć, bo wówczas się już nie lękał.
Mimo największego w świecie pośpiechu, ani wypadało, ani było można tak zaraz przystąpić do ołtarza. Chociaż duchowieństwo dla magnatów naówczas daleko było więcej pobłażające niż dzisiaj, a formy wymagane mniej ostro były określone, zawsze jednak potrzeba było świadectw, papierów, świadków bodaj, których narazie wojewoda mieć nie mógł. Ludzie z łatwością odgadli, co się tu święciło... z pana wojewody podżartowywano sobie, o podczaszynie mówiono z przekąsem, o Jadwisi z ubolewaniem...
Dwór miał nieustanne z krajem komunikacje potajemne... Pomiędzy nowinami ktoś pewnie pomieścić musiał ciekawą wiadomość o swataniu się Przerębskiego do podczaszanki... Ktoś ze znajomych nic pilniejszego nie miał nad doniesienie o tem synowi wojewody, młodemu panu staroście... Wprawdzie spodziewał on się prędzej czy później tego rodzaju wybryku ze strony ojca, wszakże radby był mu zapobiec. Na pierwszą wieść o zamierzonem ożenieniu stryjeczni i cioteczni, i co żyło, wpadło na starostę, aby jechał ojca reflektować i odwodzić.
Pojechał nocą i dniem, przerznąwszy się z pomocą przyjaciół przez straże szwedzkie — na Śląsk... Wojewodzie ani na myśl przyjść nie mogło, żeby mu się tu syn zjawił. Gdy go zobaczył — oniemiał z podziwienia i gniewu. Domyślał się o co chodziło... w furję prawie wpadłszy, zamiast powitania, nasrożył się na starostę, że go śmiał szpiegować.
Ten pierwszy napad tak gwałtowny wytrzymał pan Tymokles (takie mu imię nadano nieszczęśliwe) z cierpliwością przykładną — dał się ojcu wyburzyć i odparł mu cicho, że go tu wcale nie szukał, że o jego bytności na Śląsku nie wiedział i że był z papierami do króla jmci wysłany.
Wojewoda się nieco zawstydził — niemniej los płatał mu figla bolesnego. Syn nie mógł się tu nie dowiedzieć o tem, o czem mówili wszyscy, a że się to synowi nie mogło podobać... nie ulegało wątpliwości. Trzeba było powagą rodzicielską, władzą naówczas tak szanowaną, rozbić wszystko i usta zamknąć...
Nazajutrz sam pan Przerębski syna poprowadził do podczaszyny, nic mu nie mówiąc... Szczególna rzecz... Ojciec i syn, gdy byli razem, wyglądali niby dwaj bracia, z których wprawdzie wojewoda był widocznie starszy, ale starosta ociężalszy od niego. Z twarzy byli sobie podobni, tylko syn mniej o sobie pamiętał, a że niewiele się ruszał, zbyt zawczasu otyłym być poczynał, od czego wojewoda się obronił, sypiając na twardem, jedząc umiarkowanie nader i spinając się, co paski strzymały...
Podczaszyna ani wiedziała o przybyciu syna, ani go znała... Zdziwiła się niezmiernie, widząc ich przybywających, ale domyśliła się zaraz wszystkiego, a że każdemu mężczyźnie rada się była podobać, z zalotnością i wesołą twarzą powitała Tymoklesa... który zachwycony został i córką, i matką; a bodaj ostatnią więcej jeszcze, niż trochę dziecinną Jadwisią, która, jako przyszła macocha, wydala mu się śmieszną...
Lecz człek skromny, łagodny i bardzo powolny, siadłszy w krześle naprzeciw podczaszyny, mnąc czapkę i mało się odzywając, odbył wizytę, nie dając po sobie najmniejszego znaku ani ukontentowania, ani niezadowolenia... Jadwisia z przestrachem jakimś mu się przypatrywała z boku. Nim wyszli stąd, korzystając z tego, że przy obcych syn się z żadnem słowem odezwaćby nie śmiał, wojewoda głośno oświadczył, iż panna podczaszanka była mu zaręczoną. Poczem Tymokles ucałował ją w rękę, pocałował podczaszyny rączkę także i razem z ojcem milczący się oddalił.
Starosta natury był powolnej, ale na pewnym dowcipie mu nie zbywało.
— Cóż asindziej na to? — zapytał go, wychodząc pan wojewoda...
— Hm! — odparł syn — nie jest to moja rzecz ojcu dobrodziejowi ani chwalić, ani ganić jego czynności, dawno bowiem powiedziano, że jaja od kur mędrsze być nie mogą.
— A cóżbyś rzekł, gdybym ojcem jego nie był?
— Co tu powiedzieć, kiedy panienka tak piękna — odezwał się starosta... — chyba, że zbytecznie młodą jest...
— Ale one rychło starzeją — dodał ojciec.
— W tej rodzinie to nie powiem, — odezwał się syn — bo matka wcale młodo wygląda i jeszcze pewnie zamąż wyjdzie...
— Co się stało, odstać się nie może, — dokończył Przerębski — ja uważam za rzecz spełnioną... Czekam tylko papierów i ślub wezmę... Waszmości oddaję: Zarubów, Wiązy i Krzankę... i dymituję wieczyście...
Syn do kolan się skłonił.
— Krzywdy dziecięcia nie chcę, ale też wy po mnie nie wymagajcie, bym szczęścia nie kosztował... Powtarzam waści: co się stało, odstać się nie może...
Starosta, jak wszyscy ludzie jego charakteru, co się otwarcie bić wzdragają, a zwłaszcza z rodzonym ojcem, gdzie do boju wystąpić trudno — milczkiem myślał, coby począć, aby jednak małżeństwu przeszkodzić. Raz już przyjmowany był, gdy z listami do króla przybył, nazajutrz poszedł znowu na dwór, czyby też się z panem widzieć nie mógł. Jan Kazimierz nigdy przystępniejszym nie był jak tu, na zażądaną audjencję powiedzieć kazał, aby starosta przyszedł...
Uwierzyć trudno, lecz było tak, że, gdy miał wchodzić do komnaty królewskiej, król z jednym z karłów grał, zabawiając się, w warcaby... Odzyskał jednak wnet całą powagę swą, gdy Przerębskiego zobaczył. Oświadczył mu łaskę swą królewską za to, iż ważył swe zdrowie, przewożąc owe listy z Warszawy, a potem spytał, czyby mu co ustnie nie zwierzono.
— Nie mam nic, najjaśniejszy panie, — rzekł starosta, wzdychając — nic nad to, że radbym się przed w. k. mością na własną uskarżyć niedolę... Pan wojewoda, rodzic mój....
— A co? prawda? żeni się? ha? — zagadnął król wesoło — dziewczyna jak malina? Co chcesz, w starym piecu djabeł pali, cha! cha! cha!
— Czyżby już na to ratunku nie było? — cicho szepnął starosta...
— Ja ci powiem, chyba ty jeden go możesz ratować: pannę wykraść i sam się z nią ożenić.
Król po wybuchu śmiechu spoważniał zaraz, oczy otarł, bo go śmiech zawsze łzy kosztował i dodał, wzdychając:
— Mój starosto... niema pono rady na młode amory, które niestalsze są i łatwiejsze do rozerwania, cóż dopiero na stare, łykowate i uparte! Żal mi rodziny, bo podczaszynę znam dobrze, kobieta chciwa i obedrze was — to pewna... lecz — dodał mimowoli, wpadając w żarty, które lubił stroić z kobiet, mówiąc o nich — zyszczesz jegomość koligatkę piękną, młodą, wesołą, przyjemną... i będzie się z kim w domu zabawić...
Gdybym wam „indirecte“ w czem mógł pomóc — odezwał się król, widząc go zasmuconym.
— Niczem innem, najjaśniejszy panie, chyba tem, aby na duchownych wpłynąć powagą królewską — żeby ze ślubem zwłóczyli...
— Popróbuję, — ozwał się król — ale ja tu nie król, a pieniądze wiele mogą...
Na tem się posłuchanie skończyło...
Ze swej strony wojewoda udał się do króla z prośbą, aby z listami starostę co rychlej mógł do Polski odprawić, bo mu tu syn zawadzał.
Papiery od króla były gotowe już, zawezwano starostę, aby się stawił dla odebrania ich, gdy — tegoż samego dnia ten położył się do łóżka, oświadczając, że dla straszliwego w kościach łamania jechać nie może.
Król posłał mu zaraz doktora Żebrowskiego, medyka i astrologa, którego miał z sobą... Siedział z nim uczony ów krakowski z godzinę, rekognoskując słabość, zapisał receptę, złożoną z różnych tłuszczów, driakwi i takich ingredjencyj, których w Głogowie nie było, a królowi doniósł, że choroba istotnie ciężką była i że z nią się puszczać w długą, daleką, ciężką, niebezpieczną podróż ani było podobna.
Z listami więc wyprawiono dworzanina, a starosta smarować się począł...
Bronił się mężnie Kraków naciskowi Szweda, a dla podwojenia odwagi i animuszu żołnierza powiadano powszechnie, iż Kazimierz król cesarską pomoc ze Śląska miał z sobą przywieźć lada chwila dla odsieczy... Mówiono też o dwudziestu, ba! i więcej tysiącach ciągnących w pomoc Polsce Tatarów... Wlewał otuchę wreszcie sam pan Czarniecki, który i wodzem, i żołnierzem był, a którego wszystko kochało, co się doń przybliżyć mogło...
Nie miał on onego majestatu wielkich panów, który poszanowanie wraża, ale razem i odstręcza; prostszym się jeszcze czynił dla ludzi, niżeli był w istocie. Czy z żołnierzem, czy z mieszczaninem, czy z duchownym, czy z wieśniakiem mówił, czuć w nim było człowieka, który do ludzkiego serca przemawiał prostem słowem, często rubasznem...
Rano, we dnie i w nocy wciąż go było można spotkać: to na murach, to na ulicy, to w otwartym dla wszystkich domu... Nie otaczał się ani dworem, ani sługami, ani czemś, coby go na oko większym czynić mogło... chodził pojedynkiem, odziany jak każdy inny, często starą delją okryty, w butach czarnych, a twarzą ku sobie wabił. W ulicy go paupry otaczały rade i biegły za nim, znosząc mu kule, a on je po łebkach gładził i jabłka im w rynku kupował.
Nauczyli się go już tak znać w Krakowie, że gdy się pokazał, biegło doń wszystko, co czego potrzebowało, nie sromając się, nie zapominając w gębie języka, jak do swego.
A były to dni gorące, gdy z obu stron działa grać zaczęły i kule latać jak ogniste ptaki, szukając żeru po dachach... Gdy palono przedmieścia u Grodzkiej bramy, nieostrożnie zostawiono kilka domostw, nie rozwaliwszy, te tedy najprzód Szwedzi napadli, odebrali, bo ich obronić było niepodobna, i powciągawszy na nie działa, do miasta strzelać poczęli. Szturmowali najwięcej od strony Kazimierza i Stradom też zajęli, a klasztor bernardyński, skąd tuż na zamek strzelać wygodnie mogli.
Paliło się po kilka razy codzień, to tu, to owdzie, tak, że od dwojakiego nieprzyjaciela czuwać było trzeba i chronić się, bo od Szweda zarazem i od ognia... Z przedmieść wiatr rzucał na dachy iskrami i żużlami, tak, że nieustannie się coś zajmowało... i krzyk: gore! nie ustawał.
Dopiero nasi, Pełka i Rożański, którzy przy panu Czarnieckim walczyć tak byli żądni, poznali, że w mieście inna robota niż w polu, a stokroć gorsza... i stokroć przykrzejsza...
Jednego dnia był pan Pełka na służbie przy Czarnieckim, czego się zawsze dopraszał, gdy ów klasztor bernardyński, z którego Szwedzi najgorzej zamkowi dokuczali — palić kazano... Sam kasztelan ogniem kierował; z mieszczan, co ich tam było, którzy się w klasztorze nieraz modlili, albo ślubowali, dla których progi te były drogie i święte, wielu, patrząc, płakało. Nie było wszakże ratunku, musiano własnemi kulami burzyć, co grosz pobożnych wznosił...
Poszły mury w perzynę, ale i Szwedzi się z nich wynieść musieli.
Właśnie razem z Czarnieckim stał na murach Pełka, który się strzelaniem do bliższych Szwedów rad zabawiał, gdy krzyk się dał słyszeć... Obejrzał się i postrzegł, iż kasztelan za gębę się trzymał, a po chwili krwią splunął i zębami.
Alarm się wszczął po mieście okrutny... lecz wódz ani się nawet dał wieść, o swej sile idąc do klasztoru... Pełka, który się doń jak do ojca przywiązał, rzuciwszy broń, pobiegł za nim... Posłano zaraz po doktora do akademji...
Trwoga była niezmierna...
Medarda żadna siła powstrzymać już nie mogła, żeby przy nim nie był... choć mu ręką kasztelan pokazywał, aby miejsca swego nie opuszczał. Było go tam komu zastąpić. Z murów zszedłszy choć ranny, nieustannie krwią plując, tyle tylko, że do domu obwiązać się pojechał Czarniecki.
Przyszedł doktór, aby gębę zaszyć, przyłożono plaster... Mówić mu było trudno, a no, niecierpliwą ręką pisał — że chorować nie ma czasu.
W nocy Pełka przy nim pozostał, ale ta przeszła spokojnie, tylko nieustannie z miasta płynęli ludzie tłumami dowiadywać się, jak się miał ten, na którym całą pokładali nadzieję, i Pełka ciągle komenderowany wychodzić musiał, opowiadać, że nic niema złego i że go jutro zobaczą, jako codzień.
Nie dali mu prawie usnąć... ani też spoczynek mieli od Szwedów, bo ci widzieli, dobrze znając Czarnieckiego, gdy go Szwed postrzelił; szturmowali więc zawzięcie jeszcze, przewidując w mieście trwogę...
Rana, choć bolesna, bo i mówić nie dawała, i jeść z nią było niewygodnie, przynajmniej niebezpieczną nie była. Nazajutrz, jak świt, kazał sobie pan Czarniecki konia podać.
Dopieroż widzieć było potrzeba, gdy się ukazał w rynku, jakim go powitano okrzykiem, jak do niego przypadano, a oczy się łzami wilżyły, a ochota i męstwo tak urosły tej godziny, iż gdyby nie trzymano młodzieży, padłaby hurmem na Szwedów, śmierci szukając i sławy.
O południu zluzowany Pełka poszedł do klasztoru dowiedzieć się o panu Czarnieckim, gdy ogromny tłum ludzi kilkuset otoczył klasztor, napełnił dziedziniec i poczęto wołać. Posłał im tedy Pełkę, aby kilku z między siebie mu delegowali dla rozmowy, czego chcą.
Tak się też stało; pięciu wybrano, którym pan Kochanowski, młodzieniec pięknych nadziei, przodował. Wpuszczono ich do małej izby, gdzieby się też więcej i nie pomieściło, przed pana Czarnieckiego, któremu tylko co polewkę do gardła przez trzcinkę dawano, bo jeszcze jeść tego dnia jak się należy nie mógł.
Skłonili mu się do kolan...
— Panie kasztelanie, — odezwał się Kochanowski butnie i raźno — zlitujże się nad nami młodymi, w których krew gra po młodemu, daj nam się pobawić! Jest nas czterechset, a może więcej, którzy w imię Boga i dobrej sprawy chcemy popróbować harcu za murami... Daj nam broni, kuli i prochu... Bóg dozwoli, że i my coś dokazać potrafimy...
Skłonili mu się wszyscy do kolan, prosząc a obejmując go za nogi...
Czarnieckiemu aż łza z oczu pociekła, a mówić mu było tak trudno, iż ledwie wybełkotał:
— Zgoda... a no czekać...
— Nie każcież nam czekać długo... — mówił Kochanowski — niech też i my pokażemy, żeśmy się na żołnierzów rodzili...
A tu czeladnik od krawca, chuderlawa figurka, wyszeplenił:
— Panie kasztelanie, ręce od rzemiosła się też proszą... pozwól i nam...
— Pozwolę — rzekł wódz.
Skinął tedy na Pełkę, aby mu papieru podał i napisał...
— Dodam wam żołnierzy, abyście marnie przez niedoświadczenie nie ginęli... i pójdziecie...
Zaczęli mu dziękować i wołać: „Niech żyje!“ a gdy ze schodów przeszło to na dziedziniec i w ulicę, cały ten tłum jął krzyczeć: Wiwat Czarniecki! wiwat!
Spuścił głowę, ręką dając znać, aby szli i uciszyć się swoim kazali, bo posmutniał od tych okrzyków...
Tegoż dnia pod wieczór przywołać kazał Wąsowicza, pułkownika od draganów i z huzarów, z pod chorągwi królewskiej, niejakiego Bylinę, sławnego z męstwa zapamiętałego żołnierza, którym dał dowództwo nad akademikami i czeladzią, drugie tyle dawszy regularnego żołnierza. Rożański z Pełką wprosili się do nich, bo Wacek był zdawna z Byliną znajomy i Pełkę też z nim już pokumał...
I Wąsowicz, i Bylina niewiele mieli nadziei, ażeby z taką garścią coś się dokazać mogło przeciw silniejszemu stokroć nieprzyjacielowi. Szarpnąć go jednak mieli nadzieję tem pewniej, że się ich tam w obozie szwedzkim jak najmniej spodziewano. I dlatego też godzinę wybrano osobliwą, bo niemal samo południe. Medardowi serce rosło, gdy, sobie wyrobiwszy pozwolenie, ujrzał się już w tej kupce, która tylko znaku czekała, by wypaść i siec.
Młodzież z uśmiechem szła na ustach, nieświadoma niebezpieczeństwa...
Wodzów lepiej dobrać nie było można, ani żołnierzy, gdyż tylko ochotników co najdzielniejszego serca dopuszczono, choć się napierało wielu.
Szwedzi przy moście królewskim właśnie się zabawiali, niczego się nie domyślając, zwożąc sobie faszyny i ziemię, gdy najpierwej gromadą wypadła na nich młodzież gdyby piorun... Nie było tu naprawdę z kim się i bić, bo ciury, co przy wozach były, nawet się rychło nie mogąc odstrzelić, pierzchnęły. Czeladź się do wozów wzięła gruchotać, rąbać i wywracać...
A tu w obozie popłoch się wszczął i na alarm poczęli trąbić, i Wąsowicz, widząc, że więcej nie dokażą... do odwrotu zmusił. Nie przyszło to łatwo, bo chłopcy byli zapamiętali, tylko ich zaraz obietnicą wziął, że w drugie miejsce uderzą... Jakoż nim się Szwedzi tu pozwoływali od kociołków... już wycieczka była w murach i ku bramie św. Mikołaja ją Wąsowicz prowadził. Naprzeciw niej był namiot i kwatera Wittemberga, około których też nie spodziewano się wcale napaści. Siedzieli pono u stołu starsi, a żołnierz wypoczywał... w biały dzień krakowskich gości cale nie oczekując... Tu miny kopali spędzeni ludzie, więc najprzód dano do nich ognia...
Młodzieży już wstrzymać nie było ani podobna. Bylina też i Cekwart, kapitan od piechoty, człek drogi, bo był inżynierem dobrym, od tego zapału nabrali takiego ognia, jakby ich spoił, i wyrwali się ze studentami razem na stojące blisko działa na szańcach, około których kilku ledwie ludzi było. Ci jednak zaraz bronić się zaczęli i ognia dawać... ale popadali wszyscy... zagwożdżono działa, a że im tego było mało, pozrzucano je precz z szańców, bo zabrać nie było sposobu...
Gdy się i to powiodło... wstrzymać już dalej nie mógł ani pan Wąsowicz, ani Bylina... Cekwart około dział postrzelony zaraz padł... reszta się dalej parła... z takiemi okrzykami i strzelaniem, i hałasem, iż cały niemal obóz zaalarmowali...
Lecz niedługo było można korzystać z pochwyconego tak nieprzyjaciela, bo i trąby, i bębny na wsze strony zaczynały grać i wojsko się szykować, i ognia dawać poczęto, choć niewiele rażąc — tak że Bylina wyskoczył naprzód, aby zawrócić rozpędzoną młodzież. Dopiero, gdy go zobaczyli padającego, bo Szwed w samo serce go ugodził, i gdy Wąsowicz grzmiącym głosem zakomenderował, a Pełka i Rożański też z żołnierzem jęli zgartywać rozbieżanych, zdołano ich, choć nie wszystkich, zawrócić... Padło kilkunastu... Szwedów przeszło stu po szańcach i rowach, i przy działach postrzelano i wysieczono.
Zaraz niemal po tej studenckiej wyprawie, która Bylinę o życie przyprawiła, Szwedzi, jakby mszcząc się zuchwalstwa tego, szturmować poczęli z wielką siłą i uprzykrzeniem mieszkańców — pokoju chwili w mieście nie było... Sypali szańce, choć do nich strzelano... a codzień się pod mury bliżej dobierali.
W pierwszych dniach października trębacza król Gustaw wysłał, wzywając koniecznie do poddania, a grożąc szturmem. Czarniecki mu odpisać kazał, jakby na żarty: — Na wojnie zrosłem, wśród huku dział posiwiałem, już mnie kule nie straszą, ani wadzą; dzieci nawet do nich nawykają w mieście, a bawiąc się, mi je znoszą, bym wam je napowrót odsyłał. Pocóż mamy miłej sobie skąpić zabawki...
Lecz tegoż samego dnia przysłał pan kasztelan po Pełkę, którego obrotność, zwinność, niezmordowaną czynność i hart, a przytomność umysłu cenić się nauczył... Ani się mógł spodziewać młody żołnierz, co go tu czekało.
— Pełko, — rzekł stary wódz, rozkazawszy drzwi strzec, aby nikogo doń nie wpuszczono — nauczyłem się waszmości znać czasu niebezpieczeństwa i trudu, i muszę oddać ci sprawiedliwość: żeś i żołnierz dobry, i człowiek poczciwy, i dusza gorąca. Takich nam dziś potrzeba... Mam w waszmości ufność — mam do was słabość...
Pełka go jak ojca w ramię pocałował.
— Panie kasztelanie, — rzekł — nie zawiedziecie się na mnie, młody jestem, mogę pobłądzić, lecz nie z woli chyba... Złego nie uczynię, gdybym miał życiem przypłacić.
— Przed wami taić nie mam potrzeby, — dodał wódz — bronić się musimy do ostatka, obronić nie potrafimy. Miasto zniszczone i z osób swych najdroższych odarte, kościoły i klasztory, i domy w ruinach a popiołach...
Niczemby były ofiary te, gdyby się na co przydały. Z każdym dniem żywności mniej, a zwątpienia więcej... ludzi i serca tracimy... Jeżeli przyobiecana nam odsiecz i posiłki nie nadejdą, wytargujemy może warunki znośniejsze, a poddać się potrzeba.
Pełka przerwał mimowolnie... Lepiej ginąć!
— Tak, lepiejby zginąć, stokroć lepiej — mówił kasztelan — nam samym, lecz zgubić stolicę i lud dla tej sławy, że się zagrzebie w popiołach... nie mam serca i sumienia. Bić się będę, dopóki nie stracę nadziei, gdy ją postradam — poddać się muszę... Król na Śląsku, skąd nam cesarską pomoc obiecują. Ja w nią nie wierzę, przecież są ludzie, co mówią inaczej. Radbym wiedzieć stanowczo, co się święci i jak. Rozumiesz mnie waćpan?
Tu wstał kasztelan, ręce obie położył Pełce na ramiona i rzekł zwolna:
— Potrzebuję kogo, coby się ważył przez obóz szwedzki przerznąć i dobić, głowę ważąc, na Śląsk, któryby ze słowem ode mnie do króla pojechał i z odpowiedzią od niego do mnie powrócił. Lada komu tego powierzyć nie mogę.
Pełka się zamyślił nie śmiejąc odpowiadać.
— Co się wam zda, możecie wy się tego podjąć? policzcie się z siłami i ochotą — spytał wódz.
— Na ochocie oddania tak ważnej przysługi pewno mi nie zbywa, — odezwał się Pełka — lecz czy jej dorówna siła? tego zaprawdę nie wiem...
— Ja ufam — rzekł Czarniecki — przez obóz się przedrzeć nie tak wielka trudność, a poza nim trzeba tylko adherenta Gustawowego przybrać postawę. Niesmaczna to rzecz, jak wszelkie kłamstwo, ale niemniej zasługi wielkiej...
Nie odrazu Pełka się oświadczył z gotowością. Nie zbywało mu na obrotności i zręczności, przecież w naturze swej coś miał, co mu udawanie wszelkie przykrem czyniło... Wahał się więc jeszcze, gdy kasztelan dodał:
— Dla miłości tego miasta i dla mojej uczyńcie to... Pisania żadnego wam nie dam, dosyć słowa, zaniesiecie królowi najlepszą wiadomość o stanie naszym, bo go najlepiej znacie, codziennie ze mną po murach się zwijając... Jeśli odsieczy nam wprędce nie dadzą, tośmy skazani na upokorzenie... Niech więc powiedzą, co mamy czynić — ginąć, czy dla lepszych czasów ludzi i miasto ocalić...
Nie był jeszcze pewny siebie Pełka i do wieczora się wyprosił dla rozmysłu, aby się w tem lepiej rozpatrzeć, jak miał począć sobie i co czynić.
Pełka poszedł po murach rozpatrzeć się naokół, którędy mu wynijść można bez niebezpieczeństwa. Z pozabijanych rajtarów i piechoty szwedzkiej czasu wycieczek dosyć nabrano odzieży, by się w nią przebrać było łatwo. W wojsku Gustawowem służyło też dosyć Niemców i z tym językiem, który Pełka dosyć nieźle umiał, z biedy można było obóz przejść. Nie zbywało też i na zdrajcach... co się do Gustawa przyłączyli. Rozmaite myśli snuły mu się po głowie i różne plany, i wolałby był innego się podjąć rzemiosła, acz na wojnie ten najlepiej służy, kto najlepiej słucha...
Rożańskiemu, choć z sobą żyli jak bracia, nic powiedzieć nie chciał zrazu. Wiedział, że go ten nie zdradzi i rychlej pomoże niż zawadzi, przecież nieswojej tajemnicy powierzyć mu się wahał.
Lecz gdy wszedł do izby, w której razem stali nieopodal Florjańskiej bramy, po twarzy Wacek poznał, iż coś się święci niedobrego z Medardem, i począł mocno nastawać, aby mu się spowiadał.
— Co ty mnie ciśniesz? — zawołał Pełka — gdybym ci ja mógł, jednej chwilibyś wiedział, co mi cięży — a no, nie moja sprawa. Cudzych rzeczy darowywać się nie godzi.
— Jeżeli tak śpiewasz, — rzekł Wacek — to ja tobie powiem, co masz na sercu — bo tak dobrze o tem wiem jak i ty. Pan Czarniecki mnie toż samo chciał powierzyć, a ja waści nastręczyłem, nie żebym się wykupować chciał, lecz żem niezdolny do tego.
— To powiedzże mi szczerze, czy ja to potrafię? — zapytał Medard.
— Albo ty, lub nikt — odparł Rożański. — Mnieby od pierwszego gęby otwarcia poznali...
Poczęły się tedy narady...
Rożański znał żydka, który razy kilka przez obóz szwedzki z listami chodził i powracał... Poszli razem do niego...
Był to przekupień rodem z Lubelskiego, zdawna handlujący po kraju igiełkami, rożnem rupieciem niewieściem, człek przebiegły, śmiały i na swój stan wcale niepospolity. Mógł udać kogo chciał, umiał być starym, młodym, głupim i mądrym, jak mu wypadało, służył potrosze wszystkim, może nawet i Szwedom dla miłego grosza, ale przez to swoich nie zdradzał. Owszem, parę razy skutecznie im dopomógł... zwano go prostem imieniem Lejbusia, a znali go w mieście jak szarą gęś, bo nie było człeka, coby wyszukał w potrzebie, jak on, nawet takich rzeczy, których w niem nie było. Gdyby mu kto dobrze zapłacił, zdaje się, że armatyby szwedzkie pod pachą przynosił na rynek.
Nim doszli do domu, Lejbuś się nawinął na drodze; przebrany był po mieszczańsku i poznać go nawet trudno było, ale Rożański, zdawna się z nim znając, domyślił się i za połę pochwycił.
— Lejbuś, kochanie, mam do waści sprawę.
— A! to wy, panie miłościwy — wesoło odparł czarnooki, mierząc zaraz towarzysza jego wzrokiem ciekawym. — No? a co? może włoskich konfektów dla panien chcecie dostać...
I śmiał się — znać, że Rożański niedawno czegoś podobnego od niego żądał...
— Chodź gdzie za węgieł, aby spokojnie pogadać można — albo nie — to do nas...
— Wielki sekret? — spytał Lejbuś.
— Bardzo wielki.
— I wielki zarobek? — dodał żydek.
— Może być i to...
Popatrzał, myśląc, żyd potoczył wzrokiem dokoła, nigdzie blisko nie było miejsca na rozmowę, a tu czasu nie mieli do stracenia...
Nareszcie wskazał kamienicę jedną, nic nie mówiąc, i wprowadził ich do niej.
Na tyłach była pusta izba jakimś cudem do najęcia, zaprowadził ich niby ją opatrywać. Byli sami.
— Rzecz ci krótko opowiem, — rzeki Rożański — mój dobry przyjaciel... ot ten, kocha się w pannie... pilno mu ją widzieć, gotów i szyją nałożyć... Musi się przedrzeć przez obóz, aby się z nią zobaczyć i powrócić. Pomożesz?
Lejbuś głową zaczął kiwać.
— Co to do mnie należy, — rzekł — ale gdyby Jerozolimę naszą oblegali... a żebym ja się kochał nie wiem jak — nie porzuciłbym Jerozolimy dla kochanki...
Pełka się zarumienił, Rożański zagryzł usta.
— Nie pleć, — rzekł do żyda — on sam jeden Krakowa nie obroni...
— Tak, a gdyby jutro tak powiedziało stu, a pojutrze tysiąc... i poszli do kochanek...
— Pomożesz, czy nie? daj choć radę, mów, zapłacę... — zawołał Pełka.
— Proszę pana, — odezwał się Lejbuś, śmiejąc — to się rozumie, że się płaci, a nie wszystko można zrobić za zapłatę...
— Niech cię kaci rwą! — wykrzyknął zniecierpliwiony Rożański — chcesz czy nie?
Uśmiechnął się Lejbuś.
— Wielkie z panów rycerstwa gorączki, — rzekł — a na biednego żydka zawsze tylko z pięścią i z krzykiem. Jak ja pana poprowadzę i jak nas dwóch złapią, obu mogą powiesić, jak ja pójdę i mnie schwycą, to się wykręcę. Prowadzić, to jest gorsza rzecz, niż iść.
— Radźże...
Przez czas rozmowy Lejbuś się wpatrywał w Pełkę.
— Jabym chciał honor pański wiedzieć — rzekł wkońcu.
— Jestem Pełka z Gołczwi...
— Ja to sobie zaraz myślałem, mnie pana pokazywali zdaleka na murach przy panu kasztelanie... Mój dziadek miał arendę w Gołczwi...
Skłonił się. Służę wielmożnemu panu, ale poco panu ten interes...
— Cóż chcesz? kocha się! — wrzucił umyślnie Rożański.
— A poco to takie kochanie? — dodał żyd.
— Musi — zawołał Wacek.
— Ja z jegomościa pójdę sam... No! a złapią... zawsze raz umierać trzeba...
— Cóż za tę sztukę? — spytał Rożański.
— A! a! jak powrócimy, to się potargujemy — wesoło dodał Lejbuś.
Poczęły się narady, żyd obiecał przyjść wieczorem... pożegnali się więc, a Pełka ruszył wprost do pana Czarnieckiego... Nie znalazł go w klasztorze, nie było na ratuszu... Wskazali mu go na murach przeciwko klasztoru bernardyńskiego... Chodził i sumował... Mrok padał gęsty. Na strzał ognie szwedzkie pogaszone były, dalej świeciło koło szałasów i na ogniach, jak cienie szatanów uwijały się postacie żołnierzy. Kasztelan z rękami założonemi, ponury, przyglądał się smutnemu widowisku.
Pełka przybliżył się do niego.
— Co mi niesiecie? — spytał kasztelan pocichu.
— Posłuszeństwo! — odezwał się Medard.
— Bóg zapłać! Bóg zapłać!... — westchnął stary. — Nieraz na moje szlacheckie ramiona walono ciężary, których pańskie znieść nie mogły, nigdy większego na nie nie włożono brzemienia, jak dziś! I widzieli ci, co mi oddali Kraków, że zbędą się na mnie odpowiedzialności przed krajem, królem i historją... że włożą na mnie ohydę... Czarniecki zdradził, Czarniecki zdał... Krwi mi nie policzą... ale sromotę, czy zasłużę, czy nie... to pewnie... Bóg osądzi — tymczasem ratować trzeba ludzi... Idź, waćpan... Kiedy myślisz się wybierać?
— Gdy tylko potrafię i będzie można — rzekł Pełka.
— Zrozumiałeś mnie, — dodał kasztelan — credentiales nie potrzebujesz... papierów zwierzyć ci — nie godzi się dla niebezpieczeństwa... Słuchaj... Lat temu, gdym królowej jejmości dobrą przywiózł od kozaczyzny nowinę, a trafiłem też na dobry humor, obdarzyła mnie sygnetem na pamiątkę... Pierścień znaczny, bo na kamieniu znamię Opatrzności, a dokoła napis: „Si Deus pro nobis, quis contra nos?“... Na znak weź pierścień... a powiedz królowi, powiedz królowej, bo ona pono głowy ma więcej... że Kraków się podda, jeśli odsiecz nie przyjdzie. Komputowi zdradzili, żywności brak... ludzie znużeni... prochu dalej omal będzie... Chcą, bym się w ruinach pogrzebł — uczynię to — lecz i stolicy odwiecznej i ludu żal... Niech ratują lub powiedzą, że nie mogą — uczynię, co sumienie natchnie.
To wasze poselstwo, — kończył Czarniecki — to wasze pieniądze podróżne. — I wyciągnął woreczek przygotowany z zanadrza. — Na miłość Bożą! idź, jedź, a powracaj co żywiej, a nie przepadnij i wziąć się nie dawaj, i niech cię błogosławi Opatrzność w tej imprezie...
Pociemku Pełka nie dostrzegł łzy... która mu się z oczu potoczyła, zbiegł po murowanych schodkach i przesunął się strzałą do swego mieszkania.
Rożański i Lejbuś już nań czekali.
Żydek był odziany jakby do drogi: w sukni z połami podpiętemi, w butach długich, niby z niemiecka, niby ze szwedzka, w kapeluszu czarnym, ani w nim dziecięcia Izraela poznać było można, tak męsko i zuchowato wyglądał... Pełka miał gotowy ubiór szwedzkiego żołnierza... Lejbuś go opatrzył i dał nań swe przyzwolenie, czyniąc tę uwagę, że zaraz za obozem, jeśli się bezpiecznie uda przebić przezeń, przebierać się znowu będzie potrzeba, więc w pogotowiu drugą odzież mieć należy, tak ukrytą, aby węzełków widać nie było, które zdradzić mogły...
Noc ciemna była i wietrzna... chwilami smagał wicher z deszczem ostry... lecz najlepsza to zdała się pora do wycieczki, gdyż żołnierz nie tak był czujny... i straże szukały za węgłami schronienia, nie lękając się wycieczki po nocy...
Lejbuś radził wynijść furtą małą z pod Mikołajskiej bramy, albo nawet mniej znanym jakim otworem, naprzeciw któregoby nie czuwali Szwedzi...
Z uczuciem trwogi i jakby zgryzoty sumienia jakiejś Pełka przywdział suknie zdarte z żołdaka szwedzkiego... sam sobie dziwnie się w nich wydawał... szablę nawet trzeba było zmienić... Płaszczem otulony zdala niby wyglądał na Szweda... Lejbuś mu poradził, aby sobie gębę chustką skrwawioną podwiązał, jako ranny, coby go na wypadek spotkania od rozmowy uwolniło...
O krwawą płachtę nie było trudno, bo obaj, Rożański i Pełka, niejeden raz już ranni byli, usłuchano więc rady Lejbusia.
Rzucił się Pełka na szyję Rożańskiemu... i obaj słowa nie mogli rzec do siebie... a Wacek go do furty koniecznie chciał prowadzić. Szli więc razem... U Mikołajskiej bramy, nieopodal na szwedzkiej stronie, stała kupa żołnierzy, nie nadawało się iść tędy, musieli innego wyjścia szukać... Pełka miał kartkę pod pieczęcią, która mu wszędzie, gdzieby chciał, drzwi otworzyć miała... Kilka razy na mury się trzeba było drapać, rozpatrując, w której stronie najciemniej i najciszej.. Zdawało się, że od Florjańskiej bramy najspokojniej siedzieli Szwedzi... Tu więc furtę sobie kazali otworzyć; Rożański ścisnął raz jeszcze Pełkę, który się doń z ostatnią myślą odwrócił jeszcze.
— Wacku! kochanie moje, — rzekł wzruszony — czy powrócę, nie wiem — gdybym zginął... znajdziesz łatwo podczaszankę Pociejównę, najpiękniejszą pod słońcem, którą sercem całem ukochałem... gdy się dowiesz, żem padł, powiedz jej, że zginąłem z jej kokardą na piersiach, wierny mojej przysiędze... kochając ją do ostatniego tchnienia.
Ścisnęli się raz jeszcze. Lejbuś za rękaw ciągnął... skoczyli razem w mokry dół i ciemności.

Cisza panowała dokoła... i ciemność, wśród której nic rozpoznać nie było można. Musieli się trzymać za suknie, aby się nie zgubić, bo się potem nawoływać nie mogli... W fosie pod murem naciekło wody niemal do kolan, a na śliskim brzegu ciężko było ustać... Chwilę tak musieli stać, gdy się furta zatrzasła, i czekać, dopóki się oczy nie oswoiły z ciemnościami, a nogi nie znalazły stałej podpory. Osuwała się ziemia pod nimi... Stojąc w dole, nie widzieli nic, co się po drugiej stronie działo... Najprzód musieli przez wodę w fosie przebrnąć tak, ażeby nawet pluskiem jej straży, mogącej być blisko, nie rozbudzić. Lejbuś do tego nie równie był zręczniejszym... Obejrzawszy się w prawo i lewo i nie zobaczywszy nic, potem w górę podniósłszy oczy na trochę jaśniejsze niebo, pociągnął towarzysza w prawo trochę, zawsze krajem fosy, gdzie się noga z trudnością utrzymać mogła — upatrując, gdzieby i wody w dole było mniej, i przeciwny brzeg do drapania się zdał dogodniejszy.
Tak kilkanaście kroków uszedłszy — Lejbuś się spuścił w dół... Instynktem jakimś trafili na miejsce, gdzie w kałuży leżał zrzucony z murów, czy spadły trup nagi. Bielał on nieco w ciemności, a po kształtach jego poznać było można, że już nie cały był. Lejbuś użył go za kładkę do przejścia przez fosę i na pierś stąpił... Pełka miał wstręt do takiego nieposzanowania zwłok ludzkich, lecz ciągniony za suknię, ratując się od upadku, musiał również nogę zeprzeć na trupie... Pomógł im ten poległy, rzucony bez pogrzebu... do wydostania się ku drugiemu brzegowi fosy, spadzistszemu i mniej jeszcze dostępnemu... Musieli się zatrzymać tu znowu, by odetchnąć. Lejbuś posunął się ostrożnie dalej, zwolna coraz usiłując wdrapać się wyżej a wyżej.
Gdy głowa jego ścignęła poza brzeg rowu i spojrzeć mógł przed siebie... zobaczył niedaleko dogasający mały ogień, i bojąc się, by ich światło nie zdradziło, spuścił się w dół... Szli ścianą jeszcze kilkadziesiąt kroków, podtrzymując wzajem, Pełka niżej, Lejbuś trochę podniósłszy... dopóki im ognia kawał muru nie zakrył. Żyd co chwila, głowę podnosząc, próbował, w ostatku wyciągnął Pełkę z tego wilgotnego dołu.
Przed nimi stało spalone przedmieście i na tle nieba ciemnego majaczyły mury połamane domostw i kościołów. Tu znajomość dawna miejsca pomogła Lejbusiowi do pokierowania się dalszego. Ognia nigdzie widać nie było... ludzi nigdzie słychać, obóz zdawał się zasypiać. Z pewnością jednak i tu stały gdzieś ukryte straże. Pełka, który w różnych porach dnia i nocy przypatrywał się szwedzkim obozowiskom, mógł mniej więcej obrachować pierwszych straży stanowisko... Gdyby się udało prześlizgnąć niepostrzeżonym między nimi, były jeszcze drugie, a potem około namiotów posterunki i co się tam w nocy ruszać i chodzić mogło... wkońcu zewnętrzne poza obozem placówki...
Nim się w tę niebezpieczną drogę puścili, żyd się dobrze rozpatrzył i obrachował, kędy byli, popatrzał na mury ku górze, potem na zgliszcza i sterczące mury... i ruszył się wolno, cicho, ostrożnie, noga za nogą... Tak się dostali do szwedzkiego szańca... Działa ustawione były w pewnych od siebie odległościach; gdy więc pierwsze z nich dojrzeli, bo teraz oczy coraz lepiej się widzieć nauczyły po nocy — Pełka ściągnął żyda dalej i wpełznąwszy na szaniec... przesunęli się przezeń niepostrzeżenie na drugą stronę...
Tu pierwszy błąd popełnili, bo się Lejbuś po piasku spuścił w dół i nie spodziewał, że go znajdzie tak głębokim... Wpadli oba w wyrytą w nim jamę... wprawdzie suchą, ale ze ścianami tak stromemi, iż ani myśleć nie było można o wydrapaniu się napowrót... Upadek ich prócz tego dał się słyszeć najbliższej straży, i po całej linji zaczęły się posterunki obwoływać niespokojnie. Nad głowami swemi wkrótce usłyszeli głosy niespokojne, klątwy, sprzeczkę, a że się obawiali, aby światła nie przyniesiono, przyczaić się musieli pod wydrapaną ścianą i tak długą chwilę wytrzymać... czując, jak się im piasek osypywał na głowę, nie bez obawy, że gdyby runął cały, mógłby ich przygnieść tam na wieki.
Rozeszły się wkońcu placówki i cisza była znowu... Lejbuś począł obchodzić jamę, macając ją, gdzieby mniej była stromą, musiało bowiem z niej wyjście i droga jakaś znaleźć się, którędy ziemię wywożono. W istocie, z przeciwnej strony tarcicami wyłożoną namacał ścieżynę... Pełka szedł za nim... Byliby się tędy łatwo uratować mogli, gdyby nie dalej, jak o staje widny na słabo tlejącem ognisku — żołnierz...
Spał on wprawdzie oparty na pniu złamanego drzewa, lecz wierzyć w ten sen nie było bezpiecznie... Musieli więc w przeciwnej stronie szukać innego wyjścia. Tu nagromadzone ogromne kupy faszyn i kosze dopomogły do wydostania się z jamy... Chrzęszczały one pod nogami, lecz wiatr wył daleko głośniej.
Trudno było obrachować, ile ten wypadek czasu straconego kosztował, a choć noc zimowa długa — mimowolnie na myśl przychodziło, że jej może nie starczy na przebycie obozu, jeśliby tak cały nieszczęśliwie trzeba przerzynać...
Mieli już poza sobą straże i szańce... Teraz jednak zostawał obóz sam do przebycia: szałasy żołnierzy, namioty starszyzny, dwory połatane z ruin, w których się już zdala świeciło...
Podchodząc bliżej ku obozom, coraz ostrożniejszymi musieli być przekradający się. W miarę zbliżania się dochodziły ich krzyki i śpiewy, i szumy a gwary... mogące najśmielszego napełnić trwogą... Tu już paliły się ognie porozkładane gęsto i wkoło nich widać było snujących się ludzi. Godzina była jeszcze niezbyt spóźniona... Przez namioty błyskało światło we wnętrzach... Obaj nasi podróżni stali długo, niżeli się w ten najniebezpieczniejszy przesmyk puścili.
Tu każdy krok musiał być obrachowany... W prawo i w lewo jak zajrzeć ognie i namioty, i kupy żołnierzy nieprzerwanym ciągiem zalegały drogę... Wyrazy pieśni dochodziły do uszu... brzęk naczyń, szczęk oręża... rżenie ciche powiązanych koni u żłobów... Lejbuś miał instynkt ściganego zwierzęcia... prowadził nim tak, iż ani się opatrzyli prawie, gdy się znaleźli już wśród namiotów. Szczęściem światła i ogniów wiatr nie dozwalał rozkładać szeroko, musiały one być od niego poosłaniane i opodal nie rzucały blasków.. Nagle, gdy się im dotąd udawało szczęśliwie w ciszy i zwolna kołując, przebyć już kawał, nie spotykając nikogo, usłyszeli w ciemności głosy tak blisko, iż innego nie było ratunku nad rzucenie się na ziemię...
Lejbuś pociągnął towarzysza, padli obadwa na wilgotny piasek i przyczaili się... Z namiotu o kilkanaście kroków wyszło trzech podpiłych Szwedów, trzymając się pod ręce... Oni to byli powodem, że Pełka padł obok przewodnika swego, czekając, aż ich miną...
Droga wiodła wprost na leżących, tak że Szwed, idący z kraju, a niebardzo w nogach pewny, zaczepił się o leżącego Żyda i upadł na niego. Pozostali towarzysze stanęli, śmiejąc się... Ten, który leżał, grzebiąc się, aby powstać, namacał człowieka... Na myśl mu snadź wszakże nie przyszło nic innego nad to, że na równie lub gorzej od siebie pijanego trafił spoczywającego w błocie... Wrzawa powstała i krzyk. Pełka, leżący zboku, zcicha już do tulicha u pasa sięgał... Żyd zaś udawał pijanego czy umarłego, ale tak nieczułego, iż gdy go podnoszący z ziemi z pomocą towarzyszów Szwed nogą kopać zaczął ze złości — ani drgnął.
— To nie pijana, ale snadź zdechła jakaś bestja! — zawołali.
Nie dosyć na tem: poschylali się wszyscy nad żydem, macając go... Lejbuś udawał nieżywego, Pełka, któremuby to stokroć ciężej przyszło, pozostał jakiemś szczęściem zboku nietkniętym.
Nie przyszło do badania... pijani poszli dalej... Nierychło dopiero odpuściwszy ich, Lejbuś, zlekka się otrząsł i wstał... Podeptany był i potłuczony, ale mu to wcale nie odjęło uwagi i przytomności umysłu...
Szli znowu wężową drogą... którą węgły popalonych domostw niebezpieczną czyniły tem, że zakrywając ognie i ludzi, nigdy nie dozwalały naprzód obrachować kierunku. Nagle wytykali się naprzeciw ludzi wówczas, gdy się ich najmniej spodziewali, musieli się cofać i czas tracić... Ogniska jednak wygasły powoli. Prosty żołnierz, znużony dniem, legł już na spoczynek, starszyzna tylko dokazywała... Pomimo chłodu i wichru, Pełkę pot oblewał... Ten przymus do chodu ślimaczego, do cofania się, wymijania, czajenia — męczył go w niewypowiedziany sposób... W miejscu, które już zdawało się bezpieczniejszem, Lejbuś, cokolwiek ośmielony, wwiódł towarzysza tak na śpiących żołnierzy, iż omal ich nie zdeptali.
Niebezpieczeństwo było wielkie, gdyż żołdak, nogą uderzony, pochwycił się ze snu, a krzyk jego obudził towarzyszów. Pełka miał ledwie czas skryć się za węgieł spalonego domu, żyda rwał za połę Szwed...
Tu zuchwalstwem trzeba było nadrobić. Lejbuś się pięścią obronił i odskoczył.
Znaleźli się obaj ściśnięci wśród popalonych belek i łomu, a o trzy kroki waśniący się Szwedzi, szczęściem bez światła, łajali się już między sobą, gdyż pewni byli, że któryś z nich przez sen drugiego targnął...
Wrzawę tę, przysiadłszy na ziemi, poczekać było potrzeba... Pełka rzucił okiem dokoła i ujrzał o kilkanaście kroków namiot otwarty, w którym się mógł doskonale rozpatrzeć...
Było to zapewne schronienie któregoś z dowódców, urządzone bardzo wygodnie... Wnijście nawet, z którego podjęto zasłonę w chwili, gdy się wszczęła wrzawa, obwarowane było kobiercami od chłodu i wilgoci.
W namiocie rozeznać było łatwo nagromadzony łup i porabowane dostatki... Wszystko, co tam było, żołnierzowi w pochodzie z domu towarzyszyć nie mogło... Kupy powiązanych sukien, towarów, makat zalegały pod ścianami... kosztowna broń porozrzucana była po łożach i ziemi... Srebrna beczka na krzyżowych nogach, z prostych kołów zbitych — służyła do napełniania wypróżnionych dzbanów...
Wpatrzywszy się w ten obraz, który go bólem napełniał, Pełka nie poczuł, jak go żyd ciągnął za suknię.
Wrzawa się była uspokoiła... cisza dokoła, oprócz szmeru rozmowy, z namiotu wylatującej niekiedy i cichnącej, gdy się kości rzucać zbierano — oznajmowała im, że powinni byli korzystać z chwili. Wydobywszy się więc z belek, postąpili w przeciwną stronę... Tu już panowały ciemności. Zdawało się, że obozowisko było za nimi, i jedna tylko linja straży zostawała do przebycia.
Potykając się nieustannie na gałęziach i faszynach... padając w rowy, brnąc przez kałuże... przebyli spory kawał drogi, niepewni jednak obaj, czy wszerz szwedzkiego wojska, czy wzdłuż się posuwali — wśród nieustannych bowiem obrotów obaj pamięć kierunku utracili... Szli tak naoślep, iż kilkakroć musieli na niebie upatrywać wież Krakowa, ażeby pewni byli, że nazad doń nie wrócą i znowu się o szaniec nie oprą.
Lecz są instynkta niewytłumaczone, które wiodą człowieka, i czasem szczęścia, któremi los darzy... Droga nie była zmylona; Lejbuś poznał folwark nieopodal, przy którym stały ostatnie posterunki szwedzkie.
Kupka drzew starych i żóraw od studni na niebie się zarysowały... o kilkadziesiąt kroków dalej byli już prawie bezpieczni, jeżeli ich objazd jaki i konnych, snujących się ciurów nie chwyci kupa...
Pełka oddychał nieco spokojniej, iść mogli śpieszniej... Nic się już nie zdawało im zagrażać...
Właśnie, gdy się tą nadzieją łudzili, z za kupy chróstu zerwał się żołnierz, który się od słoty przytulił; ten, posłyszawszy szelest, krzyknął. Znalazł się on tak blisko Pełki, iż Medard bez namysłu chwycił go za barki i obalił...
Silny i zręczny siadł nań, aby go co najprędzej zakneblować i głosu pozbawić. Lejbuś, który się domyślił snadź o co chodziło, znalazł się z chustką tuż, i nim Szwed przelękły dobył z piersi krzyku, pełną miał gębę... Medard cisnął go kolanem, Lejbuś wiązał chustkę... Pistolet, który trzymał w ręku, w tej walce wystrzelił... Pełka miał czas tylko ogłuszyć go uderzeniem... musieli uciekać...
Rzucili się, trzymając za ręce wbok ku drodze, przez pola i znikli w ciemnościach, nim strzałem wywołany popłoch całą linję straży ogarnął...
Odbiegłszy na kilkoro staj, mogli zdala widzieć zamęt, którego byli przyczyną... W chwili zbiegło się kilkunastu konnych... Od obozu leciały straże... Wśród ciemnej nocy pogoń wszakże była niepodobieństwem...
Nie tracąc na rozpatrywanie się czasu, poszli dalej śpiesznie, unikając dróg, a szukając zarośli.
Pełka czuł się tak zmordowany, iż pierwszy odezwał się do Lejbusia z żądaniem choć krótkiego spoczynku.
— Tu nie można odpoczywać... i niema gdzie, — rzekł żyd — jeszcze pół godziny chodu, a spoczniesz wielmożny pan bezpiecznie... No — niema co mówić — dodał — poszczęściło się nam dobrze. Trzy razy przekradałem się przez to tałałajstwo szwedzkie, nigdy tyle biedy nie doznałem co dziś i tyle szczęścia... Mogliśmy przynajmniej trzy razy być w ich rękach... Trzeba Panu Bogu dziękować.
Zmokli od deszczu, który padał już, nie ustając, szli tak dalej... aż do lasku... w który Lejbuś poskoczył z okrzykiem radości... Oprócz szeleszczących pod nogami liści... nic tu już nie mogło ich zdradzić... Żyd, w prawo i w lewo się obejrzawszy, szedł żywo ku środkowi lasu... jakgdyby czegoś szukał. Przybyli tak pod ścianę drewnianą jakiejś budowli. Była to pusta szopa, niegdyś zapewne na skład siana przeznaczona... Jedna połowa jej drzwi leżała na ziemi, druga oberwana wisiała na drewnianem kole. Żyd, wszedłszy, wprost się skierował do kąta i z podziwieniem Pełki nogą stukać zaczął. Trwało to dosyć długo. Medard usłyszał potem szept cichy, a że tu już nic widzieć nie mógł, czekał nie rozumiejąc[1], co z nim zrobi przewodnik.
Małe światełko pokazało się, jakby z pod ziemi. W jego blasku zobaczył Pełka... podniesione nad tokiem drzwi z grubych bierwion... Lejbuś szukał go za sobą i dawał znaki, aby szedł za nim. W głębi dołu... do którego trzeba się było spuszczać po drabinie, stało odarte kilkonastoletnie dziewczę z kagankiem... Bez namysłu zszedł Medard do dołu... a Żyd wspiął się na drabinę i drzwi podniesione, przez które weszli, spuściły się znowu... W podziemiu tem, w glinie wyżłobionem, drzwiczki liche i nieszczelne prowadziły do rodzaju izdebki w ziemi, popodpieranej nieobrobionemi bierwionami drzewa.
W głębi jej widać było barłóg i nieco sprzętu lichego... Stary z brodą siwą człowieczek w żydowskim stroju odartym i dziewczę, trzymające kaganek, czekali na niespodziewanych pewnie gości. Lejbuś żywą rozmowę już ze starym prowadził i zdawał się tu gospodarować jak w domu...
Nic okropniejszego wystawić sobie nie można nad tę kryjówkę podejrzaną, do której Pełkę wprowadził jego przewodnik.
Oprócz starego żyda i dziewczynki, w kącie spoczywało jeszcze jakieś stworzenie ludzkie, okryte odzieżą, stękając i jęcząc... Spocząć ani usiąść nie było miejsca; obcięty pieniek dębowy jedyny prawie sprzęt składał. W ścianę wbita deska, którą dwa kółki podtrzymywały za stół służyła.
Lejbuś, rozprawiwszy się z gospodarzem, który zwolna go o coś dopytywał, odwrócił się do Pełki.
— Co pan chce? — rzekł, uśmiechając się — niebardzo ładnie tu, ale bezpiecznie... Ile razy Szwedy popasały w szopie! a jednak drzwi, przysypanych sianem i chróstem, nie znalazły. Tu się pan musi przebrać, a gdy dnieć zacznie, ruszymy dalej starać się o wóz i konie, bo nogi niedaleko zaprowadzą... Bardzo się nam szczęśliwie udało...
Pełka o najbliższy dwór szlachecki pytał, ale na to żyd, trzęsąc głową, odpowiedzieć nie umiał, obiecywał tylko, że sobie rady dadzą...
Nie było to bardzo pocieszające, lecz się Medard musiał zadowolić tem, co mu Lejbuś ofiarował, który wesołego usposobienia nie stracił. Nie było nawet gdzie spocząć i zdrzemnąć się trochę. Lejbuś dla siebie obrał w słomie kątek, Medard, na pieńku siadłszy, wsparł się tylko o ścianę wilgotną. Kaganek postawiono na ognisku... stary żyd poszedł na swój barłóg i wszystko ucichło... Ponad głowami tylko słychać było przez cienką warstwę ziemi, dylami podesłaną, szum lasu i plusk silnego deszczu, cienkiemi strugami dobywającego się do wnętrza.
Nie upłynęła godzina i Medard oka nie zmrużył, gdy czujne ucho Lejbusia pochwyciło w lesie tętent i chodzenie około szopy. Żydek zerwał się na nogi i przyłożył ucho do ściany... Można było rozeznać stąpanie koni i głosy ludzi.
Pełka porwał się niespokojny... Stary Żyd ruszył się też z posłania... czekano z natężoną uwagą, gdy do drzwi, przez które spuścili się podróżni, silne stukanie, powtórzone coraz gwałtowniej, słyszeć się dało. Lejbuś i gospodarz zdawali się naradzać z sobą. Przewodnik zbliżył się do Medarda i szepnął:
— Póki co będzie, chodź pan tu.
Podniesiono odzież, wiszącą na ścianie, za nią było niższe jeszcze wyżłobienie, na którego ubitej ziemi suche liście i słoma leżały. Medard posłuszny, pistolet opatrzywszy i puginał, wcisnął się do wskazanego kąta... Odzież spuszczono znowu, znalazł się w grobowej ciemności... W tejże chwili ruch się wszczął w pierwszej izdebce... otwierano drzwi, dwa głosy zgóry żywo rozmawiających zbliżyły się... Medard, przysunąwszy się do zasłony, która wnijście okrywała potrafił nieznacznie roztworzyć ją tyle, by na pierwszą izdebkę okiem mógł rzucić.
Lejbuś już był powrócił na swe posłanie i skulony udawał drzemiącego, stary Żyd zwlókł się, okryty płaszczem na przyjęcie gości. Dwóch ich było, draby ogromne, wyglądające dosyć dziko... Obaj na ramionach nieśli sporo odzieży jakiejś węzełków, obuwia a nawet broni, w której szwedzką poznać było łatwo. Pierwszy z nich rzucił zaraz cały swój ciężar na ziemię, drugi na tąż samą kupę złożył, co miał na ramionach... Poznać było łatwo w przybywających dwóch jakichś zbójów, dobrze uzbrojonych, właśnie w powrocie ze szczęśliwej wyprawy na szwedzkich ciurów.
Obejrzeli się po izbie... Lejbuś udał rozbudzonego, popatrzył na nich i odezwał się do pierwszego, który stał bliżej:
— A co, Wrzos, udało się?
— To ty! — zawołał wesoło drab. O! dobraż nasza, zaraz się człek pozbędzie rupieci. A no, patrz, dwóch Szwedów, obłowionych gdzieś dobrze, przydybaliśmy na drodze w karczemce i sprzątnęli. Pijane to było, i nawet się niebardzo bronili. Hawlika tylko jeden za palec ukąsił. Kupujesz?
— No, cóż tam macie? — spytał Lejbuś.
— Popatrz, — rzekł Hawlik z obwiniętym chustą palcem, od niechcenia rozgarniając łupy, na które stary gospodarz spoglądał już chciwem okiem. Żydzi poczynali szwargotać z sobą.
— To stara odzież, — rzekł Lejbuś — co to warte? lichota...
Wrzos się obraził.
— Flamskie sukno, przedziwne, jak skóra! patrzajcie go! I broń coś warta, i ot, kobiecych rzeczy niezłych gdzieś Szwedy narabowały... a to wszystko jedwabne...
— Może jakie stare srebro gałgańskie? — mruknął gospodarz.
Hawlik dobył kubka z kieszeni. Lejbuś wstał ze słomy, przysunęli kaganek, rozpatrując się.
— To nie srebro, to cyna — rzekł Krakowianin.
— Nieprawda...
Wszczęła się kłótnia, lecz zaraz ucichła.
— Co dacie za wszystko?
Żydzi porozumieli się wejrzeniem i zaczęli rozrzucać odzież, chusty, suknie, broń... z wielkim pośpiechem...
Lejbuś uderzył po ramieniu Wrzosa, który nań spoglądał niedowierzająco.
— Jak dam dwanaście złotych, — rzekł — to jeszcze stracę... Gdzież to szwedzkie rzeczy sprzedawać, żeby ich nie poznali? Trzeba się z niemi nosić i kryć — a póki się to sprzeda...
Hawlik się uniósł.
— Za dwadzieścia nie damy! — odparł oburzony.
— Co wy dziś tacy chciwi jesteście? — odezwał się Lejbuś — to dla was mała rzecz. Szwedzi nie byli pewnie bez grosza, nabraliście talarów, a jeszcze za tę lichotę takich wielkich pieniędzy chcecie.
Wrzos się uśmiechnął.
— Gołe to było — rzekł — niema o czem mówić...
— Macie konie? — spytał Lejbuś.
— Po nich? — rzekł Wrzos — nie, tylko swoje, tamteśmy już po drodze oddali.
— A swoich byście nie zbyli — dodał żydek.
— Tobie naco konie? — rozśmiał się Hawlik.
— Dwa z kulbakami kupiłbym — ale wasze to szkapy mizerne — rzekł Lejbuś.
— Mizerne marchy! ale! — mówił Wrzos — poszukaj takich naokół, coby bez jadła i wody cały dzień na nogach, na słocie wytrzymały — do popisu one na paradę się nie zdały... a no...
— W szopie stoją? nieprawdaż? — spytał Lejbuś.
— Cóż po nocy, macać chyba będziesz, — rozśmiał się Hawlik — a ze światłem tam iść, jeszcze jakiego licha naprowadzimy... dać pokój...
— Kota w worku nie kupisz — niema co i gadać — rozśmiał się Wrzos.
— Kto to wie, czasem, kiedy worek potrzebny, to się i kota kupuje z nim — rzekł Lejbuś. — Ja bo podobno kiedyś gdzieś wasze konie widziałem.
— Co za parę koni?
Wrzos i Hawlik spojrzeli po sobie, bardzo się im to wydawało dziwnem.
— U nas konie będą drogie, — odezwał się Wrzos — bo mało co one same warte, ale pieszo trzeba iść i łatwoby nas pochwycić gdzie mogli, a znają potrosze, co my za jedni...
— A no! a no! — nalegał Lejbuś — co za tych parę koni?
Zbóje się naradzali z sobą w kącie i swarzyli, i godzili, aż naostatek wystąpił Hawlik:
— Albo brać, albo nie gadać, kulbaki obie nowiusieńkie, na moim rzędzik skórzany z mosiądzem, aż miło... za parę dacie dwieście złotych i jeszcze podziękujecie.
— Chyba z wami razem i z tem, co macie po kieszeniach! — zawołał.
— Oho! oho! — śmiali się dwaj złodzieje — tak taniobyś nas nie kupił.
Pełka domyślał się, że żyd już dla niego konia targował, radby był mu podszepnąć, żeby postąpił do dwóchset, bo na koniu się czuł bezpieczniejszym, lecz odezwać się nie było sposobu.
Zbóje zabierali się do wyjścia, dopominając zapłaty za sprzedane rzeczy, z końmi szło twardo... Wreszcie za zdobycz z końmi razem postąpiono dwieście, Wrzos ociągał się z wyjściem i znać było, że mu ta cena smakowała. Hawlik się opierał.
Koniec końcem, zaczęto płacić na desce, licząc talary, a że ciemno było, talarów zębami próbowano... Lejbuś pieniądze wyliczył i wyszedł z nimi do szopy konie przyjmować. Znalazł je z pozwieszanemi głowami, zbiedzone bardzo, obmokłe i zdawało mu się, że się oszukał, lecz nie było do wyboru... Na dzień się zabierało, a pieszo iść i źle było i niebezpiecznie...
Zbóje znikli, Pełka wyszedł ze swej kryjówki... Stary żyd, nadsłuchawszy u wnijścia, pozwolił mu pójść konie zobaczyć.
— A com ja wart za to, żem kupił konie? — zapytał żydek, uśmiechając się. — Czy to nie łaska Boża, że nam je tu przyprowadzono, jakby na zakaz?
— Nie chcę ci ujmować zasługi, — rzekł Pełka — a co się tyczy obrachunku, o ten się nie masz co frasować...
— Ja to wiem, szepnął żydek — teraz już tylko zabierać się i jechać...
W istocie pobyt w jamie tej tak był niemiły, że choć ciemno jeszcze w lesie było i jazda w nieznajomej okolicy mogła być niebezpieczną, Pełka nie wahał się siąść na konia. Wybrał sobie trochę pokaźniejszą szkapę... Lejbuś w milczeniu przyjął pozostałą i, nie żegnając gospodarza, który już znowu się był położył, wyjechali z pod szopy.
Dniało wprawdzie, lecz dzień się obiecywał niewiele jaśniejszy od nocy, chmury ołowiane, śnieżne, cały opasywały widnokrąg, deszcz ze śniegiem smagał od północy. Kałuże stały już nawet na piaskach, pora była najobrzydliwsza, i Lejbuś tylko utrzymywał, że do takiej drogi, jak ich, nie mogła być pomyślniejszą.
— Proszę wielmożnego pana, — mówił, śmiejąc się — nawet Szwed nie wylezie po dobrej woli z szałasu... możemy paradować o dziesięć kroków od ich namiotów, a żaden się nie ruszy i nie zechce się obejrzeć.
Za dębiną trochę być jaśniej poczęło — wybrali się na drożynę, którą Lejbuś tylko wiedział, dokąd prowadzić mogła. Zdziwił się bardzo Pełka, znajdując w tym towarzyszu wcale dobrego jeźdźca i człowieka, któremu ani na odwadze, ani na przytomności nie zbywało.
Medard jechał długo zadumany, spuściwszy się na przewodnika, lecz wkońcu spytał go, dokąd tą ścieżyną zaprowadzić go myślał.
— Musimy się przedzierać do granicy śląskiej, — rzekł żyd — jedziemy więc w tamtą stronę. Panu potrzeba odpocząć, poszukamy dworu, jest tu jeden szlachcic stary, którego wiem... zajedziemy do niego, a ten nam wskaże drogę... Pierwsza jednak rzecz, żebyś pan trochę sił nabrał... bo widzę, że mu je nocna przeprawa odebrała...
Już w drodze coraz się większy dzień robił, ale deszcz nie ustawał. Gdy jaśniej być zaczęło, lepiej się dopiero w kupionych od zbójów koniach rozpatrzyć mogli. Szkapy były pomęczone, stare, niewiele może warte na okaz, ale znać wytrwałe i zahartowane, a liców nie potrzebowały i rozumu człowieczego, bo szły, same wybierając sobie drogę — i co najważniejsza, nogi miały dobre... Żaden się po najgorszych ścieżynach, po pagórkach ani uśliznął, ani potknął. Wyglądały jednak niepięknie wcale i ręka ludzka oddawna z ich skórą nic nie miała do czynienia.
Medardowi prawie wstyd było na takiej szkapie w świat jechać, wolał jednak tę niż żadną...
Ranek nie przyniósł z sobą zmiany, pora była szkaradna... Przed nimi pagórek, na który się powoli bezpieczni o siebie wdrapywali, dalszy im widok zasłaniał.. Już dojeżdżali do wierzchołka, gdy koń Medarda chrapać zaczął. Nie zdawało mu się to nic znaczyć, gdy wtem, stanąwszy na górze, ujrzał o kroków kilkanaście od siebie szwedzki posterunek... Cofać się ani uciekać nie było sposobu. Lejbuś, który w tej chwili nadjeżdżał, zobaczył go także i wysunął się sam naprzód... Miał tylko czas powiedzieć Pełce, aby milczał i niewiele gadał, a już rajtary nadbiegły i wstrzymali ich pistoletami mierząc, z wielkim wrzaskiem.
Musieli konie ściągnąć i stanęli. Szwedzi przypadli tu... Z nimi było dwóch polskich żołnierzy od komputowych, a ci pierwsi się zbliżyli, wołając i krzycząc, skąd byli i co za jedni... Lejbuś dał im się wygadać.
— A! wielmożni panowie, — zawołał — my przecie tak samo jak wy z królem Gustawem trzymamy... jedziemy do krewnych do Hożej Wólki...
— Skąd?
— Z Promika.
— Za czem?
— Albo to już ze dworu do dworu przejechać nie wolno? — zapytał Pełka.
— Powinniście mieć pas od pułkownika...
— O dwie mile? — spytał żydek.
— Co za jedni?
Pełka się zameldował jako Śląski, bo tego imienia znał kilku w Krakowskiem, a żydek, nie kłamiąc, oznajmił się jako syn arendarza.
Szwedzi chcieli obdzierać i kłócili się, spostrzegli jednak, że nie było tak dalece na co się łakomić, poburczeli więc i dali im jechać.
W czasie rozmowy jednak Pełka miał chwilę obawy srogiej, bo z żołnierzy dwóch był mu jeden z obozu jeszcze znajomy, a ten mu się przypatrywał mocno i uśmiechał. Nie rzekł jednak nic. Odjechali na dobrą staję, gdy ich dogonił.
Jechali umyślnie zwolna, aby się nie zdradzać. Żołnierz przybiegł kłusem ze śmiejącą się twarzą.
— Niebezpieczną grę gracie, — rzekł pośpiesznie do Pełki — trafiliście na mnie, to wasze szczęście, ale już was znam! Służyliście pod chorągwią Myszkowskiego i posiekaliście tam dwóch. Tu w okolicy Szwedów jak maku... Raz się wam udało wyśliznąć i wyjść cało, nie próbujcie więcej...
— Gdzież Szwedzi stoją? — spytał Pełka, nie odpowiadając już na pytanie i przestrogę.
— A gdzie ich niema? zawołał żołnierz — po dworach i wsiach pełno... i choć wielu z nas z nimi trzyma, w łeb wypalić Szwedowi, gdy sobie pałkę[1] zaleje, bardzo łatwo...
— Jakaż na to rada? — zapytał Medard...
— Szwedzki pas, albo znak...
— A jak go dostać?
Żołnierz się uśmiechnął.
— E! — zawołał — dajcie parę talarów, to się wam postaram. Jedźcie do Hożej Wólki... papier wam przywiozę, Szwedy niebardzo się pilnują, a zbałamucić ich łatwo.
— Zgoda, panie bracie — czekam na dwa pasy w Hożej Wólce i sowicie zapłacę, bo do narzeczonej jadę i pilno mi bardzo, a życiabym ważyć nie chciał...
— Zgoda... żołnierz zwrócił konia... a Lejbuś wskazał drogę w prawo, gdzie wśród wiśniowego sadu i grusz widać było jeszcze przez Szwedów nie dopaloną Hożą Wólkę, do której w sam czas na piwo grzane przybyli.

(Koniec części pierwszej)
CZĘŚĆ II


Mało wówczas w Krakowskiem było średnich majątków, albo pańskie klucze, w których siedzieli ekonomowie i dzierżawcy, lub drobne folwarczki szlacheckie. Na takich wioszczynach wprawdzie fortun się nie dorabiano, lecz rządny człek chleba miał poddostatkiem i niezgorzej mu się działo.
Do małych tego rodzaju posiadłości należała Hoża Wólka panów Snarskich. Rodzina dosyć można, wiele miała posiadłości od tej znaczniejszych, przecież stary pan Hilary Snarski, miecznik sieradzki, oddawszy synom i córkom znaczniejsze majętności, sam sobie obrał małą Wólkę i w niej już od lat dziesięciu przemieszkiwał.
Gdy pod ganek Pełka podjeżdżał, Snarski stał we drzwiach z kijem, z ręką za pas biały założoną, w czapce na głowie, i patrzał się ciekawie na gościa, którego nie znał. Figura była poważna i imponująca, choć strój ubogi. Broda do pasa jak śnieg biała, wąs też ogromny osobno pielęgnowany, twarz pergaminowa żółta, ale życia pełna przez oczy gorące i usta słodko uśmiechnięte... Podobien był jakiemuś staremu mędrcowi greckiemu, tak miał postawę spokojną i rozumną, a nieulęknioną. Okiem znawcy Snarski zajeżdżającemu Pełce się przypatrywał, mierząc konia z jeźdźcem i czując, że jeden do drugiego nie przystał... Na Lejbusia, choć był przystojny chłop, ledwie raz rzuciwszy okiem, już ani spojrzał, poznał, a raczej przeczuł, co zacz był. Gdy Pełka, skoczywszy z konia, submitował się, Snarski, milcząc, go wysłuchał.
— Mój mości dobrodzieju, rzekł powoli — dom mój otwarty dla wszystkich, lecz zapowiedzieć muszę naprzód, Szwedzi mnie objedli, odarli, spustoszyli tak, że się tylko kromką chleba z kawałkiem sera i szklanką piwa kwaskowatego podzielić mogę. Chodź waćpan i przekonaj się...
Uśmiechając się, wiódł miecznik do środka; w istocie znać tu było dobrze, że tędy Gustawowcy przeciągnęli. We dworze nie zostało nic, tylko gołe ściany i ćwieczki, któremi makaty były poprzybijane, stołom brakło kobierców... skrzynie stały otworem. Wśród tej pustki Snarski przechadzał się, uśmiechając...
— Znają swe rzemiosło, — mówił — po żołniersku spenetrowali wszystko aż do lochów, ucząc mnie, bym Diogenesem na stare lata był... zabrali wszystko zbyteczne... Zjedli do ziarnka owsa, wypili do ostatniej beczułki... a że ja im nie przeszkadzałem, pokój mi dali. Ludzie mi radzili uciekać. Poco? dokąd? Tego mrowia wszędzie pełno, do stracenia już nie mam nic... a gdyby przyszło ginąć, wolę tu, niż gdzie indziej — przynajmniej na cmentarz niedaleko...
Lejbuś został przy koniach... Snarski prosił gościa usiąść na gołej ławie i uśmiechał się przypomnieniu perskiego kobierca, którym była okrytą.
— Czy asindziej przypadkiem z Gustawem nie trzymasz? — zapytał.
Pełka się oburzył: — Uchowaj Boże!...
— Nicby to nie było dziwnego, gdy i panowie hetmanowie, i siła innych słusznych ludzi zaszła do niego. Cóż robić! i tegośmy dożyć musieli; proroctwa dawne nam to zwiastowały...
Wszedł wyrostek w prostej, szarej kurtce... Snarski, śmiejąc się, pytać począł:
— Kubo mój kochany, cobyś ty nam dał zjeść i czem ogrzać. Oto widzisz, słuszny obywatel do domu zawitał... znać, że zziębły i głodny...jam też od wczoraj, oprócz powietrza, nic nie kosztował... Co nam dasz?
Kubuś był chłopak żwawy, począł palcami kręcić i oglądać się.
— Co masz oprócz rzepy, której Szwedzi pono nie chcieli? — mówił Snarski — ale w której też i ja nie smakuję... Chleb jest?
Kuba wątpliwie głową pokręcił.
— Nie bój się, mów, nie obje nas jeden poczciwy człek...
— I nie Szwed — dodał Medard...
— Proszę wielmożnego miecznika, — począł Kuba pocichu — piwa barylątko schowane dla pana tylko na polewkę... stara Magdalena przyrzuciła je chróstem i tak ocalało... aleby czemś trzeba osmaczyć...
— Mlekiem, — odezwał się Snarski — jeśli śmietany niema...
— Wszystkie krowy pozarzynały Szwedy — rzekł Kubuś, wzdychając.
Snarski się po łysinie potarł...
— Zatrzeć piwo jajami — rzekł — i kwita.
— Wszystkie kury popiekli, westchnął Kubuś...
— Czysto chodzą około dworów — dodał stary... — Dajże piwa zgrzanego z trochą imbieru i grzanki z chleba, będzie i to dobre...
— Bez imbieru też trza się obyć, bo imbier z szufladki wyczyścili...
— Słowem, że się ci rajtarowie na wszystkiem znają — mówił Snarski... — I zważ, — dodał, zwracając się do Pełki — że to nie u mnie jednego tak się porządnie i gospodarnie zwijali, lecz wszędzie gdzie zajrzeli. Ciura zawsze ciurą.
Snarski skinieniem chłopca odprawił i począł Pełki najprzód o rodzinę pytać. Któryż naówczas szlachcic nie znał procedencyj szlacheckich, koligacyj, rodu i przewodu? Snarski też miał pamięć osobliwą, była to kronika chodząca... Pełków sobie przypominał i wyrachował, że musieli być przed trzema pokoleniami krewni.
— Gadajże mi, rycerzu Pełko, co ty tu robisz?...
— Nic więcej panu miecznikowi nad to powiedzieć nie mogę, że jadę (tu zniżył głos) z Krakowa... No, w świat, ale za ważną sprawą...
Popatrzali sobie w oczy... Staruszkowi łzy stanęły na powiekach, choć się usta uśmiechały.
— Jam to po szkapie postrzegł, że gdzieś ją po drodze musieliście zdobyć, bo to marcha z pod chłopa...
— Kupiłbym lepszą, gdybym znalazł.
— I ja też; — odezwał się Snarski — ale naokół koni nie ma, dziękuj Panu Bogu za tego, na którym siedzisz... Co u mnie w domu, to po dworach znajdziesz wszędzie... pustka i głód... Nowi panowie nasi mocno się nam zalecają. Poddali się im panowie hetmanowie i siła magnatów, i szlachty naszej niemało... ale wprędce, pokosztowawszy słodyczy tego panowania, będą się zawracać chcieli...
Na te słowa wniósł Kuba piwo... Snarski, patrząc na podanie, śmiać się począł... Nie było na czem nieść, postawił więc dwa czarne garnuszeczki na pokrywie od hładyszy mlecznej Kubuś, i tak jakby na srebrnej misie, w złoconych kubkach, owem piwem grzanem służył. Snarski co z lepszego i lepsze jadł, gdyby mędrzec dawny... uśmiechał się z tej losów zmiany.
— Miły Pełko, — odezwał się — jeśli ja żyć będę, a ty jeździć, przybądź drugi raz w lepszą godzinę... abyś mej gościnności zażył; dziś ci lepszego nic dać nie mogę.
Gdy się Kuba oddalił, Pełka przystąpił do rzeczy. Nie potrzebował się taić przed starym, że mu na Śląsk przedrzeć się było potrzeba i że chciał wiedzieć, jakby nieprzyjemnego spotkania mógł uniknąć, chociaż mu żołnierz przyrzekł karty od szwedzkiego dowódcy dostać.
Ze swej strony skuteczniej daleko Lejbuś we dworze rozpytał o drogi, tymczasem i obiecany szeregowiec od komputowych przybiegł, wioząc istotnie dwa pasy, wystawione na jakichś ludzi, których bodaj czyby na świecie znaleźć można, tak ich pióro szwedzkie przybrało, po swojemu pisząc. Oba były pod pieczęcią i, gdyby czasu wojny co szanowanem było, powinny się były na co przydać.
A już też i południe się zbliżało. Ochmistrzyni wymiótłszy szafarnię, nawarzyła jakiegoś krupniku z resztą półgęska... posilił się więc Pełka, a że Lejbuś o koniach pamiętał, aby strzechy nie gryzły... wybrali się w dalszą podróż. Snarski do ganku gościa wyprowadził.
— Życzę ci, miły Pełko, wszelkiego dobra, a szczególniej tego, co mnie Pan Bóg dał, myśli wesołej w biedzie... jedź z Bogiem...
Niebo się nie wyjaśniło, lecz chmury podniosły i deszcz ustał, ruszyli więc ochotniej, a że Lejbuś już drogę naprzód wyznaczył, całe poobiedzie, nie oszczędzając koni, kłusowali, byle się co prędzej do granicy, do Tarnowskich Gór dostać...
Nie spotykali na gościńcach prawie nikogo oprócz wieśniaków pieszych, bo się każdy z koniem i wozem lękał pokazać, aby go nie pochwycono pod prowianty i ciężary... Ciurów zdala tylko napatrzyli, na drodze się im żaden nie trafił. Bliżej granicy mniej było spustoszenia znać... Chcieli i na noc ciemną się puścić, żeby prędzej do celu pośpieszyć, lecz konie zgoła ustawały... Noclegu należało szukać, a i o ten niełatwo było.
Trafiła się przecież gospoda niezła, a choć do niej już był ktoś wprzód zajechał, miejsca na obu stało... Od ludzi dowiedział się Pełka, iż podróżnym był pan wojewodzic sieradzki, Przerębski, który z Głogowa powracał.
Przypomniał sobie zaraz ojca, bo nie wątpił, iż ten być musiał jego synem... i mocno zapragnął zobaczyć go, a choćby i o króla jegomości popytać.
Nie było tam izby osobnej, siedział więc starosta w wielkiej, która wszystkich przyjmować musiała, i tu go Pełka znalazł nad jajecznicą, którą sobie w braku innego przysmaku usmażyć kazał.
— Czołem!
— Czołem! — Przywitali się grzecznie i prezentowali po imieniu, nazwisku i tytułach.
— Pan starosta z Głogowa.
— Tak jest — rzekł Przerębski.
— Jużci też o króla Jmści wolno spytać, do którego i ja jadę...
— Zdrów król i pilno się stara poratować Rzeczpospolitę...
— A jak tam słychać o posiłkach dla Krakowa?...
— Nie wiem, skądby je wziął, — rzekł starosta — a przynajmniej tak prędko gotowe nie będą.
Jako młodzi zbliżyli się do siebie łatwo, starosta też był człek dobroduszny i nie lubił nic w sobie zamykać, spowiadał się łatwo... Mówił o dworze królowej i kto tam przy niej był z kobiet, a kto przy królu z senatorów... wygadał się też z panią podczaszyną Pociejową.
Pełka, który o tem szczęściu nie wiedział, a przynajmniej wcale go nie był pewnym, żeby ją tam miał zastać, aż z radości wielkiej w ręce uderzył i lice mu pokraśniało, i oczy błysły, a starosta tylko spojrzawszy nań, łatwo poznał, że się tam coś musiało święcić.
— Znasz waćpan podczaszynę? — zapytał.
— Sąsiadkę moją najbliższą — odparł Pełka — i ją, i pannę podczaszankę... jak nikogo lepiej.
— Winszuję więc waszmości, że je obie znasz, bo i panna piękna, i matka jeszcze cale świeża i miła, któraż to z nich taką obudza w waszmości panu z widzenia nadziei radość?
Zarumienił się Pełka.
— Gdy mnie waszmość pan schwycił in flagranti delicto ukontentowania, — rzekł — taić się nie będę, iż jestem wielbicielem panny podczaszanki...
Uśmiechnął się pan starosta dziwnie.
— W takim razie słusznie się waszmość śpieszysz, — rzekł — bo periculum in mora... trafisz pono na wesele...
Jak piorunem uderzył w Pełkę tą wiadomością, który pobladł i ręce załamał.
— To nie może być — krzyknął. — Nie! to być nie może. Za kogo?
— Radbym, żeby to być nie mogło, ale niestety! mało mam nadziei, abyś to waszmość lub ktokolwiek bądź mógł przerobić. Zaswatał pannę podczaszankę rodzony mój, pan wojewoda sieradzki...
Milczał Pełka, słowa wymówić nie mógł, a starosta ciągnął dalej:
— Przynajmniej tyleż ja, co wy, miałem ochoty małżeństwa tego nie dopuścić, a czyniłem, co mogłem. Z rodzicem jednak wojować trudno, musiałem na łaskę Bożą zdać... i wyjechać.
— Podczaszyna śmiałaby jedyne dziecię zmuszać? — przerwał Pełka...
— Jakto! zmuszać? — mówił starosta — ale ja i de visu i de auditu mogę waszmości zaręczyć, że panny zmuszać wcale pono nie potrzebowała... Pan wojewoda ją klejnotami i cackami jak małe dziecko przekupił...
Zmilczał Pełka, rzuciwszy się na ławę, a choć nie zdawało mu się, by za jego przyjazdem rzeczy się zmienić nie miały — serce mu się ściskało, w głowie nie mogła pomieścić płochość niewiasty tak młodej jeszcze i tak niezepsutej życiem. W przekonaniu jego matka wszystkiemu winna być musiała, nie chciał już jednak o tem mówić z równie rozżalonym starostą. Siadł na uboczu i o mało nie płakał, a burzył się i gniewał tak, że łamał, cokolwiek wziął w ręce...
Z noclegu podług obrachunku było jeszcze dla konnych półtora dnia drogi. Postanowił nocą, gdyby się cokolwiek wyjaśniło, wyjechać, a konia nie szczędząc, stanąć jak można najrychlej w Głogowie, tem bardziej, iż starosta o weselu wyrażał się, iż rychlej jutra niż za tydzień być może, bo wszelkie ku temu starania poczynione były, a przyznał się, że wojewoda mu wioskę darował, byle sobie jechał precz i do zaślubin mu nie przeszkadzał... Nie chcąc wioski postradać, starosta ozdrowiał prędko i w podróż się puścił, donację in perpetuum w kieszeni wioząc z sobą. Z rzeczy publicznych mało ze starosty wyciągnąć było można.
Pożegnali się tedy, idąc oba na siano, a Pełka przededniem, o drugich kurach zbudzić się kazał. Niepotrzebna ta ostrożność była, gdyż wszystkie kury śpiewające słyszał i oka nie zmrużył, a wzdychał tak, że towarzysza nieopodal zasypiającego mógł zbudzić. Starosta zaś miał sen twardy i to go tylko ocaliło...
Piały koguty i na niebie zaczynało być gwiaździsto, a mróz ścinał błoto, gdy Lejbuś przyszedł go zbudzić i zastał wcale nie śpiącego. Nim dzień się począł robić, dobry kawał drogi ubiec się i udało i o świcie popasać. Już tedy i granica była pod bokiem i kraj spokojny, a przed nocą, bliższemi drogi, o które się rozpytali, spodziewali się być na miejscu. Przeszkadzała tylko droga, dla której konie na ostro przekuć musieli, co parę godzin ich kosztowało...
Lejbuś, mający przytem jakiś handelek na myśli, trzymał się już bez potrzeby pana Pełki, chcąc z nim razem powracać... Rad był też o cudzym koszcie trochę kraju zobaczyć, a że wszędzie szwargotał wiele, dużo się też pewnie nauczył. Noc zapadać zaczynała, gdy im się mury Głogowa pokazały... Uderzyło serce Medardowi smutnem przeczuciem, zasapanym koniom nie dawano chwili spoczynku, póki w ulice nie wjechali.
Zdziwiło niepomału Pełkę, że w tej porze tum ujrzeli oświecony i około niego dosyć nagromadzonego ludu ciekawie się jakby nocnemu nabożeństwu przypatrującego. Kolasy paradne stały przede drzwiami kościoła... Tknęło to bardzo Medarda, który też ciekawością wiedziony, do pierwszej gospody naprzeciw tumu Pod rakuską koroną zajechał. Pełno i tu zastał polskich sług, a dwory różnych państwa, którzy snadź przy królu bawili. Izbę mu przecież dano z oknami od rynku i ulicy, tak, że się mógł zaraz owej kościelnej paradzie, którą za pogrzeb wziął — przypatrzeć...
Już stał w oknie od kwadransu, gdy od bocznych drzwi tumu kolasy i konni ruszać się zaczęli, a posługacz wchodzący właśnie oznajmił mu, że to nie był pogrzeb, jak się domyślał, ale owszem wesele możnego polskiego pana, który z młodziuchną żenił się dzieweczką, a ci, co piękną narzeczoną u boku jej przyszłego męża widzieli, żałowali wielce... biedaczki...
Dość było tych wyrazów kilku Pełce, żeby się smutnej prawdy domyślił — trafił więc na sam wieczór weselny i na pogrzeb swych młodzieńczych nadziei.
Cóż miał czynić? Jął się najprędzej, jak mógł, przebierać, aby przed królem stanąć... musiał na zamek iść... Chciał mieć tę pociechę, by choć niegodziwej matce w oczy wyrzucić, iż dziecię nieszczęśliwem uczyniła...
Burzyło się w nim od gniewu, nie mógł bowiem przypuścić, ażeby śliczna Jadwisia, która mu rzuciła wstęgę, odebrała przysięgę, i tak go pożegnała serdecznie... mogła go nie kochać lub zdradzić. Na matce pomścić się chciał... krew w nim kipiała młoda... Sam do siebie mówiąc, chwytając się, śpiesznie, nie wiedząc jak przywdziać, bo i niebardzo wiele miał do wyboru — Pełka w odzieży skromnej pobiegł na zamek co prędzej.
Tu tłumno było i jasno, a że i królowa gościła na nim i król, i z nimi wielu senatorów, i dwór dosyć liczny, ledwie się przezeń docisnąć było można.
Medardowi szło i o to, by się przy tej zręczności na pańskie wcisnąć pokoje — zobaczyć straconą dlań Jadwisię i przekleństwem rzucić na jej matkę... Oznajmił więc przy królu bawiącemu ochmistrzowi dworu, że przybywa z poleceniem pilnem od pana kasztelana kijowskiego z Krakowa i z królem się dziś jeszcze, nie tracąc ani godziny, widzieć musi, bo ważne ma powierzone sprawy.
Obskoczono go zaraz, rozpytując o Kraków i co się tam z nim działo, nie miał wszakże ochoty Pełka zwierzać się niczego i zbył małem natrętów. Kazano mu się przed pokojami zatrzymać...
W sklepionej starej gotyckiej komnacie, która może Konradów i Henryków Piastów pamiętała, mieszkał teraz król wygnaniec. Na stole jego stosami leżały pootwierane listy, zboku stał klęcznik z obrazem N. Panny, a w drugim końcu dla karłów niska ławeczka i dziecinny stolik... Dwie świece jarzące w ciężkich lichtarzach srebrnych postawiono pośrodku... Zdala dolatywały dźwięki wesołej muzyki, a zegar, leżący przy łóżku pańskiem, osłonionem pawilonem, głośno szeptał upływające minuty... Nagle drzwi od wewnętrznych sal otworzyły się, i karły ze świecami wbiegły, poprzedzając najjaśniejszego pana, który szybkim krokiem, szukając oczyma posła, kroczył niespokojny.
Spojrzał na Pełkę...
— A, to waszmość? — zawołał — zapomniałem, jak się zowiesz?
— Pełka, najjaśniejszy panie...
— Tak jest, tak, twarz sobie przypominam, wyrwałeś mi się z Bielan w smutnej godzinie. Któż cię tu przysyła? masz listy? co się dzieje?
— Jechać mi kazał co najrychlej pan Czarniecki, chwili nie tracąc, com też uczynił, życie ważąc i przez obóz szwedzki się przedzierając...
— Trzyma się dzielnie Kraków? wiem! Niech wam Bóg błogosławi...
— Pan kasztelan oznajmić mi każe, iż żywności mu nie staje, prochu braknie, ołowiu omal ma, ludzie giną... Kościołów kilka spalił Szwed, kilka my sami musieliśmy. Karmelitański na Piaskach ze słynącym łaskami obrazem w perzynie...
— O mój Boże! — zawołał król, ręce łamiąc.
— Odsieczy błaga pan kasztelan, odsieczy jak najrychlej — lub Kraków, a raczej ruiny jego, wpadną w ręce nieprzyjaciela.
Mówił jeszcze, gdy drzwi też same otwarły się znowu i weszła — królowa...
Pełka nie widział jej nigdy... lecz domyślił się w tej majestatycznej, energji pełnej, rozkazującej, dumnej, prawie pogardliwie na świat patrzącej niewieście — królowej. Szła po królewsku... patrzała jak wódz... wrażała poszanowanie i obawę. Król przy niej, mimo wieku swego, wydawał się jakby strwożonem dziecięciem... Na widok jej dał znak Pełce, by mówić przestał.
Królowa nie była już młoda i snadź o utrzymanie wdzięków swych nie troszczyła się wcale, a twarz jej mimo to śladami wielkiej, wspaniałej piękności minionej jaśniała.. Czytać z niej było można życie w zawodach przebyte, ciężkie, niezaspokojone, walk pełne.
— Z Krakowa? — zapytała, zwracając się do króla — cóż przynoszą z Krakowa? co mówi Czarniecki — to jeden człowiek, co ma serce i głowę męską.
Poseł spojrzał na króla, ten stał zafrasowany, jakby nie wiedząc, czy ma mu zabronić mówić, czy nakazać.
— Mówże waćpan bez ogródki, — dodała królowa — tyle złego mamy do zniesienia, że już tej kropli goryczy, jeśli jeszcze ma być dodana, nie poczujemy w kielichu.
Zbliżyła się, mówiąc to, stanęła, wpatrując się w Pełkę, i powtórzyła łagodniej:
— Jam też królowa, mnie, jak najjaśniejszemu panu, prawda należy cała... Co przynosisz?
Zmieszany król dał znak Pełce, by mówił.
— Najjaśniejsza pani, — odezwał się poseł — nic dobrego w istocie nie przynoszę. Kraków się broni bohatersko, z poświęceniem, lecz przeciw potędze króla Gustawa wytrzymać nie może... Głód go zmusi do poddania, kul mu i prochu zabraknie... Trzymać się będzie do ostatka, ruinami otoczony, gruzami zasypany... lecz wkońcu się poddać musi. Kasztelan błaga odsieczy — odsieczy co prędzej...
Zmarszczyła brwi królowa.
— Czegoś innego spodziewaliśmy się po takim żołnierzu i wodzu, jak Czarniecki — zawołała z niechęcią... — Nie miałże czasu przysposobić żywności... nie mógł wyrzucić za mury gęby niepotrzebne... To są zwykłe wojny ofiary... Kraków się musi trzymać, musi się obronić... poddanie się Krakowa będzie zdradą, będzie zbrodnią.
— Najjaśniejsza pani — rzekł Pełka — posłem jestem, nie moja rzecz sądzić o tem, lecz dzień i noc przy boku Czarnieckiego, który dwa razy ciężko był ranny i gębę ma przestrzeloną, a życie cudowi jest winien — dzień i noc obchodziłem mury, dzień i noc patrzałem na męstwo żołnierzy i mieszczan, na wyczerpujące się siły, zapasy... na rosnącą siłę nieprzyjaciela... Kraków upadnie... chyba go cud ocali...
— Cud? męstwo niech będzie tym cudem... Czarniecki nie powinien siedzieć w murach, ale rzucić się ze swymi na nieprzyjaciela...
— Posiłków? odsieczy? — mówiła dalej, zaczynając się przechadzać, zamyślona — tak, mamy nadzieję — pewność, nadejdą... lecz na to trzeba miesięcy...
— Kraków na tygodnie już chyba mierzyć może obronę — rzekł Pełka.
Marja Ludwika odwróciła się, patrząc z podwojoną niemal wzgardą na młodzieńca, który zapłonął pod piorunującym jej wzrokiem...
— Z tem więc waćpana przysłał kasztelan kijowski? nie dziwiłabym się, gdyby to uczynił Koniecpolski — Lanckoroński, ale on? ten żołnierz, rycerz, bohater, w którym jednym pokładaliśmy nadzieję — on... Pocóż więc was miał przysyłać?
— Myśmy się dotąd łudzili nadzieją posiłków — odsieczy, obiecywano nam Tatarów... wojska cesarskie...
Uśmiechnęła się z politowaniem królowa.
— Dosyćby było tych zdrajców, co przeszli do Gustawa, a nie potrzebowalibyśmy obcych... Do ich liczby mamyż dodać i Czarnieckiego?
— A! pani — z oburzeniem odezwał się Pełka — byłoby najczarniejszą niewdzięcznością nawet posądzić tego człowieka... Dzień i noc, bez spoczynku, czuwa, bije się... krew przelewa... jest wszędzie, otuchę daje, choćby w sercu miał rozpacz...
— I ja miałam go za bohatera, — przerwała Marja Ludwika — lecz jakże on — on — śmie przysyłać z groźbą taką?...
— Pani — odezwał się Pełka. — Krakowa już gruzy zostały i zgliszcza — lecz i te oszczędzić się godzi... to świętości reszta, a ten lud, ci mieszkańcy...
— Kraków? — gwałtownie zaczęła królowa — cegła i gruzy, lud?... Cóż mi ta ludu kupka... honor Rzeczypospolitej ratować trzeba... Patrz waćpan, — dodała — my się tułamy... wyście nas, króla swojego, pomazańca Bożego, zdradzili. Wstyd to i sromota dla narodu! Obmyć się z nich należy... choć we krwi...
— Leje się ona obficie, — rzekł Pełka — lecz czyż ja mam bronić wodza... jam listem jego... i sługą...
Król z rękami złożonemi na piersiach słuchał rozmowy. Gdy Pełka zamilkł, a królowa rzuciła się w krzesło, począł rozpytywać o szczegóły... Medard, nie unosząc się już, z zimną krwią wyliczał mu ofiary, opisywał wycieczki, rachował szkody, opowiadał o kasztelanie, o Szwedach, o ich obozie, o poświęceniu młodzieży i mieszczan... o sile nieprzyjaciela... v
Milczała posępnie królowa, nie odzywając się więcej, potem wstała, nie patrząc na Pełkę, i tym samym krokiem majestatycznym powoli wyszła znowu na pokoje, sam na sam z nim króla zostawując...
— Mości Pełko, — odezwał się król — kiedy ci kazano z powrotem?
— Natychmiast, najjaśniejszy panie.
— Więc jutro... Tak! jutro listy będą gotowe...
— Ja tylko ustny rozkaz waszej królewskiej mości wziąć mogę; przejście przez obóz nieprzyjacielski jest zbyt niebezpiecznem, bym się ważył pismo królewskie nań narażać.
— Tak więc jutro, po radzie... odpowiedź weźmiesz waćpan słowną.
Skinął mu ręką... i skierował się zwolna ku drzwiom, potem zwrócił ku Pełce.
— Zabaw się waszeć... wesele i skrzypki na zamku... wnijdź tam... popatrz, należy ci się to za tak ciężką posługę... Młodemu wesele daje siły...
— Najjaśniejszy panie, — odparł Pełka — chyba na cudze patrzyć będę, bo w duszy mam jeszcze krakowian jęki, i niełacno mi o wesołość.
Jan Kazimierz popatrzał nań chwilkę.
— Idź waćpan, gdzie i drudzy... rozerwij się.
Zatem rękę mu dał do pocałowania, a sam usiadł w krześle i sparł głowę na dłoni. Pełka wyszedł.
Ani strojem, ani humorem nie nadał się wprawdzie do tego wesela, przecie je widzieć pragnął. Wmieszał się więc w tłum, który u pierwszych drzwi zalegał, przypatrując się jak dostojniejsi, pierwszy polski taniec odbywszy, zabawiali się, stojąc, przed paniami i wesoło z niemi żartowali. Zdawałoby się to niepodobieństwem, aby się ludzie znaleźli do tanów i hulanki w chwili, gdy kraj, najazdem zniszczony, gruzami się okrywał, a garść obrońców rozpaczliwie walczyła, wołając ratunku — przecież było tu dosyć wesołych twarzy i skrzypaki śląskie grały od ucha, a nogi podrygiwały... Pełka szukał jednej twarzy, spodziewając się znaleźć ją smutną i załzawioną. Pierwszy rzut oka jego napotkał podczaszynę, która zdawała się chcieć dnia tego współubiegać z córką i młodszemi kobietami o wdzięki i świeżość. W istocie, mimo bujnego rozwinięcia, była olśniewająco piękna i wspaniała, z białemi ramiony wśród koronek gniazda, z suknią czarną, na której guzy z drogich kamieni połyskiwały, z pióropuszem na głowie, osadzonym diamentami, łańcuchem misternym na piersiach i szytą złotem chusteczką w ręku...
Rojem za nią szli młodzi i starsi panowie, do których się tak ochoczo uśmiechała, odcinając ich żarcikom, iż łacno było poznać, jak się czuła dnia tego triumfującą i szczęśliwą. Na białe jej czoło spadała od opaski piękna perła w kształcie kielicha kwiatu, który listkami brylantów był ujęty.
Podczaszanka siedziała dalej trochę na honorowem miejscu między paniami... Lecz jakież było zdumienie biednego Medarda, gdy ją ujrzał roztrzpiotaną, śmiejącą się, szczęśliwą, a tak dumną sobą i pyszniącą się swą pięknością, jakby ani przeszłości, ani nikogo w niej nie żałowała.
Była cudnego uroku dzieweczka, której się wszyscy jak obrazowi idealnemu, ręką mistrza stworzonemu, przypatrywali, kołem stojąc przy niej... i cisnąc się, by ją lepiej zobaczyć. Mąż w przepysznym ubiorze od złota i karbunkułów, sparty o poręcz jej krzesła, napawał się i wdziękiem poślubionej i jej triumfem... Pan wojewoda, trzeba mu to przyznać, umiał na ten dzień prawie sobie młodości pożyczyć, i niktby mu był jego wieku nie dał... tak świeżo się trzymał, a nadewszystko tak zręczną miał i elegancji pełną postawę...
Jadwisia, to napawała się uwielbieniem, które obudzała, to zwracała czasem ku mężowi z minką wdzięczną i wyzywającą... Wystrojono ją jak laleczkę, a raczej suto sama dobrała sobie ubioru na dzień weselny.
Żaden ołtarz na odpust nie bywa staranniej obwieszony błyskotkami, jak ona dnia tego... Patrzała też na się w zwierciadle i uśmiechała się sobie, patrzała na się w oczach młodzieży się przeglądając... cieszyła sobą, czuła anielsko piękną... i była zupełnie szczęśliwą... najmniejszej chmurki smutku nie było na jej czole, w oczach najmniejszej tęsknicy... Śmiała się światu, życiu, sobie... wszystkim... Pełka patrzał na nią oślepły, oniemiały, zapomniawszy, co się z nim dzieje, oczom swym nie wierzył... w sercu czuł jakby lodowy uścisk rozczarowania.
Jadwisia nie widząc go, śmiała się wojewodzie, który całował podawaną mu i wyrywaną rączkę... Nikt nie przerywał trefnych tych pierwszych małżeńskich swawoli... tylko królowa z pewnem politowaniem spoglądała na nie i brew jej marszczyła się nieznacznie, jakby przypomnieniami zawiedzionej młodości.
Pełka skamieniały stał tak, nie czując, jak go popychano, jak nim rzucano, jak go nadpływający tłum wysunął naprzód ku sali... i jak jego skromny a ubogi ubiór żołnierski zwracał wszystkich oczy.
Miotano nim, aż się znalazł u okna ku środkowi postawiony, sam nie wiedząc jak, wystawiony na ciekawe wejrzenia pań i panów, którzy się pocichu dopytywali, co to za jeden, tak widocznie obcy, wcisnął się na królewskie pokoje.
W tej chwili spostrzegła go też chodząca z wachlarzem w ręku podczaszyna — i obejmująca wzrokiem wielbicieli swych młoda wojewodzina... Oczy jej zatrzymały się na nim z osłupieniem i trwogą jakąś, z niedowierzaniem, zdawało się, że w pierwszej chwili chce się zerwać i pobiec, lecz wstrzymała się zaraz zarumieniona i odwróciła główkę.
Podczaszyna przeciwnie, zobaczywszy go, stanęła, zmarszczyła się gniewnie i po namyśle krótkim krokiem śmiałym skierowała się wprost na niego.
Pełka nie widział tego, bo cały był zatopiony w Jadwidze... bo w myśli ciągle powtarzał: Co się z nią stało? jestże tą samą? onaż to?...
I machinalnie dobywszy z za sukni niebieską kokardę, przypiął ją u boku...
W tym krótkim przeciągu czasu, gdy go popychano, gdy nieprzytomny dawał się nieść tłumowi ode drzwi, Pełka cały w sobie przebolał więcej, niż dotąd w życiu niedługiem... Poczuł, że gniewby był zwycięstwem dla podczaszanki i jej matki — a nie chciał się dać pokonać. Postanowił więc nie dać poznać po sobie, co się z nim działo... i gdy piękna podczaszyna przystąpiła doń, zacinając i sznurując usta, ujrzawszy ją, powściągnął się już i był panem siebie.
Niema straszniejszego nieprzyjaciela nad kobietę wzgardzoną, to też w oczach podczaszyny gniew się malował, duma i obietnice zemsty wiekuistej...
— Cóż waćpan tu znowu robisz? — zawołała — na wesele Jadwisi przybyłeś, widzę, aby mi powinszować, że ją tak dobrze zamąż wydałam... boć cieszyć się musisz, jak wszyscy.
— W istocie, pani podczaszyno, — rzekł dosyć umiarkowanie Medard — patrzę, dziwuję się i cieszę, i winszuję pani. Stosowniejszej partji znaleźć było niepodobna, bo i wieki, i humory, jakby dla siebie stworzone... Wojewoda młodziusieńki i włosy ma dziwnie pięknej czarności... Mówią, że mu alchemik jakiś sprzedał eliksir odmładzający, bo są ludzie, co go lat dwadzieścia takim znają, jak jest dzisiaj, syn, którego miałem szczęście na drodze spotkać, dalipan starszym od niego wygląda.
Zarumieniła się mocno podczaszyna, nie spodziewając się tak śmiałej mowy, zarumieniona twarz Pełki była tak piękna, miał postawę tak szlachetną... że się przy nim czuła, sama nie wiedząc czemu, upokorzoną i maleńką.
— Wieleś się asindziej w wojsku nauczył, a szczególniej retoryki, jak widzę — odpowiedziała z przekąsem. — Jeśli myślisz, że mnie metryką wojewody zastraszysz, mylisz się, panie Medardzie. Mężczyzna młodym jest, póki się na nogach trzyma, a pan wojewoda jeszczeby niejednego z was młodych przeskoczył.
— Zupełnie wierzę, — roześmiał się Pełka — dał tego dowód... Musiał od tego samego alchemika, który mu odmładzającą sprzedał wodę, i elixir amoris dostać, bo panna podczaszanka zdaje się bardzo szczęśliwą...
Podczaszyna patrzała gniewnemi oczyma wciąż na Medarda i dostrzegła wkońcu u boku jego przypiętą niebieską kokardę. Znała bardzo dobrze tę wstążkę...
— Gdzieżeś to waćpan pochwycił ten węzeł, który tak czule na piersi nosisz? — zawołała — i chwalisz się nim?
— Nie chwyciłem go, pani podczaszyno, był mi z dobrej woli dany piękną rączką białą, noszę go na sercu i wydrzeć sobie nie dam, choćby się ta rączka innemu dostała...
— A któżby ci kawałek zbrukanej wstęgi chciał odbierać, mój kawalerze, — odezwała się szydersko podczaszyna — noś go sobie i pieść się nim, gdy inny rączką będzie się pieścił... tyle pociechy...
Pełka uśmiechnął się.
— Pani podczaszyno, — zawołał — jestem młody, mam przed sobą czasu dosyć, cierpliwości wiele, a miłość gorącą. Gdyby mi inny wziął, co ja za swoje uważam, za wygraną mu nie dam... mogę czekać... a któż wie, co jeszcze wypaść może.
— Trzeba tylko, żebyś się waszmość dobrze z siłami obrachował — rzekła z gniewem podczaszyna. — Możesz trafić na możnego człowieka, który ma na zawołanie i ludzi, i grosz, i przewagę... gra niebezpieczna...
— Od czasów Dawida, pani podczaszyno, Goljatów się maluczcy bać przestali — rzekł Pełka.
— Miałeś szczęście w ręku, — rzekła cicho drżącym głosem — widzisz, żem przecie u dworu i króla dobrze położoną, mogłam, cobym chciała... przyśniło ci się szaleństwo... zachciało ci się dziecka... nie będziesz miał nic i zginiesz marnie... na dworze, powiedz to sobie wcześnie — nie dokażesz nic. Znajdzie się komu stołka ci podstawić.
— Moja mościa dobrodziejko, — rzekł Pełka gwałtownie — żaden z moich u dworu nie szukał krescytywy, i ja też nie będę... Za stołek bym podziękował chyba... bo tu miejsca nie zagrzeję...
Skłonił się ze śmiechem...
W chwili, gdy ta gryząca, krótka, urywana rozmowa toczyła się między nimi, a podczaszyna umiała ją prowadzić tak misternie, twarz przybierając obojętną, iż niktby się był treści jej nie domyślił — królowa przechodziła salę.
Pełka widział ją tu po raz drugi, a teraz w blasku świateł, w tłumie kobiet, do których ją mógł przyrównać — większe jeszcze na nim uczyniła wrażenie. Było w tej niewieście takiego coś, coby ją nawet dla tych, którzy jej nie znali, czyniło wielką i niepospolitą. Znać było nietylko wielkiego rodu panią, nawykłą od kolebki do rozkazywania, lecz niewiastę mężną, na wodza stworzoną. Wdzięk twarzy jej zgasiły lata, a lice jednak wśród świeższych i piękniejszych panowało majestatem. Miała w sobie coś męskiego i dziwnie śmiałego... Na jej czole znać było klęskę Polski i upokorzenie królewskiego domu... Chciała się uśmiechać, a nie mogła... z politowaniem patrzała na tłum lekkomyślny.
Zobaczywszy Pełkę, którego poznała... skinęła nań, aby się zbliżył. Rzucił więc gniewną podczaszynę i z uszanowaniem zbliżył się do Marji Ludwiki...
— Jutro waćpan odjedziesz, — cicho odezwała się, roztargnionym wzrokiem wodząc po sali i niekiedy oczy wstrzymując na nim — ode mnie mów Czarnieckiemu, niech się trzyma tak długo, jak będzie miał chleba kawałek, prochu nabój.. żołnierza jednego. Kraków się poddać nie powinien... Szwed naówczas królestwo całe mieć będzie w rękach... i uczyni zeń herezji gniazdo... Nie kochacie więc wiary swej... nie macie miłości dla krwi królów waszych?
Pełka zmilczał.
— Najjaśniejsza pani, — odezwał się — to tylko zapewnić mogę, że pan Czarniecki miasta nie odda, chyba zmuszony ostatecznością, i że go mieszczanie sami nie dadzą, chyba im rąk na mury zabraknie...
— Posiłki przyjdą, — rzekła królowa — my nad tem pracujemy... przyjdzie chan, ruszy się Chmielnicki, zyskany dla nas, pomoże cesarz... Nie dadzą zginąć temu królestwu... które w ręku Szweda dla cesarza też niedobrym byłoby sąsiadem... Powiedz to Czarnieckiemu — i powiedz mu ode mnie, że go błagam, że rozkazuję... że rzeczy się zmienić muszą, że fortuna oręża zwróci się na naszą stronę. Ten śmiałek pochwycił nas z garścią ludzi, winniśmy sami, winni zdrajcy, że nas wygnał... noga jego ujść nie powinna z tej ziemi...
Gdy to mówiła, oczy jej zabłysły — gniew wzdymał pierś, ukoiła się, powlókłszy białą ręką po czole i skinęła głową Pełce, odchodząc...
— Powiedzcie to ode mnie panu kasztelanowi Czarnieckiemu, on swemu imieniu sromu tego uczynić nic powinien...
Odeszła... Wtem skrzypki się odezwały do polskiego tańca, i król sam wziął pannę młodą, wiodąc ją po sali...
Medard stał na samej drodze... Z bijącem sercem wpatrywał się w dziewczę strojne, wesołe, ożywione, które śmiało rzucało okiem ku niemu i nawskroś go przeszywało, jak niegdyś, kiedy mu niebieską rzuciło kokardę. I widać było, że ją poznała na piersi swego rycerza, zarumieniła się z uciechy, a przechodząc tuż koło niego, skłoniła mu się główką i filuternie szepnęła:
— Witam pana...
Ani nawet mógł odpowiedzieć, tak prędko mu zniknęła... W drugiej parze szedł wojewoda z królową, która zamyślona patrzała gdzie indziej i dała się wieść, nie wiedząc prawie kędy i dlaczego szła.
Gdy się skończył taniec, król posadził pannę młodą i wprędce dał się od niej odwieść innej jakiejś pani, która go natarczywie ścigała. Wojewodę zatrzymała Marja Ludwika, na chwilkę więc miejsce przy wojewodzinie było opróżnione. Pełka z wielką zręcznością potrafił się przecisnąć i zbliżyć ku niej.
— A takżem to ja panią mej wstęgi i mojego serca znaleźć się spodziewał, — zawołał żywo, przystępując — mogłaż pani dać się zmusić...
— Ja? zmusić? — śmiejąc się, odparła Jadwisia — a któżby mnie zmuszał?
— Więc pani go kochasz?
— Ja? kogo? mojego męża? — śmiejąc się, zawołała młoda mężatka — ja? kocham? ja go bardzo lubię... to dobry człowiek! taki wesoły! taki wspaniały! tak śliczne mi porobił prezenta! A! żebyś pan widział mój sznur rubinowy, moje perły i kanaki... I szalenie rozkochany we mnie...
— Panno Jadwigo, — rzekł żywo Pełka — pozwól, że cię jeszcze nazwę tem imieniem.
— O! bardzo przepraszam! ja przecie jestem wojewodziną... żoną senatora...
— Pani, — dodał Medard — jakżeś pani mogła mnie tak zdradzić?
— Ja? pana? zdradzić! a to doprawdy doskonałe! — rozśmiała się Jadwisia — jakimże sposobem?
— Myśmy sobie przysięgli! — zawołał Pełka.
— My? co się panu śni? my? Pan mnie przysiągłeś, to prawda — ale ja? nigdy! Czyż pan myślałeś, że ja pójdę za niego?
Wymówiła te słowa z wymówką naiwną.
— Przyjęłam pana za mojego rycerza, pozwoliłam się panu uwielbiać i kochać — bo to było bardzo zabawne... ale żebym miała iść za pana?
Rozśmiała się serdecznie.
— Ja przecie musiałam pójść za wielkiego pana i za senatora. Matunia mi to mówiła od kolebki, a trudnoż było czekać, aż pan nim zostaniesz. Zapewne, gdybyś był panem, jakim księciem, wojewodą i bogatym, wolałabym go... lecz przecie nie mogłeś chcieć, abym kury hodowała i pilnowała porządek. A pfe!
Zaczęła się śmiać, Pełka stał tą naiwnością dziewczęcia zdumiony, zasmucony, zdrętwiały...
— Pani, — rzekł po chwili — widzę, żem się w wielu omylił rzeczach... na wielu sentymentach... Lecz gdybyśkolwiek zapłakała nad swym losem... gdyby ci kiedy pomoc i dłoń była potrzebna... gdyby twój sługa i rycerz, który ci przysiągł do zgonu i nie czuje się wolnym od przysięgi... mógł ci się zdać na co — przypomnij go sobie... A! pani!pani! ja tak kochałem...
— Przecież pan dlatego, że ja zamąż idę, nie masz wcale potrzeby przestać mnie kochać, — z wielką serją i minką poważną mówiła Jadwiga — kiedy to i panu i mnie czyni przyjemność. Któż panu broni? — przeciwnie, ja bardzo — o! bardzo go proszę, abyś mnie kochał i był zawsze mym wiernym rycerzem... O! ja o panu nie zapomnę... Czasem nawet przez okno wyglądałam pana i tęskniłam. Widzisz pan... nie możesz mieć do mnie żadnego żalu...
Pełka korzystał z tego momentu, który mu cud jakiś zesłał na pociechę i obsypywał Jadwisię słowy, któreby inną do łez może pobudziły. Wojewodzina uśmiechała się triumfująco...
Wszystkich oczy zwróciły się na Pełkę i jużby może podczaszyna, która za późno spostrzegła rozmowę córki, pobiegła była ją przerwać, gdyby wojewoda, nareszcie, wypuszczony łaskawie przez najjaśniejszą panią, nie nadbiegł do krzesła żony...
Okiem starego zazdrośnika zdala już przebijał młodzieńca, w którym widział, domyślał się, czuł rywala... Zdyszany, ze wzrokiem jadem zaprawnym stanął przy Jadwisi, która z uśmiechem nań popatrzyła i odezwała się naiwnie:
— Nie znasz pewnie, wojewodo, tego kawalera — to nasz sąsiad najbliższy... Medard Pełka, mój bardzo dobry przyjaciel, wielbiciel i rycerz...
— Ach! — odezwał się kwaśno, wąsa wijąc, pan wojewoda i z ukosa spoglądając na Pełkę — a! miło mi bardzo. Lecz zdaje mi się, żem już raz gdzieś go spotkał.
— W istocie, panie wojewodo, miałem szczęście widzieć go u podczaszyny w Krakowie... a teraz niedawno w drodze spotkałem syna pana wojewody... Prawdziwie, ktoby to poznał w panu wojewodzie ojca tak dorodnego syna... Co to za szczęśliwe zdrowie, przy takim wieku tak zachowana młodość! Ani się też dziwować, iż jaśnie wielmożny pan pomyślałeś o ożenieniu...
Surowo spojrzał Przerębski na Pełkę, jakby mu groził za to zuchwalstwo, nie zmieszał go jednak wcale... owszem, im ostrzej patrzał, tem kawaler pewniejszym był, że strzała utkwiła i pocichu mówił sobie: Hic habet!
— Prawda? — przerwała Jadwisia, z równem okrucieństwem przedłużając tę rozmowę. — Mój pan mąż wygląda tak młodo... a tyle ma lat! tyle lat! Wszyscy mu się dziwują... a ja pyszna jestem, będąc macochą starszego ode mnie syna!
Spojrzała na męża... Nigdy w życiu nie trafiło jej się widzieć tak nagle, a tak strasznie zmienionej twarzy... ten udawany młodzieniec zestarzał — stał się przerażającym. Jadwisi słowa na ustach zamarły, popatrzała nań długo... Na tę chwilę nadeszła niespokojna podczaszyna, która całą grę fizjonomji pana wojewody dostrzegła i biegła na pomoc nieopatrznemu dziecięciu. Pełka usunął się nieco od krzesła.
— Co ci jest? — szepnęła świekra wojewodzie.
Ścięte usta długo przepuścić nie mogły wyrazu — wreszcie szepnął, westchnąwszy:
— Zuchwały młokos... mościa pani...
Medard nie chciał uciekać przed podczaszyną, stał, trzymając się w miejscu...
Zwróciła się ku niemu, śmiejąc napozór, gniewna kobieta.
— Jak na pierwsze pole — rzekła półgłosem do niego — możesz się pochlubić, iż dosyć dokazujesz... Czy ci to zawsze równie będzie uchodzić szczęśliwie... za tobym nie ręczyła... Radzę waszmości być ostrożnym i nietyle ufać sobie...
Pełka się uśmiechnął pogardliwie prawie.
— Pan Bóg radzi o czeladzi, — rzekł obojętnie — cokolwiek mnie spotkać miało, mężnem sercem znieść potrafię. Już to strachem ani gniewem Pełków nie biorą...
To powiedziawszy, zwrócił się i zwolna począł cofać ku wyjściu. Po drodze jednak zbyt wielu się jeszcze opowiadać musiał ciekawym, by mu tak rychło wynijść dano... Pytali wszyscy o Kraków, o Czarnieckiego, o Polskę... bo wiedzieli już, skąd przybywał. Nie było końca badaniom, na które zręczny Medard tak odpowiadał, ażeby coś rzec i z niczem się nie wydać, bo mu to było zaleconem... Przyjaciół mu się swatało wielu, których grzecznie zbywać musiał.
Wydobył się ze dworu rozochoconego i swawolnego.. a gdy się w podwórzu znalazł, obejrzał na oświecone okna i pomyślał jeszcze raz o straconej Jadwisi, o niegodziwej podczaszynie... o starym wojewodzie... porwała go rozpacz taka, iż jak szalony zbiegł już, nie oglądając się, pod rakuską koronę...
Tu cicho było i bramy pozamykane tak, że się ledwie mógł dobić. Lejbuś spał w sianie za wszystkie noce niedospane i doznane w drodze biedy. Pełka sam rozdział się i padł na łoże... Cisza ta i dalekie nawoływanie stróżów nocnych i w jego duszę wlała trochę spokoju.
Znużone ciało domagało się od niej spoczynku, oczy mimowolnie zamykać się zaczynały...
Jak długo trwał sen przerywany, a raczej marzenie, w którem Szwedów, zbójów, podczaszyny i wojewody było pełno... nie wiedział on sam, gdy do bramy gospody wściekłym sposobem dobijać się zaczęto. Rozbudzony przeklinał spóźnionego, czy zbyt rannego gościa, który w ostatku bramę sobie otworzyć przymusił rozespanym — gdy ciężkie kroki i hałaśliwy głos dał się słyszeć w korytarzu, drzwi jego izby otwarły się — wszedł pachołek, niosąc w ręku dwie świece, a za nim ogromny mężczyzna, wybrany jak do drogi, w którym Pełka poznał niedawno na dworze widzianego komornika królewskiego, odziedziczonego jeszcze po Władysławie, niejakiego Bochwicza, którego, niewiadomo za co, mianowano chorążym...
Znany to był na królewskim dworze człowiek z nieustraszonego męstwa, zuchwalstwa, umysłu przytomności, serca otworzystego, gęby wypaczonej i wszelakich przymiotów i wad rycerza-szlachcica, przypsutego życiem u dworu.
Spojrzawszy nań, nie obiecywał wiele, chyba słusznym nad miarę wzrostem — za to cienki był jak tyczka, chudy, a twarz blada, długa, wymizerowana, zapadła, z wąsem skąpym... z oczkami jak u kreta, gdyby nie uśmiech poczciwy, byłaby okrutnie brzydką...
Najrzawszy w łóżku leżącego Pełkę — Bochwicz misiurkę zdjął i pokłonił mu się.
— Czołem ichmość panu.
Kwaśny był Medard i nie do żartów.
— Czy już w całym domu drugiej izby niema, że mi chorąży zasnąć nie dajesz... a toć...
— Stój i nie klnij, ani się dąsaj — bo będziesz gorącego słowa żałował. Przychodzę nie od siebie, ale od króla... w poselstwie do was, a posłów tylko Turcy ścinają.
Pełka się podniósł na łokciu i westchnął.
— Duszo moja złota! gołębiu niewinny! — począł Bochwicz, mający zwyczaj czcić tak przyjaciół, nieprzyjaciół najdrobniejszemi imiony — nie gniewaj się, ani na mnie, ani na pomazańca Bożego, ani na świat i ludzi. Wiem to, iż masz serce poruszone i słuszną urazę do świata, Boga, ludzi, podczaszyny, wojewody, wojewodziny — ale nie racja, abyś mnie za to zabijał...
Wielkiemi oczyma, zdziwiony, spojrzał nań leżący.
— Skądże ta wiadomość? — mruknął kwaśno...
— Kawalerze smutny, — mówił Bochwicz — cały dwór aż do kuchtów królewskich wie o nieszczęściu twem; roztrąbiła je podczaszyna... rozniosły Eole na cztery strony świata. Żal mi cię... serdeczny, lecz — pocieszaj się, bo cały też dwór z tobą trzyma przeciw wojewodzie...
— Lecz co to ma do rzeczy.
— Nic a nic — mówił Bochwicz... i zwrócił się do posługacza... — Jeśli nie chcesz dostać obuczkiem między łopatki, zaraz mi tu gąsior wina staw... Małmazji jak najprzedniejszej.
Wesołość ta wcale pana Medarda rozruszać nie mogła.
— Mówiliście, iż król ichmość was przysyła? — zapytał.
— Jakem żyw, nie kłamię nigdy, — dodał Bochwicz — chyba już obejść się bez tego nie można... W tym wypadku powiedziałem prawdę szczerą, król mnie przysyła...
— Z czem?
— Kazał mi z waszmością jechać i dostać się do Krakowa, trzyma bowiem o mnie, że się rychlej Szwedowi wywinę, bom do węgorza podobny... a powiada, że zawsze dwóch posłać bezpieczniej, niż jednego... aby z tych choć który do celu doszedł...
— Przecieżem się tu przedarł! — rzekł Pełka...
— Właśnie dlatego mogłeś waszmość szczęście swe wyczerpać, a ja mojego jeszcze nie...
— Jeśli tak, bardzom rad — rzekł Pełka...
— Ja też... miły gołębiu mój — mówił Bochwicz...
W tem małmazję wniesiono...
— Jeśli chcesz u mnie reputacji nie stracić, — odezwał się chorąży — musisz pić ze mną. Zobaczysz, że ci to będzie jakby plastrem na ranę serdeczną.
Pełka wiedział, że w takim razie nie było co się upierać przy trzeźwości zbytecznej... Nalano lampki.
— Na zgubę starym grzybom, którzy nam młode dziewczęta biorą! — zawołał Bochwicz... — nam, najsłodszy z towarzyszów — mówię tylko, abym cię samego nie zostawił, chociaż ja osobiście nie jestem już interesowany... Dawnom z miłości pokwitował...
Pili tedy małmazję na zabicie smutku... Bochwicz jednak posłać sobie kazał siana i nie napastując zbytnio towarzysza, dał mu dobranoc, kazawszy się zbudzić, gdy rozednieje...
Nazajutrz rano nie miał już po co na zamek iść Pełka, gdyż go z obowiązku tego zwolniono, odpowiedź królewską niósł mu Bochwicz, a ta zawartą była w krótkich słowach — aby się Kraków nie poddawał, trwał i bronił do ostatka w nadziei odsieczy, której terminu oznaczyć nie mógł król, lecz w Bogu miał ufność, iż prędko nadejdzie...
O białym dniu dosiedli obaj koni... Lejbuś także, niewiele skorzystawszy z wycieczki na Śląsk, bo czasu nie miał na żaden handel, powracał z nimi...
Droga tym razem była znacznie łatwiejsza jako przebyta, znana i osłuchana, bo o niej wiele dowiedzieć się mogli od tych, co na dwór króla przybywali.
Do granicy też mogli, wcale się nie kryjąc i nie strzegąc, jechać, bo tu niebezpieczeństwa żadnego nie było. Drugiego dnia dopiero, wjechawszy w granicę Rzeczypospolitej, odzież wypadło zmienić, o uboczne trakty rozpytywać i na żydka się spuszczać, który najwięcej miał zdolności do przekradania się wszędzie...
Szwedów tak rychło się jeszcze spotkać nie spodziewali... O oddziałach ich tu i owdzie chodziły posłuchy, lecz rozsypanych uniknąć było można.
Jakkolwiek nocami bezksiężycowemi w tej porze roku podróż była i niemiła, i najtrudniejsza, musieli ją w większej części odbywać rankami i wieczorami, a we dnie spoczywać. Tak Lejbuś postanowił, i okazało się to skutecznem, gdyż w okolice Krakowa przybyli nieposzlakowani i cali.
Tu już nadzwyczajnych trzeba było ostrożności. Bochwicz wchodząc w myśl danych mu rozkazów, wnosił, iż należało się im rozdzielić, a pojedyńczo próbować szczęścia, by choć jeden mógł się przekraść. We dwóch bowiem razem jadąc, pochwyceni obaj być mogli.
Pełka z Lejbusiem rachowali na swe pasy szwedzkie i po naradzie postanowili zajechać najprzód do Hożej Wólki do Snarskiego, skąd, zostawiwszy konie, pieszo się przekradać myśleli.
Nad wieczór już przybyli do znanego dworku. Jakiż był smutek i zdziwienie Pełki, gdy, w bramie już prawie będąc, spostrzegł ze dworu pozostałe tylko zgliszcze i sterczące węgły niedopalone...
Stary żebrak, wlokący się gościńcem, powiedział im, że Snarskiego Szwedzi za to ubili, iż nic u niego nie znaleźli, bo go wprzódy już drudzy ze szczętem obrabowali... Trochę wbok był drugi folwarczek i dwór, do którego już nocą się dostali — ale ten pustką stał, bo się z niego wyniósł dziedzic, kołkiem drzwi podparłszy... Szwedzi go jeszcze nie spalili, znać tylko było, iż tu już niejeden raz gościli i, odrywając podłogi, rozbijając mury, grzebiąc się w lochach, szukali zakopanych skarbów. Blisko stojąca kapliczka, złupiona także, otworem stojąca, snadź za stajnię służyła... bo po koniach i żołnierstwie ślady w niej zostały...
We dworze nanieciwszy ognia w pustej izbie bez okien, w której się tylko okiennice jakoś zachowały, przedrzemali noc do ranka. Stąd już na szopę mieli iść, konie porzucić i następnej nocy do Krakowa się próbować przedzierać...
Dotąd po myśli jeszcze szło prawie wszystko... Wstawali właśnie ze słomy mokrej, na której przeleżeli noc tę, gdy Lejbuś, przyłożywszy ucho do ściany, dał znak Pełce, ażeby się przyczaił i mówić przestał... Szelest jakiś i stąpanie podejrzane dawało się słyszeć przy domu... Lejbuś zamierzał już jedną z okiennic otworzyć i rzucić się w pole i zarośla pieszo... gdy szczęk oręża dał się słyszeć pod oknami, a tuż z zapaloną żagwią weszło czterech żołnierzy do pierwszej izby, szukając schronionych, których stojące pod szopką konie zdradziły...
Był to objazd szwedzki. Towarzyszył mu na tłumaczy snać wzięty żydek niepoczesny... Uchodzić ani była pora, ani też bezpiecznie, aby się nie dawać w podejrzenie. Lejbuś, nadrabiając miną i wcale niby niestrwożony, na zapytanie żołnierzy — wydobył szwedzkie pasy...
Obejrzano je starannie, lecz starszy zawyrokował, że z niemi do pułkownika udać się należało... Pełka miał na myśli wybić się im, lecz na czterech dobrze zbrojnych sam jeden nie czuł się na siłach, a na towarzysza wcale liczyć nie śmiał. Lejbuś zaś sądził, że po nocy gdzie w gąszczach potrafią się wymknąć.
Położenie było rozpaczliwe. Żołnierze rozbroili najprzód Pełkę, odbierając mu tulich, pistolet i nóż zapaśny, którym się mógł bronić; Lejbusiowi odebrali tylko pieniądze... Pozwolono im koni własnych dosiąść i otoczonych wiedziono...
Pełka czuł się zgubionym, cud go mógł chyba ocalić... W lesie dębowym Lejbuś próbował się z konia ześliznąć, jak gdyby padł wypadkiem, pochwycono go natychmiast i ręce dla bezpieczeństwa związano... Medard jechał, straciwszy nadzieję wszelką...
Manowcami i ścieżynami dociągnęli tak do obozu. Tu żołnierze postawili ich pod namiotem pułkownika i czekać kazali. Nierychło nareszcie wprowadzono do tego, który o ich losie miał rozstrzygać.
Opasły człek w kapeluszu z piórami, w butach szerokich, obwinięty szarfą, narzucony płaszczem, siedział nad kuflem grzanego wina i ziewał. Za nim stał szlachcic, który mu po łacinie miał odpowiedzi tłumaczyć. Poczęło się badanie... Choć Pełka miał czas do namysłu, w jaki sposób odpowiadać będzie, nie wynalazł nic na swą obronę prawdopodobnego. Tłumaczył się, iż jest podróżnym, który mając brata w wojsku komputowem, do niego się przebierał...
W tego brata pan pułkownik widocznie wierzyć nie chciał, dowodząc, że tu się wszyscy braćmi zowią, a godzą tylko na zdradę protektora Rzeczypospolitej jego królewskiej mości Karola Gustawa...
Zbywszy się tak sumaryjnie Pełki, który też miał wstręt do długich tłumaczeń, obrócił się do Lejbusia, w którym łacno poznał Izraelitę i zgóry zapowiedział, że wszyscy żydzi wisieć powinni. Lejbuś tłumaczył mu łamaną niemczyzną, że zajmuje się handlem, kupuje, sprzedaje i posługuje Szwedom, a króla Gustawa ma w najosobliwszej estymie... Dodał zaraz skargę natarczywą na żołnierzy, iż jemu i towarzyszowi pieniądze odebrali.
Szwed o pieniądzach słyszeć nawet nie chciał, machnął ręką — ale tłumaczenie zdawało mu się naciągane i nieprawdopodobne, bo Szwedzi wszystko rabując, nic kupować nie potrzebowali.
Obudwóch podejrzewano, że byli szpiegami króla Kazimierza. Pełka próbował po łacinie sam i przez szlachcica służącego za tłumacza przemówić do pułkownika — który słuchać już nie chciał. Bez ogródki wyraził się, że obudwóch należało powiesić.
Wreszcie po długich mankamentach z upartym, flegmatycznym a dzikim żołnierzem, który mało co mówił — udało się wyjednać zatrzymanie więźniów pod strażą.
— Trzymać więźniów czasu wojny! głupia rzecz! — rzekł pułkownik — pilnować jeszcze trzeba i karmić... a tak...
Lejbuś przypomniał, iż na przekarmienie mieli własne pieniądze, które zasekwestrowano; rozgniewało to niepomału pułkownika, który w stół pięścią uderzył, dowodząc ograniczonemu Izraelicie, że pieniędzy nie miał, kiedy mu je zabrano.
Naburczywszy długo, wstał wreszcie, zawołał kaprala i odezwał się, aby obudwóch do taczek wzięto, gdzie i tak dosyć naspędzanych ludzi około aproszów pracowało...
Nie można z nim było rozprawiać...
Pełka wyszedł zadumany — zamknięty w sobie, niebardzo wiedząc, co pocznie. Lejbusiowi oczy połyskiwały już nadzieją — z rydlem w ręku pod murami! Był pewien, że sobie jakoś radę dadzą...



∗             ∗

Można sobie wystawić nieszczęśliwego Pełkę, pędzonego z chłopstwem razem do roboty... Na owe czasy straszniejsza to była, więcej upokarzająca kara dla szlachcica, niżeli sama śmierć. Wolałby był pewnie w polu zgon z bronią w ręku... Bezbronnemu pędzonym być tak... nie móc podnieść oczu... zostać na łasce wroga... równało się hakowi i palom tureckim. Przeklinał dzień i godzinę, gdy w tę nieszczęśliwą podróż wyruszył...
Szli tak obaj ze spuszczonemi głowami, a żydek go pocichu pocieszał i żartował... gdy zboku, z pod namiotu szwedzkiego ozwał się jakiś głos — niby znany.
— Miły Jezu! czy mnie oczy mylą... Medard Pełka...
Odwrócił się powołany i zdumiał, widząc pana Żołudka, który z innymi kilku stał poufale w namiocie u Szweda, jakgdyby u siebie w domu.
Świnarski, który też tu był, poskoczył ku Medardowi i żołnierzom, wołając:
— Co się dzieje! gdzie waszmości złapano? czyś do niewoli się dostał?
— Wcale nie, — odparł Pełka, miarkując, że ma do czynienia z tymi, co z wojskiem hetmańskiem przeszli do Szwedów — jechałem spokojnie do domu, gdy mnie ani zacz, ani przecz zatrzymano i ujęto...
Spojrzeli po sobie.
— Dziwujecie się mnie, — mówił Pełka, — ale i ja zaprawdę wam: co w cudzym obozie czynić pod tę porę możecie?
— Zachciałeś! te rzeczy się wyeksplikują łatwo, byleby najprzód asindzieja z ich pazurów uwolnić — zawołał Świnarski; bo z nimi niema co żartować...
Zawrócił się tedy do namiotu, a żydek przypomniał zaraz Pełce, żeby go też na sztychu nie zostawił.
Wyszedł drugi pułkownik z namiotu i jął żołnierzy rozpytywać co za jednych, za co i skąd prowadzili? Na co snadź odpowiedź otrzymał, iż im go ów pierwszy pułkownik oddał. Zatrzymano więźniów i posłano do opasłego z zapytaniem, bo się Świnarski z Żołudkiem mocno ujęli za Pełkę, i za to, że niewinnych po drogach łapią szlachtę, przez co ją wszystką od króla Gustawa odstręczą.
Zły bardzo przyszedł ów flegmatyk, który wieszać chciał, a teraz żałował bardzo, że tego nie dopełnił zaraz, bo rzecz byłaby skończona i od razuby się zbył kłopotu. Poczęli się Szwedzi między sobą ujadać i w oczy sobie pluć. Jeden dowodził, że miał słuszność, drugi mu zadawał, iż postąpił zbyt nierozważnie. Z tego sporu wynikło, iż więźniów na nowo do tłumaczenia wzięto. Lecz tu już szło daleko łatwiej, bo Świnarski i Żołudek za Medarda ręczyli, a Pełka żyda przedstawiał jako sługę i przewodnika... Drugi ów pułkownik, snadź daleko większy polityk, natychmiast przeprosiwszy jeszcze Pełkę, uwolnić go kazał razem ze sługą, przedstawiając mu tylko, że się niepotrzebnie narażał, zbliżając do oblężonego miasta, w którego okolicach wszyscy być musieli podejrzanymi...
Lejbuś skorzystał z tych usposobień pułkownika, upominając się o konie i o worki. Z tem było nieskończenie trudniej, żołnierze od Annasza do Kaifasza odsyłali, oburzając się na to, iż śmiano od nich żądać zwrotu pieniędzy, ani też było podobna dośledzić, kto konie zabrał i pieniądze sobie przywłaszczył.
Pełka, przy którym nieco grosza nie postrzeżonego zostało, dał znak Lejbusiowi, ażeby dał pokój, i tak się to skończyło. Świnarski i Żołudek, którzy mieli dla bezpieczeństwa poprzypinane szwedzkie kokardy, postarali się o podobne dla swych towarzyszów, i zabrawszy ich, oznajmili, że ich zaprowadzą z sobą do kwatery obozowej komputowych, od których właśnie przybyło poselstwo układać się o żołd.
Nie w smak to szło Pełce — lecz musiał zmilczeć, obiecując sobie przy pierwszej zręczności z rąk im pierzchnąć, a tymczasem przypatrzyć się, co się też i tu święciło... Poszli więc, przez obóz się przedzierając, bez przeszkody ze strony Szwedów, którzy już do tego kumania się z żołnierzem i szlachtą polską byli nawykli. Namiot dla panów deputatów, do których się Świnarski i Żołudek przyplątali, raczej dla reprezentacji i liczby, niż z potrzeby, stał około wittembergowego...
Stanąwszy w kwaterze, Pełka zastał tu zgromadzenie liczne, twarze znane i nieznajome, pełne buty i nadstawne... ale w usposobieniach, jakich się nigdy nie spodziewał...
Właśnie pora była śniadać i stół pod namiotem, ladajako sklecony, opatrywano... Dostatku wielkiego nie było, a po żołniersku się zbierano głód zaspokoić. Każdy niósł ze swojego kąta, co miał; ten kiełbasy, ten wędzonkę, bigos, chleb, wódkę, wino. Wzdychali niebożęta, przypominając domowe wczasy, kiedy wszystkiego mieli poddostatkiem, a tu i za największe pieniądze czasem nic dostać nie było można. Rozpamiętywano owe pieczenie z rożna i zawiesiste kapłony, o których tu nikt nie słyszał, chyba na dworze królewskiej mości.
Wśród tych lamentów żołądkowych poczęli się też Pełki rozpytywać, skąd i dokąd jeździł, na co im zmyśloną bajkę opowiadać musiał. Na sercu mu, słuchając mów tutejszych, ciężko było, wszyscy już bowiem, zgadzając się niby z przeznaczeniem, chwalili sobie poddanie się Szwedowi.
— Niepotrzebnie — mówił Świnarski — upiera się pan Czarniecki: szkoda miasta i ludzi, kraj cały wziął, cóż się tu jednemu grodowi bronić? Taka była wola Boża... A nie będzie nam pewnie gorzej za jednego Szweda, niż było za drugiego, bo już gorzej, niż za tamtego być nie może...
Pełka się coś zcicha ozwał, że się fortuna odmienić jeszcze może...
— Jakim sposobem? — podchwycił Żołudek, już nawrócony tu zupełnie. — Ex nihilo nihil, król już za sobą nie ma nikogo, oprócz Krakowa, który lada chwila musi paść.
— Ależ mu odsiecz obiecują.
— Gruszki na wierzbie! skąd ją wezmą! — zawołał inny zboku. — Czegoż u licha zresztą nam trzeba? ten mocny jest i obronić nas potrafi — ład zaprowadzi... Religję zachować i wszelkie prawa uroczyście przyrzeka.
— A no, konie po kościołach trzymają — szepnął Pełka.
— Toć ten czas wojenny przejdzie — dodał Żołudek — trudno było w pierwszym obcesie żołdactwo powstrzymać. Gdybyśmy się już wszyscy submitowali, byłby pokój jak należy, lecz że niektórzy bróżdżą, wszyscy pokutują...
Słowem, jedno było słowo i zdanie: — święty pokój okupując, poddawać się co rychlej, a króla niedołężnego opuścić. Nie było się co sprzeciwiać, ani rozprawiać z nimi, tak uparcie przy swojem stali.
Stary, niejaki pułkownik Obryski, nawet religijnie dosyć dowodził, iż woli Bożej się sprzeciwiać nie godziło — a poddać się jej raczej w pokorze, gdyż nie co innego było, jak dopust Boży... a kara za grzechy...
Obiegała też wieść po obozie, że Kraków był bliski poddania i że trębaczów posyłał król Gustaw z ostatecznem wezwaniem, poczem już szturm gwałtowny przypuścić miano. A nierozumnem było na łupież tylu skarbów i świątyń się wystawiać, gdy je ocalić mogli. Dano też znać do miasta o poselstwie od komputowych...
Chociaż nie tak dawno się był Pełka oddalił, łatwo mu było, zdala nawet patrząc na Kraków i mury, przekonać, iż ruin przybyło i łatania około porozbijanych baszt i kortyn...
Nie wiedział o tem w Głogowie, iż król był Leszczyńskiego, wojewodę łęczyckiego, posłał do traktowania z Gustawem. Mówiono też, że od kilku dni w mieście pod gradem kul i w nieustannem znużeniu wszyscy domagali się poddania, nawet ci, co wprzód twardo przy obronie stali.
Słowem, w obozie potęga gustawowska tak się już przedstawiała groźną, że ani pomyśleć było można, aby się jej opierać... Gorętsi wreszcie klęską hetmana Potockiego, którego Chmiel rozproszył, dowodzili, iż nic nie pozostawało, tylko się garnąć pod opiekę Szweda...
Pełka, nasłuchawszy się tych mów różnych, przeciw którym wierności dla króla stawić już nawet nie było sposobu, bo sobie Kazimierza bardzo lekceważono — posmutniał wielce.... ani o sobie mógł myśleć, co pocznie.
Naradzali się z Lejbusiem, gdy trębacza ujrzeli u bramy Mikołajskiej i ruch znaczny, i ludzi, od kasztelana idących z listami do Wittemberga, a zaraz odpowiedzi niosących, aż wkrótce z białą chorągwią i trębaczem ukazali się z miasta jadący do namiotu wittembergowego, starosta dynaburski, Fromhold Wolff, starosta chęciński, Branicki i wielkorządca krakowski, Płaza, o których wątpić nie było można, iż ich Czarniecki posyłał...
Na ten widok Pełka skrył się już do namiotu, aby nie patrzeć...
Rozeszło się też wnet, że traktaty u Wittemberga spisywano... Czy się Bochwicz dostał do miasta, trudno było domyślić się — a Pełce zdawało się, iż mu, bądź co bądź, trzeba tam było, aby słowo królewskie zaniósł.
Czuł się w sumieniu związanym.
W biały jednak dzień próżno łamał sobie głowę, co pocznie. Po chwili zawołał żyda na radę. Ten już bodaj wprzódy o tem myślał — a nie widział innego sposobu, tylko zawczasu się pod mury podkraść za dnia, w jamie gdzie przeleżeć do nocy, a do furty pociemku dolazłszy — dobyć się do środka...
Tego dnia mniej to może trudno było, bo się już poddania spodziewano, z obu stron milczały działa, a żołdactwo odpoczywało i zabawiało się, ciesząc tem, że wkrótce lepsze kwatery dostanie.
Więc niby się przechadzając, a rozglądając, gdy im nikt drogi nie tamował, Pełka z towarzyszem kołowali tak, a szli w biały dzień, dybiąc na zręczność, gdy się do przekopu dostać będzie można... Lejbuś pierwszy skoczył, za nim poszedł Pełka, a gdy, przyczajeni, przekonali się, iż nikt ich nie goni, bo nikt nie dostrzegł, znaleźli kawał obalonego muru z blanków, za który zasunąwszy się... na ziemi pokładli, czekając mroku. Byli niedaleko nawet tej samej furty w murze, którą na tę wyprawę wychodzili. Chociaż dzień w tej porze krótki, ale czekającym on zawsze długim wydawać się musi — piekielnie też wymęczyli się, nieruchomi za gruzem leżąc.
Nareszcie zmierzchać zaczęło... i noc powoli zsunęła się na obóz milczący, na miasto nieszczęśliwe... Podnieśli się z ziemi skostniali napół, aby do furty się dobijać. Przy tej znowu snadź nikogo nie było blisko, aby pukanie posłyszał, głośniej zaś stukać nie mogli, ażeby Szwedów nie rozbudzili, którym pod mur łatwo było przyskoczyć. Dobre pół godziny trwało owo szturmowanie, dopóki nareszcie z przeciwnej strony nie usłyszano go; ale sądząc, iż to było zdradą szwedzką i że ową furtę ubiec chciano, nierychło się rozmówili... Długo znów trwało traktowanie i eksplikacje, nim naostatek ostrożnie uchylono drzwi i Pełka się w nie mógł wcisnąć.
A był tak zmęczony i znękany tem wszystkiem, iż dostawszy się na drugą stronę, padł prawie osłabły, bo i znużenie, i głód, i zimno, i leżenie na ziemi wilgotnej siły mu odebrały. Przecież się zaraz jakoś ocucił, a zażądał wnet iść do pana kasztelana... Niemal całe miasto miał do przejścia, aby się do niego dostać, a łatwo mu było spostrzec tu, iż, co w obozie rozpowiadano, wcale kłamliwem nie było... Już w ulicach tego ruchu i życia jak dawniej, ani tych okrzyków było posłyszeć... miasto się zdawało wymarłe, a prawie bezludne. Jak cienie chodzili ludzie, wzdychając po murach, domy stały ciemne... w kościołach tylko jęczeli niektórzy, po kątach śmierci już prosząc, tak im dwa te miesiące oblężenia srodze dojadły...
Bez spoczynku więc zdążał Pełka do klasztoru... Tu w dziedzińcu pełno było ludu ubogiego i różnego tłumu, spierającego się już tylko, jak rychło bramy otworzyć, aby się utrapienie raz skończyło. Dobijano się do kasztelana, aby go nękać i zmuszać do prędkiego poddania. W mieście z tej rozpaczy i głodu bezpieczeństwa nie było, w biały dzień odbijano sklepy, rabowano śpiżarnie i piwnice... Bójki codzień zakrwawiały rynek... Nasłuchał się Medard i rozpowiadań i żalów i szlochu, niżeli do izb trafił, gdzie na naradzie siedzieli przedniejsi z miasta, ani przerywać się ją godziło.
Stanął Pełka u drzwi, przysłuchując się, bo tego nikomu nie broniono i nie było tajno, że o traktaty chodziło. Sądził, iż kasztelan zobaczywszy go, zawezwie i z poselstwa zdać sprawę każe, lecz siedzący za stołem Czarniecki oczu nawet na stronę nie zwrócił.
Oprócz Płazy, Branickiego i Wolffa, którzy do obozu jeździli, wezwany na radę był i ks. Starowolski, i dowódca zamkowy pan Krzysztof Rupniewski, wojewoda krakowski i wielu innych... a obracała się mowa nie około tego, czy się bronić? bo dłużej wytrwać nie mogli lecz o warunkach traktatów, aby je jak najlepsze otrzymać. Stał Czarniecki przy tem, ażeby siebie z wojskiem ze czcią i w całości wywieźć, — drudzy o całość kościołów, pamiątek, praw i przywilejów przypominali... Wzdychali wszyscy do tej ostateczności przywiedzeni, jaka całą Rzeczpospolitą już ogarnęła...
W tym punkcie podniósł oczy kasztelan, a twarz Pełki mu się nawinęła, i wstał, ręką go do siebie przyzywając...
— Chodź waszmość tu, — zawołał — a mów! Czekaliśmy na cię, co nam przynosisz? Widziałeś króla? co rozkazał?
Wszystkich oczy zwróciły się na występującego Medarda, którego twarz zbladła świadczyła o doznanych niewczasach...
— W samą porę przybywasz — dodał kasztelan... — cóż król?
Zamilkli wszyscy.
— Nie przynoszę wam, panie kasztelanie, prędkiej posiłków nadziei... to najgłówniejszy, a najsmutniejszy poselstwa mojego owoc... Lecz nie poprzedził mnie nikt od króla wysłany?
— Dotąd nie widzieliśmy nikogo...
— Chorąży Bochwicz...
— Nie było go... — rzekł ktoś zboku...
— Przepraszam, bo oto on jest — odezwał się głos zwysoka i, przeciskając się przez zapierających mu drzwi, wszedł chorąży, poglądając na Pełkę... Pokłonił się zgromadzeniu.
— Obaśmy z panem Pełką jednego dnia wyprawieni i z jednem, więc którykolwiek z nas zda sprawę, toż samo powie. Zaklina król i królowa jejmość, ażeby się miasto trzymało... Leszczyńskiego posłano z Gustawem traktować...
— Dobra rzecz zdala powiedzieć: nie poddawajcie się, — przerwał Płaza — ani my też po dobrej woli tegobyśmy nie uczynili i dla sromu, i dla szkody... a no, spójrzcie do prochowni i cekhauzów, i do śpiżarni, i tam, gdzie biedny lud wodą a sucharem skołatane życie utrzymuje... popatrzcie na murów ruiny, a jeśli naówczas powtórzycie jeszcze: — nie poddawajcie się... chyba serca nie będziecie mieli.
— I rozumu! — krzyknął gwałtownie jeden ze szlachty, co się w wielkiej liczbie do Krakowa schroniła. — Całą Rzeczpospolitą mają w ręku, poddało się co żyło, a Kraków chcą Kartaginą uczynić... Przecieby go jak relikwję po Krakach i Lechach zaszanować należało... Niechby Warszawkę zajęli... nic się jej nie stanie, choć szturmem zdobędą, bo tam znowu grzybów narośnie... a naszych murów nie podniesie nikt... gdy raz padną.
— Co mi kazano rzec, — mówił spokojnie chorąży — to waszmościom, miłym panom a braciom w niedoli, przynoszę, a świadczę się panem Pełką, który też życie, jak ja, stawił, aby tu z tem przyjść, iż to, a nie co innego mówiła królowa jejmość i król sam...
— Gdyby z największemi ofiarami trzymać się było można, największe ofiary nie będą stracone, bo Kraków trzymając się, drugim doda tego ducha, którego wszyscy stracili... i może się od niego począć znowu szczęście odmienne...
Czarniecki popatrzał nań... ale nie odpowiedział nic — rwali się inni.. odezwał Rupniewski:
— Zamku i grobów królewskich poszanować trzeba... godzi się... obowiązek... Jeśli go wezmą szturmem... zburzą wszystko, a wezmą go niezawodnie, głodny żołnierz się nie bije...
— I to zważcie, — dodał Starowolski — że ten głód i nędza, i zwątpienie przywiodły do ślepej rozpaczy, do bezładu i bezprawia, a gorszy to stokroć nieprzyjaciel od Gustawa, wścieklizna zaraźliwa, co porządek obala, nie szanuje nic i zwierzętami nas czyni... i burzy... aby, gdy ino ginie, nic nie zostało...
— Nocą ani dniem niema bezpieczeństwa, — mówił Płaza — hultaje ulicami się włóczą, nikt życia, nikt mienia niepewien... zaprawdę czas jedno z dwojga, albo ginąć, lub coś począć.
Wstał po tych słowach kasztelan i zbliżył się do Bochwicza i Pełki.
— Jakież nadzieje? co za wiadomości przynosicie?...
Bochwicz się wyrwał. — Nadzieję mamy na cesarzu, na królu duńskim, na Ordzie, ba! i na Kozakach, którzy rozum mieć powinni, naostatek na wojsku naszem własnem, do którego posłała królowa, aby się upamiętało...
— Wszystko to na miesiące liczyć trzeba, — westchnął Czarniecki — a tu jutro nam zabraknie chleba, soli i prochu...
Pełka ustąpił nieco... Przybliżył się doń, klepiąc go po ramieniu Czarniecki.
— Rad jestem, że mi wróciłeś cało...
— Mało wszakże brakło, — odparł Pełka — bym cale nie powrócił, bo mnie dziś z rana Szwedzi chwycili, i winienem komputowym tylko... żem się wyrwał od stryczka i taczek...
— Bogu niech będą dzięki! — westchnął kasztelan...
— Mnie się też szczęściło, — rzekł Bochwicz — bom się dziś też, po szwedzkich chodząc rękach, aż do Wittemberga dostał, a ten mnie snadź dlatego nie zjadł, żem chudy, i uczepiwszy się parlamentarzów, wszedłem do miasta... jakbym do tego wszelkie miał prawo... Szwedzi nas już tak lekceważą, że się i niebardzo pilnują.
Narady toczyły się dalej, a że do nich pomocą żadną być nie mógł Pełka, zabierał się odchodzić, któremu Bochwicz, jako dobry towarzysz, zaszedł drogę, wpraszając się w gościnę.
Razem tedy szukać Rożańskiego poczęli, którego napytać nigdzie nie mogli. Żydek się dopiero dowiedział, iż od trzech dni ranny, doma siedzieć musiał. Szli więc na Florjańską ulicę...
Wacek na tapczanie z przewiązaną ręką kawęczał, otrzymawszy postrzał od Szweda, a że mu tęskno było snadź samemu, litościwą znalazł duszyczkę, która go opatrywała... Tu, zaledwie się goście w progu ukazali, co najprędzej uszła, wstydząc się pewnie swojego miłosierdzia nad żołnierzem... Zerwał się Rożański witać towarzysza, gdy razem z nim Bochwicz się ukazał.
Stary żołnierz i dworak umiał wszędzie być niezawodnym... a prędko się bardzo poznawał i spowiadał...
Pożartowawszy nieco z Wacka, iż się cyrulikowi takiemu dał opatrywać, który go na niebezpieczniejszą ranę serdeczną mógł narazić, wziął się Bochwicz do ręki, bo był na rany expers i miał rozliczne sposoby na nie... Posłano potem po wino, bo tego jeszcze w Krakowie poddostatkiem było, aby się nieco pokrzepić... a Bochwicz i o przekąskę się przymówił, o którą trudniej było... Chleba tylko, czosnku, cebuli i warzyw dostać było można.
Biesiadowali więc z postem, ale jak na te czasy bardzo stosownie — a gdy nadeszła noc, pokładli się pokotem na spoczynek. A choć nieopodal od murów mogli zasnąć, bo strzelania już nie było... Miasto się sposobiło do przyjęcia Szwedów. Mieli już ustaloną tak sławę, że kto żyw po piwnicach, lochach, ogrodach zakopywał droższe sprzęty, inni je wmurowywali w ściany, lub do zakrystyj i skarbców kościelnych oddawali, sądząc, że te będą poszanowane.
Nazajutrz przybył do miasta Schlipenbach młody, którego król w zastaw przysyłał, chcąc się z panem Czarnieckim rozmówić sam, a kasztelan kijowski nie biorąc zastawu, na słowo królewskie pojechał. Miarkowali tedy wszyscy, że nieodmiennie do poddania się przyjść miało... Jakoż traktaty podpisane były, choć o tem nie głoszono po mieście. I ci, co wczoraj jeszcze domagali się poddania i pokoju... teraz omal nad niem nie płakali, bo dopiero się spostrzegli i rozsłuchali, że zamiast obiecywanej spokojności, inną tylko troskę i nie większe sobie kupią bezpieczeństwo...
Rożański z Pełką, obaj młodzi, rozpaczali niemal. Bochwicz był dobrej myśli, a wesołość go nie opuszczała.
— Wierzę też — dodał — panu Czarnieckiemu, który nie mówi nic, nie obiecuje wiele, lecz uczyni coś, bo wyjdzie cały, a to jedyny u nas człek, który ma przy rękach głowę, a przy głowie ręce...
Dnia tego poszedł Pełka do kasztelana i znalazł go samego stojącego w oknie, a zdającego się rozmyślać.
— Dziecko moje, — rzekł smutnie, spostrzegłszy go — zapakujcie węzełki, a bądźcie gotowi... wyjdziemy cało i pod rozwitemi chorągwiami z Krakowa... Wyjdziemy ze czcią i niezwyciężeni, ale zmożeni siłą i głodem... Czyni się to dla Rzeczypospolitej, a Bóg mi świadek...
Tu wskazał mu krzyż wiszący na ścianie: — Niech on sądzi, żem nie o sobie myślał i nie siebie ratował, uchodząc stąd... Aliści usłyszycie, powiedzą wam... i będą ludzie powtarzali: żem przekupiony, zyskany, żem zdrajca i niecnota... A niech to będzie na większą chwałę Tego, który cierpiał urąganie na krzyżu...
— Wiem, co mnie czeka, — kończył, wzdychając... — ani się bronić będę, ani rzeknę słowa... Bóg osądzi, gdy krzykacze ostygną, gdy pasje ochłodną, gdy ból przeminie...
Zakręcił wąsa... rana w twarzy zaczerwieniła mu się, jakby krew znowu wytrysnąć z niej miała...
Wyszedł Pełka milczący...
W ulicach stali ludzie kupkami, słychać było rozmowy głośne...
— Było poco nas głodem morzyć — mówił żołnierz do mieszczanina — a skąpić jadła, aby Szwedom chleba zostawić...
— Szeregowi i hołota, a lud ucierpieli najwięcej, — dodał drugi — im ze wszystkiego korzyść. Wyjdzie pan Czarniecki możniejszym, niż był, nabrawszy po kościołach dosyć sreber, a które sobie na pieniądze przebić kazał... a biedota poginie...
— I Gustaw mu jeszcze zapłaci...
— Albo to nie do jego sakiew poszło, co żołnierze porabowali?...
Wzdrygnął się Pełka, słuchając... a szedł prędzej, aby więcej mu do uszu nie doszło, i przekonał się, że miał słuszność Czarniecki, który te sądy przewidział, bo ludzi znał...
Już tego dnia rozpowiadano, że Szwedzi na zamek szli oglądać dla króla mieszkanie, a naprzód się do skarbca dobierali, w którym pustki i papiery tylko a zardzewiałe żelastwo stare znaleźli, bo resztę był Lubomirski uwiózł i ocalił...
Drugiego dnia rano wojsku się wcześnie zgromadzić kazano... ludu ciżba na ulice milcząco wypłynęła... Dwie bramy już zajmowali Szwedzi. W rynku się uszykował Wolff z gwardją królewską... z rozwiniętemi chorągwiami, z muzyką i bębnami... i Gąsiewski, i Wąsowicz... i Czarniecki wyjechał na arabskim koniu, nie jako zwyciężony a kryjący się wódz, który się sroma tego, co czyni, ale niemal jako zwycięzca. Tu go przed ratuszem rada i mieszczanie żegnali smutni... acz sami chcieli i domagali się, aby ich Szwedom oddał...
Ruszyło się tedy wszystko, co było wojska w wielkiej paradzie i poprzybierane jak na uroczystość jaką... Szedł Wolff przodem z chorągwią, z muzyką, żołnierze flinty i spisy na ramionach niosąc... którym w bramach się Szwedzi kłaniali i uśmiechali, i na słowach z obu stron nie zbywało... Dalej postępował Gąsiewski z hajdukami sandomirskimi, ze strzelbami w borsuczych pokrowcach, i trzynaście chorągwi dragonji konnej z Wąsowiczem i Tetwenem, żołnierzem starym i doświadczonym, którego Czarniecki nie dałby za innych trzydzieści, wreszcie przeszło pół tysiąca huzarów, a za nimi kasztelan sam, na koniu pod rzędem sutym, dywdykiem złocistym, w delji ponsowej z futrem...
Przeprowadzono go oczyma... aż im za bramami zniknął...
Tak dostało się panu Medardowi Pełce być świadkiem najsmutniejszego upadku dawnej stolicy i jakby ostatniej zaguby... Rozmyślali więc z Rożańskim obaj, co z sobą poczynać, bo im się w wojsku na kilka miesięcy bezczynności skazanym pozostać nie chciało, a że wszystko było w ręku Gustawa, przewidywać zdawało się łatwo, iż i rycerstwo się pod jego rozkazy, w jego służbę dostanie.
Chciał Pełka do Gołczwi powracać, zwłaszcza, że od matki i siostry nie miał wiadomości, a pod te czasy zawichrzone wszelkiego nieszczęścia obawiać się było można. Postanowili tedy obaj do domów jechać za pozwoleniem kasztelana. Tego jednak dnia dostąpić doń nie było można, bo go król Gustaw, ujmując sobie, wziął do siebie i gościł. Dopiero, gdy Szwedzi zamek zajęli, gdzie zwycięzca hołd od wszystkich przyjmował, Czarniecki do wojska powrócił, które ku Siewierzowi ciągnąć i tam na słowie dwa miesiące stać miało...
Wiedzieli o tem wszyscy i szlachty się siła do domu zbierała... Poszli tedy z innymi Pełka i Rożański do kwatery Czarnieckiego, gdzie jak zawsze łatwo ich przypuszczono.
Postrzegłszy Pełkę, kasztelan się odezwał:
— Już mi się waszmość tylko nie wypraszaj, bo nie puszczę...
— Właśnie z tem przyszedłem... bo matka stara w domu, a w Lubelskiem też niebardzo po dworach bezpiecznie, choćbym dobiegł nogi jej ucałować... Cóż przez dwa miesiące w Siewierzu robić będziemy?
— A któż waszmości zaręczył za dwa miesiące? — spytał kasztelan.
— Tak mówią powszechnie — rzekł Pełka.
— I tak stoi na papierze, przecież nie wszystko, co się pisze, przyszłość jako oblig wypłaca...
— Zobaczymy, co będzie — Deus providebit.
— Jedźcie waszmość zresztą, — dodał kasztelan po namyśle — wziąwszy paszporta pod pieczęcią z kancelarji, aby was po drogach nie nagabywano, ale bawcie niedługo, bo godów i tak nie doczekalibyście doma, a kto wie, co wypaść może... i gdzie ręce będą potrzebne. Nie zawsze jedna bywa pogoda...
Tak pożegnawszy Czarnieckiego, który im jeszcze naukę dał na drogę, wybrali się obaj, jeden do Gołczwi, drugi do rodzica do Trąbek, majętność, którą mieli około Ogrodzieńca, gdzie pono jeszcze Szwedów dotąd nie było. A gdy przyszło się rozstawać i żegnać — Rożański zaklął przyjaciela na drużbę, jaką sobie przyrzekli, aby drogę obrócił przez Trąbki i u niego wypoczął, chociażby przyszło nałożyć.
Obaj z Rożańskim byli tej myśli, że jeżeliby się Szwed, jak naówczas się zdawało, utrzymał w Rzeczypospolitej, nierychło powracać do rycerskiego rzemiosła, dopókiby sprawy się nie wyklarowały i nie uspokoiły umysły. Była bowiem zawierucha niemała.
Ruszyli byli w drogę po młodemu dwaj przyjaciele, dosyć dobrej myśli a nadziei będąc, że się wszystko przemieni, że szwedzkie szczęście się przesilić musi i lepsze czasy powrócą. Ma to do siebie młodość, iż w największem utrapieniu nie rozpacza, a ze smutkiem długo żyć nie umie. Obaj więc, wzajem dodając sobie serca, puścili się w drogę, jakoś nad wieczorem. Rożański, znający okolicę lepiej daleko od Pełki, wziął na siebie popasy i noclegi wybierać i gospody obmyślać. Na pierwszy nocleg przypadała im Malinowa, wieś imcipanów Zagórskich, ludzi możnych, dwóch braci nieżonatych, przy których trzy siostry ich mieszkały...
W jednej bodaj z nich bałamut Rożański, który co miesiąc do kogo innego wzdychał — miał się kochać, i to go tu może ciągnęło. Pełka zaś, że u podczaszyny o tych Zagórskich słyszał, bo byli jej powinowatymi, ciekawy był też domu, a może, jak to młodemu nie nowina, wesołych panien także. Zachwalał mu je Wacek, że drugich takich raźnych dziewcząt w całej Polsce niema. Dobrze zmierzchało, gdy do Malinowej się zbliżyli. Dwór był staroświecki, ogromny, snadź zamożny i zaopatrzony dobrze... i w służbę obfitujący, bo się jej kręciło w podwórzu siła... Lecz jakże niemile rażony został Pełka, w chwili, gdy już z konia zsiadał i cofać się nie mógł, postrzegając ludzi i powozy podczaszyny.
Tuż na spotkanie ich wyszli byli obaj Zagórscy, a rzucili się na Wacka z wielkiemi oświadczeniami przyjaźni, Pełka więc dziwaczyć nie mógł i od baby uciekać... choć przewidywał, że spotkanie to z kobietą, która mu zemstę przysięgła, wcale miłem być się nie obiecywało.


∗             ∗

Dwaj bracia Zagórscy i trzy siostry Zagórskie mieszkały w Malinowej.
Starszy z dwóch, pan Filip, dzieckiem jeszcze okaleczał na nogę i to go domatorem uczyniło — młodszy, że uczonego księdza nauczycielem miał i zawczasu z Horacym się i Wirgilim zapoznał, pokochał książki, a choć czasem konia dosiadał, rycerskiego ducha miał tylko w pieśniach i epigramatach.
Trzy siostry: Anna, Róża i Julka, młodsze były znacznie od panów braci; słynęły szeroko z wdzięków i zacności, nie było w okolicy żadnych, coby się z niemi mierzyć mogły... Oprócz tego, o czem świat cały od braci dokumentalnie wiedział, miały po dwadzieścia tysięcy złotych posagu gotówką, co naówczas nie było do pogardzenia, i po pięć w wyprawie.
Mimo to, żadna z nich dotąd męża nie znalazła. Czemu się to działo, odgadnąć trudno. Kochały się między sobą serdecznie, a że im w domu, w którym gospodarowały, bardzo było dobrze, — nie śpieszyła żadna z nich innego sobie szukać...
Dom panów Zagórskich gościnny był i wesoły, skrzypki tam dawniej częściej się zwijały, niż gdzie indziej — ludzie byli dostatni, rządni, przyjacielscy, i żyli ze wszystkimi dobrze — kochano ich powszechnie, złego słowa nikt o nich nie posłyszał. Spojrzeć na nich dość było, żeby się dusza rozchmurzyła. Począwszy od biednego Filipa, wszyscy byli pięknego oblicza, rysów twarzy podobnych do siebie, różnego tylko wyrazu. Na licu kaleki, jak na przekorę, jaśniał duch rycerski przodków; na czole Wawrzyńca widać było spokój zatopionego w sobie poety.
Anna była trzpiotem wesołym; Róża poważniejszą i zamyśloną a pobożną; Julka łagodną, nieśmiałą, rumieniącą się co chwila. Choć różne napozór charakterami, miały rodzinne podobieństwo do siebie i jednakie poczciwe serca. Młodzi panicze lgnęli często zkolei: do jednej, do drugiej, do trzeciej, a dziewczęta się z nich śmiały, bo między niemi zazdrości nigdy nie było... Różnicę wieku panien mało kto dostrzegł, bo najstarsza miała rok dwudziesty trzeci, a najmłodsza dwudziesty.
Rożańskiemu najwięcej do serca przypadała nieśmiała Julka, gdy — przypadkowo nie był gdzie indziej zajęty. Teraz też już mu owa miłosierna mieszczka krakowska miała czas z serca się wyśliznąć, i zbliżając się do Malinowej, czuł wracające dawne afekta dla Julji Zagórskiej.
Obiecywali sobie z Pełką spędzić wieczór bardzo przyjemnie, gdy widok ludzi pani podczaszyny Pełkę niezmiernie zmieszał, tak iż, gdyby nie obawa zakłopotania przyjaciela i siebie — byłby może od progu zawrócił.
Zagórscy, wyszedłszy do sieni, witali już Rożańskiego, który im Pełkę przedstawiał.
— Mojego dobrego druha i towarzysza, Medarda Pełkę, łasce panów braci polecam... Jedliśmy z nim razem spleśniały razowy chleb i stęchła cebulę w Krakowie, biliśmy się i biedowaliśmy razem... a niema przyjaźni, jak żołnierska.
Mógł to dostrzec nawet Rożański, że na imię Pełki pochmurzyły się coś twarze Zagórskich — spojrzeli po sobie ukradkiem i, jakby niepewni byli, co za jednego Pełkę mieli przed sobą, Filip zapytał:
— Czy nie z Lubelskiego?
— Z Gołczwi, — odezwał się Pełka, nie chcąc ani na chwilę w błąd wprowadzać nikogo — mieszkałem o granicę od pani podczaszyny Pociejowej, której tu dwór poznaję...
— A tak! — odezwał się Wawrzyniec — pani podczaszyna blisko jest z nami skoligacona...
Obaj bracia podali ręce Medardowi, zapraszając go do środka, lecz widocznie pomieszani. Wszczęły się zwykłe ceremonje w progu, kto przodem pójdzie. Medard wąsa kręcił, czmychając, nie chciało mu się spotykać z babą, której widoku znieść nie mógł i z którą rzadko kwadrans bez zaczepki mógł wytrzymać i bez przymówisk wzajemnych.
— Czy to będzie właściwie, czy nie, — odezwał się — rozsądźcie waszmość panowie; lecz choć po raz pierwszy mam szczęście konwersować z nimi, szczerym być chcę po żołniersku.
To mówiąc, zatrzymał się nieco w progu.
— U pani podczaszyny — mówił dalej — nie jestem w wielkich łaskach; lękam się mojem przybyciem zatruć państwu miłe obcowanie. Nie weźmiecie mi ichmość za złe, gdy, za gościnę podziękowawszy, dalej na nocleg ruszę... Z panem Wacławem jutro lub pojutrze na drodze się zjedziemy.
Zagórscy stanęli jak osłupiali, patrząc po sobie, Pełka już się do odwrotu gotował.
— Ani się obawiać spotkania nie mam powodu, ani na sumieniu cokolwiek bądź czuję, — dodał — ale pocóż mam miłym gospodarzom kwas wnosić do domu...
Wacek zmilczał zafrasowany, sam nie wiedząc, co pocznie.
— Miły panie, — ozwał się Filip, kręcąc sowitego wąsa — słusznieby nam to mogli ludzie wyrzucać, jako wielką winę, gdybyśmy wam dla tak błahej przyczyny od naszego proga odejść dali. Na żaden sposób nie może to być, żebyście nam krzywdę uczynili. Nie pierwszyzna to, że na neutralnem terytorjum znajdą się cokolwiek z sobą powaśnione osoby; przecież z obu stron mitygować się umieją i nic stąd nieprzyjemnego nie wyniknie. Często się jeszcze z sobą przejednać potrafią. Spodziewam się, że i tym razem niegorzej będzie.
— Miły panie a bracie, — dodał Wawrzyniec — istotnąbyście domowi wyrządzili krzywdę, odchodząc od proga.
To mówiąc, we drzwi otwarte uprzejmie zapraszali. Medard pchnął Wacka przodem, a sam też, nie certując się dłużej, wszedł za nim.
W izbie gościnnej siedziały już kołem wszystkie trzy panny, otaczając podczaszynę, która w najlepszym humorze, na siedzeniu rozparta, śmiała się, coś rozpowiadając, do rozpuku...
Wtem ujrzawszy wchodzącego Pełkę, a nie mogąc się pohamować, rzuciła się aż na siedzeniu i pobladła, prostując się sztywnie i przybierając minę poważną.
Panowie Zagórscy, wedle obyczaju, siostrom i podczaszynie gościa przedstawili. Jejmość spojrzała na Pełkę gniewnie i bryznęła z przekąsem:
— O! tego jegomość pana przedstawić mi nie potrzebujecie, bo my się zdawna i dobrze znamy...
Pełka już miał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się, skłonił tylko i na bok ustąpił. Oczy wszystkich trzech panien ciekawie się na niego zwróciły, ale że był chłopak jak malowany, a słysząc przytyk, jeszcze się gdyby jabłko zarumienił, nie uczynił na nich przez to złego wrażenia. Ciekawość tylko zaostrzyła się.
Zagórscy, jako ludzie doświadczeni, wnet rozmowę skierowali na sprawy publiczne, żeby prywatnych nie dopuścić. Wszczęła się rozmowa o oblężeniu Krakowa, o królu, o dworze i o panu Czarnieckim...
Pełka, który niedawno widział podczaszynę na zamku w Głogowie w najlepszych na oko stosunkach z królową i królem, boć królestwo ichmość córce jej wesele sprawiali — zdziwił się niepomału, słysząc ją tu z przekąsem odzywającą się o obojgu. Zmilczał wszakże.
Zagórscy nie dopomagali wcale, a Rożański nawet za króla się ujął.
Miała go już za pognębionego bezpowrotnie podczaszyna. Wacek się odezwał:
— Jeszczeć to przecież nie koniec wojny, a choć się królowi ichmości nie wiodło zrazu, nie całkiem w tem jego wina. Może się też fortuna poprawić.
— Wątpię — przerwała piękna pani — Gustaw mu zagarnął wszystko... Trudno przeciw wodzie płynąć; kto ma rozum, ten z nimi trzymać musi.
— A kto ma serce, pani podczaszyno, — dodał Wacek — ten do ostatka zostanie wiernym swojemu królowi, w złej czy dobrej doli.
Ruszyła na to ramionami podczaszyna.
— Wolno każdemu iść, kędy chce, — rzekła — a no, im dłużej tak ludzie pięknie będą prawili, tem się niewinna krew nasza dłużej lać nie przestanie.
Zagórscy zmilczeli jeszcze, panny oczy pospuszczały, Pełka już dłużej utrzymać się nie mógł.
— W ustach pana wojewody, zięcia pani podczaszyny, — ozwał się spokojnie — nie dziwiły mnie te zdania... lecz od pani, dla której oboje królestwo szczególne okazywali względy...
— Kraj mi jest milszy od króla, — przerwała, rumieniąc się podczaszyna — a kraju Jan Kazimierz nie zbawi, modląc się i płacząc... Co prawda, to nie grzech...
Milczenie, jak mak siał, nastało przez dość długą chwilę.
— A ichmość — spytała podczaszyna, spoglądając na zafrasowanych Zagórskich — z kim trzymacie?
Bracia oczyma się porozumieli z sobą tylko i Wawrzyniec, choć młodszy — łatwiejszą mający wymowę — rzekł zwolna, mierząc słowa:
— Dzięki Bogu, wotów naszych dawać nie jesteśmy zmuszeni. Takie sprawy discursive i interlocutorie, nie mogą się rozstrzygnąć... więc lepiejby je na czas inny zostawić.
Podczaszyna, której to w niesmak poszło, usta skrzywiła... panny, które były oczy popodnosiły, znowu je spuścić musiały.
— Nie taję tego, — mówiła piękna wdówka — że mój zięć, pan wojewoda, jak dawniej, tak i teraz więcej się ku Gustawowi nakłania... bo ma rozum! tak, ma rozum... Poszło też za nim województwo sieradzkie całe... Inne kraje koronne i Litwa hołdują również nowemu panu... Niema już wyboru, albo jak król iść na wygnanie, lub się submitować...
— Albo się do ostatka bić — dodał Medard zcicha...
Panny dosłyszały tych wyrazów i oczyma jakby mu dziękować za nie chciały; podczaszyna udała, iż one jej nie doszły.
Zagórscy siedzieli strapieni, jak podróżny, który z końmi i wozem na złą drogę się puścił i nie wie, którędy z niej zawrócić, by się na gładszą dostać.
— My domatorowie, — odezwał się Wawrzyniec wreszcie — dzięki Bogu, możemy stać na boku i czekać, jak Opatrzność rozstrzygnie — a Wacek dodał:
— Wracamy z Krakowa, któregośmy bronili do ostatka; nie powinna się pani podczaszyna dziwić, iż sprawę, za którą cierpieliśmy, kochamy... bośmy stolicę dla króla ichmości chcieli zachować...
— A przecież ją wam Gustaw wziął, mimo tego sławnego bohatera Czarnieckiego.
Medard, jak struna, wstał.
— Jeżeliby co przeciwko niemu a królowi panu mówionem być miało, — rzekł stanowczo — pozwolicie mi panowie, iż nie chcąc ani się kłócić, ani słuchać, co boli, lepiej pójdę.
Zarumieniła się i na głos śmiać poczęła podczaszyna; ale Zagórscy bracia i siostry spoważnieli wszyscy, mogła poznać, iż nieradzi byli sprzeczce.
— Toć lepiej ja, panny wam zabrawszy, wyjdę, — rzekła, — bo i tak spocząć mi potrzeba...
To mówiąc, pochwyciła ze stołu perfumowane rękawiczki i chciała odchodzić, a bracia przyskoczyli do niej z obu stron, zatrzymując, i Wawrzyniec począł żywo:
— Jeśli mamy cokolwiek łaski, niechże pani nas nie osieroca, a pan Pełka też zostanie; dosyć będzie zmienić rozmowę, o co nietrudno nikomu... Dla domu naszego uczynić to zechcecie...
Podczaszyna usiadła... Pełka trochę tylko z oczu zszedł... Panny nie śmiały słówka rzec, znowu tedy milczenie nastało. Na czołach pana Filipa i Wawrzyńca widać było występujący pot kroplisty, tak się obaj męczyli.
Niedługo to potrwało, bo tuż oznajmiono wieczerzę, i pan Filip podał rękę podczaszynie, Medard Annie, a Wacek, zmuszony po starszeństwie wziąć Różę, westchnął tylko.
Szli tedy do jadalni tuż obok — gdy... pędem wielkim wpadł zdyszany wyrostek... Z oczu jego widać było, że niedarmo tak śpieszył, cały przelękły i poruszony... Zatrzymali się wszyscy...
— Co ci takiego? — spytał Filip.
— Proszę panicza... — łykając wyrazy, zawołał chłopak — proszę pana... od gościńca na koniu co tchu nadbiegł Antek i powiada, że oddział obcego żołnierza... Niemcy czy Szwedy... prosto ciągną do dworu...
Pobledli Zagórscy, nie wiedząc, co czynić. Pełka z Wackiem zmierzyli się oczyma, a podczaszyna, śmiejąc się, wyrwała:
— Przecież nie dzikie zwierzęta! cóż się tedy nam stanie od nich? Trochę owsa wyjedzą... i piwnicę opróżnią...
— Nie byłoby to jeszcze tak wielkie nieszczęście, — rzekł Filip — lecz znamy się już z nimi, że się lada czem nie ukontentują. Wprawdzieśmy na ewenement wszelki co droższego sprzątnęli... zawsze jednak...
— Cóż czynić? — zapytał Wawrzyniec.
— Przecież uciekać nie macie powodu? — rzekła podczaszyna... i szydersko popatrzała na Medarda...
— Ja też mógłbym dostać kroku — rzekł Wacek, nie dopuszczając do słowa Pełkę, bo my obaj z panem Medardem jesteśmy w szwedzkie pasy opatrzeni... a no... Kto wie? co lepiej?
— Ale to ludzie są przecież nie tak dzicy, jak nasza szlachta, — rzekła podczaszyna szydersko — wszyscy dobrych familij i galanci...
Panny stały blade... Zagórscy szeptali coś do siebie, wyrostka posłano. Wieczerza już na stole, wstrzymaną została.
— Jak ono jest, to jest, — cicho się odezwał Filip — wolałbym się bez tych gości obejść w domu.
Naprzekór wszystkim chmurnym twarzom jedna pani Pociejowa zupełnie była spokojną, a nawet wesołą...
Chwila długiego oczekiwania użytą została przez gospodarzy do przychowania co kosztowniejszych sprzętów. Dawano rozkazy i rozsyłano na wszystkie strony...
Wyrostek wpadł drugi raz, oznajmując, że konie ze stajni co lepsze uprowadzono tyłami do lasu, bo Szwedzi mieli zwyczaj je zabierać wszystkie... Medard nie śmiał się spytać o swego Sułtana, lecz pewien był, że Gabryk zmiarkuje sam, co ma czynić, bo chłopak był sprytny i przytomny...
Na twarzach wszystkich malowało się niespokojne oczekiwanie. Gorsza to częstokroć chwila, niżeli samo nadchodzące już niebezpieczeństwo, i człowiek rychlej w niem sobie poradzi, niż ścierpi umysłem spokojnym groźbę złego wiszącą mu nad głową. Filip, nie mogąc usiedzieć na miejscu, wstał i wyszedł do ganku, a za nim Medard i Wacek pociągnęli.
Noc była już ciemna, w przestankach wiatr się zrywał i szumiał suchemi drzew gałęźmi... z wioski dolatywało szczekanie psów zajadłe... a od gościńca słychać już było wykrzyki i szczęk broni i głosy różne... Szwedzi, spędziwszy gdzieś przewodników i ludzi z wozami, ciągnęli wprost na dwór... Widać ich nie było jeszcze, ale szumieli zdaleka... Z odgłosu tego można było wnosić tylko, iż garść spora ciągnęła...
Pan Filip stał, wąsa kręcił i cmokał, nie chcąc kląć głośno...
Stali tak na wietrze w ganku milczący, gdy naostatek do bramy się dobijać poczęli Szwedzi. Wrota były z tarcic zbite, kowane, ogromne i z częstokołem dokoła, w biedzie za obronę służyć mogły.
Tu o tem i myśleć nie godziło się — siła złego kupa na jednego, krzyknął pan Filip wartownikowi, aby otwierał... i pluskać zaczęły konie w kałuży, która stała u wrót, a tuż trzech w pędzie dobiegło do ganku z hałasem wielkim, jakby nastraszyć chcieli. Wyniesiono światło... postrzegli przybysze, że tam też kilku czekało spokojnie na ich przyjęcie... Aż jeden, z konia zsiadając, po niemiecku począł kląć i dopytywać, coby był za dwór itp.
Medard, umiejący szwargotać, wystąpił za tłumacza bardzo śmiało i rezolutnie.
— Gospodarz waćpan jesteś? — spytał, wchodząc w ganek, starszy mężczyzna, czarny, obrosły, barczysty, brzuchaty, nieprzyjemnej twarzy i oczu kolących.
— Jestem tu gościem, — rzekł Pełka — jadę za pasem szwedzkim z drugim towarzyszem od Krakowa do domu; a oto — wskazał Filipa — gospodarz...
Szwed głową kiwnął, wąsa kręcąc i, jak stał, nie zrzucając płaszcza, toczył się już do środka w zabłoconych butach, a za nim dwaj jego towarzysze, draby do niego podobne, chmurne, złe i drogą pomęczone...
W pół sieni zwrócił się starszy do Medarda.
— Powiedzcie im, żeby mi było wszystko, co trzeba, a nie, to dwór z dymem puścimy... Jest nas kilkadziesiąt koni... owsa, siana, mięsa, piwa... dla ludzi chleba. Zresztą nasi o to prosić nie będą.
Rozśmiał się i w kapeluszu wkroczył do izby gościnnej. Z progu już najrzał kobiety, co go bynajmniej nie zmieszało; zdjął tylko powoli kapelusz obmokły i razem z płaszczem rzucił go na ławę przy drzwiach. Drudzy się też rozdziewać zaczęli za jego przykładem i otrząsać, poglądając zukosa na kobiety... tulące się do kąta. Coś szwargotali między sobą... Podczaszyna, mniej od innych bojaźliwa, a po niemiecku doskonale mówiąca, nie mogąc wytrzymać dłużej, odezwała się głośno:
— Zmęczeni być panowie musicie podróżą, kiedy nawet należnych kobietom względów nie zachowujecie. Czego innego mogliśmy się spodziewać po rycerstwie zwycięskiego protektora Rzeczypospolitej...
Pierwszy z oficerów, który był wygodnie nogi wyciągnął, posłyszawszy ten głos niewieści, zdumiony nim, zdawał się zrazu uszom nie wierzyć; brwi namarszczył, zwolna się począł dźwigać, jakby lepiej chciał przysłuchać się i ziewnął.
— Nie mamy czasu z kobietami się wdawać w komplementa — rzekł zimno. — Jeżeliś jejmość gospodynią, myśl o jedzeniu, bo nie, to my go sami poszukamy...
To rzekłszy, rozwalił się znowu w krześle i, śmiejąc się, począł ze swymi po szwedzku szwargotać. Podczaszynie wcale się to nie podobało. Wstała z krzesła i podeszła kroków kilka...
— Przecież się waszmoście przyjaciółmi naszymi zowiecie, a obchodzicie się z nami wcale nie tak, jakbyście powinni...
— Dajże jejmość pokój komenderowaniu, — obojętnie ozwał się starszy — to nasza rzecz, co my czynimy... Jeść! każcie dawać jeść i pić!
Stuknął ostrogą o podłogę zniecierpliwiony.
— Tym sposobem sobie i królowi przyjaciół nie zrobicie! — rzekła podczaszyna.
— A nam po licha przyjaźń wasza! — gniewnie odparł Szwed — ani o nią was prosimy, ani dbamy...
Począł się śmiać znowu. Podczaszyna, zarumieniona, zmieszana, ustąpiła wreszcie. Kobiety porozumiały się, że do stołu nie pójdą... Medarda prosił Filip, aby ich do jadalni prowadził. Niebardzo było Pełce miło z gburami mieć do czynienia... ale musiał, dla prędszego pozbycia się ich, oznajmić, że wieczerza na stole.
Porwali się tedy, nie patrząc na nikogo, nie pytając o nic, i wszyscy razem po nieprzyjacielsku wtargnęli do izby... Podobała się im snać, cieplej w niej bowiem było i ogień miała na kominie, chwycili więc płaszcze i kapelusze, i poczęli rozgaszczać się, ani patrząc na gospodarzy.
Sami sobie miejsca zająwszy, kazali wołać ludzi, aby im ciężkie buty pościągali i, nie czekając aż ich kto poczęstuje, do stołu zasiedli... Izba wkrótce stała się kordegardą, bo do niej troki od koni poznoszono, i broń, i węzełki, i siodła nawet...
Zagórscy patrzeli na siebie, ale cóż mieli poczynać? W dziedzińcu sądny dzień, bo się całe pięćdziesiąt rajtarji tu zwaliło, i już z drzazgami zapalonemi chodzili jak w domu, rozpatrując się w koniach, odbijając sąsieki, smagając ludzi, a domagając się, czego chcieli.
Ponieważ im było działko gdzieś ugrzęzło i kilka koni w drodze stracili, zakrzątnęli się zaraz co najlepszych sobie szukać, i już cug pani podczaszyny opanowali... Próżno ludzie bronić go chcieli, cięto jednego znacznie, drugi obuszkiem dostał, reszta się już nie zastawiała... pobiegli pani dać znać.
Zerwała się podczaszyna w gniewie ogromnym i wbiegła do jadalni, gdzie się jej wcale nie spodziewano, bo Szwedzi, pół leżąc, pół siedząc, wczasowali sobie około mis i dzbanów.
— Mości panie, — zawołała do starszego — jestem matką żony pana wojewody sieradzkiego, który z królem Gustawem trzyma. Wasi ludzie mi konie chcą zabierać... jak to być może! gwałt taki!
— Jeżeli waćpani zięć trzyma z królem, — odezwał się chłodno starszy — nie powinniście wojskom naszym swoich koni skąpić... a będziecie się skarżyli, król jmość mnie usprawiedliwi... bo mi działo ugrzęzło... a wojna się komplementami nie prowadzi...
Popatrzał się na podczaszynę, wąsa pokręcił, uśmiechnął się...
— Ot, — rzekł, wyciągając ku niej nalany kubek — lepiejbyś jejmość na kolanach u mnie usiadła i wypiła ze mną za zdrowie Karola Gustawa!
Nie odpowiadając na tę impertynencję, jejmość cała zaperzona wybiegła...
Zagórscy milcząco ulegali rozkazom, nie było co począć, nie godziło się draźnić zdziczałych wojną ludzi.
Dokoła domu postawiono straże... w dziedzińcu zapalono ognie, zajęto folwark i budynki. Co dom miał, wywleczono, nie prosząc, dla żołnierzy. Tymczasem, co kto zoczył dogodnego, do kieszeni i do trok pakował... We dworze pobitych i rannych ludzi kilku już było... Śpiewami rozlegało się podwórze, bo żołnierstwo się napiło i podpiło...
Po twarzach Zagórskich znać było, że ten najazd oburzał ich i do gniewu pobudzał — nie mieli jednak środka oparcia się. Siedzieli tak, nie śmiejąc się do siebie odezwać... gdy podczaszyna z kartą w ręku wróciła ze swego pokoju, lecąc do Szwedów. Przypomniała sobie, iż ją w list bezpieczeństwa wojewoda potajemnie opatrzył, triumfująca więc niosła go do tego, którego kapitanem zwano.
Szwed, któremu się zdawało, iż natrętnej pozbył się kobiety, zdziwił się, widząc ją wchodzącą z papierem w ręku. Był to blankiet, jakich dowódcy szwedzcy dostarczali swym adherentom; wojewoda włożył weń tylko imię swej świekry...
Papier był pod królewską pieczęcią, a podpisem Wittemberga i kancelarji króla... Jakkolwiek obojętny Szwed, zobaczywszy papier, który wzgardliwie na stół przed nim rzuciła podczaszyna, podniósł się nieco, okiem go ciekawem przebiegł, skłonił głowę i rzekł:
— Więc cóż?
— Widzicie, że mam rozkaz, abyście mnie szanowali — zawołała. — Konie mi zabrano...
— Konie zabrano! ba! — mówił kapitan — waćpani je sama oddać powinnaś. Czy ja dla koni waszych mam utracić działo? To nie może być...
Rozmyślił się wszakże, popatrzywszy na papier znowu.
— Jeśli inne konie dostanę, — rzekł — każę wasze powrócić.
— Nie umiecie waćpanowie rozróżniać przyjaciół od nieprzyjaciół — dodała ciszej... — Bierzcie konie tego młodego ichmości, który z wami po niemiecku mówił... ten z polskim królem trzyma... a ja...
Szwed się rozśmiał...
— I koniem gotów wziąć i człowieka! — odparł.
Skinął tedy, coś szwargocąc do drugiego towarzysza, który wyszedł zaraz i prowadząc z sobą Medarda i Wacka, powrócił. Kapitan bacznie się im przypatrzył naprzód...
— Pokażcie wasze pasy — odezwał się. Medard miał swój na podoręczu i wyciągnął go z za sukni...
Szwed, czytając, głową zaczął chwiać.
— Wyście od Czarnieckiego, — rzekł — wasza droga była do Siewierza iść z wojskiem, a nie po kraju się włóczyć i burzyć drugich przeciw nam... Co wy tu robicie?
Medard, założywszy ręce, prawie mu się tłumaczyć nie chciał... Popatrzyli na się z Wacławem tylko...
— Papier mój mówi za mnie — rzekł wkońcu.
Kapitan podrzucił ręką arkusz i odepchnął go na środek stołu.
— Co mi papier czasu wojny! — zawołał — wyście jawni nieprzyjaciele nasi.
— Nie mylicie się, — odparł Pełka — ani możecie żądać, abyśmy was kochali. Gdybyśmy wam do waszego kraju naszli, nieinaczejbyście nas przyjęli, chyba ołowiem i żelazem...
Szwed coś mruczał. Dwóch żołnierzy na zawołanie zjawiło się w progu.
Medarda i Wacława kazano zamknąć w bezpiecznem miejscu... Kapitan im objawił, że ich poprowadzi z sobą. Nie było się co z nim rozpierać.
Podczaszyna z początku rozmowy zaraz wysunęła się ostrożnie...
Zagórscy, którzy nadsłuchiwali z pierwszej izby, zobaczywszy, co się działo, choć nie wiedzieli, z czyjej naprawy — pobledli z gniewu... Nie rozbrojono wszakże obu uwięzionych, lekceważąc sobie ich szable... Tulicha, który miał za pasem skryty Medard, snadź może i nie dojrzeli.
Nie rozdzielano ich, a że Szwedom w domu pilnować było dogodniej, zapakowano obu do zimnej komory, w której był skład jakichś starych sprzętów i sepetów, zamknięto ich na klucz, a że dwór straże dokoła otaczały, niebardzo ich już strzeżono...
Gdy się w ciemności znaleźli dwaj towarzysze, Medard pierwszy z czasu korzystał... Mieli obaj krzesiwa... suchego drzewa było poddostatkiem, znalazła się też prochu garść, aby kłaka dobytego z kąta zapalić. Pełka się czynnie jął do rozświecania komórki, a Wacek ją tymczasem obmacywał, aby dojść, czy gdzie drugich drzwi lub okienka nie było. Znalazł się w istocie otwór, na ogród wychodzący, zasunięty deską od wnętrza, ten jednak był tak mały, iż się weń głowa nawet nie zmieściła.
Tuż pod ścianą Szwed z samopałem chodził, lecz można było przewidzieć chwilę, gdy go sen zmorzy. Mur, choć dosyć gruby, dawał się zwolna nadłamać i wykruszyć... Pełka wziął się, nie tracąc chwili, do roboty, znalazłszy sztabkę żelaza i starą otłuczoną siekierę, którą sobie mógł dopomóc... Hałas w podwórzu i domu nie dozwalał skrobania w ścianie usłyszeć. A że u drzwi zamkniętych żołnierza nie było, nadbiegł pan Filip z radą i pociechą.
— Co waszmość robicie? — zapytał przeze drzwi.
— Mur łamiemy — rzekł Wacek.
— To się na nic nie zdało, — odparł Filip — wyłamcie drzwi w szafie, stojącej przy ścianie, wyrzućcie z niej odzież, wybijcie deski, a znajdziecie gotowe wnijście do izby czeladnej, w której nikogo niema i skąd ujść będzie łatwo...
Wdzięczni za tę wskazówkę, Medard i Wacek wzięli się do szafy, z którą łatwiej nierównie szło, niż z murem. Szafa była stara i przebutwiała... Za nią odemknięte drzwi już czekały... Gospodarze, nie chcąc być posądzonymi o ułatwienie więźniom ucieczki, starali się być na oczach Szwedom ciągle. Nie znaleźli więc nikogo, lecz płaszcze i odzież, jakiej potrzebować mogli do drogi. Wacek, na szczęście, znał nieco lepiej dwór w Malinowej, w której Medard po raz pierwszy się znajdował. W chwili, gdy straż odeszła dalej od okna, wyskoczyli do ogrodu, a choć szelest w krzakach mógł ich był zdradzić, hałas z podwórza dosłyszeć go nie dozwalał. Pierzchnęli więc nie ścigani przez ogrody, uchodząc w pole...
Medard chciałby się był o Gabryka i konia dowiedzieć, lecz wracać do stajen, zajętych przez Szwedów, nie mogli. Za ogrodem stała chata ogrodnika. Ten, rozbudzony hałasem, we drzwiach jej czatował i od niego się dowiedzieli, iż nim jeszcze nadeszli Szwedzi, człowiek z końmi, z opisu do Gabryka podobny, ujechał do pobliskiego lasu, w którym była pasieka.
Dobry kawał drogi dzielił ich od tych zarośli... przebyli go jednak, dzięki ciemności nie ścigani, i dostali się na opisaną im ścieżkę, wiodącą w głąb lasu... Medard i Wacek, śmiejąc się już i radzi, że się z rąk Szwedów wyrwali, mieli nadzieję, że równie szczęśliwie do koni się dostaną. Nie zawiodła ich ta nadzieja...
Gabryk w istocie stał z końmi w pasiece, a miał tę bystrość i rozum, że uratował nietylko pańskiego i własnego konia z trokami, ale najlepszego z siodłowych pana Rożańskiego. Uciecha nie miała granic, gdy konie zobaczyli, a Medard chciał, korzystając z nocy, natychmiast ruszać dalej, gdy Gabryk go zatrzymał.
— A! proszę panicza, — zawołał — o trzy ćwierci mili stoi oddział naszych żołnierzy, daleko silniejszy, niż Szwedy... trzeba na rabusiów zapolować, to ich wszystkich zabierzemy jak w matnię.
— Skądże ty to wiesz?
— Od pasiecznika, który tylko co stamtąd powraca...
Na te słowa wyszedł i on sam, potwierdzając, co Gabryk mówił, iż żołnierz był kwarciany, a oddział luźny, który właśnie na małe kupki polował... Siedli więc na konie z dobrą myślą, śpiesząc do wioski wskazanej, aby jeszcze, póki noc nie upłynie, na Szwedów napaść...
Nie było drogi błędnej, dostali się więc łatwo do wioski, ale tu, oprócz straży przed wsią, niebardzo czujnych, wszystko już spało... Medard i Wacek kazali się prowadzić do porucznika, dowodzącego oddziałem, budząc go wcale niegrzecznie. Wstał też, klnąc ich i Szwedów, bo w nieświadomości o ich sąsiedztwie, miodu się napiwszy, spoczywał szczęśliwie, a ruszać mu się z siana nie chciało. Zasłyszawszy jednak, iż Szwedzi mieli tabor znaczny i łupu dosyć z sobą, że ich była garść niewielka, a bezpiecznie rozłożona, ochota wzięła porucznika też szczęścia spróbować. Zatrąbiono na pobudkę i do koni. Zamieszanie i popłoch powstał chwilowy, upłynęło z godzinę, nim się żołnierz zebrał i na konia siadł, ale przecież ruszono o drugich kurach, i przestrzeń do przebycia nie była znaczna... Pierwszą jej część żwawo przebyto, w miarę zbliżania się do dworu musiano zwolnić kroku i przedsięwziąć ostrożności, aby straże szwedzkie pochwytać i zejść ich nieprzygotowanych.
Szczęśliwie się to udało od strony ogrodu, od której Szwedzi najmniej się spodziewając kogo, wcale jakoś nie pilnowali. Oddział stąd, rozchodząc się zwolna, oskrzydlił dwór i opasał...
Jednego żołnierza tylko, podkradłszy się, Gabryk z drugim ciurą z konia tak zręcznie znieśli, zakneblowawszy, iż ani pisnąwszy, dostał się w ich ręce... Gdy dziedziniec był otoczony, towarzysze, pozsiadawszy z koni, z pistoletami w rękach i szablami dobytemi wkroczyli nań... Żołnierz spał na obozowisku, broń stała złożona, którą naprzód opanowano... Na okrzyk jakiś zaczęli się budzić podpili Szwedzi, lecz i nieprzytomni, i nie mający już czem walczyć... Poczęła się więc walka z jednej strony na pięści, z drugiej na szable i pistolety... Strzały rozlegały się jedne po drugich... Starszyzna, która się wylegała we dworze, wyskoczyła w ganek, nie mając czasu chwycić na się odzieży, odstrzeliwając naoślep i nie pojmując, co się stać mogło. Kapitan wrzeszczał na swoich głosem ochrypłym, gdy Medard przyskoczył doń i przykładając mu pistolet do piersi, zmusił do poddania. Reszta też zmuszona była zdać się na łaskę i niełaskę... a tę już rycerstwo wiązało, choć nie wiedzieć co było z więźniami począć — i porucznik wolałby był z zabitymi niż z żywymi mieć do czynienia.
Wybiegli panowie Zagórscy także na tę wrzawę, zdziwieni nadzwyczaj, że znaleźli Medarda i Rożańskiego wśród oddziału...
Kilkanaście wozów rozmaitego łupu dostało się w ręce zwycięzców i poddostatkiem koni, między któremi i zesekwestrowane pani podczaszyny.
I ona, i panny Zagórskie, drżąc, czekały końca walki w izbie od ogrodu, gdy Medard wciągnął do gościnnej kapitana...
Nieszczęśliwy dowódca, jakkolwiek zwyciężony, niewiele postradał buty i miny... Dość obojętnie padł na krzesło i rzekł, spoglądając na Medarda:
— Miała słuszność ta otyła jejmość, przestrzegając mnie, żeście nieprzyjaciele nasi; należało was zaraz rozstrzelać, szkoda, żem tego nie zrobił... ale po nocy! nigdym nie zwykł...
Medard, usłyszawszy to wyznanie, spojrzał tylko na towarzysza... Podczaszyna, stojąca pode drzwiami, pochwyciła je także...
— Wiemy zatem, — rzekł — komuśmy winni uwięzienie nasze — powinienem się był tego domyślić i spodziewać...


***

Zaczynało dnieć, gdy się ze Szwedami rycerstwo polskie uprzątnęło. Nieboszczyków przypędzeni ze wsi ludzie z łopatami, wykopawszy dół za stodołami, złożyli odartych zupełnie na wiekuisty spoczynek; z żywymi nierównie trudniej było radzić. Porucznik chciał wybić do nogi, ale i Zagórscy, i Medard, i spokojniejsi towarzysze nie godzili się na to, aby odwetu nie wywoływać, o który i tak nie było trudno. Spędzono ich tymczasowo związanych do szopy, gdzie na słomie wypocząć mogli po śnie tak nagle przerwanym.
Kapitan i jego towarzysze pobrani w niewolę, siedzieli w izbie zupełnie na los swój obojętni. Jeden z nich klął pocichu, dwaj drudzy milczeli dumnie... Łatwo im było dostrzec, że to zwycięstwo niemałego wszystkich nabawiało kłopotu. Wiedzieli oni dobrze, iż kraj cały był w rękach Gustawa, że nie miano ich gdzie odesłać i co zrobić z nimi, a za śmierć łatwa zemsta była.
Porucznik ciągle powtarzał, iż nie widział sposobu, tylko ich wybić jak pszczoły, a z miodem zabranym uchodzić.
— Ciekawym bardzo, jak sobie z nami poradzicie? — odezwał się kapitan do Medarda. — Musicie przecie wiedzieć, że ja tu nie sam szedłem, ale większe oddziały ciągną za mną. Za kilkanaście godzin przyjść mogą. Zabić nas możecie, to los żołnierza, że musi ginąć, gdy nań padnie zła dola! — ale mścicieli znajdziemy... Prowadzić nas z sobą będzie trudno... daj Boże! byście sami uszli z duszami... Cóż więc będzie?
Ani porucznik, ani Medard nie odpowiedzieli mu... Postanowiono poprzywiązywać jeńców do koni i ruszać z nimi do jednego z najbliższych zameczków, których się jeszcze dosyć w okolicy trzymało. Rady innej nie było, tylko ich tam zdać dowódcom...
Ale trzeba się było śpieszyć, i porucznik kazał do wozów zaprzęgać, a rycerstwu swemu, jak skoro spocznie, na koń siadać... aby ujść pogoni, którą jaki zbiegły Szwed mógł naprowadzić. Medard i Wacek musieli iść z oddziałem, a Zagórscy z siostrami pakowali się też do drogi, bo dwór nie był już bezpieczny. Czyniono to z rezygnacją i spokojem, bo los ówczesny szlachcica polskiego zmuszał go bardzo często do podobnych wędrówek i do powrotu na pogorzelisko.
Podczaszyna zbierała się też do podróży, lecz do powozu zabrakło koni. Zabrali je byli Szwedzi, a porucznik, wziąwszy je w spadku po nich, nie myślał wrócić właścicielce. Lament stał się wielki, powołano obu Zagórskich, którzy wstawiali się nadaremnie... Nie było co wprząc do wozów, a uciekać z nimi stawało się koniecznością.
Dzień co chwila robił się jaśniejszy. Z zeznań samych jeńców i obliczenia trupów okazywało się, że kilkunastu żołnierzy uszło... Oddziały szwedzkie kręciły się po okolicy, jeden z nich nadciągnąć mógł co chwila.
Podczaszyna łamała ręce w rozpaczy, pilno jej bowiem było do Horbowa...
Przez drzwi otwarte zobaczyła Medarda, który stał zadumany, ani myśląc się mścić na kobiecie, ani chcąc korzystać z jej położenia, aby ją przebłagać. Było to niepodobieństwem...
Nie wiedząc, co począć, podczaszyna dała znak, aby się zbliżył. Pełka zawahał się trochę, lecz, nie chcąc odmówić kobiecie, choć nienawistnej — przestąpił próg i stanął przed nią.
— Mścisz się na mnie za to, że mi się przed Szwedem wymknęło jakieś słowo, które on sobie nie wiedzieć po jakiemu wytłumaczył... pięknież to tak? — zawołała z gniewem, przystępując do niego. — Słyszałam, jak mnie ten przebrzydły gbur obwinił przed wami... a waćpan...
— Nie spodziewałem się nic innego od pani podczaszyny, — rzekł Medard — wcale mnie to nie zdziwiło...
Ja wiem, — poczęła żywo — rozumiem, waćpan kochałeś się w Jadwisi — waćpanu się zdawało, że ja ją za niego wydać mogę!
— Nietylkom się kochał w pani wojewodzinie, — zawołał Medard — ale kocham się w niej dzisiaj, kochać się będę całe życie, żadna inna kobieta serca mojego nie posiędzie — jestem młody i mogę czekać na szczęście... A że się o nie dobijać będę... to pewna...
Podczaszyna rozśmiała się.
— Wierny z waćpana rycerz, — rzekła — ale mu się w głowie pomieszało! Podczaszanki Pociejówny lada Pełce dostać! to! to! i to było ciężko, a dopieroż wdowy po panu wojewodzie! gdyby nawet owdowiała... Naówczas inny ją los czeka... Mało dla niej będzie Lubomirskiego, mościpanie...
— Ja się też za gorszego od żadnego z Lubomirskich nie mam — rzekł Pełka.
— Cha! cha! na Gołczwi! na jednej Gołczwi siedząc.
Medard się zaczerwienił.
— Więc, gdybym ja miał pieniądze, majętności? — zawołał.
— Cóż myślisz!... miałbyś i Jadwisię pewno, jak Bóg Bogiem. Czemuż nie! czemu nie! naówczas pan Medard z Gołczwi Pełka byłby taki dobry, jak Pan Lubomirski z Wiśnicza i Potocki ze Złotego Potoku...
Spojrzeli sobie w oczy. Medard westchnął i zamyślił się.... założył ręce na piersiach i stanął wryty. To, co mu powiedziała pani podczaszyna, było rzeczą bardzo prostą, bardzo jasną, a jednak dla niego zdawało się objawieniem jakiejś nowej, nieznanej prawdy, z którą oswoić się musiał. Zdawał się niedowierzać temu, co mówiła...
Podczaszyna, widząc skutek swych wyrazów, dodała:
— No — niema o czem rozprawiać. Wyproś mi waćpan moje konie z niewoli... rozumiesz! Tem mnie rozbroisz, a któż wie, może ci kiedy w życiu jeszcze to odwdzięczyć potrafię.
— A czegóż ja od pani żądać lub później oczekiwaćbym mógł? — odparł Pełka. — Jadwigi mi pani nie dasz, a więcej od niej nicbym nie pragnął. Wojewodzina od pani nie zależy.
— Tak, dziś, póki ma męża — lecz myślisz, gdyby owdowiała, żebym ja nad nią dawnej nie miała władzy?
— I o tem wątpię; rzekł obojętnie Medard — a zresztą, kiedy nie mam pieniędzy...
Poczęła się śmiać podczaszyna.
— To się o nie postaraj! — zawołała szydersko — przecież je ludzie robią, a niejeden chudy pachołek, który około siebie chodzić umiał, dorobił się i dostojeństw, i grosza.
Medard zamilkł.
Nadbiegli w tej chwili Zagórscy, oznajmując, że im się udało w ostatku konie u porucznika wyprosić, dając mu inne w zamianę. Wdowa porwała się zaraz zbierać swoje węzełki, chcąc co najrychlej uchodzić, nie spojrzała już nawet na Medarda, nie przemówiła doń słowa, a ten stał zadumany ciągle, powtarzając sobie:
— Trzeba tylko pieniędzy... bardzo wiele pieniędzy...
Z tego zamyślenia zbudził go Wacek, dając mu znać, że czas było na koń siadać. Zagórscy, mimo że się te odwiedziny tak nieszczęśliwie dla nich skończyły, dość dobrej myśli obaj, tak że na wsiadanem częstowali jeszcze gości i sami z siostrami zabierali się już do drogi... Julka, Róża i Anna, śmiejąc się, biegały po dworze... przestrach nocny już był przeszedł, zwycięstwem cieszyli się wszyscy, choć ich ono tak drogo kosztowało.
Medard siadł na koń, ani wiedząc prawie, co się z nim działo; Wacek napróżno usiłował go rozweselić, jechał pogrążony i smutniejszy, niż kiedykolwiek.
— Napatrzałem się już na ciebie — rzekł, gdy wyruszył z dziedzińca — w różnych humorach i położeniach; różną miewałeś fantazję, jak to z nami powszechnie bywa — ale takiegom cię, z pozwoleniem, osowiałego, jak dziś, nie widział jeszcze...
— To prawda — odparł Pełka: — przyznaję się, że też nigdy takim nie byłem — sam się sobie dziwuję, żeby jedno słowo mogło tak człowieka nawylot prześwidrować...
— Cóż za słowo u kata! — rozśmiał się Wacek — coś ci musiała gryżącego powiedzieć chyba podczaszyna...
— Nic zresztą tak osobliwego, — mówił Pełka — boć to rzecz, którą pono wszyscy wiedzą od dzieciństwa i z katechizmem się jej uczą, a jam na nią był ślepy... dopiero mi się dziś oczy otworzyły...
Wacek śmiać się począł coraz mocniej.
— Objawże i mnie to „arcanum“, — zawołał — może i ja z niego skorzystam...
— Bardzo prosta rzecz — mówił Pełka. — Podczaszyna mi objawiła, że gdybym pieniądze miał, miałbym był Jadwisię...
— Nie wiedziałeś o tem! — rzekł Wacek, — „simplex servus Dei!“ a cóż innego w świecie panuje, jeśli nie one... Królów robią i obalają, wojnę prowadzą, zdobywają kraje — kupują pokój, rządzą światem... są one wszystko wszystkiem... bo za nie pono niema rzeczy, którejby nie dostał...
— Musi to tak być — odezwał się Pełka, — kiedy wszyscy na jedno się godzą — a ciężko mi uwierzyć i w głowie się to nie mieści... Więc tylko mi pieniędzy brakło, a mógłbym był mieć Jadwisię...
Śmiał się okrutnie Wacek...
Jechali tak obok siebie — a Medard to się zamyślał, to, wychodząc z zadumy, powtarzał ciągle:
— Gdybym tylko miał pieniądze! gdybym miał pieniądze, jeszczeby dziś może podczaszyna potrafiła ją odebrać wojewodzie, a mnie oddać.
— Toby było trudno, — odparł Wacek — lecz miej trochę cierpliwości, wojewoda pono niedługowieczny, bo nic kruchszego nad takiego gacha... Któż wie...
— Tak... ale muszę mieć wiele pieniędzy! — westchnął Pełka — a skąd je wziąć? Jużci djabłu duszy nie sprzedam...
— Dla Jadwisi? — spytał Wacek...
Medard westchnął i zamyślił się znowu, nie odpowiedział nic.
— Dla Jadwisi, — odezwał się po długim przestanku — to bo szatan też, nie dziewczyna! urok na mnie jakiś rzuciła... Dla niej, a! gdyby stanęła przede mną... a no — nie wiem, czegobym się nie dopuścił...
— Przecież mi sam opowiadałeś — rzekł Wacek trochę poważniej, — że nie wiesz, czy ona ma dla ciebie sentyment jaki. Poszła, śmiejąc się, za wojewodę.
— Co ty chcesz, dziecko! — przerwał Medard — ale ona mnie musiałaby pokochać. Zmusiłbym ją do tego mojem przywiązaniem, bałwochwalstwem! bo ty nie wiesz, jak ja kocham tę dziewczynę...
— Popraw się — rzekł Wacek: — Wojewodzinę...
— Ona dla mnie zawsze jest i będzie Jadwisią, co mi kokardę rzuciła z ganku w Horbowie... Taką ją w sercu noszę...
— Czasby ją było z niego wyrzucić — dodał Wacek...
— Nigdy w świecie — mówił Pełka chłodniej; — wszyscy Pełkowie bywali tacy uparci. Dziad mój lat piętnaście konkurował o żonę i na swojem wkońcu postawił... Słyszałem o stryjecznym, który do panny Horainówny, starając się o nią, dojeżdżał też lat z dziesiątek i szablą od niej innych odpędzał, tak, że wkońcu pójść zań musiała... Taką już mamy naturę.
— A ja, cale przeciwną, — śmiejąc się, mówił Wacek: — ja się zawsze kocham w tej, którą widzę i na którą patrzę. W początkach mi się zdaję, że już chyba będzie miłość na życie całe — a no — patrz — odjadę, zobaczę inną i o pierwszej zapomniałem... I z tem mi, dalipan, dobrze.
Medard popatrzał na towarzysza z pewnym rodzajem politowania.
Cały dzień ciągnąć tak musieli z oddziałem, który więźniów szwedzkich prowadził do Ogrodzieńca. Po drodze już dostali języka, iż Szwedzi się kupiły około zameczków w okolicy, usiłując je wszystkie zdobywać. Trzymało się ich jeszcze dosyć: Tęczyn, Ojców, Niepołomice, Piaskowa Skała, Ogrodzieniec, Piła... a wieści były złe, bo wszyscy prorokowali, że skoro siłą nastąpią wielką, poddać się będą musiały...
Nie bez tego też, aby i okolice przytem środze nie ucierpiały, co Wacka o ojca niepokoiło i do pośpiechu zmuszało. Zatem i Medard zmienił myśl przeprowadzania go, bo niebezpieczeństwo zbliżające się o wypoczynku w gościnie myśleć nie dozwalało. Z Ogrodzieńca pożegnawszy się z miłym towarzyszem, a poprzysiągłszy mu wieczny sojusz, Wacek puścił się zaraz do ojca, Medard zaś ku domowi w Lubelskie.
Podróż naówczas była to gra niebezpieczna, w której łatwo mógł każdy życiem lub swobodą przypłacić. Medard też z Gabrykiem dobrze się musieli wywijać, aby ich na noclegu nieprzyjaciel nie przydybał, w przesmyku lub lesie nie napotkał, we dworze nie zachwycił. Gromady różne włóczyły się po kraju, w imię Gustawa lub Kazimierza zatrzymując i więżąc podejrzanych. Podejrzanym zaś mógł być każdy... niemiły bodaj z wejrzenia i miny, lub gdyby mu się konia zachciało odebrać. Obaj podróżni tej strony kraju nie znali dobrze. Gabryk jednak miał przedziwny instynkt dziecięcia wioski, umysł rozbudzony, słuch dzikiego zwierza, wzrok sięgający i rozpoznający o milę... Bez niego pewnie Medard by był sobie nie dał rady, choć i jemu nie zbywało na czujności... Ale w sercu mając co innego, trudno bardzo o sobie myśleć.
Trzeciego dnia już się byli z najniebezpieczniejszych wydobyli kątów i poczynali przybliżać się ku znajomym okolicom. Kilka razy konie tylko ratowały, bo ich ciury jakieś goniły; raz z noclegu, zawczasu zasłyszawszy o Szwedach, uszli w ciemną noc i zbłąkali się bardzo. Gabryk tylko potrafił rozpytać, nie obudzając podejrzenia, znaleźć kierunek, domyślić się drogi... O wypoczynku nie było co mówić — bo ani kąta, gdzieby mogli odpocząć, ani czasu na to nie stawało. Obaj z Gabrykiem wzdychali do Gołczwi i liczyli mile, a im się bardziej ku niej zbliżali, tem się jakoś oddalać od nich zdawała.
Gdy wreszcie stanęli w Lubelskiem, już na swojej ziemi, w znanym kraju — choć i tu spokoju nie było od różnego najazdu nieprzyjacielskiego, nierównie łatwiej mogli się pokierować dniem i nocą. Pośpieszyliby też raźniej, gdyby konie starczyły. Te były drogą tak znużone, popodbijane na grudzie, wyziębłe i wychudłe, iż żal ich było dobijać. Medard zwątpił o swoim, czy go do domu doniesie.
Naostatek zostawało już pięć mil tylko... w tym zakącie jakoś zniszczenia i zagonów szczęściem widać nie było. Po wioskach mieszkali ludzie, gdy gdzie indziej stały one pustkami, a włości poszły w jassyry lub w lasy; po dworach siedziała szlachta, choć jak na żarzących węglach.
Miał tu pan Medard znajomego, przyjaciela i krewnego Niemirę w Laskach Borowych... Do niego postanowił zajechać w tej nadziei, że się czegoś o matce i siostrze dowiedzieć potrafi.
Niemirę tego znano w całej Lubelszczyźnie. Był to człek rycerski, podżyły, który za Władysława IV rotmistrzował i wsławił się niemal we wszystkich jego wyprawach. Na wojnie swego czasu bohatersko się niemal stawił i cudów dokazywał, cały też był pocięty od nieprzyjacielskich i przyjacielskich szabel, bo na rękę wyzwany bijał się chętnie i rębacz był zawołany. Pomimo to wszystko, zwano Niemirę rotmistrzem Podwiką — a przyczyną tego była jejmość, z domu Kusbejówna, mało znanego rodu, podobno tatarskiej krwi, niemajętna, nieładna, mała, chuderlawa, która Niemirą tak władała, iż drżał na jej skinienie. W domu on nic nie znaczył prawie, jejmość gospodarowała, procesowała się, kłóciła, posyłała go, miotała nim i w dodatku często jeszcze poczciła przy gościach niemiłym jakim przydomkiem.
A nie była złą kobietą, tylko natury zgryźliwej i potrzebującej mieszać się do wszystkiego, a w domu panować wszechwładnie. Niemira był już siwy, jejmość dużo młodsza i może dlatego kochana Kasia tak nim potężnie władała. Niepokój domowy zwiększał się tem jeszcze, iż nie mając dzieci, Niemirowa nie miała się czem zająć i musiała nieszczęśliwego rotmistrza męczyć i mustrować.
Pod wieczór jakoś dojechali do Lasek Borowych, położonych w istocie na skraju znacznego boru... Z kominów obu dymiło się we dworze, co było dobrym znakiem. Medard, który razem z matką był w łaskach u rotmistrzowej, spodziewał się miłego przyjęcia. Nawykł był zresztą do trajkotania Kasi i znosił je cierpliwie.
Gdy się do ganku zbliżyli, sam rotmistrz w barankowym kożuszku, podpasany białym ręcznikiem, wyszedł przeciw nim, a poznawszy Medarda, obie mu ręce otworzył i porwał w objęcia.
— To mi gość! — zawołał — Kasia ci też będzie rada... Dobrześ uczynił, że nie zapomniałeś o nas! Ale skądże u licha?
Pełka wyspowiadał mu się w kilku słowach i poprowadzili się do izby, gdzie jejmość z kluczykami za pasem niecierpliwie na nich czekała. Poznawszy krewniaka, aż zakrzyknęła z radości, ale wnet twarz jej pochmurniała.
Medard nie dostrzegł, iż dawała znaki mężowi, który na nie odpowiedział tak, jakby zaręczał, iż to, czego żądała, było spełnione.
Posypały się pytania jedne za drugiemi, szczególniej o Krakowie, o panu Czarnieckim, o królu i królowej.
Na wszystko krótko odpowiadając, Pełka oświadczył wreszcie, iż śpieszył do domu, do matki, bardzo będąc o nią i o siostrę niespokojny, gdyż żadnej od nich nie miał wiadomości.
Niemirowa spuściła oczy i dodała żywo:
— A my też nic nie wiemy o Gołczwi, nic nie wiemy, bo teraz trudno i o miedzę co pewnego się dowiedzieć, a tu srogich pięć mil i żadnych nie było okazyj...
— O pięć mil toć się chyba nic stać nie mogło, i wolniej oddycham — odezwał się Pełka. — Tem bardziej, że rotmistrz nic nie słyszał.
— Nic o niczem nie słyszałem! — rzekł żywo Niemira, a Kasia sama dodała:
— Nie słyszeliśmy nic...
Zwrócili tedy znowu rozmowę na wojnę i przygody żołnierskie, a tych dosyć miał do opowiadania Medard — i swobodniejszej będąc myśli, prawił im, co mu na myśl przyszło.
Słuchali go, dziwnie jakoś tę wesołość przyjmując i nie biorąc jej do serca.
Rotmistrz, co się rozśmiał czasem mimowolnie, to na żonę spojrzawszy nagle, uciął i twarz mu się przeciągnęła. Kasia wzdychała tylko.
Z rozmowy wypadło, że Medard oświadczył, że dodnia wyjechać musi, na to oboje gospodarstwo zakrzyknęli, żeby ani myślał, że go nie puszczą, że musi spocząć... itp. Kasia nawet oświadczyła, iż konie zamknąć każe i klucze od stajni weźmie do kieszeni.
— Ona to zrobić gotowa! — szepnął Niemira — gdy się jej będziesz sprzeciwiał... Daj pokój, trzeba wypocząć... tak Pan Bóg przykazał. Tem bardziej, iż jutro niedziela święta i Bogu się dzień należy.
Medard, nie chcąc się sprzeczać, a wiedząc, że z Kasiąby sprawy nie wygrał, zamilkł. W szczególnych też u niej tego dnia był łaskach, nie połajała go ani razu, a patrzała nań ukradkiem z takiem politowaniem, jakby opowiadanie o przygodach żołnierskich szczególnem ją natchnęło współczuciem.
Rotmistrz sam poszedł dojrzeć, żeby konie miały wygodę i, wróciwszy, zapewnił, że obrok dostaną dobry, a słomy im kazał nasłać po brzuchy. Obok izby, w której Niemira trzymał swą ulubioną broń i gdzie czasem, dostawszy gości, poił ich — była gościnna, którą zawczasu opalono, łóżko posłano, i gdy Medard z rotmistrzem, odprowadzającym go, poszedł na spoczynek, zastał tu już swego Gabryka.
Siedział on przed kominem tak zamyślony, z oczami jakoś od wiatru zaczerwienionemi i napuchłemi, że w pierwszej chwili Pełka pomyślał, iż płakał, a przyczyny sobie inaczej nie umiejąc wytłumaczyć, zagadnął go, czy koń nie zdechł.
Gabryk zerwał się na nogi żywo i zaklął, że konie zdrowe.
— A cóż ci jest? — spytał Medard.
— Nic, proszę panicza — no, nic...
— Oczy masz czerwone...
Gabryk spuścił głowę, potarł czoło... i złożył to na ogień, przy którym siedział.
Niemira chciał z nim do poduszki wypić, ale Pełka się wyprosił. Ucałowawszy go więc, wyszedł.
Gdy się pan i sługa sam na sam zostali, Medard, który nie wyrzekł się myśli wyrwania z Lasek, nimby Kasia wstała, począł się pocichu o tem z Gabrykiem naradzać. Znając go, był najpewniejszy, iż mu w tem będzie pomocą. Jakież było zdziwienie Pełki, gdy chłopak najprzód milczał jakoś, a potem się odezwał, że dla koni możeby lepiej spocząć.
— Toś mi dobry! — rzekł Pełka — konie lepiej kochasz, niż mnie! Uszły już tyle mil, dociągną i tych pięć, a nic się im nie stanie. Ja się dosyć namęczyłem tą drogą i pilno mi przecie do matki i do Tereni...
Gabryk ciągle głowę spuszczał, nie mówił już nic. Po chwili jednak, jakby sobie przypomniał, rzekł cicho, iż Sułtan zakulał.
— Cóż mu takiego?
— Podbił się, — rzekł Gabryk — choćby mu jaki dzień postać na miękkiem, zarazby lepiej było...
— To się już wszystko spiknęło, — zawołał — żeby mnie zamęczyć... naówczas, gdy mi tak pilno...
Bądź co bądź, postanowił Pełka, choćby nie tak rano, wyjechać. Mszy musiał już wysłuchać w parafjalnym kościółku, potem rachował, że Kasia od śniadania nie puści... a tu krótki dzień zimowy... a pięć mil po grudzie... Nie chciało mu się zbyt późno do Gołczwi przybyć...
Położył się zmitrężony tem i kwaśny, a Gabryk, któremu sienniki też w przedpokoju posłano, legł nań, tak wzdychając, aż Pełka rzekł do siebie.
— Temu koń prawie jak brat drogi. Żeby też się tak gryźć szkapą! Poczciwe chłopię...
Przyszedł wreszcie sen na znużonych... lecz jak to pospolicie bywa, gdy w duszy niepokój — najtwardszy sen nawet ustąpi strapieniu. Gabryk zerwał się, gdy jeszcze było ciemno i wyszedł, a Pełka, zbudzony, ledwie dnia doczekał, wstał także i odział się co prędzej. Pobiegłszy do stajni, konia znalazł zmęczonym, lecz na nogę cierpieć się nie zdawał. Jakoś mu to w nocy odeszło.
Jechać wszakże nie było sposobu, bo siodła pani rotmistrzowa w śpiżarni pozamykała... Rotmistrz nadszedł nierychło, ziewając, a że dzień był świąteczny, w nowym kożuszku i skórzanym pasie. Poszli tedy do jejmości na piwo grzane... Kolebka stała do kościoła, jechali znowu na mszę. Powróciwszy, kazano do obiadu nakrywać, a że proboszcz był proszony, czekano nań trochę, obiad się przeciągnął... Medard z przestrachem spoglądał na niebo i zegar, bo się coraz spóźniało, a pięć mil to prawie cały dzień zimowy.
Gdy od stołu wstali, konie już były przed gankiem, choć Gabryk niesłychanym sposobem się ociągał. Medard począł się żegnać, rotmistrzowa się rozpłakała... Niemira go prawie z uścisku puścić nie chciał...
Tknęło to wreszcie Medarda, który do takiej czułości z ich strony nie przywykł... Już szedł do ganku, gdy Kasia poskoczyła ku niemu.
— Słuchaj — Pełka — zawołała — mężem jesteś i serce mieć powinieneś mężne! Niema ci poco do Gołczwi jechać...
Osłupiały, niemy stanął Medard, nie mogąc rzec słowa... Rotmistrz oczy ocierał...
— Gołczwia spalona — rzekła rotmistrzowa powoli, — matka twoja zabita, nie żyje... siostra cudem uratowana jest w klasztorze w Lublinie... nie masz już powracać do kogo, ani do czego, biedny sieroto! Całą tę okolicę splondrowali... popioły tylko zostały i zgliszcza.
Mówiła jeszcze Niemirowa. Medard nie zdawał się już słyszeć. Ogrom tego nieszczęścia uczynił go chwilowo jakby nieczułym i zdrętwiałym. Patrzał przed siebie długo, potem oczy i twarz zakrył i ryknął z bólu... Niemira przypadł go ratować... lecz jakiż mógł dać ratunek? Trzeba było dać się boleści wytrawić w sobie i zwolnieć samej przez się.
Niemira zbierał się coś powiedzieć i nie mógł dobrać słów... Naostatek rzekł cicho:
— Słuchaj, chłopcze — tu łzy ani rozpacze nie pomogą — mężami jesteśmy... rany znosić nauczyć się potrzeba od młodu. Dobrze ci, że cię szczęście doma kołysało... a no, czas, abyś część swoją wziął z ludzkiej doli...
Dźwignij się... pomódl się... i trzeba myśleć o sobie.
A rotmistrzowa dodała:
— Mój Medardzie, matkęście stracili — ja wam jej nie zastąpię, ale i ja i Niemira sercem i dłonią pomożemy ci... Nasz dom, jak swój uważaj... a czego ci zabraknie, bierz u nas, jak ze swego... Ogłosili mię ludzie sekutnicą... niechaj gadają... a nie takam zła, jakby mnie zrobić chcieli.
Medard w rękę ją pocałował, milcząc.
— O sobie nie myślę, — rzekł — aleć trzeba dom i popielisko zobaczyć, dowiedzieć się... o losie biednej Tereni postanowić... Niech się dzieje wola Boża... pojadę...
Zerwał się z ławy.
— Dokąd? poco? czego się śpieszyć? — poczęła rotmistrzowa. — Ot! wydychaj najprzód cokolwiek nieszczęście, oprzytomnij... będzie na to czas...
— A! nie! nie, — przerwał Pełka błagająco — dajcie mi jechać... powrócę... ale na oczy własne zobaczyć muszę, co się tam dzieje... Dajcie mi jechać... w drodze myśli rozbiję...
Nie sprzeciwiali się już Niemirowie, Kasia go pożegnała, rotmistrz odprowadził do ganku... Tu Gabryk, chmurny, jak noc, zapłakany, stał z końmi. Nie mówiąc słowa, siadł na Sułtana Medard, pokłonił się i popędził...
Spóźnił się jednak z tą jazdą tak, że już tego dnia pięciu mil zrobić nie mógł. W lesie, który przebywać musieli, noc zapadła... Noc była mroźna, cicha, księżycowa, smutna jak śmierć...
W niebiosach mrugające gwiazdy jedne tylko żyć się zdawały. Wszystko zresztą umarte było, suche, stężałe, zimne. Las stanowił granicę spustoszonego kraju od ocalonej okolicy...
Na granicy jego stała karczemka, nie spalona wprawdzie, lecz pusta, bo z niej nawet małe okienka, uchodząc, powyjmowano. Wrota i drzwi stały otworem, księżyc nawylot przeświecał... Tu trzeba się było zatrzymać, Medard czuł się złamanym... Zsiedli z koni i Gabryk wszedł opatrzyć, czy przenocować choć z biedy było można.
W małej izdebce utrzymała się okiennica i drzwi... Trochę przegniłej słomy i grubego siana dało się zebrać po kątach i wyżkach... na kominie było czem palić noc całą resztkami płotów... Dla koni był kawałek żłobu, a zapaśny owies mieli w trokach... Poczęli się więc rozgospodarowywać w opuszczonej karczemce.
Na podesłanym kobierczyku Medard siadł, bo się kłaść nie mógł i nie chciał. Rozniecony ogień nieco ogrzał przewiewną izdebkę. Gabryk zasiadł w drugim kącie; nie odzywając się do siebie, przemęczyli się tak noc całą.
Dzień wstał jasny i blady — ku wschodowi wzmógł się mróz tylko... Jak zajrzeć okiem, okolica była wyludniona, ani żywej duszy, ani zwierzęcia na niej dostrzec nie było można. Przejeżdżali wsi, w których węgły czarne chat sterczały tylko nad drogą i nadpalone kościółki, i poobalane krzyże, i resztki opuszczonych dworów. Stada wron tylko podlatywały, wrzeszcząc nad niemi.
Droga wiodła obok Horbowa, który też nie ocalał; murowana tylko brama i kawał dworu nieopalony sterczał pośród drzew, oczernionych i zrudziałych od pożaru... I tu ludzi nie spotkali...
Stąd dawniej wyjechawszy za lasek już Gołczwię widać było... Z bijącem sercem podjeżdżał Medard... Z wioski tylko koły i słupy, i kominów gruzy zostały... Z za wałów dwór wyglądał ze ścianami białemi i kominami bez dachu... Popalone wszystko: dom, gumna, kaplica... nawet drzewa, co przy nich stały... Na widok tej pustyni panu i słudze puściły się z oczu łzy... Gabryk szlochał jak dziecko... konie, jakby rozumiały całą grozę tego widoku... zżymały się co chwila przerażone... nastawiały uszy i sapały dziko... Nie poznawały miejsc, do których były nawykłe.
Przed wałem Medard zsunął się z konia i puścił go. Sułtan stanął jak wryty...
Stary dwór w Gołczwi wyglądał tak, jak gospoda, w której noc spędzili.
Tu tylko ze sprzętów dawnych, drogich, których rabunek unieść nie mógł, podruzgotane reszty, dla Medarda, co do nich od dzieciństwa był nawykł, co je jak relikwje po dziadach szanował — mówiły o spełnionej tragedji... W izbie gościnnej sczerniałe krwi plamy na resztach podłogi rozeznać było można... Gdzie niegdzie gruzem przysypanego coś ocalało... jeszcze... Grzebiąc się po tych opalonych belkach i rozbitych murów szczątkach, przeszedł dom cały... Nie było kąta, gdzieby spocząć mogli i któryby nie mówił do nich głosem o pomstę wołającym... Izba Medarda zawalone miała sklepienie i stała się nieprzystępną...
W podwórzu rozpalonych ogni głownie pogaszone, reszty słomy i barłogów oznaczały najezdników legowisko...
Weszli do kaplicy, w której grobach nawet snadź szukano ukrytych skarbów, bo drzwi od nich odwalone i wyrwane z zawias na posadzce leżały... Medard zobaczył tu wśród poruszonych z miejsca trumien starych, z których wyrzucono kości... jedną nową, z tarcic niezgrabnie skleconą i postawioną pod ścianą... Serce mu powiedziało, że to była trumna matki, pobożną ręką zbita i schroniona... Nie mógł od niej oczu oderwać... Stał tak nad otwartym lochem grobowym, gdy Gabryk nadbiegł żywo. Za nim szedł śpiesznym krokiem, zdyszany, stary sługa domu, Dębosz...
Medard ledwie go mógł poznać, tak miał wychudłą twarz, włosy rozczochrane, a odzież w łachmanach. Chłód zmusił go kilkoro sukni wdziać na siebie, poobwiązywać się chustkami... szedł i chwiał się na nogach, podpierając kijem, łapiąc za ściany...
Przywlókł się tak do Medarda i w jęku serdecznym padłszy u nóg jego... przytomność utracił. Widok dziecka matkę mu przypomniał...
Gabryk z Pełką musieli go podnieść, ocucić i nie wiedzieli, gdzie z nim iść, gdy Dębosz niewyraźnym głosem począł im wskazywać piwnice pod dworem. W jednej to z nich ocalił był życie w czasie pożogi i rzezi...
Nie dopatrzyli jej napastnicy... a gdy odeszli, nierychło Dębosz się wydobyć potrafił. On to znalazł zwłoki zabitej pani i sklecił dla nich tę ubogą trumnę, którą sam spuścił do sklepu... Żyjąc okruchami, które z pod węgli i popiołów dobywał, resztkami, ocalonemi po kątach... przekarmił się tak aż do przybycia Medarda... Prócz niego nie było nikogo. Kto nie zginął w miejscu, uszedł w lasy. Napaść była tak nagła, iż ze wsi niewielu się ocalić potrafiło...
Wszyscy razem weszli do loszku Dębosza i siedli płakać nad swoją niedolą, na którą ratunku nie było. Okoliczne wsi i miasteczka na kilka mil wkoło temuż uległy losowi. Gdzie bliższe były bory, tam ludność się, łatwiej zbiegając do nich, od niewoli wybawiła... Kopano doły w dalekich ostępach, ryto podziemia, stawiano szałasy, lękając się jeszcze powracać na zgorzeliska...
Siedzieli tak dzień i noc, i dzień jeszcze, nie mogąc oderwać od ruiny... żywiąc tem, co Dębosz im mógł wyszukać. Przemysł starego człowieka ratował ich od głodu... Pozostać dłużej jednak nie było podobna... zaradzić nie miał sposobu Pełka... Podobniejszy do zmartwychwstałego trupa, niż do żywego człowieka, wyszedł trzeciego dnia z lochu Medard do wychudłego konia, któremu szałas z gałęzi poobcinanych świerków Gabryk był zbudował. I pan i koń cieniami byli tych, co niedawno stąd pełni nadziei i siły z uśmiechem w świat się puszczali...
Siadł znowu na Sułtana, wolnym krokiem przez kupy węgli wyjeżdżając za wały... Spojrzał dokoła... puścił koniowi cugle...
— Idź, gdzie oczy poniosą!






Jedenaście lat upłynęło od czasu, gdyśmy jm. pana Medarda Pełkę widzieli, wyruszającego z gruzowisk i popiołów dworu w Gołczwi w świat szeroki, puściwszy cugle koniowi, — jedenaście zgórą lat... kawał wieku ludzkiego... Miały czas odbudować się popalone sioła i dwory, powrócili ludzie, — ożywiły pustynie, ale Pełki w Gołczwi nie było i nikt nawet nie wiedział, co się z nim stało, nikt o nim nie słyszał.
Utrzymywano powszechnie, że z wielkiego smutku i rozpaczy po matce puścił się gdzieś ochotnikiem walczyć i w potyczce zginąć musiał. Z Gołczwi bowiem gdy wyruszył, widziano go jeszcze w Lublinie, dokąd jechał siostrę odwiedzić, i przebył tam dni kilka z nią, lecz panna Teresa, powtarzając rozmowę, jaką z nim miała przy rozstaniu, bo ją bardzo dobrze zapamiętała, ręczyła, iż sam naówczas dobrze nie wiedział jeszcze, co z sobą pocznie. Spodziewali się go Niemirowie w Laskach bardzo długo, a napróżno, gdyż ani tam, ani gdziekolwiek indziej u znajomych się nie pokazał.
Nie było człowieka, któryby go nie żałował i nie wspomniał, bo wszyscy się po nim spodziewali wiele i widzieli w nim nad wiek młody wytrwałość a statek osobliwy. I nie było też w okolicy zebrania, żeby o nim nie mówiono, a choć wiele upłynęło lat, w pamięci go tak żywej zachowano, jakby się dopiero wczoraj oddalił.
Domysły i mowy były tak różne, a tak sprzeczne, iż ich i powtarzać nie warto. Dziwiło to najbardziej, że od owego wyjazdu z Lublina nigdzie po nim śladu nie było, nie spotkał go nikt w żywe oczy... a co prawiono, to zawsze gdzieś z trzecich, czwartych ust pochwycone, i świadka, coby go widział, coby z nim mówił, nikt postawić nie mógł.
A że wyjechał we dwóch z Gabrykiem, zdawało się i to dziwnem, by pan razem ze sługą tak przepadł. Nie było w tem niepodobieństwa, przecież rzecz niezwyczajna, aby i zwłok nawet nikt ze znajomych nie napatrzył, i wieści, i jakiejś resztki rzeczy, które miał z sobą, nie znaleziono. Wprawdzie śród tych wojen za nieszczęśliwego panowania kazimierzowego było gdzie przepaść bez śladu, a naginęło ludzi mnóstwo, mało kto jednak zagubił się tak, aby rodzina o losie jego nie wiedziała.
Niemirowie też dowiadywali się pilno, posyłali ludzi i po dwóch leciech, gdy języka żadnego nie było, przypomnieli sobie Teresię, aby jej więdnąć nie dać w klasztorze. Dał do tego powód starszy Laskowski, któremu panny żal było, ba! i wioski bezpańskiej, bo ta, choć się już trochę sama przez się i przez Dębosza znowu okrzątnęła i powracającymi zaludniła... podupadła była znacznie.
Laskowski, wiedząc, że Niemirowie byli z Pełkami w pokrewieństwie, pojechał do nich, nie kryjąc się z tem, iżby pannę rad sobie zaswatał, gdyby mu do tego chcieli dopomóc. Pojechała rotmistrzowa do Lublina chętnie pannę wybadać, a że w niej dosyć skłonności ku Laskowskiemu, o którym wspominała, znalazła, wzięła ją zaraz do siebie. Tu się tedy Laskowski oświadczył. Chciała panna Teresa odkładać gody do powrotu brata, lecz gdy lat dwa się nie zgłaszał, trudno z nim było czekać w niepewności, starzejąc.
Namówiono ją przecież, iż rękę oddała Laskowskiemu, a wyprawę i wesele sprawili bardzo huczne rotmistrzostwo... W Gołczwi już wprzód jeden węgiel starego domu pokryto i staraniem Dębosza jako tako wyporządzono. Przenieśli się tedy Laskowscy do niej, bo tu było co robić, aby wynijść z ruiny, i grosza niemało włożyć musiał mąż pani Teresy. Nie myśleli oni Gołczwi sobie przywłaszczać, gdyby dał Bóg, a pan Medard z jassyru lub wędrówki powrócił, lecz tymczasem coś czynić i pilnować musieli, aby reszta nie przepadła.
Siostra, która do brata była przywiązana bardzo, słała nieustannie na zwiady po wszystkich stronach, czyby gdzie nie powzięła wiadomości o nim; — pomagał jej Laskowski też, bo mu było markotno pracować, nie wiedząc, dla kogo, a dwoje dziatek im Pan Bóg dał. Musieli jednak oboje pozostać w tej niepewności, gdyż o Medardzie słychu jak nie było, tak nie było.
Laskowski był tego przekonania, iż powrócić nigdy nie może, bo przez jedenaście lat, choćby z tureckiej czy tatarskiej, czy jakiejkolwiek niewoli, dałby znać o sobie jak i drudzy, o okup się zgłaszając, a siostra utrzymywała zawsze, iż go we snach żywym widzi i że ma to przeczucie, że jego powrotu dożyje. Ani się jej sprzeciwiać śmiano, zostawiając tę pociechę, by się nadzieją łudziła.
Z każdym dniem zmniejszało się podobieństwo wszelkie widzenia ostatniego z tych Pełków na Gołczwi; zdawało się, że z nim rodzina wygaśnie. Wieś tymczasem znowu się zaludniła i nowymi przybyszami z rozbiegłych naówczas włościan zasiedliła, bo w gruntach była dobrych, a Laskowski, choć z gospodarstwa słynął, dla ludzi był sprawiedliwym i dobrym.
Dwór powoli do dawnego przyszedł kształtu i porządku, mury wyreparowano, a że Laskowska chciała mieć wszystko, jak za matki, więc nie poznać było prawie, przez co przeszedł przed laty. Pokryto też i odnowiono kaplicę, przyczem nieboszczce pani wojskiej uroczysty pogrzeb sprawili Laskowscy. Słowem, gdyby teraz był mógł Medard nadjechać, rozradowałoby mu się serce, widząc, jak tu wszystko odżyło i krzewiło się po staremu.
Byłby też może do Horbowa rad zawitał, bo tam właśnie gościła razem z podczaszyną młoda wdowa po panu wojewodzie, niegdyś jego ukochana Jadwisia...
Od lat dwóch już zrzuciła była żałobę, w której niemniej się piękną wydawała, niż teraz w wytwornych strojach, które zawsze lubiła.
Miała lat ledwie dwadzieścia kilka, a na wdzięku nietylko nie straciła, lecz wszyscy znajdowali, że jej go jeszcze przybyło. Z nieboszczykiem wojewodą pożycie było nieszczęśliwe, choć jejmość w dostatkach opływała. Nie zbywało jej na niczem, prócz swobody, którą nadewszystko lubiła. Stary mąż, udając młodego, jak starzec jednak był zazdrosny... nie odstępował jej na krok, śledził każde wejrzenie, uśmiech, słowo i męczył ukochaną Jadwisię tak, że gdyby był nie umarł sam, onaby może dłużej z nim nie wyżyła... Zazdrość nieboszczyka zachowała ją takiem dzieckiem naiwnem i niedoświadczonem, tak sobie niewinnie płochem, jakiem była w Horbowie.
Nie mając innego zajęcia, Jadwisia zatapiała się po całych dniach w czytaniu ówczesnych romansów, których już było poddostatkiem, a że one malowały świat i ludzi niebywałych, w młodej jej główce ludzie i świat przedstawiali się nie tak, jak wyglądali w istocie, lecz jak w pismach i romansach stworzyła je fantazja wieku.
I często na myśl przychodził jej ów piękny Medard, ów pierwszy rycerz, któremu z tak ochoczem sercem rzuciła niebieską kokardę. Co też się z nim stało? — myślała sobie pocichu.
Na to nikt jej odpowiedzieć nie umiał. Żal go było trochę... lecz tyle oczu się do niej śmiało, tyle dworskich panów i książąt cudzoziemskich padało przed nią, takiem ją otaczano bałwochwalstwem, że Medard wkońcu wyszedł jej całkiem z pamięci.
Choć mąż zazdrosny nie dopuszczał jej bardzo znęcać się nad wielbicielami, z samych nudów musiała się rozrywać, zapalając miłości wielkie i ciesząc się, gdy od nich ludzie w oczach jej gorzeli.
Cały już regestr miała tych niemych kochanków, którymi się bawiła, ale się nimi nawet pochwalić nie śmiała.
Był to wiek galanterji w Europie i panowania kobiet, a u nas, choć one mniej może dokazywały, czuły dobrze siłę swą, i choć ukradkiem próbowały jej dla zabawy.
Podczaszyna była nieszczęśliwą córkę, trzymaną w takiej niewoli chętnie zabawiła i dopomagała jej do rozrywki, którą lubiła sama, lecz wojewoda, znając pewne niebezpieczeństwo, niebardzo ją zapraszał, a od żony, o ile umiał, trzymał zdaleka. Byli też z sobą nie najlepiej, bo matka stawała po stronie córki, a stary mąż od swego systemu nie odstępował i pilnował jej zazdrośnie. Trochę poprawiwszy swe interesa po wydaniu córki, podczaszyna miała się zamąż wydać, i nie byłoby jej pewnie na konkurentach zbywało, ale co przyszło z frymarku, to poszło z wojną i jej klęskami. Horbów był zupełnie zniszczony. Podczaszyna poniosła straty ogromne, trzeba było odbudowywać się i zagospodarowywać na nowo. Ludzi też brakło, bo ich wojna rozproszyła, a potem, choć ten i ów umizgać się przyjechał, choć zdawało się kilkakroć zbierać na wdowie wesele, zawsze coś stanęło na przeszkodzie i podczaszyna, bawiąc się ciągle, do ołtarza z nikim dojść nie mogła. Na pół drogi uciekali zalotnicy.
Nie traciła wszakże nadziei, bo wdzięki zachować umiała i wyglądała świeżo, i wesoło się zabawić umiała, i z ochotą poszła w taniec... a Horbów się znowu zpańska odbudował i dwór zebrał, i dostatku skrzętność przymnożyła.
Radaby była posiedzieć przy córce, ale z wojewodą długo się nigdy pogodzić nie mogli. Gdy mu świekra dojadła, pozbywał się jej zręcznie, każąc konie zaprzęgać dla siebie i w pilnych sprawach uciekając razem z żoną, naówczas i podczaszyna rada nierada powracała do Horbowa.
Na pierwszą wiadomość o owdowieniu córki, nie kryjąc swej radości z tego wypadku, podczaszyna dniem i nocą pobiegła do niej, aby natychmiast opanować ją znowu i pod swą władzę zagarnąć. Udało się to jak najpomyślniej. Jadwisia była przerażona i znękana chorobą męża, który, w jej oczach zasłabłszy, zmienił się nagle w odrażającego starca i w strasznych skończył męczarniach. Rzuciła się w objęcia matki, szlochając i na wezwanie jej, by razem jechała do Horbowa, przystała z wdzięcznością.
Podczaszyna pilno się wywiedziała o stanie interesów zmarłego, nie zaniedbała nic, co mogło córki los zapewnić i pochwyciwszy ją, zaniosła do siebie, niepłonną miała nadzieję, że teraz tę rozwiniętą różę jeszcze lepiej niż pączek potrafi przefrymarczyć, bo była w złoto oprawna i przedziwnej piękności.
Jadwisia, zrazu opłakująca więcej to, co ucierpiała, niż męża, którego utraciła — prędko bardzo przyszła do siebie. Nosiła jeszcze żałobę po nim, gdy jej wesołość wróciła i dziecięce szczebiotanie, i dawne życia pragnienie. Horbów mimowolnie przypomniał jej Medarda. Co się też z nim stało nikt jej powiedzieć nie umiał. Gołczwia należała do Laskowskich, a o jej dziedzicu, który gdzieś wyszedł na wojnę, oddawna wieści nie było.
Na wieść o owdowieniu pięknej, młodziutkiej wojewodziny, której mąż całe znaczne dobra zostawił... nie czekając roku i sześciu niedziel żałoby, zbiegli się wszyscy, których niegdyś bystremi oczkami oczarowała. Jadwisia była im rada, ale troskliwa matka, choćby dlatego, że dobrami zarządzała, niezbyt im ją zamąż wydać śpieszyła.
Młoda wdówka tyle miała czasu głów pozawracać, że jej teraz adoratorowie jak na odpust pobożni płynęli pielgrzymi, a było ich poddostatkiem wszelkiego wieku, stanu i urody... Młodzi ufali w swą piękność i raźność, starzy w majątki, panowie w tytuły, a niektórzy w złudny uśmieszek, jakim ich niegdyś obdarzyła z nudów królowa.
Starzy naprzód dostali wszyscy odprawę, spróbowawszy życia z jednym wojewodzina drugi raz nie chciała się już poświęcić, choćby dla najpiękniejszego imienia i bogactw bezliku. Z młodymi było wesoło, nie myślała ich rozpędzać, dając jednemu pierwszeństwo.
Matka zresztą, surowa w tym względzie, więcej przez rachubę niż z zasady, nie dopuszczała nigdy poufałości zbytniej i miała dziecko na oku, a Jadwisia, trzpiotać się lubiąc, nigdy człowieka ani uczucia nie brała do serca. Bawiło ją to niewymownie, gdy nowy przybywał... strzelała doń zaraz na próbę i patrzała czy trafiła.
— E! matuniu! — wołała — już coś mu oczki się mrużą, usta mu się śmieją, już kręci się, gdy nań patrzę, nie wiedząc, co począć z sobą... A! jaki śmieszny! Jutro go dobiję.
Jakoż dobijała nieboraka wojewodzina, a gdy leżał u nóg jej niewolnikiem, dopiero wybuchała radością wielką... i w oczy mu się już śmiała, a ofiara szalała z utrapienia i niepokoju...
Jadwisia nie czyniła tego ze złego serca — ona sama, nie kochając nigdy, była pewna, że to upojenie i u jej wielbicieli krótko trwać musiało, a nie bolało ich bardzo. Dla niej to było zabawką doskonałą, do której była stworzona. Cóż zresztą robiłaby na świecie?
Wśród tych zabaw i osnuwanych na przyszłość planów zaszedł wypadek, który nieco szyki podczaszynie i wojewodzinie pomieszał.
Pan starosta, syn z pierwszego małżeństwa nieboszczyka wojewody, który się był ożenił i spokojnie siedział na wypuszczonych mu dobrach, za życia ojca prawie się nie pokazując w jego domu, po zgonie jego, gdy wdowa obejmowała na siebie dobra jej przekazane, boleć zaczął nad ich utratą, nad wyjściem z imienia...
Żona i rodzice dopomagali mu w tem, znaleźli się usłużni doradcy, którzy obrachowali, że młoda wdowa rady sobie sama dać nie potrafi, procesu się ulęknie, a zresztą powynajdowali różne prawne pobudki, dozwalające się staroście oponować spokojnemu posiadaniu majętności.
Złożono sanhedryn jurystów lubelskich, najszczwańszych lisów, znających wszystkie ścieżki bałamutne statutów, korektur pruskich, praw odwiecznych i prejudykatów... Dowiedziono staroście, że mógł spokojnie pozywać i spodziewać się wygranej, jeżeli chodzić będzie umiał około sprawy.
Ale trafili, nie spodziewając się, na kutą babę, bo podczaszyna, po śmierci męża będąc zmuszona prawować się ze spadkobiercami, namiętnie się wyuczyła wszystkich ustaw i form procesu, i niełatwo ją było zjeść w kaszy. Zapalała się do pieniactwa, jak gracz, i nie ulękła się wcale groźby. W chwili, gdy wojewoda czynił zapisy, dopilnowała się dobrze, aby w nich nic nie brakło, cokolwiek ubezpieczyć mogło los córki, wniesiono zaraz akt do ksiąg najbliższych, a później do właściwego grodu. Zaczepka starosty była jawnie najniesprawiedliwsza, lecz miał za sobą opinję powszechną, która się oburzała za ten frymark ojcowizną na rzecz obcych.
Wiedział to i starosta, którego proces kosztował wiele, a wynagrodzić się rychło nie obiecywał. Szepnęli mu prawnicy, aby pod groźbą pieniactwa starał się o układy i zgodę; niełatwo było podejrzliwą panią Pociejową zwieść, jednakże zrazu nie domyślała się prawdy, a że jej proces był dla rozgłosu niemiły, bo na nią zrzucano całą frymarku tego ohydę — choć się nie śpieszyła do zgody, nie okazała się jej przeciwną. Zaczęto wyrozumiewać, do jakichby ustępstw była skłonna. Szły bardzo powoli układy, niby przez osoby trzecie prowadzone, ale się ciągnęły. Tymczasem starościńscy juryści znaleźli jakiś kruczek, to im dopomogło do natarcia na stronę przeciwną. Żądano dla pana starosty niemal połowy dóbr, zapisanych przez jego ojca młodej żonie. Podczaszyna oddawała część trzecią. Gdy przyszło wreszcie do porozumienia, kobieta, jakkolwiek ostrożna, dała się tak uwić, iż choć napozór więcej nad to nie ustąpiła, w istocie pozostałym majętnościom córki odjąć dopuściła znaczniejszą część ich wartości. Ugoda stanęła, i dopiero po prawnem jej zawarciu matce otwarły się oczy, iż córkę pokrzywdzić dozwoliła wielce i niemal ją zubożyła. Zabrano najlepszą ziemię, lasy i dobra czyste, gdy pozostała część obciążona była legatami. Podczaszyna darować sobie tego nie mogła, zgryzło ją to, odchorowała, ale zrzucić się nie było podobna, i wojewodzina nie miała już tak pięknego wyposażenia, ani takich dostatków, na jakie liczono. Podczaszyna w oczach ludzi przynajmniej starała się ukryć swój błąd i stratę, taiła się z tem, jak mogła, życie prowadziła wystawniejsze jeszcze, a na wdziękach wojewodziny i rozgłosie o jej bogactwach budowała przyszłość.
Chociaż jakiś czas trzymała się Szwedów i jawnie okazywała niechęć dla króla i królowej, później wszakże umiała się z tego wytłumaczyć zręcznie, wsunąć znowu do dworu i razem z córką odzyskać położenie w wyższym świecie stolicy.
Pędziła więc naprzemiany wesoło godziny to w Warszawie, to w Horbowie, dokąd zawsze natłok był wielki zwabionych gościnnością domu i wdziękami pań obu.
Właśnie Horbów był pełen przyjezdnych gości i jednego wieczora zabawiano się jak zwykle, gdy z Warszawy nadjechał niejaki pan Godziemba, tytułowany łowczym chełmskim, dawny amant i aspirant do podczaszyny, stary, podszpakowaciały kawaler, człek zawsze dobrej myśli, bywalec bo zjeździł niegdyś Francję, Niemcy, Włochy, Flandrję i temu był winien, że mocno ojcowiznę zadłużył. Godziemba, niezrażony tem, iż go podczaszyna kilka razy z grochowym wiankiem odprawiała, jeździł do niej zawsze, wzdychał, śpiewał, ręce całował, z kielichami przed nią klękał, miał nawet dosyć łaski i poufałości, ale mu pani Pociejowa mówiła otwarcie:
— Zlitujże się człowiecze, a tobym oszalała chyba, gdybym za ciebie poszła! Piękna mi rzecz: podczaszostwo koronne na twoje łowiectwo ziemiańskie zamienić i siąść z waszecią kury hodować na folwarczku, któryby mi na konfekty nie stał!...
Godziemba się śmiał, afekt stawiąc ponad wszystko, jejmość mu, śmiejąc się, dowodziła, iż afektem żyć nie można. Nie powaśnili się z sobą jednak nigdy, i w Horbowie dobrze bywał widziany. Z nowinkami zawsze przyjeżdżał, często skrzypki przywoził, piękne podarki czynił, a gdy zamieszkał czasem u podczaszyny, miesiącami się go pozbyć nie mogła.
Choć pięć krzyżyków skończył, Godziemba był jeszcze bardzo przystojnym mężczyzną, trzymał się prosto, a gdy szedł, to się umiał wyginąć, jakby w tańcu, dodając sobie prezencji. Twarz też miał dobrze zakonserwowaną i nieszpetną, i klął się, że gdyby tylko chciał, i młodą i posażną wdówkę złapałby dawno, ale mu podczaszyna głęboko w sercu siedziała.
Gdy się Godziemba pokazał, a było ludzi dosyć z sąsiedztwa i ze stron dalszych, powitali go wszyscy, jak człeka, co wesołość przynosi. Jedyny bo był do rozbawienia ludzi i rozochocenia.
Wnet go obrzucono pytaniami, gdy się dowiedziano, że z Warszawy jechał.
Rozchodziły się już głuche wieści, iż śmiercią królowej i troskami panowania nieszczęśliwego przybity król chciał złożyć koronę. Szlachta to różnie przyjmowała: nie dowierzając jedni, frymarku lękając się drudzy, inni oburzając się na to, aby obelgę taką tronowi i królestwu uczynił, a dobrowolnie się zrzekał tego, o co drudzy gdzie indziej się dobijają. Trzymano do sejmu w tajemnicy owo postanowienie królewskie, lecz już o niem wielu wiedziało, już się nawet powoli tworzyły stronnictwa, z których jedne Piasta chciały, drugie Kondeusza, inne różnych małych a nieznanych książąt wyciągały. Wszystkim dosyć naprzykrzyło się panowanie tego, którego zwano naówczas Kazi-pokojem, a i królowa nieboszczka, mimo wielkich swych zasług i rozumu, lubiona nie była.
Najbardziej jej owego Francuza, którego na tron sadzić chciała zawczasu, wyrzucano. Rzucono się więc do Godziemby, aby im prawił, co było słychać w stolicy.
— Nic nie wiem, — odparł łowczy, — krom tego jednego, iż noszą się wieści o abdykacji, ale panowie senatorowie klęskę tę od Rzeczypospolitej usiłują odwrócić. A że król niestały w postanowieniach, wymodlą pewnie, iż się nam dłużej zostać raczy... Tandem, czy ów, czy kto inny... (machnął ręką) mała różnica! Gorszego mieć nie będziemy, lepszego się nie spodziewajmy, a co Bóg da, przyjmijmy...
Ten i ów pytał o znajomych, Godziemba się odcinał, lecz że podczaszyny dawno nie widział, a rozkochany był w niej, jak młokos, uczepił się do niej z komplementami i gdy odeń uchodzić zaczęła, pogonił do gabinetu.
— Nie bez zamiaru tu wchodzę, — odezwał się do wypędzającej go chustką podczaszyny — nie gniewaj się asińdźka na mnie. Coś ciekawego niosę.
— Już nie wiem istotnie — przerwała podczaszyna — czy po tylu latach ja co od was nowego posłyszę, oprócz tych nudnych zaklęć, z których się śmiać muszę, bo już nareszcie i przytęchły.
— Nie o mnie tu idzie, — odparł Godziemba — rzecz ekstra ciekawa i, zda mi się, że ją obchodzić będzie. Oto zjawił się w Warszawie, aparacja niespodziana i dziwna, ów jmpan Medard z Gołczwi, Pełka, sąsiad waćpani i dawny pono amant wojewodziny, po długich latach niebytności.
— A toś mi dopiero z nowiną ciekawą wystąpił! — śmiejąc się, poczęła podczaszyna — nie ucieszę się tem wcale, bo tego człowieka nienawidzę... Lecz skądże wraca po dziesięciu leciech?
— W tem sęk, że tajemnicą jest, gdzie był, co robił... jeno tego wiedzą ludzie najpewniej, iż jak znikł o jednym pono koniu i giermku, tak powrócił wielkim panem, o którego skarbach ogromnych prawią cudowiska...
Podczaszyna w ręce uderzyła.
— Czyż to może być?
— Powszechna fama to głosi, — mówił Godziemba — lecz toby nic nie znaczyło... Co lepiej daleko, znać pana po cholewach... dwór książęcy, konie, wozy, służba, dworzanie, klejnoty, rzędy od pereł i drogich kamieni, czapraki i dywdyki złotem kapiące, szable diamentami sadzone... konie tureckie i hiszpańskie... Słowem, występuje tak, że się ludzie nań patrzeć zbiegają.
Podczaszyna słuchała z widocznem zajęciem, ale w twarzy jej widać też było rozbudzony jakby gniew i niechęć. Zacięła usta, zacisnęła ręce, uderzyła nóżką w podłogę i zmarszczyła brwi.
— Co waćpan pleciesz, panie łowczy, co pleciesz? Cóż to my dzieci jesteśmy, byśmy bajkom ladajakim wierzyli? Skąd? Co?
Godziemba poważnie rozpowiadać zaczął.
— Podczaszyno! królowo serca mojego! — rzekł — nie kłamię nigdy. Nie mam tego i nie miałem w obyczaju i temperamencie. Niezdrowa rzecz fałsz, bo go człek zawsze połykać musi. Nigdy nie kłamię, podczaszyno... Świadkami Warszawa cała, że ów Pełka powrócił, i jak, i z czem... ale w tem też właśnie „cosa stupenda“, że ani on nie chce objawić skąd wraca, co robił, gdzie się wzbogacił, ani go dotąd poszlakować było można i dojść, czem doszedł do tych dostatków. Ludzie sobie głowy łamią, sługi przekupują, za język go łapią, ani sposobu...
Chodzą wieści rozmaite, a nawet niebardzo poczesne...
— Prawisz mi istotnie takie rzeczy, że przychodzi wątpić, czy nie myślisz sobie ze mnie żartować — rzekła podczaszyna. — Jakżeby się to ukryć mogło, gdzie bywał przez lat tyle! Zdradziłaby go mowa, strój, twarz, nieostrożne słowo? Widziałeś go waszeć?
— A jakże, przez samą ciekawość cisnąłem się do niego... Wszakże go tu młodym chłopakiem widywałem w Horbowie, gdy on do wojewodziny, a jejmość moja, królowa, do niego słodkie oczki robiła.
— Kłamiesz, niepoczciwy! — rozgniewana zawołała, chustkę mu w twarz rzuciwszy, podczaszyna — kłamiesz... Miałabym oczy do kogo wytrzeszczać... ja go nie cierpię!
— Królowo moja! — ręce złożywszy na piersiach, rzekł Godziemba — teraz go nie cierpisz, ale żeś miała do niego słabostkę... to wie Godziemba... bo gorzko mu było patrzeć i cierpieć.
Podczaszyna zwróciła rozmowę, pytając znowu:
— Widziałeś go! mów! jakże to było?
Wskazała mu miejsce na ławie, a sama na krześle usiadła. Już miał odpowiadać, gdy dodała, oglądając się:
— Nie wygadajże mi się tylko z nim przed wojewodziną! Wara! Rozumiesz! bo resztę łaski u mnie stracisz! Nie chcę, aby o nim wiedziała, mam swe powody do tego.
— Milczeć będę, jak skoro i władczyni moja każesz. Jam twój sługa wierny...
— A więc gdzie i jak go widziałeś...
— Najprzód mi go ukazano w ulicy, gdy powracał od j. m. prymasa.... Kawalkata była znaczna, tak że w mieście sądzono, iż najmniej wojewoda jaki lub kasztelan przybył do stolicy... Jechało przed nim ludzi w barwie sutej, złotemi galonami obszywanej, na koniach pięknych może dwudziestu... Za nimi on sam... na białym turku, czaprak złocisty, delja sobolowa, kołpak z kitą diamentową i spięciem od karbunkułów... Szabla u pasa złota... przy koniu pacholików dwóch, istne lalki, postrojone gdyby na wesele... Dalej marszałek dworu, człek poważny, koniuszy i ludzi znowu ze dwudziestu bez barwy, lecz jeszcze zawiesiściej postrojonych.
Gdym się dowiedział, kto zacz był, bom go nawet nie poznał, ogorzał bowiem znacznie i spoważniał, ale mężczyzna w pełni sił i piękny bardzo — poszedłem nazajutrz się submitować.
Cały dom miał najęty od wojewody czernihowskiego, którego przedówczas nie było w Warszawie. Wszedłszy, nie mogłem się dosyć wydziwić przepychowi. Podwórza pełne bryk ładownych, koni, psów i ludzi. Nie skłamię, gdy powiem, że pewnie dworu secina jest albo i więcej. Nim mnie dopuszczono, meldować się musiałem, gdyby do senatora... Wpuszczono naostatek do antykamery, gdzie na służbie stało chłopców sześciu, jak jeden, przyodzianych z węgierska. Tu mię ów siwy, poważny marszałek przywitał, i wziąwszy imię moje, poszedł panu oznajmić. Tandem czekałem dobry kwadrans, niżeli się znowu drzwi otworzyły. Puszczono mnie. Szedłem, prowadzony przez marszałka, pokojami snadź świeżo dopiero wyporządzonemi, pozawieszanemi, zastawionemi mnóstwem rzeczy po stołach, którymby się dziwować było można dzień cały, gdyby rzecz przyzwoita była okazywać taką ciekawość. Podniósł marszałek wreszcie zasłonę ostatnią, i znalazłem się wobec jegomości, który z owym psem ogromnym sam jeden sobie siedział, używając wczasu.
Poznał mnie odrazu, wstał i wcale niepyszny rzucił mi się na szyję.
— Panie łowczy kochany, niech Bóg płaci, żeś o starym znajomym nie zapomniał!
Wnet mnie posadził i wina z cukrem i korzeniami przedziwnego dać kazał. Przynieśli na tacy złocistej... kubki z przedniego szkła weneckiego, jak u króla... Poczęliśmy się rozgadywać. Wnet mnie zapytał o panią podczaszynę.
— A jak? jak? — przerwała gospodyni — szczerze mi mów — jak?
Godziemba się zaciął. Widać było, iż radby był się wykręcić sianem. Poznała się na tem jejmość i chwyciła go za rękę.
— Jak mi waćpan co dobrego życzysz, — zawołała — w jakich słowach o mnie spytał?...
— W jakich słowach — cedził Godziemba — zwyczajnemi słowy pytał o zdrowie i ewenta domowe...
— Jeszcze ci raz mówię, kłamiesz... — odpowiedziała podczaszyna. — Ja go niecierpię, on mnie nienawidził, nie byłby człowiekiem i mężczyzną, gdyby nie bryznął...
— No, to bryznął! bryznął i nawet nieładnie bryznął, — rzekł Godziemba — ale ja sobie, powtarzając te wyrazy, ust walać nie chcę...
— Ale mi mów zaraz! pod posłuszeństwem! — domagała się podczaszyna.
Godziemba westchnął.
— Powiedział, powiedział: — „Czyż jeszcze też tej baby licho nie wzięło?“
— Tegom się co najmniej po nim spodziewała — spokojnie rozsiadując się w krześle i ręce na piersiach krzyżując, zaczęła podczaszyna. — Baba mu ta zawadza, bo póki ona żywa, Jadwisi mieć nie będzie... Mów waćpan dalej.
— Cóż więcej powiem? — ciągnął Godziemba — siedzieliśmy, popijając ów kanar... pytał się o wszystkich... Dowiedział się snadź już wprzódy, że wojewodzina owdowiała, i cieszył się tem, nie kryjąc, iż ma zamiary... „Dam złota, ile zechcą — mówił — a moją być musi!“
Podczaszyna zerwała się z krzesła z policzkami zaognionemi.
— Za pół świata bym mu jej nie dała! — krzyknęła głośno: pókim ja żywa, nie będzie jej miał!
Zaczęła żywo przechadzać się po pokoju.
— Jadwisia może i ma trochę słabości do niego... Jakby się dowiedziała, zobaczyła, trudnoby mi ją było utrzymać, bo to dziecko serce ma aż nadto miękkie... Ale w tem ja, że temu przeszkodzę... Baby licho nie wzięło! Zobaczymy...
Wtem odwróciła się do Godziemby, który milczał.
— Nie pytałżeś się go, gdzie był? co czynił? kędy te skarby pokradł lub zrabował?
— Kimżebym był, gdybym choć nie spróbował ciekawości swej nasycić! — mówił łowczy — ale tu — sęk. Ledwiem go zagadnął, twarz mu się jakby w marmur zmieniła, popatrzał na mnie, dał mi się wygadać... a potem rzecze: — „Mój panie łowczy, gdy mi nieprzyjaciel wieś spalił, matkę zamordował, do koszuli zniszczył, gdym sierotą pozostał na świecie, albo nikt lub mało kto mnie się pytał, co z sobą pocznę, wyjąwszy rotmistrza Niemiry, nikt mi ręki nie podał, ani się losem zatroszczył. Trzeba sobie było po świecie szukać sposobu do życia. Podczaszyna mi sama powiedziała, że gdybym pieniądze miał, i Jadwisię bym posiadł. Utkwiło mi to w głowie i w sercu. Poszedłem się tedy nieszczęśliwego złota dorabiać, i Pan Bóg, czy nie wiem jaka siła poszczęściła... ale w tem moja tajemnica. Nikt się dziś nie ma prawa pytać u mnie, skądem wziął, co mam. Jeśli to ciąży na sumieniu, to na mojem... Co komu do tego... Nie chcę powiedzieć i nie powiem.“
I śmiał się, nic więc od niego dowiedzieć się nie mogłem — rzekł Godziemba. I po Warszawie też, między ludźmi, nie doszedłem nic. Zgniewałem się na siebie, bo mi wstyd...
— Ale cóż prawią? co mówią? czego się domyślają? — spytała podczaszyna.
— Mało co prawią? ach! ach! nie do rzeczy! bałamuctwa! Jedni mówią, że u Kozaków był, drudzy, że u Turków, inni, że na Węgrzech... Plotą, bo nie wiedzą nic... I on to wie, a śmieje się...
— Milczże ty mi przed wojewodziną! — palec kładąc na ustach, ozwała się podczaszyna... I pociągnęła go do gości.
Pomiędzy wielbicielami młodej wdowy, na których jej nie zbywało, był podówczas kniaź Proński, ostatni pono tego imienia, albo może pod to imię stare podszywający się tylko, człek osobliwy, a niepospolity. W kraju go dawniej mało znano, gdyż, jak powiedział, młodo z niego wyjechawszy, a substancję swą na Śląsk przeniósłszy, cesarzowi służył i na jego dworze różne funkcje pełnił. Tam się tedy będąc zupełnie i ze stroju i z obyczaju wyzuł polskiego, a natomiast europejskiej nabrał politury, którą się wielce odznaczał. Człek był pięknej postaci, statysta, na senatora wyglądający, po niemiecku się nosił, z łańcuchem zawsze złotym na szyi, na którym był wizerunek nieboszczyka cesarza rzymskiego. Nie miał wielkiego dworu, ani sług licznych, lecz przedziwnym smakiem w ubraniu i pięknemi dworskiemi manierami serca niewiast brał i w dworskim świecie wysoko się umiał stawić. Tytuł nosił cesarskiego podkomorzego, a był też uczyniony z kniazia księciem Imperji, i choć obcych tytułów w Rzeczypospolitej nie uznawano, jako poddany cesarski, bo się był wyojczyźnił zupełnie, książęcego dostojeństwa używał. Brano go z powierzchowności za cudzoziemca nawet, po polsku łamaną mową jednak, przypomniawszy sobie młodość, trochę się mówić nauczył.
Podczaszynę i jej córkę poznawszy w Warszawie, choć człek niemłody, rozmiłował się we wdówce szalenie. Możeby ona, wstręt mając do podeptanych takich wielbicieli, nie zwróciwszy nań uwagi, odprawę mu dała krótką, lecz naówczas w mieście i na dworze, i u wielkich panów owego księcia Prońskiego mało nie na rękach noszono, tak wysoce go ludzie cenili. Najpiękniejsze kobiety ubiegały się o jego względy, słowom jego przysłuchiwano się, gdyż mówił wielu językami bardzo gładko i pięknie, a z rozumu słynął i polityki głębokiej.
Pochlebiało to wojewodzinie, iż mogła tak znakomitego męża uwikłać w sidła swoje, a zazdrość powszechną obudzić. Więc choć może i niebardzo się jej podobał, i niemogła go kochać wcale — bałamuciła chętnie. Dziwna rzecz, iż mąż poważny, statysta, którego rozum wszyscy wynosili, człek zresztą bardzo dumny i nierad się pospolitować, przylgnął całem sercem do wojewodziny.
Tajemnicy też z tego żadnej nie czynił, iż o rękę jej starać się był gotów. Pyszniła się tem podczaszyna, śmiała się i cieszyła wdówka, nie odprawiano owego księcia, podkomorzego cesarskiego, a no nie wiedziano dobrze, co z nim naprawdę czynić. Radaby była książęcemu tytułowi dla córki podczaszyna i wyprowadzeniu jej na dwór cesarski — ale się dowiedzieć nie było podobna, czy książę w istocie na Śląsku dobra miał i jaki to był majątek, i jak wiele go... Wahała się podczaszyna, śmiała po swojemu Jadwisia, a książę je zabawiał obie, bo miał dar opowiadania wielki i na pięknych słowach mu nie zbywało... Gdyby cokolwiek był młodszy i — prawdę rzekłszy — przystojniejszy, byłby pewnie wszystkich współzawodników prześcignął. Lecz młodym wcale nie był, miłym tylko, gdy go słuchano, zawiędłym, a chwilami, spojrzawszy mu w oczy, strach przejmował, takiego tam coś w nich lisowatego siedziało.
Z podczaszyną już był kilka razy do rozmowy przyszedł otwartej; zwodziła go, nie chcąc ani zrywać, ani kończyć... Kunktacją tą przeciągała konkury, aby się choć księciem pochlubić. Miała więcej na myśli młodego jakiegoś Chodkiewicza, który, choć naówczas nie miał jeszcze nic, spodziewał się wiele po matce... a właśnie matka szukała mu cale kogo innego, nie wdowy, i nie tak miernej fortuny. Patrzano tam na Radziwiłłów lub Lubomirskich... Matka była w wieku podeszłym, chorowita, a podczaszyna brała wszystko w rachunek i, kto wie, czy nie wyczekiwała usamowolnienia Chodkiewicza. Był i młody Pac także z nadziejami, a oprócz tego kilku pomniejszych nie do pogardzenia konkurentów... Nie potrzebowano dotąd śpieszyć się bardzo z wyborem, więc się to z dnia na dzień ciągnęło.
Po przybyciu Godziemby i przytoczonej rozmowie podczaszyna wieczór cały bardzo była zamyślona, a u wieczerzy ktoby był na nią zwrócił uwagę, dostrzegłby, że niespokojnym wzrokiem zdawała się biegać po swym dworze, jakby wszystkich z sobą porównywała. I zadumywała się, wsparłszy na łokciu tak, że ją Godziemba budzić parę razy musiał... stawiąc gałeczki do wyboru. W humorze była kwaśnym, jak rzadko i opryskliwym. Córka się na nią patrzała zdziwiona, zrozumieć nie mogąc przyczyny.
Gdy się nareszcie rozeszli goście, a wojewodzina do swoich pokojów, dobranoc dawszy, odchodziła, matka z nią też posunęła zadumana. Kazano przynieść włoskie konfekty, bo te obie lubiły, i sługi odprawiwszy, poufałą wszczęły rozmowę.
Była ona zawsze niemal jedna. Nie miała większej pociechy wojewodzina nad zbieranie, a nizanie wieczorem, gdyby paciorek na sznurek, triumfów swych dnia każdego. Śmiały się i cieszyły.
— Uważałaś, matuniu, — mówiła tego wieczora piękna Jadwiga — jak książę był pogrążony w myślach i wzdychający, a oka ze mnie na chwilę nie spuścił. Umyślniem udawała, że o nim zapominam i na niego nie patrzę, a wzdychał, aż się stolik trząsł... Albo Pac, uważała matunia Paca? ten aż uwiądł i pobladł... Co zagadam do niego, to się roześmieje... zadrży, przypadnie, i sam już nie wie, co począć z wielkiej szczęśliwości... Chodkiewicz mnie w drugiej izbie napadł samą; myślałam, że awanturę zrobi, bo na kolana padał i w rąbek sukni całował, żebym mu słowo dała...
— Cóżeś mu odpowiedziała?
— Żeby od matki pozwolenie miał! — odparła Jadwisia — a toby go wydziedziczyć mogła, bo wszystko w jej rękach...
— Bardzo dobrze... — potwierdziła podczaszyna.
— A inni, inni! A i ten nieoszacowany młody Pociej, który ufa w pokrewieństwo... i w czub nastrzępiony... Oczyma mnie gonił, żem się od śmiechu wstrzymać nie mogła...
Ossoliński już jutro jedzie, — dodała — powiedział mi bez ogródki: „Gdybym tu dłużej pobył, głowębym dla pani mej stracił zupełnie... i wyśmianym został... Nie jem, nie śpię i szaleję...“
— Jużby też, Jadwisiu kochana, trzeba z tem raz skończyć — odezwała się poważnie podczaszyna. — Nie napędzałam cię do ołtarza, bo nie było pilno po pierwszym zaraz drugiej szukać niewoli... a terazby już skończyć.
Jadwisia popatrzyła zdziwiona i ruszyła ramionami.
— Któż ci się z nich podoba najlepiej? — zapytała matka.
— Czasem jeden, czasem drugi — obojętnie odezwała się Jadwisia — przyznam się matuni, że żaden z nich mi do serca nie przypada, ale to już pono inaczej nie będzie... Taką mam naturę, że mnie każdy bawi, póki nowy, i póki się nie kocha, a jak się rozmiłuje, to mi już wszystko jedno...
— A książę Proński? — spytała matka.
— Książę Proński? — powtórzyła razy parę — stary, matuniu... Stary, smutny czegoś... zaschły... albo ja wiem!
— Bardzo stateczny i szanowny człowiek i pono z nich wszystkich najlepszą ma pozycję w świecie... Zawsze księżną być to coś znaczy...
— I na dwór cesarski się dostać! — mówiła Jadwiga. — Dwór cesarski musi być bardzo piękny i wspaniały...
— O! pewnie... obok francuskiego dworu toż pierwszy na świecie...
Jadwisia się zamyśliła głęboko...
— On musi mieć z pięćdziesiąt lat — szepnęła ponuro.
— A gdyby je i miał, — rzekła podczaszyna — na mężczyznę jeszcze niestary! prezentuje się bardzo pięknie... wygląda lepiej, niż młodych wielu...
— A zakochany! zakochany! — śmiejąc się, mówiła córka — a! żeby mama wiedziała!
— Wiem to i widzę doskonale... — odparła podczaszyna.
— Cóżby mi mama radziła?... — poczęła z rezygnacją Jadwisia, składając ręce na piersiach.
— Powiem ci szczerze... — rzekła matka — ma lat dwa razy tyle co ty! Cóż to złego? prędzej możesz być wolną! Zobaczysz świat, dwór, ludzi... a przecież ci coś zapisać musi? Inaczejbym cię nie wydała... Chodkiewicz musi czekać na matkę, Pac na braci... reszta to szlachta, albo imiona bez pieniędzy! Co tobie, co nam po tem!
— Więc będę księżną! — odezwała się z lekkiem westchnieniem Jadwisia. — Ja myślę, moja matuniu, że i na dworze cesarskim niebardzo źle będę wyglądała... w sukni dworskiej i fryzurze! Włożę wszystkie moje diamenty po wojewodzie, nawet sznur wezmę do sukni. Ubiorę się cała czarno z koronkami... Matusia powiada, że mi tak najlepiej do twarzy... Drzwi się otwierają... Marszałek oznajmuje... Jaśnie oświecona księżna Prońska, podkomorzyna cesarska!! Wchodzę... Przed cesarzem wszak trzeba przyklęknąć? prawda?
— A! dziecko ty moje! — rozśmiała się mimowoli podczaszyna — już ci się śni dwór...
— Pewnie! takem go ciekawa!
Uderzyła się w rączki białe.
— Nic się nie zlęknę... i samego cesarza rzymskiego oczaruję... Choćby był stary, choćby był jaki... to go muszę zbałamucić! Cha! cha!...
— Więc z ks. Prońskim mówić mogę? zapytała podczaszyna.
— Ja się spuszczam na matunię — mówiła Jadwiga — niech matunia mówi... Stary jest, to prawda... ale... i ja już się starzeję! — dodała, wzdychając — dwudziesty i szósty rok! Za lat cztery trzydzieści lat. To okropna rzecz!
— Masz jeszcze wiele przed sobą! — przerwała matka.
— A! to prawda! Proński ma pewnie lat pięćdziesiąt i umrze, a ja jeszcze mogę pójść za jakiego króla i być — królową!
— A! dziecko! — całując ją w głowę, zawołała matka — w tej chwili nie wyglądasz na lat dwadzieścia kilka, zdajesz się ich mieć czternaście!...
Co też ci się śni!...
Nazajutrz z rana podczaszyna, kując żelazo, dopóki gorące, naprowadziła Prońskiego na nowe oświadczenie się jej dla córki.
— Mój książę, — odezwała się poważnie — nie ukrywam tego przed nim, iż zaszczyconemi czujemy się wielce tym afektem, który nam okazywać raczysz. Miałam zręczność wybadać Jadwisię, nie jest ona od tego — ja także — lecz położenie nasze zmusza do pewnych warunków. Jadwiga była dosyć nieszczęśliwa w pierwszem małżeństwie... majątek znaczny, który jej mąż zostawił, wydarła potem rodzina... Z siebie niewiele mamy. Muszę czuwać nad jej przyszłością. Onaby o sobie nie pomyślała sama... Co jej książę możesz zapewnić?
Podkomorzy się zamyślił głęboko.
— Pani podczaszyna pozwoli mi być zupełnie szczerym. Moje dobra śląskie całe dożywociem oddaję.
— Mógłbyś książę je zapisać, — rzekła — nie masz bliskiej familji. Jeżeli Pan Bóg pobłogosławi potomstwem, toż weźmie ono po niej, co do niej należeć będzie... jeżeli nie... wszakbyś książę sam wolał, aby ona odziedziczyła, niż kto inny...
Zimny ten targ nieprzyjemne zdawał się czynić na Prońskim wrażenie.
— Jako matka, strzegę interesów dziecięcia — dodała, postrzegając chmurkę na jego twarzy, podczaszyna. — Ona o tem nic nie wie... to dziecko!... Nie wspominaj jej książę o naszej rozmowie...
W czas się zastrzegła podczaszyna, gdyż właśnie nadeszła Jadwiga, tak piękna, tak urocza, takim blaskiem oblana, że widok jej na Prońskim, ostygłym nieco, uczynił wrażenie, które rozmowę zatarło.
Wojewodzina, posłuszna matce, przyszła uśmiechnięta, dziecięco roztrzepana, wabiąca i nęcąca starego dyplomatę cesarskiego dworu... Instynktowo wiedziała, że powinna była oczyma i uśmiechem dobić targu. Kazała sobie podać rękę i wywiodła go do ogrodu.
To szczęście pierwszy raz spotkało podkomorzego. Mimo wytrawności, wieku i doświadczenia, stracił głowę zupełnie. Nie mając o czem z nim mówić, Jadwisia naprowadziła rozmowę na swoich wielbicieli, których bardzo trafnie wyśmiewać umiała.
— Pani, — rzekł podkomorzy — lękam się mocno, by i mnie ich los nie spotkał.
— A! nie! Książę daleko lepiej od nich wyglądasz, — rzekła naiwnie — ja księcia nad ich wszystkich wolę.
— A gdybym panią wziął za słowo? — odezwał się drżącym głosem Proński — i ośmielił się...
Jadwisia, tłumiąc uśmiech, spojrzała mu w oczy.
— Jeśli mnie książę bardzo kochać przyrzekniesz, ale bardzo! i być mi posłusznym, i spełniać moją wolę, i być dla mnie dobrym... no... to pójdę za księcia...
Proński rzucił się na kolana. Jadwisia odskoczyła.
— Czyż to być może? Byłżebym ja tak szczęśliwy!?...
Reszta rozmowy odbyła się w ogrodzie pocichu. Jadwisia zaraz o dwór cesarski rozpytywać go zaczęła.
Poszła więc sprawa tak dalece po myśli podczaszyny, że tegoż dnia przy wieczerzy Godziemba, który podchwycił tajemnicę, wypił za zdrowie zaręczonych, bogdana i bogdanki, księcia podkomorzego i wojewodziny.
Można sobie wystawić, jak piorunujące wrażenie wywarła ta niespodziana nowina na wszystkich wielbicielach i zakochanych, których czarną polewką nie poczęstowano, ale, jak mówił Chodkiewicz, czarną zdradą! Pocóż było uwodzić, dawać nadzieje, trzymać ich na uwięzi?
Oburzenie było tak wielkie, że zaczęto się pośpiesznie rozjeżdżać, tak że ledwie dwóch, czy trzech młodszych i mocniej rozkochanych, już dlatego tylko, by w te wężowe, bazyliszkowe oczy, co ich wiązały, patrzeć a patrzeć, zostało, na płacz i zgrzytanie zębów.
Kniaź Proński był szczęśliwy i na chwilę nie odstępował narzeczonej, która go męczyła zapytaniami o suknie, stroje i ceremonjał dworu. Ile razy on zaczynał o miłości swej, ona zagadywała czem innem... Zamieniono pierścionki nazajutrz, już przy małej liczbie świadków, do których należał Godziemba.
Królowo moja, — rzekł, wzdychając do podczaszyny — do siwego włosa ściągnęłaś szczęście moje. Kiedyż my zamienimy obrączki?
Uderzyła go po ramieniu podczaszyna.
— Nie bałamuciłbyś, — rzekła — z tego nic być nie może, chyba pojedziesz, jak Pełka, okraść gdzie jakiego Mogoła.
Godziemba nie nastawał już, złożył ręce, poddając się przeznaczeniu.
Wesele wojewodziny miano odroczyć, bo matka miała jeszcze jakieś formalności do dopełnienia, to jest wymagała czegoś od córki dla siebie, a wytargowanie wymagało czasu, ażeby przyszło niby nie wywoływane i nie żądane.
Zrazu książę tak był szczęśliwy, iż się na to zgadzał, bo godził się wogóle na wszystko, czego po nim wymagano; po kilku jednak dniach zaczęło mu być coraz pilniej tę śliczną laleczkę nazwać swą żoną.
Pokazało się, że musiał bardzo rychło powracać na dwór cesarski, dokąd go powoływano dla spraw wielkiej wagi; począł więc przebąkiwać o konieczności przyśpieszenia ślubu, przeciwko czemu nic nie miała wojewodzina, chcąc co najrychlej przedstawić się na cesarskim dworze. Matka różne błahe powody zwłoki przytaczała, wogóle wszakże obronić się ani mogła, ani miała prawa, wojewodzina rozporządzała sobą, napomknął jej o tem książę Proński, gdy mu się wolą matki składała...
Miał tylko po kolebki i konie wyjechać do Warszawy, powrócić z indultem i zabierać żonę do Wiednia.
Wiedeń cesarski, świetne otoczenie dworu, zabawy, wszystko to wabiło tak bardzo Jadwigę, iż niecierpliwsza może była od zakochanego podkomorzego. Szepnęła mu więc, aby po kolebki, konie i indulty jechał zaraz, a jak najrychlej powracał i wypędziła go z Horbowa w dni kilka. Tego czasu zamierzała użyć podczaszyna, aby wzamian za wytargowany dar dóbr śląskich od księcia sobie od niej wyżebrać choćby jedną folwarczynę.
Zostały same z panem łowczym Godziembą i dwoma utrapionymi młodzikami, którzy już, bez nadziei wzdychając, dosiadywali w Horbowie i dawali drwić z siebie, byle ich nie wypędzano.
Podczaszyna w dosyć dobrem usposobieniu, wesoło podżartowywała z wiecznie zakochanego Godziemby, strzelistemi ją prześladującego afekty. Jadwiga trzymała przed sobą obu wiernych, pozostałych jej adoratorów bez nadziei, szydząc z nich potrosze i bawiąc się nimi, a płacąc im zalotnem wejrzeniem, gdy poza bramą murowaną na gościńcu spostrzeżono poczet jeźdźców okazały, który wszystkich zwrócił uwagę.
Kierował się on widocznie wprost do dworu w Horbowie, ale skąd i kto mógł być, nie umiano odgadnąć. Zdala wyglądało to nader świetnie i wystawnie.
Przodem mężczyzna pięknej postaci, na białym koniu, z sutym rzędem, na głowie konia z piór ponsowych kita, dywdyk na nim od złota. Kawaler w żupanie atłasowym, białym ze złotem, kontusz ponsowy, pas z szala wschodniego, szabla krzywa u boku na rapciach, sadzonych kamieniami. Twarz młoda, ogorzała, ale pięknych rysów, wąs do góry podkręcony, oko ognia pełne. Siedział na rumaku, jakby odniechcenia, jedną ręką w bok się ująwszy, drugą, wiodąc go tak lekko, jakby nie potrzebował nim kierować. Za nim kilkunastu dworzan pod wodzą starszego, wszyscy w jednej barwie białej z ponsowem, rzędy jednakie, uzbrojenie dobrane. Dwa psy tarantowate biegły u boku.
— Jak mi Bóg miły! — wykrzyknął nagle Godziemba — to Pełka.
Podczaszyna zdawna się go domyślała, twarz jej oblała się purpurą, nie chciała tylko tego nienawistnego wymówić imienia, którego wspomnienie na twarzy Jadwisi odbiło się ogniem i błyskawicą. Wstała, ręce załamawszy, poruszona cała, oczy wlepiając w jednego, który w tej chwili od bramy puścił się cwałem i konia w ganku osadził wrytym, gdy dwór się nieco opodal zatrzymał. Był to w istocie pan Medard Pełka, tego ranka do Gołczwi przybyły i śpieszący czołem uderzyć przed wojewodziną. Siedząc na siodle, podniósł kołpaczek z kitą nad głowę.
— Czołem pani podczaszynie! czołem wojewodzinie — zawołał głosem donośnym. — Oto wracam w domowe progi, a pierwszy krok mój tu, skąd nigdy myślą nie odchodziłem...
Spojrzał na zarumienioną Jadwigę.
— Pani, — dodał — tu, na tem miejscu raczyłaś mnie pobłogosławić na ciężką wędrówkę żywota, odbierz tu dzięki moje, bo dzięki błogosławieństwu twemu powracam, z tysiąca niebezpieczeństw uszedłszy cało... z sercem pełnem tego samego uczucia, które mnie tu niegdyś po raz pierwszy przywiodło.
Jadwiga, na którą się zapatrzył, oczy miała prawie łzawe, pierwszy raz może w życiu poczuła jakieś drganie serca.
Podczaszyna, którą pozdrowiwszy tylko, zaniedbał Pełka, burzyła się widocznie gniewem, usta jej drgały, już zbierając się na odpowiedź.
Tu, zawsze jeszcze na koniu siedząc, Pełka zwrócił się do matki.
— Pani podczaszyno dobrodziejko, — rzekł, spoglądając na nią śmiało — i pani ode mnie należy się wdzięczność: pani mnie nauczyłaś pierwsza, co w życiu i świecie popłaca... jej radom byłem posłuszny... i oto z owocem nauki wracam...
Gospodyni sama nie wiedziała dobrze, co pocznie, czuła tylko wzbierający w sobie gniew, nie wiedząc jaki dać obrót wybuchowi jego, bo rzeczywiście gniewać się o co nie miała. Wszystkie jej szyki przybycie to pokrzyżowało! Wprawdzie Jadwiga była zaręczona, lecz znała ją matka zbyt dobrze, by się mogła tem uspokoić... Płoche dziecię tak łatwo było wziąć na błyskotki!
— Wcale z waszmości niespodziewany gość, panie Medardzie, — odezwała się głosem poruszonym — jakbyś waćpan z podziemi powrócił, bo przyznam się, że myśmy go tu dawno pogrzebali i opłakali.
— To właśnie najlepszy „omen“, — rzekł, śmiejąc się Pełka — kogo żywego grzebią, ten ma długie żyć lata! Dziękuję za miłą obietnicę...
Podczaszyna ruszyła ramionami.
— Jużciż waszmość, na koniu siedząc, tak konwersować z nami nie myślisz. Kiedyś nas zaszczycił odwiedzinami swemi, zsiadać proszę.
Jadwisia dawno mu to już oczkami powiedziała. Niezmiernie była ciekawa metamorfozy starej gąsienicy na złotego motyla.
Dwóch chłopaków jednakowo oszamerowanych, jadących ztyłu na małych konikach, podbiegło panu jeden konia odebrać, drugi u strzemienia stanąć. Pełka zeskoczył raźno i kołpaczek z głowy zdjąwszy, kroczył na ganek. Zaraz też cały dwór z koni zsiadł, i ująwszy je, ustawił się porządnie w szyk. Psy się przed końmi pokładły.
Jadwisia nie mogła oczu odwrócić od pięknego, acz mocno zmienionego Pełki. Młodość jeszcze świeciła na jego ogorzałem obliczu, ale znać było znużenie, walki, smutki i zmarszczki wybite troskami i niebezpieczeństwy. Parę blizn bielszych świeciło na skroni i policzkach. Przybyło mu niezmiernej jakiejś powagi i pewności siebie. Podczaszyna, która była rada upatrzyć coś niedorzecznego, złego, śmiesznego bodaj w panu i otoczeniu, próżno szukała. Bolało ją to jeszcze bardziej.
Wszedłszy na ganek, submitował się raz jeszcze pani domu i wojewodzinie, przywitał z Godziembą i zabrał wskazane mu miejsce przy gospodyni.
— Sądziłem, — odezwał się — że tu przyjadę nieoznajmiony, istotnie jak upiór z grobu, lecz widzę po panu łowczym, że mnie tu musiał oznajmić. Chybiłem więc z występem moim.
Jadwiga z wyrzutem spojrzała na Godziembę.
— Łowczy nam nic nie mówił! — zawołała.
— Przepraszam, — wtrąciła matka — wspomniał o tem, tylkoś zajęta twym księciem nie uważała...
Wyrazy twym księciem odbiły się w sercu Pełki, który poruszył się, jak przestraszony i spojrzał na zakłopotaną Jadwigę.
— Cóż to za książę? jeśli wolno zapytać? — odezwał się, zwrócony do wojewodziny.
Matka, nie dając jej odpowiedzieć, podchwyciła:
— Książę Proński, podkomorzy cesarski, — rzekła — narzeczony córki mojej.
Pełka pobladł, ręką powiódł po czole, po oczach, zmarszczył się, ale usta mu się skrzywiły sarkastycznym uśmiechem.
— Proński... podkomorzy cesarski, — odezwał się, jakby przypominając sobie — dojrzały człek, statysta wielki... — Pewnie ten, co ma dobra i zamki na Śląsku?
— A tak! — przerwała śpiesznie podczaszyna.
— Wiem już! wiem! — odrzekł, śmiejąc się, Pełka. — Zamki dwa, w obu szczury mieszkają i nietoperze, a dobra w takich piaskach, że ich stanie do końca świata na zasypanie wszystkich niepoczciwości, które Niemcy napiszą. O! pyszne dobra i wielki pan! — mówił zwolna. — Jest czego powinszować, bo i człowiek co się zowie i dobra godne pana.
Jadwiga zbladła, podczaszyna była czerwona z oburzenia.
— Od waćpana mu się trudno pochwał spodziewać, — odezwała się — niebardzo też to weźmiemy do serca... Waszmośćbyś rad nam go zbrzydził, wiemy czemu. Kiwnęła głową i dodała cicho: — Nic z tego nie będzie.
Pełka, jakby nie dosłyszawszy, mówił dalej:
— Człowiek na dworze cesarskim wysoko położony... Za cesarzową jejmością czasem wachlarz nosi, a za cesarzem imością laskę i rękawiczki... Nie wstyd to być lokajem u takiego władcy świata, rzymskich cezarów spadkobiercy...
— Jakto lokajem? — przerwała oburzona Jadwiga — jest przecie podkomorzym!
— A no... tak się to tam zowie, nie przeczę, — mówił Pełka — lecz jeśli sobie wyobrażacie, wojewodzino dobrodziejko, iż to tam podkomorstwo, jak u nas koronne, jedyne, mylicie się. Cesarz jegomość ma ich tam z tuzin, a służby się mieniają, bo ją ciężką mają.
Tu nieco zamilkł.
— Co się stało wszelako, pewnie odstać się nie może — dodał z goryczą. — Gdy mi Prowidencja kazała przybyć w tak szczęśliwą godzinę do tego domu, niechże mi wolno będzie złożyć życzenia i powinszowania. Na dowód, żem dawnym dla domu tego sentymentom i respektom wierny powrócił, — mówił ciągle z coraz lepiej udawanym spokojem — niechaj mi wolno będzie złożyć nietylko słowo „ex intimo corde“ płynące, ale z moich podróży i włóczęgi po świecie małe przywiezione podarunki.
Zwrócił się ku podczaszynie z półuśmiechem na ustach, ale z respektem wielkim w pokłonie i dobył z za kontusza sepecik maluczki ze skóry jakiejś zamorskiej, dziwnie pięknej, bo wyglądała tak, jakby ją kto perełkami osypał, a była twarda i lśniąca... Ten zręcznie otwarłszy, ukazał piękniejszy jeszcze wewnątrz na aksamicie zielonym leżący krzyżyk z diamentów, w którego środku świecił ogromny opal, co go kociem okiem zwano, mieniący się, jakgdyby na ludzi patrzał i mrugał.
Na dłoni podał go podczaszynie.
— Racz waćpani dobrodziejka przyjąć ten maluczki dar od sługi swojego. Mały on i lichy jest, ale krzyż Pański i Chrystusa ojca miłosierdzia przypomina... Komuż to godło słuszniej należy, jeśli nie pani, która jesteś tak dobrą, łaskawą, przebaczającą, miłości pełną, a szczególniej mnie z łask swych pamiętną?
Wyglądało to na diamentowe drwiny z podczaszyny, która do dobroci nawet najmniejszej nigdy nie rościła pretensji. To też choć ją diament i opal nęciły, ręką odtrąciła sepecik i rzekła nadąsana:
— Dziękuję waszmości, panie Pełka, za dobrą intencję, a no daru przyjąć nie mogę. Nigdym dla waszmości dobrą nie była... jako żywo! do tego się nie przyznaję. Ja mam dosyta klejnotów, a waszmości się to na nowe gospodarstwo przyda.
Pełka skłonił się, i sepecik dlatego na stole postawił. Obrócił się potem nieporuszony do wojewodziny.
— Pani będziesz na mnie łaskawszą, — rzekł, dobywając z pod serca drugie, kamieniami pięknie sadzone pudełeczko złote, a z niem razem wypłowiałą kokardę niebieską, na której widok Jadwisia się zapłoniła. On, milcząc, nazad ją na sercu położył. Za pociśnięciem otwarło się owo misterne pudełko i w niem na aksamicie ponsowym ukazała się leżąca balsamka złota, u której końca wisiała jak gruszka wielka perła przecudnej wody.
— Wojewodzino! pani a królowo moja! — zawołał, chyląc kolana przed nią... obdarzyłaś mnie niegdyś droższym mi nad wszystkie skarby świata klejnotem, przyjmże sercem dawnem ode mnie mały upominek ten... Balsam, zamknięty w tej puszce, droższy jest od niej samej. Rośliny, z których oddechu został zdobyty, kwitły na dalekim Wschodzie, na granicy raju ziemskiego, i z niego może ciągnąc soki, nabrały tej przedziwnej własności, iż gdy serce ludzkie strapienie uciska, gdy smutek duszę dręczy, dosyć jest otworzyć balsamkę i wciągnąć jej ducha w siebie, aby o wszelkiem utrapieniu zapomnieć. Perła, która jak łza zawisła na niej, niech pani przypomni starego młodości przyjaciela, którego żywotowi na łzach też nie zbywało.
W czasie, gdy tę orację mówił Pełka, oczy Jadwisi biegały to na niego, to na balsamkę kosztowną, którą u nóg jej składał. Wyciągnęła rączkę białą i paluszkami niecierpliwemi chwyciła dar, dygając z uśmiechem. W tejże chwili otworzyła balsamkę i nim podczaszyna czas miała jej wzbronić niebezpiecznej próby, w której posądzała czary, pociągnęła upajającej woni.
Woń ta rozeszła się, jakby świeżo rozkwitłych róż po całym ganku... Czuć w niej było wiosnę... róże i coś jakby szafran, który koi bóle i nieznane jakieś kwiatów wyziewy...
— Na miłość Boga! Jadwigo! — zawołała podczaszyna — to może być czar, lub gorzej!...
Balsamka już była zamknięta... wesołe oczy Jadwigi świadczyły, że jej nie struło odetchnienie tą wonią i pośpiesznie skryła, jeszcze raz główkę skłoniwszy Pełce... pudełeczko do kieszeni.
— Wdzięczna jestem panu za pamięć, — rzekła cicho — zachowam dar... i choć matunia się go lęka... ja wam wierzę...
Podała mu rękę, którą Pełka z zachwytem ucałował.
Na twarzy matki zniecierpliwienie, gniew, zajadłość niemal znać było... Wnoszono właśnie wieczerzę, odwróciła się ku niemu z szyderskim półuśmiechem.
— Jakże tu tak wielkiemu panu, co diamenty garściami sypie, — rzekła — podać nasze ubogie potrawy? Waćpan ich jeść nie zechcesz, do pulpetów nawykłszy?
— Więcej do razowego chleba, mościa podczaszyno dobrodziejko — siadając, rzekł niezmieszany Pełka i odwrócił się ku wojewodzinie, która widocznie milej coraz spoglądała ku niemu.
Zawiązaniu rozmowy, któraby ich zbliżyć mogła, mocno się postanowiła opierać i przeszkadzać matka. Nim potrafił usta otworzyć, mrugnęła na Godziembę, a sama sądząc, że go zakłopocze, wnet poczęła:
— Radzibyśmy też wiedzieli, skąd do nas z temi skarbami przybywasz?...
Pełka uśmiechał się.
— To jest właśnie „arcanum“, tajemnica, której nie wyjawiam nikomu. Pytał mnie o to król jegomość sam i tom mu odpowiedział, co podczaszynie — po ziemim się włóczył, a do domu tęsknił.
— Więc poza domem... na obczyźnie...
— Już jak nie w Lubelskiem, to poza domem, — mówił Pełka — a gdziem siedział, wędrował, bił się i zdobywał, to między mną i Bogiem...
— Ostrożnym być potrzeba, — odezwała się podczaszyna z przekąsem — boć co dobrego a chwalebnego to się nie tai...
— Ani też przystało własną chwałę głosić, bo „propria laus sordet“ — odparł Pełka.
— Niema o czem mówić, — zamknął — daleko ciekawszy ja jestem, co się tu w kraju naszym działo, jak się żyło paniom obu... jak się zmarło wojewodzie...
Jadwiga oczy spuściła.
— I o tem też mówić niema powodu — rzekła podczaszyna. — Co Bóg dał, to się przeżyło... a co dalej? on wie jeden...
— Daj Boże jak najlepiej! — westchnął Pełka — ależ to losy moje dziwne! Zawsze przybywać za późno, jeśli nie na wesele, to na zaręczyny... Ha! — dodał z udaną wesołością — my coś oba, panie łowczy, losy tu mamy podobne... Waszmości się posiwiało, jam poczerniał, a dalej też zbieleję, czekając...
— Na co? — spytała żywo podczaszyna.
Pełka udał, że nic nie zrozumiał, spojrzał na Jadwigę...
— Będę czekał! — szepnął cicho.
Pochylił się nieco ku niej:
— Wszakże przysiągłem tu, odbierając tę wstęgę... (ukazał nieco, wyjmując ją) a com poprzysiągł, dotrzymam.
Podczaszyna, siedząca dalej nieco, nie mogła tych wyrazów dosłyszeć, mocno ją to zniecierpliwiło. Groźno popatrzyła na Jadwigę, którą nawykła była prowadzić jak chciała. Lecz tym razem wojewodzina zręcznie uniknęła wzroku, a w odpowiedzi Pełce rzekła:
— Jabym pana uwolniła od przysięgi!
— Ani żądam, ani przyjmuję, — pochwycił Pełka — owszem wiernym jej chcę zostać... dobrze mi z nią, a cierpliwości dano mi więcej, niż pospolitym ludziom. Starczy jej na długo...
Godziemba, któremu ciągle nakazywała gospodyni, aby się w rozmowę mieszał, odezwał się głośno:
— Miły panie Medardzie — cóż to księciu bogdankę chcesz bałamucić! Ot, lepiej zwróć się ku nam, a uczyń ciekawości słusznej zadość... Widzimy, że koło waszmości dostatnio... przyznajże się, na długo to tego stanie?
Pełka wąsem ruszył z gniewu.
— Przybyłem tu nie bez interesu — rzekł zwolna. — Moich poczciwych Laskowskich spłaciłem w Gołczwi... ale mi w niej ciasno trochę... Pani podczaszyna ma inne dobra i w Horbowie pewnie rezydować nie myśli... Nabywam Prosiniec od Żołudków, targuję folwarków dwa u Laskowskich, kupiłbym i Horbów, gdyby mi go podczaszyna sprzedała... Płacę na stół gotówką... Oto waćpan masz moją odpowiedź — dodał zwolna — a jeśli w okolicy dobra wiesz na sprzedaż, któreby się z temi stykały... daj mi je — kupię...
Godziemba w język się zakąsił.
— Wiele podczaszyna Horbów ceni? — zapytał Pełka...
— Drogo dla waćpana, — rzekła z gniewem gospodyni — a no i sprzedawać nie myślę.
— Jeśli niema intencji, trudno zmuszać, — ozwał się Pełka — bo gdyby o cenę szło... moglibyśmy się porozumieć...
Po tem oświadczeniu zamilkli wszyscy.
Podczaszyna się zadumała... Jedyną jej pociechą było myśleć, że Pełka kłamie i chełpi się napróżno. Wszystko, co go otaczało, zdawało się świadczyć o prawdzie tych słów... Gniewała się więc bardziej jeszcze, na co Pełka nie zdawał się zważać.
Wieczerza ciągnęła się na zrywanej rozmowie, w której Jadwiga półsłowami tylko cichemi, do Pełki skierowanemi, mały udział brała; pierwszy raz oddawna podczaszyna postrzegła, że córka nietylko jej uczuć nie podziela, ale zdawała się zniecierpliwiona i nierada temu, co matka mówiła...
Gdy od stołu wstali, mimo całych zabiegów podczaszyny, Pełka się zbliżył do Jadwigi i odszedł z nią, rozmawiając, w drugi koniec ganku. Cicho coś mówili z sobą.
Mrok padał i noc się zbliżała...
Pełka czuł się tu gościem niemiłym, chwycił więc za kołpak i dał znak ludziom z końmi stojącym...
W chwili znalazł się gotowy kaganiec i dwóch ludzi, zapaliwszy gałki smolne, stanęło poprzedzać orszak, a Pełka począł się żegnać... Jadwiga wyciągnęła mu rękę do pocałowania... skłonił się zdala podczaszynie, uścisnął Godziembę, coś mu szepnąwszy, i skoczywszy na koń, nie dotykając prawie strzemienia — puścił się z całym pocztem do Gołczwi.
— Szatan go tu chyba przyniósł! — szepnęła w duchu podczaszyna...
Gdy trzeciego dnia potem Medard z innym, a jeszcze piękniejszym pocztem odmiennie przybranych dworzan przybył z wizytą do podczaszyny, znalazł główną bramę zamkniętą, a po długiem stukaniu do niej, z jednego okna w piąterku łysa głowa wysunęła się, ziewając, i stróż wierny zamczyska na zapytanie oświadczył, że tegoż dnia rano pani podczaszyna z wojewodziną i księciem Prońskim bardzo pilno wyjechały, snadź na dłuższy czas, z domu.
Poczem zamknęło się okno i brama stała milcząca. Tą odpowiedzią lakoniczną nie chciał się natarczywy Pełka zadowolić i bił dopóty czekanami do wrót, aż furtka się otworzyła nakoniec i wyszedł burgrabia. Była to figura znana zdawna Medardowi, człek kwaśny i zły, lecz dający się ująć datkiem. Wciśnięto mu więc coś w rękę, aby przynajmniej raczył objaśnić, dokąd i w jaką drogę wyruszyły jejmoście.
— Zakazano panie pod cherimem — rzekł cicho — nikomu o wyjeździe nie mówić nic. Domyślam się, że podczaszyna nasza obawia się od jaśnie pana pogoni... Zakazano pisnąć, zakazano się wdawać w rozmowę, inaczej fora ze dwora!
— No, to w Gołczwi dla ciebie dwór otwarty!
Burgrabia westchnął.
— A! co to panie Gołczwia, a choćby i raj, kiedy człowiek do miejsca przyrasta... Ale mnie, na rany Chrystusowe, nie wydawajcie na zemstę podczaszyny... albo żeby się ludzie nie wygadali, żeśmy z sobą na szeptach byli...
— Z moich ludzi nikt ust nie otworzy — rzekł Pełka. — Dokąd pojechali?
— Albo, z pozwoleniem, ta stara sekutnica, choćby ona i moją panią była — rzekł burgrabia, ramionami ściskając — albo ona kiedy komu prawdę powie? Już to się domyślać łatwo, że córkę wydawać! Dokąd? gdzie o indult najłatwiej — a gdzież najłatwiej, jeśli nie w Warszawie? To jasna rzecz... Lecz że nikomu nie powiedziała, dokąd jedzie, to też pewna... ani mnie.
— Jakże się wybrały? — spytał Medard.
— O! ani na dzień, ani na dwa, panna Brzeska mi rozpowiadała, że co było najlepszego, to pozabierały, a wojewodzina ze swoich rzeczy nic prawie nie zostawiła, tylko kufer starzyzny...
— Kiedyż Proński przyjechał? — badał Medard niecierpliwie.
— Wczoraj w południe — mówił burgrabia, wciąż oglądając się ze strachem — a jak tylko przybył, wzięła go podczaszyna do siebie na rozmowę... potem biegała do córki i do wieczora tak pracowała, tak się kręciła, tak zabiegała, że na rano konie zadysponowano w nocy już... Wojewodzina płakała — a co z tą naszą panią poradzić, gdy się uprze! Z nią nikt nie potrafi nic — to darmo...
Medard się zamyślił smutnie...
Znowu więc przybywał za późno... Nagle podniósł głowę.
— Mosanie Krępa, — rzekł do burgrabiego — jeśli, czego się nie spodziewam, bieda jaka waszmości urosła z tego, żeś mówił ze mną, słowo moje trzymam. Gołczwia otwarta — dworek się znajdzie... Bywaj zdrów.
W mgnieniu oka siadł na konia i już tumanem kurzu pędził znowu ku laskowi, który od Gołczwi oddzielał.
Stare domostwo, wyporządzone już przez Laskowskich, teraz za przybyciem dziedzica i rozgospodarowaniem się jego cale inaczej wyglądało. Laskowscy oboje ustąpili mu chętnie za słusznym obrachunkiem nakładów... Dwór starego szlachcica, ba! i pański w Polsce, zawsze miał trochę natury namiotu obozowego.
Ściany, dach, skorupa zlepiona była ladajako, byle się to trzymało, nigdy jednak z powierzchowności opuszczonej i niepoczesnej sądzić nie godziło się o wnętrzu. Gdy się szlachcic rozpakował i rozgościł, porozwieszał, poprzybijał, gołe ściany i smutne izby cale inaczej wyglądały. To też przybycie wozów tajemniczych Medarda natychmiast nową postać nadało dworkowi szlacheckiemu. Stało w nich sprzętu na ubranie daleko obszerniejszego domu. Poczęła liczna służba uwijać się, wedle rozkazów pana, około przybrania izb i stały się okazałemi komnatami. Podłogi ponakrywano kobiercami, stoły oponami, ściany makatami; gdzie tylko miejsce się znalazło, tam rozrzucano naczynia: puhary, zegary, roztruchany, kufle, dzbany, konwie srebrne, oręż wspaniały i osobliwy... Przybrało się to do niepoznania — po pańsku, a Pełka wnet po rzemieślników posłał, bo mu tego wszystkiego było mało, chciał dom przerabiać... chciał kamieniem wykładać ganki... i słupy do galerji kuć w Chęcińskich górach... a ogrody zakładać i sadzawki kopać...
— Gołczwia mi się tu musi odmienić! — mówił do siostry i szwagra — że jej nie poznacie, zrobię z niej cacko!
Wszystkie jednakże te plany rozbiły się bardzo prędko, gdy z Horbowa powrócił, dowiedziawszy się, że wojewodzinę Proński zaswatał. Właśnie był Laskowski do niego przyjechał, gdy wysiadał po odwiedzinach u podczaszyny. Weszli razem do izby... Medard padł na ławę jako pobity i zwyciężony.
— Wystawże sobie, panie szwagrze, — odezwał się — już ta baba przez Godziembę o moim powrocie zawiadomiona, tak poprowadziła sprawę, żebym córkę zaręczoną zastał. A przyjęła mnie jak psa... tylko żem na to nie baczył!
— Ale — dodał — rozpoczęła ona — nieskończona to jeszcze rzecz... zobaczymy, kto wygra. Wojewodzina jest panią swej woli, serca ma dla mnie dosyć, wyrwę ją z tej opieki matczynej, nim znowu staremu sprzedana zostanie.
Nie wypadało natychmiast jechać nazajutrz, a nie spodziewał się Medard, by mu tak uciekły prędko. Tymczasem... podczaszyna go ubiegła!
Popędził więc do Gołczwi, nie dając za wygraną, żeby się zaraz w podróż gotować i w tropy lecieć... Gotowało się w nim od gniewu i zapalczywości wielkiej.
Ledwie w ganku przywołał marszałka i nakazał do podróży się gotować.
— Pilna sprawa, — rzekł — dziś jeszcze wieczorem wyruszę. Konie, troki, wozów dwa z podróżnemi rzeczami, ludzi dziesięciu dosyć...
Marszałek chciał rozpytywać, gdy na starym dereszu nadbiegł pan Godziemba, przyjaciel podczaszyny, który się był do Gołczwi obiecał. Przybycie jego za nowy jakiś podstęp lub zdradę biorąc, Medard mruknął tylko na ludzi, aby milczeli i przyjął go wesoło.
— Widzę, — rzekł — że waszmości, panie łowczy, jak i mnie odprawiono z Horbowa i z przed nosa nam bogdanki dmuchnęły. A! dokąd? szukaj wiatru w polu!
— E! e! — zawołał Godziemba, ściskając go — łatwiej je pono znaleźć i dogonić, niżeli wiatru w stepie... Niema w tem sekretu, choćby chciano go robić... Podczaszyna mnie całe życie zwodziła, a waszmości nienawidzi... Wyrwała się z wojewodziną... aby ją co prędzej za Prońskiego wydać. Ot — co jest... Do Warszawy pojechały...
— Ja też za parę dni mam sprawę do stolicy...
— A no — przyjedziesz waszmość powinszować państwu młodym, z których jedno dobrze stare — wzdychając, odezwał się Godziemba. — Takie nasze przeznaczenie.
Wierz, nie wierz, — dodał, wszedłszy do postrojonych izb, wśród których się rozglądał ciekawie łowczy — wierz, nie wierz... jak stary jestem, tak głupi... i płakać mi się chce, że mnie ta kobieta bez serca tak zwodzi.
— Plunąłbyś i porzucił! — krzyknął Pełka.
— Dobryś! — pluńże i porzuć jegomość wojewodzinę, a daj mi dobry przykład...
— To co innego! — westchnął Pełka.
— Niema wcale nic innego — mówił, siadając, stary: — kocham się tak samo w matce, jak jegomość w córce, tak samo, jak wy, widzę jej wady i defekta, czasami się brzydzę, a przyrosłem do niej duszą i sercem i stałem się niewolnikiem. Niemęska to rzecz, powiecie! a właśnie, że tylko męska, bo żadna baba tyle nierozumu nie ma w kochaniu, co my...
Jak któremu dadzą zamłodu tego napoju (bom przekonany, że mnie napoili — dodał cicho Godziemba — przysiągłbym na to), — całe życie szaleć musi.
— A cóż myślisz, panie łowczy? — zagadnął Pełka.
— Albo ja sobą władam? — wykrzyknął Godziemba. Gdybym miał rozum, myślałbym do domu jechać, gospodarować i z siwym włosem na pośmiewisko ludziom, a babie na igraszkę się nie podawać... a no — rozumu nie mam, więc pewnie skorci i pojadę za podczaszyną... takim, z pozwoleniem, głupi.
Godziemba szczerym się być zdawał.
— No, a waszmość co myślisz? — zapytał.
— Słowo w słowo to samo, co wy. Gdyśmy jednako chorzy, — odezwał się Pełka — radźmyż obaj...
— Stękajmy obaj — rzekł Godziemba, bo my nie poradzimy na podczaszynę.
Zbierało się na wieczór, i Godziemba widocznie chciał zanocować, skłopotało to Pełkę, bo mu wyjazd tamowało, a tu czas płacił, czas tracił. Musiał pośpieszyć. Nie było więc sposobu taić się dłużej.
Kazał co prędzej wieczerzę dawać, a do drogi się ludziom sposobić — ale nie mówił nic.
— Uczynicie mi przecież tę łaskę, że zanocujecie u mnie — rzekł przy wieczerzy.
— Anim się ruszać myślał — odparł Godziemba.
— Trzymam za słowo, — mówił dalej Pełka — chociaż przeprosić muszę, bo mnie sprawa pilna zmusza na kilka godzin z domu wyjechać. Znajdziecie w Gołczwi wszystko na wasze rozkazy...
Godziemba się popatrzał z uwagą w twarz mówiącego.
— Żartujesz, czy drogi pytasz! — zawołał. — Za kogoż mię masz, sądząc, iż nie odgadnę, co się tu święci? Chcesz gonić podczaszynę! E! gdybym ja z waszecią, a deresz mój z waszym koniem dotrzymał, dalipan kopnąłbym się z wami... Jedyna okazyjka!
— Porachujcie się z kośćmi waszemi, — odezwał się Pełka — za deresza dam wam mojego astrachańca, który chodzi kłusem ogromnym, a nosi jak w krzesełku... deresz na stajni u mnie zostanie... „Miseri succurere disco“... — Uśmiechnął się pan Medard: — chcesz jechać, jedź. Któż wie! może gdzie podczaszynę spotkamy, to wy ją będziecie trzymali na uwięzi, gdy ja córkę sobie zagarnę.
— Dalipan, zgoda — krzyknął, kielich wychylając, Godziemba — i niech ci Bóg płaci. Jedziemy... Pasa ściągnę... przeżegnam się i chociam stary... ale jary!
Tak się tedy złożyło, że obaj wyruszyli, nie poczekawszy nawet, by wieczerzę wydychać.
Droga wiodła mimo Horbowa, i zaraz przy pierwszej gospodzie zaczęto języka się starać. Wskazano im gościniec, którędy podczaszyna z rana jechała; że jednak wpobliżu ludzie namówieni być mogli, sprawdzano później co wioska. Nie było wątpliwości, iż uciekały do Warszawy, gdzie się właśnie na sejm zbierało, a że ówczesne drogi większe jedyne były, któremi kolebki z kobietami, kocze i karoce przejść mogły, uciec wbok, gdyby chciały, nie potrafiłyby... Nad ranem łowczy gorzej, niż koń jego, bokami robił, a Pełka pędził.
— Miłosierdzia, mój kawalerze, bo nieboszczyka dowieziesz do stóp podczaszyny, — wołał — wypocznijmy! Kochać się piękną jest rzeczą, „probatum est“, ale żyć jeszcze lepszą. Dopóki siedziałem na dereszu, z którymeśmy się zrośli, miarkował on lepiej nade mnie, ile ja wytrwać zdołam, i stawał, sam czując, że mi wypoczynek potrzebny; a z tym djablim astrachańcem niema sposobu... szedłby dwa dni i dwie noce, bez jadła i spoczynku...
Jużciż baby w czwał nie pojadą, ani nocą... a karku kręcić dla nich nie warto...
Choć Medard pono innych był usposobień i zdania — zatrzymał się przecież nad ranem, aby Godziembie dać odetchnąć. Ten, gdy do gospody wszedł, a słomę zobaczył w kącie, nie pytając, kto na niej niedawno leżał, padł byle się wyciągnąć i kości wyprostować...
Wedle opowiadań ludzi, podczaszyna musiała nocować w najbliższem miasteczku, bo wieczorem tu ją widziano. Powinni więc byli przed południem napędzić...
Konie zhasane, równie jak łowczy, potrzebowały spoczynku trochę. Gotowano jajecznicę i bigos... Ranek był chłodny... Trzeba czemś było zapić... Godziemba na pociechę w troskach uraczył się, a podjadłszy, nim koniom zęby przetarto i napojono je, zdrzemnął się w słomie.
Gdy wszystko gotowe było — poszedł go Medard budzić. Z trudnością się to dało przyprowadzić do skutku.
Otworzył wreszcie zaspane oczy, i długo nie mógł zrozumieć ani gdzie się znajdował, ani czego od niego chciano...
Czas upłynął, Medard się niecierpliwił. W ostatku, przyszedłszy do siebie, zrozumiał łowczy swe położenie, i czego po nim wymagano. Lecz słaba ludzka natura wyczerpanemi siły dalej mu służyć już nie mogła — spuścił głowę na piersi, westchnął, po łysinie ręką się pogładził.
— Miły Pełko, — rzekł — zbytem o sobie wiele rozumiał... Astrachaniec wprawdzie nosi jak w krzesełku, lecz kości rozłamuje... Nie czuję w sobie odrobiny ani mocy, ani ochoty gonienia dalej podczaszyny... Co tu począć? Nie mam nawet ani myśli, byście mnie swojego bachmata zostawili, a szlachcicowi bez konia tak osieroconemu w gospodzie się znaleźć „ignominia!“
— Ale ja waćpanu astrachańca zostawuję chętnie, — odezwał się Pełka — tylko mnie żywego puszczajcie, bo mi pilno.
Godziemba rzeczywiście dalej nie mógł. Porzucono go razem z koniem, a Pełka jechał dalej. Był pewien, że podczaszynę tegoż dnia napędzi jeszcze, i koni nie żałował. Do wieczora jednak śladu nie było, a co gorsza i języka o niej dostać niepodobna. Przesuwało się pod ów czas sejmowy tyle ludu różnego do Warszawy, iż nikt nie mógł dokładnej dać wiadomości.
Tem niepowodzeniem utrapiony jechał Medard, ku stolicy się coraz zbliżając i już wreszcie doścignięcia w drodze podczaszyny straciwszy nadzieję, gdy na ostatnim noclegu w gospodzie spotkał się ze dworem jakimś niebardzo pokaźnym i sutym, tak że mu on zrazu na Prońskiego dwór wyglądał, zwłaszcza, że go książęcym nazywano. A że w nim kobiety też były i mężczyzna jeden po cudzoziemsku ubrany, prawie pewien już, że podczaszynę doścignął, wparł się do gospody.
Zawiodła go jednak nadzieja, bo dostawszy się do wnętrza, poznał zaraz błąd swój i ludzi innej mowy i obyczaju, i nareszcie nazwisko inne, znane, któregoby nie przybierali.
Dwór to był pański, poważny, nie mnogi wcale, cichy, układny, ludzie po większej części starzy, służba siwa, chodząca na palcach. Na pierwszy rzut oka dwoje tu poznać łatwo było: jakąś wielką przeszłość i smutną a zbiedzoną teraźniejszość. W istocie dosyć było nazwiska, ażeby zrozumieć, dlaczego szczątki wielkich dostatków łączyły się tu niemal z ubóstwem... Podróżną, jadącą z synem, była wdowa po wielkim Jeremim Wiśniowieckim, wnuczka Zamojskiego, święta a pobożna pani, z najbogatszej na całą Rzeczpospolitą, dziś zeszła na najuboższą z tych, co tytuł i pamięć wielką do dźwigania miały.
A znać też było, iż w wyszarzanych sukniach chodziło dostojeństwo ducha nie zmniejszone, i pięknie było temu bohaterstwu w szarych szatach bez złota...
Bohaterowi, co walczył życie całe, wystawując swoim kosztem pułki całe, prowadząc wojny o groszu ostatnim, nie pozostało nic nad pamięć ofiar... i żal, że owocu nie przyniosły... Synowi pobłogosławił, nie zostawując nic prawie na życie podobne... poświęceń bez zapłaty...
Chciał się Pełka wycofać z gospody, czując natrętnym mu, gdy młody książę Michał, którego już był w życiu spotkał, drogę zastąpił — a poznawszy go, uprzejmie prosić zaczął, żeby pozostał, ręcząc, że się razem pomieszczą. Wzdragał się zrazu Pełka, lecz miłą grzecznością Wiśniowieckiego ujęty, pozostał wkońcu.
A że księżna pani w osobnej izbie spoczywała z jedną tylko panną z fraucymeru, bo naówczas na większy już poczet nie stawało, książę Pełkę do swojej izdebki wziął... Tu się najlepiej przekonać mógł Medard o ubóstwie księcia, o którem już był słyszał, bo sobie o niem naówczas cała Rzeczpospolita rozpowiadała. Wstyd mu niemal było własnego dostatku, widząc pańskie dziecię tak skromnie wyposażone.
Książę Michał, acz z cudzoziemska wyglądał, bo był w części zagranicą i przez obcych wychowany, a z wielkim rygorem, skromnością i słodyczą charakteru ujmował. Nosił się po niemiecku i mówił kilku językami doskonale, — a no, żołnierska, kozacza, bohaterska dusza ojca jeszcze w nim rozkwitnąć nie miała czasu. Nieśmiały, cichy, małomówny, zdawał się przybitym wspomnieniem tego, którego imię nosił.
Rzadka naówczas charakteru skromność i łagodność, grzeczna pokora wielkiego pana, który się zdawał lękać obrazić, aby nie być zmuszonym odpierać wzajemną obrazę i godność swą łatwiej zaszanować — nadawały księciu powab ujmujący. Zadumienie i smutek malowały się na twarzy bladej i choć młodej, a już jakby życiem zmęczonej.
Pełka, mając poszanowanie dla wielkiego imienia Jeremiego, którem długo brzmiała Rzeczpospolita, trzymał się dosyć zdaleka od księcia — ten go wszakże do poufałości zachęcał i ciągnął.
Wiózł książę do Warszawy matkę, potrzebującą spoczynku, lekarza i przyjaciół, coby jej pomogli dźwignąć nieco resztki już tylko drobne wielkiej ruiny. Z miljonowych dochodów zostały teraz matce i synowi tak szczupłe intraty, iż królowa nieboszczka, litując się o ich ubóstwo, księcia Michała własnym groszem podtrzymywała. Nie taił się z tem, opłakując jej zgon... i utyskując nad stratą przez króla poniesioną.
— Nietajna to, — rzekł wkońcu — iż królowi jmci troski już panowanie obrzydziły, a śmierć królowej życie i królowanie ciężkiem czynią. Mówią o abdykacji — a czy nam, postradawszy ostatnią krwi jagiellońskiej kroplę, lepiej będzie z nowymi panami? Bóg tylko wiedzieć raczy...
Pełka też czarno dosyć czuł przyszłość.
— Słyszeliśmy i wiemy wszyscy, — odpowiedział — iż nam stręczą Kondeusza, wojownika sławnego, jakiegoby nam też właśnie potrzeba. Lecz miast to mu ułatwić elekcję, przyjaciele i sama królowa jmość wielce mu ją utrudnili. Szlachta się wzdryga narzuconemu panowaniu i wszelkiej gwałtowności. Nim przyjaciół miał czas pozyskać, wrogów mu poczyniono.
— Prawda to może, — rzekł Wiśniowiecki — że i dlategoby król jmość dobrze uczynił, piastując obyczajem ojców berło do końca życia, aby się namiętności czas miały ukołysać i wszystko poszło obyczajem a porządkiem dawnym... Ciężkoby się kto o ten tron zgłosił chętnie, z którego oto drugi już monarcha uchodzi...
— Pierwszy się dla nas nie urodził; — odezwał się Pełka — obcy nam był i pozostał. Obyczajów naszych przyjąć nie mógł ani nam swoich wszczepić... Lękam się, by to i Kondeusza nie spotkało, bo inna to rzecz Francja, a inna nasza Rzeczpospolita...
— Niech Bóg radzi o swej czeladzi! — rzekł książę Michał spokojnie. Gdy do elekcji przyjdzie, on rozstrzygnie... komu naznaczyć, by na czele narodu stanął... a no — niezazdrosne to brzemię...
Mówili tak długo w noc o ludziach i sprawach różnych; a poznając się bliżej z księciem Michałem, coraz większą dlań czuł Pełka sympatję. Nigdy dziecka magnata nie spotkał, któreby się tak swojego świetnego pochodzenia wstydziło i tak o niem drugim zapominać kazało.
Gdy nazajutrz rano wyruszyć mieli podróżni, Pełka, przekonany, iż podczaszynę wyprzedzić musiał, zhasane mając konie, postanowił pozostać w gospodzie dłużej. W oczach więc jego wyciągał ten dwór książęcy wdowy Jeremiego, na który patrząc, łza mogła zakręcić się w oku. Kolebka była stara i połatana w domu, konie niegdyś piękne, chude i stare, dwór cały niemal ze starców złożony... ale z ludzi, co nie mieli serca opuścić swej pani, choćby z nią i głód cierpieli. Książę Michał koni miał kilka nieszczególnych, służbę małą i przyodzianą zbyt skromnie. Lecz wszystko to razem obudzało większe poszanowanie, niż najwystawniejsze poczty nowych magnatów, których też same wojny wyniosły i zbogaciły, w jakich Jeremi wszystko, co miał, utracił.
A gdy, wiedziona przez syna, wyszła owa wnuka wielkiego hetmana, wdowa po wodzu wielkim, w czarnych szatach wytartych, w futerku popielicowem ubogiem, z różańcem u pasa, zakwefiona, zgięta wiekiem i bólem — wszystkie się głowy skłoniły przed nią mimowolnie. Książę Michał przedstawił jej Pełkę, który o ten zaszczyt prosił. Staruszka oczy zbladłe podniosła nań milcząca i uśmiechnęła mu się łagodnie.
— Kochaj waćpan mojego syna, a bądź mu przyjacielem, proszę — rzekła cichym i spokojnym głosem. — Słyszałam wasze wczorajsze rozmowy, choć — Bóg widzi — podsłuchiwać myśli nie było... Podobałeś mi się waszmość ze szlachetnych sentymentów i radabym go przyjacielem syna widziała. Mój Michał ma ich niewielu, mało kto poznał go lepiej, cichy jest i nadto skromny... Radabym mu serc więcej pozyskać, bo ludzie z ludźmi żyć powinni...
To mówiąc, podała rękę Pełce, który ją z poszanowaniem ucałował.
— Jedziesz waszmość do Warszawy... ja tam też mieszkać będę; dowiesz się łatwo o domu moim... odwiedź nas, proszę... miłym nam będziesz gościem...
Pełka odprowadził hetmanową do powozu, w którym i syn zajął miejsce, a na przedzie podżyła ochmistrzyni. Reszta dworu na dwa wozy i kilka koni się pomieściła. Dziwna sprzeczność była we wszystkiem, bo co tylko z dawnych pochodziło czasów, kosztowne było i wspaniałe, co nowsze, raziło obok prostotą... A że nikt nie myślał ukrywać ruiny, bo się nią prawo mieli pochlubić przed światem, szła tak na dziwowisko ludzi spokojna w sumieniu... i mało kto spojrzał na nią...
Długo Medard patrzał na oddalających się, i przypadkowe to spotkanie wiele mu dało do myślenia... Pospolite to ludzkie losy, a sprawy powszednie, że kolosy padają, a maluczcy rosną na olbrzymów; ilekroć jednak spotka rodzinę lub człowieka dola taka — smutkiem i trwogą napełnia... Pełka przypomniał sobie własną ruinę i zbogacenie... i niemal się zawstydził swoich ludzi, koni, szat i dworu, widząc, co zostało synowi Jeremiego...
Przecież w ciągu całego wieczora i długiej rozmowy nie wyrwało mu się słowo jedno utyskiwania i żalu przeszłości, — niósł wesoło ubóstwo swe, nie wspominając nawet przeszłości. Z tęsknem jakiemś uczuciem pozostał Medard w progu gospody, patrząc na oddalający się zwolna powóz i dwór Wiśniowieckich, gdy z drugiej strony na gościńcu turkot wozu dał się słyszeć i uwagę jego odwrócił. Uderzyło go to, iż za wozem biegł koń, wielce do astrachańca podobny, a na wozie siedział ktoś mocno przypominający Godziembę. Już mieli minąć gospodę, nie zatrzymując się, gdy Pełka poznał konia i krzyknął: Stój!
Odwrócił się drzemiący łowczy i oczy przetarłszy, gdy spostrzegł Pełkę, uśmiechać się począł, lecz kwaskowato.
— Cóżto się waszmości stało? — zapytał przyskakując, Medard. — Siodło na wozie, szlachcic w półkoszku, a mój astrachaniec luzem...
Godziemba wstawał, ale mu było nieraźnie.
— Zechciałeś waszmość! stare kości a młode afekta, aż mi wstyd... Na koniu już gnać się nie mogłem, a zostać nie chciałem... nająłem sobie wóz... przynajmniej waszmości astrachańca nie osednię.
— Miałeś waszmość powracać? — spytał Medard.
— Tak jest, miałem! potem przyszły refleksje, tęsknota — to i owo...
— Mów waszmość szczerze — przerwał Medard. — Coś mi kryjesz...
— Dowiesz się aż nadto wcześnie — westchnął Godziemba.
— Co się stało? — chwytając go za rękę, krzyknął Pełka — mów, a nie cedź!
— Baba, z pozwoleniem, wywiodła nas w pole — zamiast do Warszawy, pojechała do Lublina na ślubowiny i przyśpieszyła je... a teraz jest już w drodze do Warszawy, ale przybędziemy — po harapie.
— Skądżeś się to waszmość o tem dowiedział?...
— Dominikanina spotkałem, który z Lublina jechał. A żem znał go, bo na kapelanji u podczaszyny bywał i spowiednikiem jej jest, sam mi się zaraz ze wszystkiem wygadał... W Lublinie było gotowe już co trzeba do ślubu, najmniej pono pani młoda, bo ta długo się wzdragała, ale z taką matką niema sposobu... Dała ją księciu i pojechali na dwór się przedstawić, a potem w dalszą drogę. Żal mi się waszmości zrobiło, chciałem go dogonić, a astrachaniec doskonały koń, tylko nie na moje kości — wziąłem furę, aby ci oszczędzić daremnego strapienia — bo tu niema co począć, tylko powracać...
Twarz Pełki okryła się dziwnym jakimś smutkiem spokojnym. Godziemba się wybuchu spodziewał, a znalazł jakąś rezygnację upartą, ufną w siebie, żelazną.
— Nie wrócę, jako żywo, — rzekł Pełka — owszem, jeśli na długo mam ją utracić — boć nie na zawsze, da Bóg, to ją choć zobaczę...
Westchnął, mówiąc...
— I wystąpisz im na oczy, aby podczaszyna sobie z jegomości drwiła, że mu szyki pomieszała?
— Nie będzie śmiała drwić, gdy mnie zobaczy — odezwał się Medard z pewną dumą. — Szydziłaby może, widząc mnie pomieszanym i przybitym; ja jej się pokażę spokojnym i ufnym... bo to nie koniec! to nie koniec! — dodał Pełka. — Dwa razy mi ją wzięto — no! do trzech razy sztuka. Zobaczymy... Książę Proński nieśmiertelnym nie jest.
— A waszmość? — spytał, śmiejąc się, Godziemba.
— Jam trochę młodszy, — rzekł Pełka — no — i myślę, że mi Pan Bóg stałą moją miłość nagrodzi.
— Więc jedziemy do Warszawy? — spytał Godziemba.
— Niech tylko astrachańcowi zasypią obroku.
Tak się też stało — Godziembie zwarzono jeść, koniowi dano owsa, a gdy ludzie i szkapy wypoczęły, siedli już, nie pędząc wcale i dążąc do stolicy... A tu już na zbliżający się sejm ludzi jechało zewsząd tylu, iż gościniec był jakby wojskiem nabity. Z różnych stron szlachta, w różnych strojach i rynsztunkach ciągnęła. Poznać było można każdą ziemię i województwo, byle szlachcic usta otworzył, bo choć mowa jedna, ale śpiew jej był różny. Więc na gościńcu nieznajomy-nieznajomy witał pana brata i wnet się po staremu kleiły dróżby, bo wszyscy byli niby jedną rodziną. Znali się zdala, nie widząc, z nazwisk, z koligacyj, z herbów, z charakterów; dosyć było imienia, żeby się z niego cała nić wysnuła i napytał jakiś związek.
Szlachta ciągnęła sobie, panowie osobno, a choć między magnatami i szaraczkami często nazwiska i tarcze były podobne i jedna krew łączyła wszystkich, czuć było, że to dwa obozy, które na się ukosem patrzały. Kłaniali się jedni panom senatorom nisko, drudzy sobie z nich nielitościwie drwili... a gdy w gęstszy tłum panów szaraczków wsunęła się kolebka senatorska z niewielkim pocztem, sobolowy kołpak kłaniał się nisko, bo z zawadjakami nie było co żartować.
Pod zły humor a butę jak nicby na szablach roznieśli. Umieć trzeba było chodzić koło nich i obejść się z nimi.
Po ruinach szwedzkich znowu się wznosiła Warszawa i świeciła murami i nowemi dachy kościołów. Gdzie niegdzie tylko stały jeszcze ściany okopcone i porosłe wały, a szańce przypominały wojnę.
Głośno już mówiono o królewskich zamiarach, bo się wieść była rozniosła, iż mu korona obmierzła. Burzyli się jedni, gniewali, a cieszyli drudzy, gdyż elekcję za złotodajną krowę mieli. Chodziło projektów poddostatkiem, kogo królem obierać, a mało kto swojego już kandydata nie wiózł za nadrą. Chcieli niektórzy takich, którym się o koronie nie śniło... a bez wielkiej żałości rozstawano się z Kazimierzem, którego panowanie ani jemu szczęścia, ani drugim dobra nie przyniosło...
W tak nieszczęśliwy czas owego sejmowego zbiegowiska przybywając do Warszawy, Godziemba się już trwożył, że im może obozować przyjdzie gdzie dachu nie znalazłszy, a namiotów nie mając, lub bodaj do klasztoru pod klauzurę się wpraszać, gdy mu Pełka oświadczył, że wracając z podróży, dwór tu sobie kupił i ciepła izba ich nie minie, bo przodem już sługę posłał, aby się tam do przyjęcia miano. Ucieszył się łowczy wielce miłą nowiną, bo właśnie most przebywali wśród takiego tłumu, iż się zdawało, jakby go miasto pomieścić w sobie nie mogło...
— Gdybym i ja wiedział, że gdzieś się zatraciwszy na lat kilka, potem się znajdę napowrót tak, jak waszmość z trzosem nabitym i dwory po miastach, a wsi po województwach będę kupował, chociem stary, — rzekł Godziemba — ofiarowałbym się na one rekolekcje... Ależ mi na miłość Bożą objaw, kędy się poławiają owe złote ryby?
Pełka namarszczył się i pochmurniał.
— A no mi waszmość powiedz lepiej, — odparł — naco się to wszystko przydało, kiedy kto szczęścia nie ma? Kupić go i za największe pieniądze nie można... Kłamała podczaszyna, zaręczając mi za to, iżbym i Jadwisię miał, gdybym wcześniej pieniędzy dostał... Doli potrzeba i szczęścia a nie złota, aby człowiekowi na świecie dobrze było.
Zbity z tropu Godziemba już nie odpowiedział nic, a pytać na nowo nie śmiał o ową tonię szczęśliwą, o której nikomu Pełka słowa rzec nie chciał.
Zajechali do dworku, gdzie, z podziwieniem łowczego, wszystko znaleźli, czego dusza mogła zapragnąć, bo i stół nawet nakryty, i na misach wielkich podane jadło wyśmienite, i wino wystałe, i tuwalnie szyte, i nalewki pozłociste. On, co się był w Gołczwi nie mógł napatrzeć dostatkom Pełki, obrachowując na grzywny srebra i na talary bite sprzęt bogaty — tu nowy znalazłszy a równie kosztowny — prawie oniemiał.
— Skąd ten człowiek mógł jednak to wszystko wziąć i co zrobił, ażeby to sobie wysłużył? To zagadka, mosanie — mówił w duchu do siebie Godziemba. — A jużby też trzeba być ostatnim gapiem, żeby z człowiekiem się przyjaźniąc, u niego żyjąc, z ludźmi i służbą obcując, nie dowiedzieć się, skąd się to wzięło?
Albo mi się przez sen wygada, albo po pijanemu zdradzi, albo mu wyciągnę tajemnicę tę na słówko jak na wędkę, a że wiedzieć muszę, to muszę...
Tegoż samego dnia jeszcze Godziemba, podjadłszy dobrze, puścił się na zwiady, czyby gdzie podczaszyny i córki jej nie znalazł. A było to zadanie nielada, czasu sejmu odkryć tu kogo, zwłaszcza kobiety, chybaby los je dał spotkać na ulicy, bo nikt nikogo nie pyta, skąd przybywał, jak się zwał, ani co robił, a uchowaj Boże! było szlachcica o to zaczepić, śmiertelnieby się uraził, iż go śmiano badać, jak włóczęgę...

(Koniec części II.)




CZĘŚĆ III.

Dwa dni potrzeba było pracowitym nogom i niemniej żwawemu językowi łowczego, aby odkryć miejsce pobytu pani podczaszyny. Znalazł wreszcie jejmość swą i pierwszy się jej przedstawił, zapowiadając razem Pełkę.
— Nie uciekłyście nam, — rzekł, całując pulchną rączkę — widzisz asińdzka, co to wierna miłość znaczy.
— Pełki tego tom się domyślać mogła, ale co waszmości, tom się nie spodziewała — odezwała się podczaszyna...
— On mnie też „volens nolens“ pociągnął, — dodał łowczy — bo to człek woli żelaznej...
Podczaszyna brwi ściągnęła.
— Daj mi pokój — rzekła — to zbój!
— A kogoż zabił? — spytał Godziemba.
— Mów nie kogo, ale ilu? a skądżeby te jego bogactwa pochodziły, jeśli nie z rozbojów? Gdzież to się kopią takie precjoza i klejnoty, i dostatki tak, aby nikt o tem nie wiedział, i żeby się z tem taić potrzeba. Oczywista rzecz, iż pochodzenie ich nieczyste być musi.
Rozmawiali jeszcze z sobą, gdy z drugiego pokoiku wyszła blada i smutna nowa księżna, na którą spojrzawszy, stary domu przyjaciel nie miał jej serca szczęścia winszować. Na twarzy też matki, która na swojem postawiła, nie znać było wielkiej radości — raczej jakiś gniew w sobie zamknięty, co się wstydził wybuchnąć. Zdziwienie odmalowało się na licu Jadwigi. Matka spojrzała znacząco na łowczego, ażeby się z tęsknością Pełki nie wygadał...
Serce się staremu ścisnęło. Domyślał się, iż mu może zakaże też Pełce mówić, że ją znalazł, a nie chcąc się ani poddać rozkazowi, ani przekroczyć, wolał uniknąć i co prędzej podczaszynę pożegnać. Wyszedł więc rychło. W domu zastał już Pełkę, ubierającego się jakby w odwiedziny.
— A to dokąd? — zapytał.
— Naprzód do księżny, — westchnął Medard — a potem do króla jmci...
— Wiecież o księżnie?
— Od wczora, — rzekł Pełka — przecież moi ludzie wyszukać ją musieli... i wynaleźli.
Godziemba nie powiedział mu nic o swej bytności i tak się rozstali, a Pełka na zamek jechał. Przybył wszakże w porze, gdy ks. prymas był na radzie u króla i wskazano mu inny dzień na posłuchanie, z czego prawie rad był. Wprost więc wyruszył do podczaszyny i księżny.
Nie wzbroniono mu wstępu, lecz sama tylko matka go przyjęła.
Pełka wszedł poważnie, z twarzą spokojną i nie okazując wielkiego wzruszenia; podczaszyna blada była i drżąca.
— Przybyłem pani podczaszynie i pani ekswojewodzinie winszować, — rzekł, nie siadając i trzymając się z czapką w ręku w środku komnaty — czy jest czego, czy nie, to już nie moja rzecz, a obowiązkiem przyjaciela domu dopełnić, co należy.
— Przyjaciela domu! podchwyciła podczaszyna z przekąsem — bardzom wdzięczna, że się waszmość przyznajesz do tego nazwiska, ale ja w waszmości tylko sąsiada widzę.
— Jak się podoba, — odparł Pełka — ja z siebie sądzę, pani wedle siebie — to pewna, że najlepiej życzę, choć serce boli.
— Skądże ten ból — syknęła jejmość.
— Jeśli go pani się nie domyślasz, pocóżbym o nim prawił? — mówił ciągle spokojnie bardzo Pełka. — Nie byłbym może ośmielił się natrętnie wciskać, gdyby nie było obowiązkiem mym oznajmić też pani, iżbyś się miała na ostrożności, bo wiem, iż już zaszła jedna omyłka.
— Jakaż to? — szyderczo mówiła podczaszyna.
— Co do księcia Prońskiego — ciągnął dalej Pełka. — Prońskich rodzina nic o nim nie wie, dlatego i w sprawie o spadek odsunięto go. Prońskim być może, ba! i podkomorzym cesarskim, ale nie księciem... Dobra śląskie w piaskach i wydmach długami oberowane... a o samym człowieku różnie mówią...
Podczaszyna słuchała, coraz się mocniej rumieniąc.
— Gdyby nie był zięciem moim, powiedziałabym, aby się z waszmością sam za te potwarze rozprawił, — ale go na jatki i waszmości szablę posyłać nie myślę, — więc tylko odpowiem sama wam: że to nasza rzecz, a nie jegomości... Trzymaj sobie o nim, co się podoba, a my też o was będziemy to myśleli, co chcemy...
Warga jej drżała, gdy to mówiła.
— Pani podczaszyno, — zimno odezwał się Pełka — nie pierwszy raz w życiu spotykamy się coraz nieprzyjaźniej — racz mi pani objawić, com przewinił?
Pokora Pełki, zamiast rozbroić, do najwyższego gniewu przywiodła panią Pociejową.
— Waszmość jak kleszcz wpiłeś się w nasz dom ze swoją przyjaźnią nieproszoną i niedziękowaną. Nie chcemy z wami nic mieć wspólnego, ani nawet znajomości... Idź waszmość swoją drogą.
— Pójdę niezawodnie, — odezwał się Pełka — ale mi pani nie możesz zabronić szacunek i afekt dla pani ekswojewodziny zachować w sercu...
To mówiąc, skłonił się poważnie i odchodził, gdy z drugiego pokoju weszła powoli dziwnie zmieniona Jadwiga. Pełka na widok jej się wstrzymał, nie patrzał już wcale na podczaszynę, która wzrokiem go zdawała się chcieć wyganiać; przeszedł bokiem i z litością, jakby dla ofiary, postąpił ku młodej pani, witając ją czule. Tem zuchwalstwem poruszona matka, sama nie wiedząc co począć, zwróciła się doń plecami, jakby w pomoc z drugiej izby wołać kogo chciała. Lecz na szczęście księcia tam i nikogo nie było.
Medard podszedł ku Jadwidze.
— Przyszedłem pani winszować i życzyć — rzekł, zmuszając się do uśmiechu.
Jadwiga podniosła oczy pełne wyrazu i smutny uśmieszek przebiegł po jej ustach; podniosła rękę, jakby mu ją podać chciała, wtem matka odwróciła się i spostrzegła to, i gwałtownie pochwyciwszy córkę za rękę, cała zaperzona, gniewna, drugą wskazała drzwi.
— Dosyć tego! idź mi waszmość natychmiast i nie pokazuj się więcej! kwitujemy go ze znajomości, z przyjaźni i z odwiedzin...
To mówiąc, ciągnęła córkę za sobą.
Pełka z litością się uśmiechając, stał i patrzał, spokojność jego do reszty wzburzyła rozgniewaną matkę.
— Pani, — odezwał się do Jadwigi — widzisz i słyszysz, jak jestem sponiewierany, choć zaprawdę na to nie zasłużyłem... Nie sądź jednak, żebym wziął to do serca... Proszę nie zapominać, żem przysiągł na niem nosić jej barwę, a w niem pamięć o was... i gdybyś pani kiedy pomocy, dłoni, opieki potrzebowała — racz się o nią udać do mnie... Choćby z drugiego końca świata, przybędę...
Spojrzeli tylko na siebie, Jadwiga opierała się jeszcze, matka, silniejsza, pociągnęła ją już gwałtem i obie znikły za zatrzaskającemi się drzwiami.
W chwili, gdy miał Pełka wychodzić i zmierzał do progu, ukazał się na nim nieznajomy mu z osoby książę Proński. Domyślił się tego Pełka łatwo z opisów, a on też musiał odgadnąć w nim nieprzyjaciela, bo się oczyma zaiskrzonemi zmierzyli, obaj stając przeciwko sobie.
Podczaszyna, która czy sądziła, słysząc drzwi odmykające się, że Pełka wyszedł, czy domyśliła się powrotu księcia, wbiegła, rzuciwszy Jadwigę, do pierwszej izby.
Medard, obróciwszy się, spostrzegł ją i miał tyle zimnej krwi jeszcze, że się odezwał:
— Może pani podczaszyna zechce mnie księciu przedstawić, abyśmy, gdy się zdarzy gdzie w świecie spotkać, obcymi sobie nie byli.
Tego już było zanadto, zapomniała się podczaszyna.
— Tak! należy, abym waćpana przedstawiła księciu, — zawołała trzęsącym się głosem — jest to sąsiad nasz, pan Medard Pełka, o którym mu podobno wspominałam — który nas raczy ścigać i prześladować, i swojemi afektami pokoju nam nie daje... Czasu wojny, szczęściem, znikł był nam z oczu na lat kilka i zjawił się, chwaląc nie wiedzieć jak nabytemi bogactwy... a dziś przybył nas łaskawie ostrzec, że książę jesteś może Prońskim, ale pewno nie żadnym księciem, i że dobra śląskie trzech szelągów złamanych nie są warte.
Mówiła tak prędko, iż pochwycony nagle tem położeniem niespodzianem, książę stanął jak wryty... Był to człowiek wytrawny, zimny, dworską służbą do hamowania się znać przyuczony, polityk wielki.
Pobladł, słuchając i zdając się namyślać, co odpowie. Oczyma zmierzył raz i drugi Pełkę, który też ruszać się nie myślał.
— Nie wiem skąd waszmość — odezwał się wkońcu, zwolna cedząc słowa, jakby je ważył — wiedzieć możesz o mojem księstwie i o wartości dóbr śląskich?
— Panie podkomorzy cesarski, — odparł Pełka — bo tego tytułu mu nie odmawiam: nie ja mu zaszczytu księstwa przeczę, ale własna jego rodzina. Co się tyczy dóbr, kto bywał po świecie, ten zawadzić mógł o Zielony Gród i o Kamień...
Proński spojrzał nań, długo wlepiając oczy — ruszył ramionami i odstąpił ode drzwi, jakby mu drogi do wyjścia nie chciał dłużej tamować.
— Honoru to mojego nie dotyka! — odezwał się podkomorzy — wolny sąd każdemu. Kłaniam uniżenie.
Pełka, który sądził, że się to gorzej skończy, skłonił się spokojnie i odszedł do progu, gdy za jego plecami odgrywała się niema scena między podczaszyną a zięciem... Popatrzała nań pogardliwie, szydersko i powróciła krokiem szybkim do córki...
Pan Medard szedł wolno, sądząc, że go dogoni pan podkomorzy cesarski, lecz miał czas i konia dosiąść, i wyjechać z podwórza, nie śpiesząc, a nikogo nie ujrzał za sobą. Tak się skończyły te odwiedziny, które groźnemi być obiecywały.
Smutny powrócił do domu pan Medard, rozmyślając, co dalej pocznie, bo mu tylko jeden obraz Jadwigi stał na myśli. Postanowił zostać w Warszawie, dopókiby ona tam była, a może i dłużej, bo mu już w Gołczwi i okolicy nie smakowało.
Znać w tej długiej wędrówce, z którą się taił i o niej nic nikomu mówić nie chciał, nawykł do czynniejszego życia; gwar więc miejski potrzebny mu był do niego, a cisza wsi nie smakowała.
Znalazło się też w okolicy, z powodu sejmu, znajomych i powinowatych, z wojska towarzyszów i różnych starych jeszcze ze szkolnych ław braci a druhów poddostatkiem, a tegoż dnia wieczorem zjawił się i Wacek Rożański.
Od owego pamiętnego rozstania nie widzieli się wcale, ani wiedzieli o sobie; najprzód więc wielkiem sercem padli w objęcia jak przyjaciele, których rozłąka przywiązania pomnożyła, nie ujęła.
— Wacku serdeczny! a skądże mi cię Bóg dał! — zawołał Medard.
— Pełko miły, jam cię opłakał! Szczęśliwa godzina, gdym cię żywym i zdrowym mógł ujrzeć...
Ściskali się tedy jak rodzeni, a Godziemba przytomny czuł, że tu się już bez kubków nie obejdzie, i ślinę połykał.
Ledwie na ławie posiadali, sypnęły się pytania...
— Gdzieżeś bywał? — rzekł Wacek.
— Trzymaj, że na tamtym świecie — śmiejąc się, zawołał Medard. — Nikomu o tem nie mówię, a są przyczyny ważne, dlaczego tak czynię — nie pytaj więc o to, co się dziś ze mnie nawet dla ciebie dobyć nie może. Niech ci będzie dosyć na tem, że mnie zdrowym i całym widzisz. — Cóż z tobą? ożeniłeś się?
— A jakże! — westchnął Wacek — pięć już lat temu jak do ołtarza szedłem, dwóch synków dała mi moja Julka... Widziałeś ją?
— A jakże, choć krótko! owego wieczora ze Szwedami! — zaśmiał się Medard — i pamiętam ją doskonale.
A no, terazbyś nie poznał, bo mi jeszcze wypiękniała, i owa nieśmiała, rumieniąca się dziewczynina tak mnie za czuprynę trzyma...
Zatulił usta kułakiem.
— No — a ty?
— Jam wolny dotąd jak ptak, — westchnął Medard — a raczej skuty niewolnik, bom o pierwszej, którą umiłowałem, zapomnieć nie mógł nawet naówczas, gdy o całym sobie zapomniałem... Wojewoda, mąż jejmości, zmarł — śpieszyłem na głowę, by w czas przybyć, a że mi się sporo grosza przez te lata uciułać dało... myślałem, że matkę skruszę... A no, gdy komu nienawiść i zemstę poprzysięże kobieta, nigdy nie przebaczy. Wydarto mi ją znowu! wydarto mimo jej woli!
Pełka spuścił oczy i podparł się na ręku...
— Toż mi cię żal szczery! — odezwał się Wacek — ale też bracie mój, — dodał — nie godzi się ani przeciw wodzie płynąć, ani przeciwko losom się opierać, a życia krótkiego święcić... Było sobie twarzyczki poszukać, a posiedzieć, a przystać, a zasmakować, tamtejbyś zapomniał i byłbyś szczęśliwy!
— Nigdy, — odrzekł Pełka — naturę mam upartą, za nią pokutuję.... ale mnie nie przerobi już nikt... Rad jestem, żeś ty szczęśliwy.
— W domu! jak w raju, — mówił Wacek — ale poza nim gospodarka! Bieda... a łanowe, a podatek, a staje, a nieurodzaj, a posucha, gradobicie... woda... a chłopiska zdradliwe... pokoju mało, kłopotu wiele.
— Gdzież go niema! — odezwał się Medard, widząc, że niosą kubki i wino — zabijmyż troski winem i siadaj, rozgość się jak w domu... boś u mnie.
— Słyszę, toś i dwór sobie kupił! — mówił Wacek — szczęśliwy człecze.
— I Gołczwięm odebrał, — rzekł Pełka — i ziemi do niej szmat cudzej przybędzie, bo mnie na groszu Bóg błogosławił — ale co mi po tem! wolałbym ja inne błogosławieństwo...
Trącili się kubkami, do których i łowczy przystąpił.
— Przecież z podczaszyną poszło dobrze? — spytał ciekawy.
— Tak, dobrze, — uśmiechając się, odezwał się Pełka — że mnie za drzwi forowano, a na progu omal podkomorzy nie pokąsał.
Łowczy się po twarzy uderzył, bo miał zwyczaj taki, Wacek ciekawie rozglądał się po domu i rozłożonych bogactwach...
— Po pańsku u waszeci! — zawołał — co się zowie... Dobrze ci posłużyła podróż...
Medard nic nie odpowiedział. Poszli tedy razem po izbach, gdzie zaraz szkatułę bursztynem i kością słoniową sadzoną, misterną wielce ofiarował na znak drużby Wackowi, a gdy przyszli do sypialni, gdzie oręż był rozwieszony, i samych szabel z garniturami ze dwadzieścia wisiało w pochwach bogatych, dodał do niej i piękną szablę, przyczem łowczy, który się bardzo dziwował karabeli jednej, dostał ją na swój dział, bo go też z próżnemi rękami odprawić przy obdarzonym nie wypadało.
Obszedłszy cały dwór i nadziwowawszy się różnym osobliwościom, poszli do stajni. Tu też było się czem lubować, bo koni stało do trzydziestu tak dobranych, że między niemi i jednego nie zobaczyłbyś, coby nad kilkaset nie był wart złotych. Osobno pańskie wierzchowce pod dekami szytemi, osobno woźniki grube, dorodne, silne, a dobrane po cztery i po sześć jak bracia rodzeni. Zatem szły niemniej godne widzenia przybory stajenne też pańskie, bo do każdego wierzchowca był rząd i siedzenie dwojakie, na dzień powszedni takie, żeby drugiemu i od święta uszło, i od parady, któremu się było tylko dziwować, bo i to, z czego je robiono, i robota sama równo drogie były. Sam Pełka miał oprócz tego dla własnego wyboru dywdyków i rzędów kilka, i czubów dla koni swych i wszelkiego rynsztunku wielki zapas, tak że mógł, gdy chciał wystąpić z tatarska, z węgierska, z turecka, i po niemiecku, i po flamsku, i jak mu się żywnie podobało. Do tego kołczanów w łubach szytych bogato coniemiara było i skrzydeł husarskich...
Jedna kolebka pozłocista i kotcze całe, najprzedniejszemi skórami kryte, a aksamitami wybijane, stały też pod dachem. Czemu wszystkiemu Wacek się dziwił i radował, bo miał duszę poczciwą a wcale niezazdrosną — ciekawość go tylko zdejmowała coraz gorętsza nad tem, jak Pełka do tego wszystkiego przyszedł i gdzie to mógł zdobyć.
Z samych tych bogactw wcale domyślać się nic nie było można, bo były różnego pochodzenia i, jak pospolicie naówczas w Polsce, z całego snadź świata poprzywożone, ze Wschodu i z Zachodu.
Służba zaś Pełki cała nowa, oprócz jednego Gabryka, który z nim powrócił tak ogorzały, jako i sam pan, a jeszcze więcej milczący — nie wiedziała o niczem.
Gdy tak wszystko obeszli, a napowrót przy dzbanie siedzieli — począł Wacek zręcznie zachodzić ze skrzydła, jakby się co nieznacznie o losach i przygodach Pełki dowiedział — ten jednak miał się dobrze na ostrożności, i choć obaj, pijąc, się podweselili, a łowczy pił tak, iż podczaszynę klął, Medard się nie wydał z niczem.
Ani Rożański, ani Godziemba nie dobyli z niego słowa, z któregoby cokolwiek wysnuć mogli — a że nie było nigdy w naturze polskiej do zbytku się taić, dziwiło to ich, — nareszcie i wszystkich zarówno... bo do dworku Pełki niejeden zaglądał.
Skończyło się też na tem, na czem zwykle ludzie kończą, gdy zagadkę mają przed sobą: poczęto ją rozwiązywać z najgorszego końca.
— Mówcie, co chcecie, — szeptał nazajutrz Godziemba między swoimi — gdy się człowiek tak tai, że pary z siebie nie puszcza, już tam na dnie męty jakieś być muszą. Gdyby w kraju był, toćby go przecież ktoś kędyś spotkał, więc oczywista rzecz, włóczył się zagranicą...
Było tego wieczora szlachty dosyć przy winie, gdy tak rozmawiał łowczy — szczególnie Chełmian, Lubelczyków, Podlasiaków i z sąsiedniej Rusi.
— Żeby go nikt nigdzie nie spotkał, — odezwał się Mierzwiński niejaki, który służył wojskowo pod Potockim — tego nie powiem. Opowiadał mi Żabicki, iż lat temu ośm zjechał się z nim na Ukrainie, gdzie podówczas Pełka też żołnierką się bawił.
— Pełka! — odparł Godziemba — i ja też niejednegom Pełkę spotykał, bo ich po województwach dosyć, lecz czy ten sam, to wielkie pytanie. Na Rusi, w Lubelskiem, na Mazurach, w Sandomierskiem, w Krakowskiem Pełków się snuje dość — młodego mógł spotkać, a nie tego.
— Czemuż właśnie nie tego, gdy go opisuje podobnie? — zarzucił Mierzwiński.
Wszczął się spór, podniósł głos Żołudek, który był postarzał i utył ogromnie, że dla brzucha ledwie chodził i tem swe nazwisko usprawiedliwiał, dowodząc, iż fama niosła, jakoby Pełka przez Szwedów w niewolę wzięty był i w niej trzymany, że potem w niemieckiem wojsku służył, u księcia jakiegoś w łaski wpadł i obdarzony przez niego powrócił, po śmierci dobrodzieja...
Zaprzeczał znowu temu Parafianowicz Rusin, bo ten słyszał za najpewniejszą rzecz, iż w cesarskim wojsku był i w jakiemś oblężeniu miasta na skarb wpadł, który mu się prawem łupu dostał. Mówili inni, że w Siczy kozackiej się ukrywał i z Zaporożcami na miasta tureckie chodząc z czajkami, stamtąd owe bogactwa przyniósł.
A Grabiński na ostatku przysięgać był gotów, że z Węgier dostatki te przywiózł i że go widziano, gdy z wozami ładownemi od Bardjowa ciągnął na Spisz i Kraków do domu...
W rzeczy jednak samej były to powiastki ukute z tego, że czego się jeden domyślał, to drugi zasłyszawszy, już na pewne podawał. Bądź co bądź, jak to u nas bywało, że tajemnica nikomu na zdrowie nie wychodziła, choć ciekawi byli wszyscy tego Pełki i jego fortuny, choć doń chodzili jak na odpust konie i siodła oglądać, i wino wypijać, wszyscy się odwracali od człowieka, którego przeszłość była pokryta jakąś zasłoną, — kłaniano mu się zdaleka, zasiadano go słuchać, a w poufałość nie wchodził nikt — jakby się osmolić lękał.
Jeśli kogo to bolało, najwięcej pono Wacka Rożańskiego, który od innych więcej nie wiedział, ale kochał Pełkę i wierzył, że niczem się niepoczciwem skalać nie mógł. Uczęszczał on codzień do dworku przyjaciela, a wkońcu na dłuższy pobyt dając się namówić, przeniósł do niego. Siadywali po całych dniach, rozmawiając o przeszłości lub grając w warcaby; bywało i tęskno, że Rożański chciał więcej ludzi przywabić — odsuwali mu się i wymykali, albo przyczyny nie mówiąc, lub dając do zrozumienia, że im coś w tym człowieku śmierdziało. Parę razy ująwszy się za przyjaciela, Rożański do szabli się musiał brać; markotno mu to wkońcu było.
Jednego tedy wieczora postanowił się rozmówić we cztery oczy.
Odstawiwszy więc warcabnicę — co miał na sercu, wyspowiadał szczerze, kończąc:
— Wierzaj mi, Medardzie miły — najgorsza to rachuba chcieć się ciemnością oblekać — ludzie za to samo potępiają.
— A mnie to co szkodzi? — odezwał się Pełka obojętnie — niech sobie mówią, co chcą! Kto mi ufa a żyje ze mną, temum tem więcej wdzięczen; kto nieżyczliwy, ten choćby co posłyszał, za baśń weźmie i też będzie prawił co i przedtem. Niema więc nic do czynienia, tylko tem sobie krwi nie psuć i dać im pokój. Gdy przyjdzie czas, to się wszystko wyjaśni.
— A kiedyż czas ten przyjdzie? — spytał Wacek.
— Albo ja wiem! — ruszywszy ramionami, rzekł Pełka. — Jużciż, gdyby mi się godziło mówić, tobiebym zwierzył moje przygody — a no — nie pora!
Zaciął się tak na tem, że go już Rożański ruszyć dalej nie mógł, a że przeprzeć postanowił, jął mu tedy dowodzić, że i on wkońcu, za innymi idąc, porzucić go będzie musiał, gdyż widział w tem słuszność, że ludzie jasno w przeszłości przeglądać się chcieli.
— Słuchaj, Wacek — rzekł Medard, — wolno ci czynić, co zechcesz. Opuścisz mnie, to cię ze łzami uściskam i przebaczę tę krzywdę — a no, mnie groźba żadna nie zmusi do postąpienia przeciwko myśli własnej. Wola twa...
Wackowi go się żal zrobiło — dał pokój, ale ciekawość urosła jeszcze.
Gdzie się kolwiek pokazał Pełka z końmi i ludźmi, oczy wszystkich na siebie obracał. Mężczyźni jeszcze nie tyle może byli ciekawi i natrętni, ile kobiety. Dla tych historja Pełki i podczaszanki była taką ponętą, iż gdy przez miasto jechał, okna wszystkie pełne były i pokazywano go sobie palcami.
On zaś na żadną kobietę ani spojrzał, co najwięcej pono Wacka dziwiło, bo ten, choć żonę kochał, oczyma się bałamucić był gotów zawsze i słówkami igrać.
Nierychło po przybyciu do Warszawy przypomniał sobie Pełka spotkanie na gościńcu z Wiśniowieckimi i zaprosiny księżny wdowy... Namówiwszy więc Wacka z sobą dla komitywy, wybrali się obaj w odwiedziny. Ale tu już występu żadnego i parady nie było, aby szlachetnemu ubóstwu wielkiego rodu nie urągać. Wziął Medard i najmniej pokaźnego konia i najpospolitsze siedzenie, i rząd rzemienny, i służby niewiele, a sam się czarno odział, od kity nawet spięcie odjąwszy.
Księżna hetmanowa zajmowała dworek mały z wielkiem podwórzem na przedmieściu ówczesnem... Został on z prastarych czasów jeszcze, choć nigdy za rezydencję nie służył, a na chwilowy pobyt ledwie starczył. Dziś i tego pobożnej pani dosyć było, bo się tu mało kto zjawił, chyba z krewnych a koligatów.
Dwór, choć niepokaźny z pozoru, we wnętrzu był pańskim i wspaniałym pamiątkami przeszłości. Zostało z niej aż nadto do przybrania ścian i komnat, które słudzy, przywiązani może nad wolę swej pani przyozdobili. Sprzęt wszystek zdradzał magnata... i tu już niełatwoby się kto ubóstwa domyślił. Wszystkie ściany wybite adamaszkami i skórami złoconemi, podłogi kobiercami perskiemi, a sprzętu wspaniałego więcej było, niż go mały dom mógł strzymać. Więc od sieni począwszy, rozlegały się szafy z zamorskiego drzewa rzeźbione, sadzone i stoły z marmuru i mozaik, i obrazy, i kredensa jeszcze sreber pełne, ale więcej gliny i cyny, której na wojsko sprzedawać nie było można.
Podniosła się nieco, witając gości, hetmanowa, a choć im wskazała miejsce, przez poszanowanie usiąść nie chcieli. Księcia Michała nie było, gdyż przy królu się znajdował. Już naówczas, mimo zaklęć i próśb, abdykacja królewska była postanowiona i losy kraju przyszłe niepokoiły wszystkich. Jedna hetmanowa z rezygnacją chrześcijanki patrzała w przyszłość.
A gdy rozmowa się poczęła o tem, rzekła:
— Już od śmierci królowej jmci spodziewać się tego należało; z nią Kazimierzowi największa siła, najzdrowsza rada, najjaśniejszy rozum i najtęższe serce ubyło. Dodajcie żal i znękanie, jakże to brzemię miał dźwigać?
— Prawda to — odezwał się Wacek — aliści dla kraju i srom, i niepewność wielka, co mu losy zdarzą; król doświadczenie miał, kraj znał i na sercach mu nie zbywało — a któż wie, co spotka nowego?...
Na tę rozmowę wszedł powracający z zamku z wesołą twarzą książę Michał i przypadł zaraz do kolan matki, która go czule za głowę uścisnęła. A znać było z oczu jej, iż tych u króla odwiedzin ciekawa była i niecierpliwa skutku się dowiedzieć. Na bladej twarzy jej odmalował się niepokój, wstrzymała rękę syna, patrząc mu w oczy. Zawahał się nieco młody pan, ale prędko przemógł jakiś wstyd i odezwał się głośno:
Wielce mi był miłościwy król jegomość — anim potrzebował mu się przypominać, bo zobaczywszy mnie i rękę swą pańską do pocałowania dając, odezwał się: „Tak mi jest miła pamięć królowej jejmości, iżbym rad, co było żywej wolą, po zgonie spełnił. Wiem, że wam dawała pensję z własnej szkatuły, więc póki królem jeszcze jestem, zapłacę i ja, uważając to za dług święty.“
Gdy domawiał tych wyrazów z widoczną radością, księżna podniosła oczy, w których się łza kręciła.
— Niechże mu Bóg zapłaci za jego serce królewskie dla dziecięcia Jeremiego i pamięć woli nieboszczki. Bogdaj mu wygnanie, na które się skazał, lekkiem było i ziemia obca gościnną, i lata ostatnie spokojem, którego nie zaznał na tronie...
Tak ze szczerością wielką spowiadali się z ubóstwa swego matka i syn... a snadź niewielki ów dar przychodził w porę do domu ogołoconego, bo książę zaraz dodał, iż się do podskarbiego królewskiego udawał i że mu nazajutrz wypłacić przyobiecano.
Zwrócił się zatem z uprzejmością wielką do Pełki, pytając go, co czynił? Na co, odpowiadając, przyjaciela przedstawił mu Medard i względom polecił.
Wesoło dosyć rozmawiając, poznawali się bliżej z księciem Michałem, który jedną tylko zbytnią nieśmiałością grzeszył, zresztą umiejąc się podobać wszystkim... bo w nim dobroć i chętne serce czuć było. Lecz w synu Jeremiego nie było odwagi ojca, snadź w młodości nieszczęście i troski go złamały i nauczyły pokory... Wśród obcych też żyjąc, nabrał obyczaju nieswojskiego, układnym będąc do zbytku... Grzecznością swą ziębił, choćby się doń radzi ludzie zbliżali.
Chwilę jeszcze na rozmowie tej zabawiwszy, Pełka z Rożańskim pożegnali hetmanową i księcia, który ich do ganku przeprowadził. Kazano konie podać z ulicy na podwórze, a gdy Pełka swojego miał dosiadać, spojrzał nań książę Michał...
— Dzięki królowi jmci, — rzekł — i ja też dawno pożądanego pod siodło konia dostanę, bom, z czem się nie taję, i jednego dobrego nie miał...
— A cóż się ze stadami książęcemi stało? — zapytał Rożański.
— Poszły jedne pod żołnierzy i padły razem z nimi, drugie popędzono za rubieże nasze! — wzdychając, rzekł ks. Michał. — Już ojciec nieboszczyk opłakiwał ich stratę, mnie się i widzieć ich nie dostało...
Gdy się rozstali, westchnął Pełka.
— Nie wstydże to Rzeczypospolitej — rzekł — dać synowi takiego ojca zostać bez konia i dworu, bez ziemi prawie i sługi?
— I Rzeczpospolita też straciła ziemię i sługi! — rzekł Rożański — a syn jakże do ojca niepodobny! Niemca z niego zrobili nieśmiałego i grzecznego, snadź aby mógł ocaleć w pokoju — bo ten zda się do wojny niezdatny!
— Może się choć późno odezwie krew... — dodał Pełka.
Smutny widok żałobnego dworku hetmanowej długo im stał w oczach.
Wstrzymywał, jak mógł, przyjaciela Medard, aby mu w stolicy towarzyszem był, lecz w końcu i Godziemba za podczaszyną gdzieś wyciągnął, i książę Proński, żonę zabrawszy, znikł gdzieś, pociągnąwszy ku Śląsku i Rożański zaczął się do swojej Julki wybierać pilno.
Przyszło, pożegnawszy go, pozostać Pełce samemu prawie, bo się do niego mimo zaprosin nikt nie garnął... W tem osamotnieniu ledwie nie jeden ks. Michał mu został, do którego czasem mógł pójść i godzinę przebyć na rozmowie... Resztę czasu spędził albo przy książce, której niebardzo lubił, w stajni z końmi i wiernym Gabrykiem, albo na przechadzce samotnej. Ale mu się na gorszą samotność do Gołczwi nie chciało. Prędzej już mógł się spodziewać zobaczyć tu jakim trafem księżnę, niż na wsi, a był tego przekonania, iż ona, tam spróbowawszy cesarskiego dworu, nie wytrzyma i albo z mężem, lub sama do Polski powróci... Myślał, że może potrzebować będzie jego pomocy i opieki, którą jej przyrzekł, naostatek — sam dobrze nie wiedział, dlaczego w stolicy został... Jakiś instynkt raczej, niż rachuba tu go trzymała; a choć ludzie od niego stronili, niewiele zważał na to.






Pełka był pierwszym, który srebra swe zniósł i pod stopy nowoobranego króla, Michała Wiśniowieckiego, rzucił...
Tajemnica, która te lata życia Pełki otaczała, uśpiona była przez to, że on sam mało się w świecie pokazywał... Teraz zażądał u dworu się stawić i między ludzi znowu wnijść.
W tych myślach, widząc się z Godziembą trzeciego dnia po elekcji, odezwał się doń:
— Widziałeś się, panie łowczy, z boginią swoją?
Łowczy westchnął.
— Właśniem o niej mówić miał — rzekł, — Boginią nie jest, chociaż, prawdę powiedziawszy, Endymjon wysiwiał, a bóstwo strasznie utyło... I to jest dziwna rzecz, iż ta kobieta, mimo tylu trosk i takiej ruchawości, zamiast wychudnąć, jeszcze ciała nabiera...
Rozśmiał się Pełka.
— Snadź te troski niebardzo jej dogryzają; — odpowiedział — nie jest ona ani dla waszmości czuła, ani dla córki, ani dla nikogo na świecie, oprócz siebie samej.
— Licha tam! — szepnął łowczy — przecieżem ją widział łzy lejącą...
— Kiedy?
— Nie dalej, niż pozawczoraj...
— Cóż to? czy faworyt piesek zdechł? czy papuga?
— Nie żartuj waszmość, — odezwał się Godziemba, wzdychając — abyś tego nie żałował.
— Cóż to tam było? — bystro spoglądając, mówił Pełka — czy tajemnica?
— Nie proszono mnie o nią, — zaczął Godziemba — pono tam z tem małżeństwem coś niedobrze...
— Mówże waszmość? przyszły wieści jakieś?
Godziemba się zająknął... potarł czoło, nie wiedząc, czy ma zmilczeć, czy mówić dalej: ale Pełka go naglił i już na pół słowie zatrzymać się nie było podobna.
— Nie zdradź mię tylko waszmość, iż ode mnie to wiesz, to już opowiem wszystko... — odezwał się łowczy. — Niedawno się pobrali, a już bardzo tam źle... Z listu księżny widać, iż z mężem się poróżniła. Powiózł ją wprost, jak sobie życzyła, na dwór cesarski... Siła tam zawsze ludzi i kawalerów dostojnych, i książąt, i grafów imperji... Co dziwnego, że się młodej kobiecinie chciało ludziom podobać? Mimo swych lat dwudziestu kilku, zawsze to dziecko jeszcze. Może się i potrzpiotała, a pewnie tam tak dalece nic złego nie było, przecież się to staremu nie podobało...
— I cóż? — zawołał Pełka, drżąc z niepokoju i niecierpliwości — i cóż?
— Dysymulował podobno, aż wreszcie — kończył Godziemba — namówił jejmość na podróż do Śląska... Pojechali tedy zwiedzać owe zamki sławne... Książę ją tam zawiózł... sam prysnął, a ją nieboraczkę pod strażą pono w jednym z tych zamków osadził...
Pełka załamał ręce, brew mu się ściągnęła.
— Zabićby tego łajdaka! — krzyknął w pierwszym wybuchu gniewu. — Jakto! żeby on śmiał? To nie może być!
— Z wielkim strachem, bo jej i pisać nie wolno, przekupiwszy ludzi, księżna, do matki dając znać, o sobie napisała...
Z jej listu więc najpewniejsza wiadomość. Prońskiego od dwóch miesięcy niema, a ona tam sama z dwojgiem sług pod strażą niemal trzymana, łzy leje...
Pełka słuchał, wsparty o stół, nie dając już wcale poznać po sobie, jakby go ta wiadomość obchodziła. Pomyślał długo, nim usta otworzył.
— Powiedzcież choć wy podczaszynie, — odezwał się wkońcu — że niczyją to winą, tylko jej własną, że ona ten los córce zgotowała... że płakać nie powinna, bo tego chciała... bo to jej sprawa, tej kobiety...
— Nie mów waszmość nic na nią — przerwał Godziemba. — Boginią moją jest, nie mogę słuchać... A! coprawda, to nie grzech — powinnaby sama jechać, córkę z tych rąk wyzwolić — i nie ma odwagi. Powiada, iż się lęka, aby i jej więzienie podobne nie spotkało, gdy się książę ulęknie rozgłosu...
— Cóż myśli? — zapytał Pełka.
— A no, płacze... Po kobiecemu, „ultimum refugium lacrimae“....
Śniadali potem milczący, bo Pełkę jakby kto przybił, mówić nie mógł, czoło tarł, wąsy targał, wzdychał, wstawał, chodził, rozmyślał i jak łowczy o co zagadnął, odpowiedzi innej otrzymać nie mógł, tylko: „Coś waszmość mówił? nie słyszałem.“
Jakoż myśli własnych słuchał tylko cały czas i łowczy, widząc, że już tu niema co robić, wkońcu go pożegnał.
Chodził jeszcze po dworku Pełka do południa, a gdy do stołu dano, nie jadłszy wstał — i chodził znowu do nocy i nie położył się spać do późna, a Gabryk przedrzemał krótką czerwcową noc do świtu, czekając na zawołanie.
Dniało już, gdy się Medard rozebrał i legł, a w parę godzin wstał i na Gabryka zawołał:
— W drogę jedziemy! — rzekł krótko — sposobić się...
— Do Gołczwi? — zapytał Gabryk, ziewając.
— Nie, — odparł Pełka — ale koni powodnych dwa, troki dobre, i broń jak najlepsza...
— Jużciż nie na wojnę, bo o niej nie słychać?
— Tak jak na wojnę, — krótko rzekł Pełka — dziś musi być gotowo pod noc. Dni gorące... Nocą dla koni iść zdrowiej — wyruszymy z północy...
Wiedział Gabryk, że się wiele więcej nie dowie i zamilczał... Z południa pojechał Pełka na zamek...
Król naówczas, choć jak w oblężeniu trzymany, wszystkich przyjmował, dano i jemu posłuchanie... Czekało nań różnej szlachty i panów dosyć — wyszedł młody król nieśmiało, kłaniając się i unikając ręki dawać do pocałowania. Wystrojony po niemiecku, w peruce ogromnej, którą dla mody nosić musiał, wydał się Pełce zmienionym bardzo, zbladłym jeszcze i zmęczonym. Uśmiechem go powitał i podszedł zaraz ku niemu.
— Dlaczegom ja waszmości jeszcze dotąd nie widział? — rzekł — podziękować mu chciałem... Mówiła mi matka, coś dla niej uczynił; znalazłem imię wasze na spisie tych, co mnie obdarzyli. Król Michał za księcia Wiśniowieckiego dług by rad zapłacił.
— N. Panie, — odezwał się Pełka — dług dawno zapłacony łaskawem dla mnie sercem w. k. mości, zapłacony z nawiązką.
I skłonił się.
— Przyszedłem tylko dziś pożegnać w. k. mość, na dłuższy czas potrzebując się stąd oddalić — i prosić pana miłościwego o zachowanie mi w sercu jego łaski i życzliwości.
— Tych waszmość pewien być możesz, — odezwał się król — lecz cóż za podróż mnie was pozbawia?
— Pilna i w takiej sprawie, iż o niej mówić nie mogę — dodał Pełka, wzdychając.
— Na długo?
— Ani tego wiem — rzekł Medard.
— Niechże Bóg szczęści — po chwili milczenia odezwał się król, zdejmując z palca pierścień. — Uczyń mi to waszmość, abyś ode mnie choć tę małą przyjął pamiątkę. Pochodzi ona od ojca mojego, była rodzinną pamiątką, lecz jest wolą mej matki i moją, ażeby się ona waszmości na znak mej wdzięczności dostała. Byłeś mi przyjacielem, gdym innych nie miał; dziś mi ich dosyć korona przyprowadziła, a wszyscy mniej są drodzy od was... boście do mnie nie na fortuny kole przyjechali.
Pełka ucałował rękę królewską. Rozmowa przerwać się musiała, bo tuż nadchodzili inni panowie a dygnitarze z pilnemi sprawami, którym król na siebie czekać dać nie mógł.
Pełka, który z innymi razem słyszał tę wieść, naówczas szerzoną powszechnie, iż król drugiego dnia obiadując u prymasa, od stołu wstawszy, zachorzał i było otrucia posądzenie — popatrzył z uwagą na oddalającego się... W istocie wycieńczenie, znękanie, boleść znaczna była na twarzy Michała, ale trucizną dlań nie była ta, którą mu z kuchni jakoby podać miano; truto go już, mnożąc mu troski, a odmawiając posiłku i serca... W otoczeniu swem czuł niechęć i nieszczerość... Pokora, którą go otoczono, wymuszona i fałszywa, podobniejsza była do szyderstwa...
Z przykrem wrażeniem cofnął się Pełka, ustępując miejsca innym, i wyszedł z zamku zadumany nad losami ludzkiemi. Koronę mu szlachta mogła dać, ale ani szczęścia, ani spokoju...
Wróciwszy do domu, tegoż dnia Pełka do trzosa z kufra nasypał garścią złota tyle, ile ich trzos i on mógł podźwignąć. Przepasał się nim i nie kładąc się nawet spać, z północy o konie gotowe zawołał... Wierny Gabryk i on ruszyli przez śpiące miasto i nie widziani od nikogo, ze dniem byli już od Warszawy daleko.
Łowczy, przyszedłszy na śniadanie, ze zdumieniem dowiedział się, iż Pełki w domu nie było i że niewiadomo ani dokąd, ani na jak długo wyjechał.
Dawno to zasiedlony kraj ów Śląsk i ślady innego życia zostały na jego ziemi do dziś dnia. Każda epoka po sobie jakąś przyszłości przekazuje ruinę: tu szlachecko-rycerski żywot i wojny nasiały zamków po wzgórzach i małych twierdz u brzegu rzek...
Wiele z nich zostało, jak skorupki puste, z których wyszło, co w nich niegdyś ruszało się i żyło; w niektórych jeszcze dogorywały życia ostatki w XVII wieku. Lecz mieszkańcy dawni, czatujący na łup napastnicy, królikowie na małych państewkach rozbiegli się po szerokim świecie i ledwie czeladź smętna odrapanych murów strzegła.
Tak teraz wyglądał Branibórz księcia Prońskiego, przezwany Brunenburgiem, mały zameczek u brzegu niewielkiej rzeczułki, na wyniosłem wzgórzu, z którego resztki murów pozostałe, cała główna budowa i stara wieżyca, bielały zdala na pasmie lasów, które je okrążyły. U stóp zameczku rozciągała się dawna osada z kościołem i murowanemi w części, częścią drewnianemi, domkami. Okolica była zapadła, odludna, oddalona od wielkich gościńców i skazana położeniem na martwe wegetowanie wśród ciszy lasów i pustyni piasków. Zamek sam zdawał się tu dziwacznem zjawiskiem, gdyż nieprzyjaciel dostaćby się tu ani pragnął, ani łakomił, a kraj najchciwszemu nie zasmakowałby zdobywcy.
Wprost z małej mieściny droga się pięła pod górę, za zwodzonym mostem, ku bramie starej, siedzącej szeroko pośród murów okólnych, najeżonych kilku basztami. Ponad bramą dwie wieżyczki chude sterczały jakoś niezgrabnie... Nad wrotami wmurowane stare herby nieczytelne świadczyły o przeszłych posiadaczach; wyżej nieco wykuty był patron miejsca z chorągwią...
Wrota jeszcze były w stanie obronnym, okute żelazem, najeżone ćwiekami, a mała furta boczna zastępowała je zwykle, bo mało tu kto z wozem wjeżdżał.
Za murami i wrotami nic już widać nie było, i zamek niknął z oczu przychodzącemu. Dopiero przebywszy ciemną, głęboką bramę, której drugie wrota od podwórza broniły, wszedłszy w środek, można się było zamczysku przypatrzyć.
Budowa była osobliwszą, i snadź nie razem wzniesiona, jak Kraków, bo i kamień polny, i cegły, i wapień krajany w sztuki wypełniały w znacznej części niepotynkowane mury... Zamek stał w środku podwórza, przyparty do wieży kwadratowej starszej[1] niż on był, z herbami też i kamieniem ciosanym na bokach, i zlepiony jak gniazdo nieregularne, z każdej strony, boku, a raczej co krok inaczej wyglądał. Gdzie niegdzie miał dwa piętra, indziej trzy, to znowu mur bez okien goły, a daszki, przyczółki, czapki gontowe i poczepiane pokrycia z dachówek dowodziły, że budowniczym wcale o symetrję nie chodziło. Niektóre części były ozdobnie wykonane, inne grubo i niezgrabnie, łuk gotycki, półokrągłe zasklepienie i linje proste żeniły się, żyjąc z sobą w zgodzie.
Z dawnych czasów pozostały gdzie niegdzie w ścianach jakichś ozdób ślady, z dawnej pobożności wizerunki Chrystusa i kalwarje poprzylepiane do ścian... przypominały kościół... Nade drzwiami tu i owdzie herb jeszcze tkwił napół zatynkowany.
Wszystko to smutne było, opuszczone jakieś, ubogie, ciasne — bez życia. W podwórzu niegdyś brukowanem, którego kamienie napół ziemia okryła, rosła trawa i chwasty. Na murach nawet gdzie niegdzie czepiały się dziko tu wyrosłe krzewiny leśne i drzewka. Ze szczelin wyglądały mchy i stwardniałe pleśni płaszcze... Gdzie niegdzie brakło na dachach gontów przegniłych i obsuniętych dachówek... w niektórych oknach błony były potłuczone, a części ich, zamiast po staremu w ołów, w drzewo już były niezgrabnie oprawne.
Obchodząc zamek, trudno było główne wnijście odgadnąć, bo ich tu do siebie prawie podobnych było kilka.
To, które niegdyś do wspanialszego za dawnych czasów zamczyska wiodło, odznaczało się szerokiemi drzwiami, które zamurowawszy, w nich ciaśniejsze nowe pomieszczono. Na tablicy nad niemi stał napis zatarty, z którego tylko kilka głosek luźnych jeszcze odczytać się dawało. Ze ścian wyskakiwało parę ganków z balasami, parę klatek murowanych szafiastych i jedne schody drewniane, uczepione przy murze, prowadziły wprost na piętro.
Oprócz zamku do murów przypięte stały szopy jakieś i domy, pomieszane z sobą, od których wydeptane ścieżyny do zamku prowadziły.
Tam, gdzie kortyny stare, niżej spadając, kawał góry dziedzińcowi zostawiły, znudzony snadź mieszkaniec tej pustelni kamiennej założył rodzaj ogródka... Kilka starych drzew rosło na obrywie i krzewy się zdziczałe plątały koło nich... Z pobożniejszej epoki stał tu wśród lip krzyż kamienny, który deszcze, mrozy i skwary potrosze obłupywały...
Zamczysko ciche... puste, stało, zdając się dogorywać; przecież choć tam żywej duszy widać po całych dniach nie było, ścieżki dowodziły ludzi, zamczyste bramy i ślady wozów i koni...
Skazany na pobyt w tem więzieniu musiał, nawykłszy doń, zamknąć się potem, aby do świata nie tęsknić i swój sobie świat zbudować w cichem tem kółku kamiennem...
Gorącego dnia czerwcowego, gościńcem jedynym, wiodącym ku mieścinie, jechał podróżny ze sługą, który wiódł dwa konie pokryte. Oglądali się po okolicy ciekawie, ostrożnie... i nie pędzili zmęczonych koni... Brnąc po piasku, dobili się tak do pierwszych domostw i wjechali w długą ulicę, ku rynkowi wiodącą, przy którym stał murowany kościół.
Naprzeciw niego wiecha zielona, wywieszona nad przyczółkiem, zwiastowała gospodę. Na blaszanej chorągiewce na dachu wystrzyżony dzban, stanowił godło jej, zwała się bowiem gospodą „Pod złotym dzbanem“, chociaż w niej inny nigdy nad gliniany i cynowy nie postał.
Niemiec był jej gospodarzem... Nie miał on, oprócz dni targowych, jarmarków i odpustów, wiele do czynienia, chyba, gdy panów mieszczan na radę poufną schodzących się przyjmował.
Podróżny był tu jedną z tych osobliwości, widywanych tak rzadko, iż go w kronikę zapisywano. Musiał to być człowiek zbłąkany, bo tędy nie wiodła żadna utorowana droga. Mieszkańcy Braniborza żyli w tej szczęśliwej spokojności, jakby jedną stanowiąc rodzinę, i dzieci mogły w koszulach wychodzić na rynek dla zabawy, będąc w nim jak u siebie w domu.
Gdy pod wieczór w pustej ulicy zatętniały końskie kroki, a zbrojni podróżni ukazali się, jadąc zwolna i rozglądając po mieścinie, wprędce niemal cała ludność wysunęła się na progi, do okien, w ulicę, aby to zjawisko osobliwsze oglądać...
Dzieci zaczęły uciekać wprawdzie, ale u drzwi się skupiały... Ile było psów, wybiegły, zjadliwie ujadając i w ślad gromadą przeprowadzając podróżnych.
Nim owi goście dostali się do rynku, w którego domach mieszkali honoratiores i właśnie pod gankami powychodzili sobie używać wieczora, który chłodniejszym się być obiecywał — dzieci, psów i różnego rodzaju stworzeń cała gromada ciągnęła się za nimi.
Najciekawszy był widok spętanego konia, który, podzielając zajęcie powszechne cudzoziemcami, choć powoli podskakując, ciągnął też za nimi, dla zrobienia znajomości z luźnemi końmi zapewne. W rynku wrażenie było też niemniejsze. Pasły się na nim dwie krowy burmistrzowskie, które zrazu niespodzianym widokiem osłupiałe, puściły się potem z podniesionemi ogonami, jak szalone, ku swoim podwórkom. Ludzie i tu nie dali się wyprzedzić zwierzętom... gospodynie z warząchwiami, dziewczęta z kijami i miotłami, jakby w obronie ojczystych progów, stanęły.
Ostatni wyszedł Niemiec z gospody, w krótkich spodniach, w pończochach, trzewikach ogromnych, białej szlafmycy, porozpinany poufale, co sam zaraz spostrzegłszy, jął się żywo obciągać... aby wystąpił z całą powagą do podróżnych, którzy gdzie indziej, niż do niego, zajechać nie mogli.
Jakoż rozpatrzywszy się nieco, cudzoziemcy owi zakręcili „Pod wiechę i złoty dzban“, co widząc, właściciel jął knechta wołać co żywo, aby sam powagi swej nie potrzebował narażać, odbierając konie własnoręcznie.
Na twarzy owego Franza Müllera, gdyż tak się zwał właściciel „wiechy“, tak było znać wypiętnowane pochodzenie jego, iż starszy z podróżnych pozdrowił go odrazu po niemiecku. Dźwięk tego języka podwoił służbistość Müllera... zdjął okrycie głowy i obnażył łysinę, kłaniając się i zapraszając. Podróżny też na szlachcica i rycerza wyglądał odrazu, poznał w nim Polaka Müller i nie mógł się tylko wydziwić, że tak łatwo po niemiecku szwargotał.
Przed bramą zsiedli pan i sługa z koni, a Müller poprowadził ich do izby czystej i oddzielnej, którą mógł gościom ofiarować. Zaręczał przytem, że u niego chyba ptasiego mleka mogło im zabraknąć.
Niewiele do tego zdając się przywiązywać wagi, podróżny wszedł, milcząc, do izby, obejrzał się i głową tylko skinął.
Müller, z natury gadatliwy, a w tym wypadku nie dziw, iż ciekawością niezmierną zdjęty, pozostał w progu. Szło mu o to, aby gromadzącemu się już przed domem tłumowi mógł przynieść jakąś pewną o tych zabłąkanych podróżnych wiadomość.
Acz zmęczony, rycersko wyglądający mężczyzna począł się trochę rozbrajać i zdawał się dosyć do gawędy skłonny.
— Piaski macie szkaradne, mości gospodarzu — rzekł, zdejmując misiurkę od pasa i szablę.
— U nas? piaski? tak! — rzekł Müller z pewną dumą — piaszczysty grunt, ale to niczem w stosunku do wydm w okolicy... Niech się pan przejedzie po Wignach...
— Dziękuję, — odpowiedział podróżny — mam tego dosyć.
— Piaski to są żyzne, bronił się Müller; a właściwie nawet ziemi tej błogosławionej piaskami nazwać nie można... Lecz siedzą na nich ludzie, którzy chybaby bicze z nich chcieli kręcić... gdyby tu Niemcy przyszli, rosłaby pszenica...
— A panem tu macie Polaka... — wtrącił podróżny — na nieszczęście.
Müller popatrzał.
— Nie jest to nieszczęście, — przecedził przez zęby — lecz to chyba, że tu nigdy nie siedzi.
— Jakże? przecież się go musicie spodziewać, gdy tu już żonę sprowadził i posadził?
Ta znajomość stosunków miejscowych tak mocno zdziwiła Müllera, iż na chwilę, zatopiony w domysłach, zamilkł. Po głowie mu chodziło, kto to mógł być taki, co tak o wszystkiem wiedział? Najprostszym domysłem było posądzenie, iż ktoś do tego pana należący i od niego przysłany. Müller, mający się za przebiegłego, sądził, iż niechybnie zgadł.
— Ale zamek wygląda pusto — rzekł odniechcenia podróżny.
— Zamek? pusto? — powtórzył Müller — no! zdaleka! może! Wszakże jest to jeden z najpiękniejszych Rittersburgów w okolicy... gruntownie zbudowany... pioruny w niego biły, a nic mu nie zrobiły... Ściany trzyłokciowe... a w środku jest na co patrzeć. Wspaniały był i nic mu dziś zarzucić nie można. Jest w nim wszystko... Studnia na wypadek oblężenia doskonała.. sale rycerskie... kaplica... a więzienia! Gdybyś pan widział więzienia i lochy... i izbę torturową... i sądową... Wszystko jest...
Podróżny się uśmiechnął nieznacznie, lecz smutno.
— Ale w nim dawno nie mieszkano? — zapytał.
— Dawno! o! dawno! Jednakże księcia naszego poprzednik, po którym te dobra sprzedano... siedział tu czas jakiś i umarł nawet. A trzymał dwór znaczny i lubił wygody... Codzień potrzebowano wołowego mięsa, i piwo szło beczkami na zamek...
— Teraźniejszy wasz książę także tu przebywał?
Na to pytanie Müller nie zaraz odpowiedział.
— Książę podkomorzy — rzekł wkońcu — bawi na cesarskim dworze; czasem zjeżdża dla obejrzenia, czy wszystko w porządku... posiedzi dni parę... ale mu nudno..
— Żonę tu jednak posadził? — odparł podróżny.
To wspomnienie wydało się podejrzane gospodarzowi... Poszedł po rozum do głowy:
— Rozumiem, — rzekł w duchu — chce mnie wybadać, to szpieg książęcy. Radby, żebym co bryznął, aby mnie wypędzono i Polaka osadzono w gospodzie... alem niegłupi.
Tak wyrozumowawszy sobie, Müller odezwał się głośno:
— Pewnie sam też przyjedzie — a we dwojgu z młodą żoną nudno im nie będzie.
Tak doskonałą dawszy odpowiedź, Müller pot otarł z czoła. Czuł, że triumfuje.
Podróżny chodził po izbie. Postanowił mu gospodarz okazać, że się na rzeczy rozumie i dodał:
— Pan też zapewne znajomy księcia pana, i może do dworu?...
Uśmiechnął się, to mówiąc. Podróżny się zamyślił, zwrócił i rzekł:
— Nie... zbłąkałem się w okolicy... i ot tak wypadkiem tu jestem... czystym wypadkiem.
— Ktoby ci uwierzył? ha! zdrajco ty jakiś — w duchu szeptał Müller — nie złapiesz ty mnie.
— Przypadkiem? — dodał, śmiejąc się. — Ale cóż to za osobliwy wypadek, że się waszmość tu dostałeś właśnie, gdzie znajomy pan, a nawet i wiadomo już, że tu żona jego mieszka?
— Bom długo służył na cesarskim dworze — odrzekł podróżny — no — i wiem o tych, co tam są... Możeby mi wypadło i księżnę jutro odwiedzić...
— A tak! pewnie! — w duchu myślał Müller — udawaj obcego, udawaj — a ja co wiem, to wiem.
Dalej więc, niby komedję grając, rzekł głośno:
— Już to księżnę panią odwiedzić, to nie wiem... chybaby... chybaby pan miał tam jakie prawo do tego, bo do zamku słudzy z obawy niespokojnych czasów nie puszczają nikogo.
— A! a! — zawołał podróżny — nikogo?
— Nie wiem, chybabyś pan... miał... pozwolenie, znak jakiś... hasło...
Na to zamilkł podróżny.
— Szpieg księcia, to niewątpliwa rzecz! — mówił sobie Müller.
— Nocujesz więc pan pod moim dachem, — dodał głośno — proszę o rozkazy... mam, co potrzeba, aby dostojnego rycerza ugościć... czego dusza zapragnie.
— Nocować muszę — odparł gość, — a że konie mam pomęczone, zapewne dzień jaki spocznę.
— Tak! dzień jaki spocznie! to moje domysły potwierdza. Wybierze się pewnie do zamku na zwiady... rozumiem.
Na zapytanie, co rozkaże sobie dać, gospodarz odebrał odpowiedź, rozwiązującą mu ręce. Postanowił, co się zowie tego, jak się domyślał, wysłańca książęcego ugościć. Skłonił się więc, wyszedł szybko za drzwi i miał skoczyć do żony, gdy rozbił się o zastęp ciekawych, zapierających mu drogę.
Schwytano go jak wybawiciela.
— Kto? kto jest? kto może być? — mruczeli, domagali się, wołali wszyscy.
Müller minę nastroił tajemniczą, poważną. Nie mógł się zdradzić przed długojęzycznym tłumem. Wziął tylko burmistrza na stronę.
— Niema wątpliwości, to szpieg od księcia wysłany, który udaje obcego... doskonale wie o wszystkiem... Każcie się rozejść ludziom precz... i żeby cicho było w rynku... życzę... życzę...
Burmistrz, który wysoko cenił przebiegłość Müllera, wnet zajął się oczyszczeniem podwórza i ulicy... Z powagą urzędu skinął na pachołków... ludność, zagrożona interwencją władzy, rozprysła się pośpiesznie na wszystkie strony... Sam burmistrz poszedł cichaczem do domu...
Ciekawość nie była zaspokojona, lecz pośpiech, z jakim urzędnik wdał się w sprawę wywołanego przyjazdem tumultu, dawał się domyślać, iż nielada kto zajechał do gospody... Mógł być bodaj wysłaniec cesarski...
I stało się tak cicho i powszednio w rynku, że po chwili nawet dwie krowy wróciły na jego trawnik zielony.
Słońce tymczasem zbliżyło się ku zachodowi i powolny zmrok padać zaczął na uspokojoną, cichą okolicę. Podróżnemu podano, co dom miał najlepszego: najświeższą wieprzowinę, najwymyślniejsze piwo, najpiękniejsze jaja, najbielszy chleb... A chociaż służąca wnosiła na cynowych misach jak srebro błyszczących, przybrawszy się sama w szaty świąteczne, gospodarz, pod pozorem zwierzchniego nad nią oka, sam się mieszał, rad rozpocząć rozmowę na nowo. Próbował był ją zawiązać z towarzyszem podróżnego, którego wyobrażał sobie łatwiejszym do pogadanki, na tem się wszakże pomylił, bo ten wcale mu nie odpowiedział.
To ostrożne milczenie sługi jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że się tu coś święci, na co należy zwrócić uwagę niezmierną... Rachując na wywnętrzającą moc trunku, gospodarz naostatku z flaszką wina podszedł do izby podróżnej... Zachwalał ją jako coś szczególnego, czego i na zamek dostarczał.
W milczeniu flaszkę przyjął przybyły.
— Któż tam na zamku wino pije? — zapytał. — Z panią na zamku dwór niewielki?
— Wszystko wie — uważał Müller.
— Kobiety mało wina piją, to prawda, — rzekł — ale pięciu dworzan moich landsmanów, a para Polaków...
Spojrzeli po sobie. Müller się uśmiechał. Ta komedja, grana tak długo, wkońcu mu się sprzykrzyła... Zbliżył się do stołu i z uszanowaniem pochylił ku podróżnemu.
— Proszę zacności waszej... zaszczycić mnie zaufaniem, — rzekł, — ze mną możecie być otwarcie. Do czego to udawanie? jak wszystko rozumiem...
— A! i jakże wy to rozumiecie? — spytał podróżny.
— Rzecz prosta — rzekł Müller pocichu. — Książę waszą zacność tu przysłał, abyście zbadali, co się tu dzieje i czy jego rozkazy spełniają się wiernie a uczciwie... O! panie! bywały człowiek jestem! Domyśliłem się tego odrazu. A co? nie tak?
Uśmiechnął się podróżny.
— No, a gdyby tak było? — spytał.
— Gdyby tak było, — odparł żywo Müller — a nie wątpię, iż tak jest... pan się mnie przyznaj... ja będę mu pomocą...
— I dochowasz waszmość tajemnicy?
— Ja? — spytał Müller — żadna potęga w świecie nie dowie się jej ode mnie! Można mnie wsadzić w beczkę nabitą żelaznemi gwoździami i taczać... gęby nie otworzę...
Rycerz przybyły milczał tak jakoś zagadkowo, że Müller czuł się powołany do gadania.
— Niech to będzie tajemnicą dla tłumu... dla gawiedzi... tak należy; ale ja powinienem wiedzieć o wszystkiem... Wasza miłość nie obejdziesz się bezemnie. Możecie udawać obcego i wypróbować ludzi zamkowych... Ja pomogę... Od księcia pana nic za to nie żądam... może mnie od części czynszu uwolnić, jeżeli łaska jego będzie...
— Mówże mi waćpan, — szepnął podróżny, po którego ustach uśmiech przeleciał — dobrze oni zamku pilnują?
— Hm! — rzekł Müller — a czyż to zamek potrzebuje pilności? Wrota zatrzasną, popiją się i śpią. Niema tu żadnego niebezpieczeństwa. Młoda pani chodzi po wałach, po podwórzach, po zamku, drapie się na wieże... Może nawet wołać z nich na okolice... Któż to tu usłyszy? kto zobaczy? Ludzie z miasteczka cokolwiekby myśleli, milczeć będą... bo więzienia na zamku są doskonałe.
— I uciec z nich niepodobna?... — dodał podróżny.
— Chybaby kto miał skrzydła — rzekł gospodarz — albo... albo klucz od której furty bocznej...
— A te są zamczyste? — pytał rycerz.
— Jużciż — mówił Müller — ale dwoje z nich wychodzi na górę z przeciwnej strony... a choć ścieżki strome, możnaby się spuścić niepostrzeżonym... A cóż dalej?... uciec niema sposobu... bo tu widać po drogach naokół... a drogi puste...
— U kogoż klucze? — mówił gość dalej.
Gospodarz uszczęśliwiony zacierał ręce.
— Stary Kerner powinien je mieć wszystkie, to pewna, — rzekł cicho — lecz to pijak, jakich mało, gdy księcia niema. Przy nim on nic do ust nie weźmie, ale skoro jego nie stało — nie nastarczyć mu wszelkiego napitku... I pije jak pan... z korzeniami i z cukrem! Inaczej nie! O! tak... klucze na kołku... ani o nie dba...
— A jakże się księżna znajduje? nie wiecie? — badał ciągle przybyły.
— Jakżebym ja nie wiedział? — mówił Müller — miły Boże, któż ma wiedzieć, jeśli nie ja? Z początku były historje... rozpacze... nawet krzyki czasem... Może już spokojniejsza. Gdy książę odjeżdżał, aż ludzie się litowali nad nią, gdy mu wyrzuty czyniła... Nic to nie pomogło... bo nasz książę, jego miłość, ma charakter męski, a to jest, słyszę, Polka płocha... i nie chciała się do jegomości przywiązać...
Prawił tak, a gość popijał niby, bo do ust przytykał kubek, który stał jednak prawie pełny — popijał i słuchał... Wstał wreszcie i chodzić począł... Poklepał po ramieniu gospodarza.
— Na miłość Bożą, waszmość mnie nie wydawaj — ja tu dla wszystkich gram rolę obcego, jestem obcy — rozumiesz mnie?... i będę próbował podkraść się do zamku... Mam takie rozkazy...
— Stary Kerner do niczego... pije i nie płaci, — rzekł Müller — trzeba przekonać księcia, iż on na zamku nie powinien dowodzić. Owies nawet dla koni bierze darmo... Oddalić go.
— Oddalimy go — rzekł podróżny — ale... cicho!
— Na mnie spuść się wasza miłość.
— Wszak pod wieczór mógłbym jeszcze zamek pójść obejrzeć? hę?
Gospodarz się zamyślił.
— Dlaczegóż nie? nawet spróbować można zamówić się do zamku!... Oni gotowi puścić!
— A dziś jeszcze nie, — rzekł gość — mogłaby się obudzić uwaga... to na jutro...
— Zapewne, że jutro jeszcze lepiej — potakiwał gospodarz.
— A żebyś waszmość nie sądził, że ja, jak Kerner, nie płacę... — dodał, śmiejąc się i dobywając parę dukatów... — oto zadatek...
Müller dłoń uchylił przestraszony.
— Pocóż to? poco? — zawołał. — Wasza miłość uwierzysz mi, że ja ludzi ze spojrzenia pierwszego odgaduję...
— Milczże, proszę...
— I prosić o to nie potrzeba — mruknął gospodarz.
— Jeżeliby spytano o mnie, mówcie, że mam sprawę do księdza...
Drzwi otworzył sam gospodarz, zmierzchało, gdy gość otulony lekkim płaszczem wysunął się z gospody. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, posunął się pod domostwy bokiem rynku i, poszedłszy ku kościołowi, zniknął. Tu spuściwszy się nieco wdół, przemknął się przez dawny most zwodzony i, zamiast ścieżką iść ku bramie zamkowej, zwrócił się bokiem góry poza okólny mur, który go zasłonił od miasteczka.
Góra była łysa, zrzadka kupkami piołunów, dziewanny i dzikich, bladych kwiatów okryta. Można było z trudnością czepiać się jej boków, choć przechadzka niewygodna była. Wprost z jej obrywów wznosiły się stare mury kamienne na kilkadziesiąt stóp wysoko, opatrzone strzelnicami. Podróżny zdawał się im przypatrywać z uwagą wielką, jakby gdzieś w nich szukał obiecanych furt, których widać nie było. Grube i ciężkie skarpy gdzie niegdzie podpierały stromą ścianę.
W jednej z nich, zręcznie wyskokiem muru przykryte, zataiły się małe drzwiczki, których domyślić się i wyszukać było bardzo trudno — dostrzegł je opatrujący, a obejrzawszy się dokoła, zbliżył się dla oglądania zbliska. Całe żelaznemi blachami obite, niewielkie drzwiczki tej wycieczki, choć ordzewiałe, zdawały się mocne bardzo. Z zewnątrz nie było do nich ani klucza, ani otworu.
Idąc dalej, nie trafił już na drugie, a głowę podnosząc dla przypatrzenia się zamkowi, nie dostrzegł nic, oprócz wierzchołka wieży jego nad głową. Chociaż zmrok utrudniał obejście murów dokoła, nie wrócił się podróżny... drapał się bez ścieżek po stromych bokach, i dopiero od strony miasteczka, nie chcąc być spostrzeżonym, ku dołowi się spuścił.
Na zamku ani głosu, ani znaku życia nie spostrzegł. Stąd dopiero, gdy ciemniej się zrobiło, ujrzał w oknach wysokich kilka zapalających się świateł. Stanął, popatrzał na nie i ku gospodzie zawrócił.
Müller, jakby niespokojny o skutek tej wyprawy, czekał na ławce przed domem. W rynku, ostawionym domami, co chwila było ciemniej; niepostrzeżony więc dostał się tu gość i wszedł do izby, wołając gospodarza za sobą.
— Waćpan znasz się dobrze z Kernerem? — zapytał.
— A mój nieszczęśliwy worek lepiej jeszcze! — westchnął gospodarz.
— Mógłbyś więc pójść do niego w poselstwie odemnie z prośbą, aby mi dozwolił stary zamek wewnątrz obejrzeć... Żołnierz jestem, zajmuje mnie jego budowa... nic więcej. Daj mu waćpan parę dukatów... Nie żądam więcej nic, prócz obejścia budowy...
Müller aż się po biodrach uderzył, aplaudując pomysłowi.
— Parę dukatów i flaszkę wina w dodatku, — rzekł. — Wino zaniosę. Nie wytrzyma i upoi się, a z podpiłym zrobisz wasza miłość, co zechcesz.... Schwycisz go na gorącym uczynku, gotów puścić wszędzie. Cha! Cha!
Na tem stanęło... Podróżny poszedł się o konie dowiedzieć, a w godzinę potem cała gospoda jak w powszednie dni spała pogrzebiona w ciemnościach.
Z rana, nim się gość podniósł z posłania, Müller już do zamku poszedł, i nie było go tak długo, że miano czas ubrać się i śniadać, nim powrócił. Zmęczenie malowało się na jego twarzy.
— Dopiąłem swego, — rzekł — ale mi zaschło w gardle. Upierał się Kerner, że nie może wpuszczać nikogo. Musiałem użyć perswazyj wielkich, i ledwie nieledwie przekonałem, iż obcemu zupełnie podróżnemu, który natychmiast w świat jedzie, otworzyć przecież niema niebezpieczeństwa.
Podróżny się natychmiast porwał i ruszył. Müller jeszcze coś mówił, podnosząc swe zasługi, gdy tamten był już na drodze ku zamkowi.
Brama, do której przybył, była zamknięta; bez pukania jednak Kerner, zobaczywszy nadchodzącego, otworzył i przyjął ukłonem.
Był to człek stary i na twarzy mający wypisane piwo. Rozlane policzki dusiły mu oczy... różowe plamy okrywały nos nabrzękły... Odziany po domowemu, na znak funkcji dowódcy zamku, włożył tylko napierśnik blaszany, który dusić się go zdawał.
— Przychodzę zamek obejrzeć, — począł przybyły, przez prostą ciekawość. — Jestem podróżny, zdaleka... jadę natychmiast...
Wetknął mu w dłoń przyrzeczony datek, na który spojrzał zukosa Kerner.
— Chodź wasza miłość, — rzekł, — ale proszę cicho i spokojnie... nie trzeba, by nas ludzie widzieli...
Wsunęli się, to mówiąc w podwórze. Kerner skierował się na lewo. W milczeniu tak obchodzili mury... podróżny tylko głowę podnosił nieustannie, ale żywej duszy nie zobaczył nigdzie... Drzwi prowadzące do wnętrza, były pozamykane... Gdy do głównych podeszli, podróżny stanął.
— Dajcież mi zobaczyć pokoje!
Kerner się wzdrygnął i za rękę go pochwycił.
— To być nie może!
— Jakto! nie może? dlaczego?
— Bo ja na to nie zezwolę nigdy! nigdy!
— Ale przyczyna? Cóż? tajemnicę jakąś kryjecie w nim? Chcecie chyba, bym o tem na cesarskim dworze opowiadał... — dodał podróżny, śmiejąc się.
Kerner pobladł.
— Wasza miłość nie zechcesz mnie zgubić?
— Pewno, że nie, — odezwał się podróżny, lecz nie czyńcie mi tej przykrości i pokażcie stare zamczysko...
— Cóż tam tak ciekawego? — zamruczał Niemiec — niema nic.
— A dlaczegóż mi odmawiacie?
— Bo taka jest wola naszego pana!
— Jestże on tutaj?... Pan o niczem wiedzieć nie będzie, wsuwając znowu parę sztuk w rękę klucznikowi, odezwał się gość i wziął za klamkę.
Drzwi nie zamknięte otwarły się zwolna; nie pytając o pozwolenie, wszedł do wnętrza. Sień była sklepiona, ciemna... Zboku lawaterz kamienny, w głębi wschody na górę o poręczach rzeźbionych, na słupku stał z drzewa dębowego rycerz w całej zbroi, z palcem na ustach a ręką na halabardzie.
Nim Kerner miał czas go wstrzymać, ciekawy gość był już na wschodach, a dowódca zameczku wlókł się za nim zafrasowany. Na pierwszem piętrze drzwi pięknej przedsieni stały otworem. W progu już znowu wstrzymywać chciał Kerner, lecz podróżny się nie dawał...
— Ale tu mieszka pani nasza! ona jest chora... tu iść nie można!
Tylko co tych słów domawiał, gdy za progiem, w sali ukazała się biegnąca prawie kobieca postać.
Była to księżna sama... Blada, z oczyma wpadłemi, z włosem w nieładzie, odziana w jubkę aksamitną, z rękami, przyciśniętemi do piersi. Nim miała czas, spojrzawszy na nieznajomego owego wykrzyknąć, bo widocznie się przelękła, podróżny tyłem się zwrócił do Kernera i dał wyrazisty znak milczenia.
Nie potrzebujemy czytelnikom tłumaczyć, że tym natrętem był Pełka. Księżna, zobaczywszy go, osłupiała zrazu, lecz pojąwszy niebezpieczeństwo, niby nieukontentowana i strwożona, cofnęła się obojętnie. Kerner ciągnął za suknię gościa, ale ten stał upornie i począł nawet mówić...
— Księżna mi darujesz...
Ta mowa, niezrozumiała dla Kernera, w rozpacz go wprawiła, szarpnął Pełkę, domagając się, by ustąpił.
— Zapewne, — odparł Pełka — ale muszę panią zamku przeprosić.
— A skądże wiecie, jakim do niej językiem mówić?
— Nie słyszałeś więc waszmość, że odezwała się pierwsza po polsku?
Kerner tak był zmieszany, że uwierzył, iż nie dosłyszał.
— Księżna mi darujesz — mówił Pełka, zwracając się i podchodząc do niej żywo, aby mógł dodać pocichu: — Nie znajcie mnie... bądźcie spokojni...
Jadwisi twarz się rumieńcem okryła... przybrała postać poważną... ale słowa rzec nie mogąc, cała drżąca, ustąpiła kilka kroków.
Kerner zaczynał się gniewać.
— Na Boga! idźcie stąd! idźcie stąd! natychmiast... ani kroku dalej...
Pełka stał, myśląc, jakby dłuższą upozorować rozmowę...
— Dozwólże mi, gdy się już stało, co się mogło stać najgorszego — rzekł do Kernera — niech zobaczę salę... Przecież księżnę widziałem i ona mi nie broni, a ona tu panią, nie wy!
I jakby już nie widział Kernera, posunął się naprzód za księżną, której dał znak, by stała także... Odźwierny, nie wiedząc, co począć, został, szarpiąc się za włosy w progu...
— Bądźcie gotowi — szybko rzekł zcicha Pełka — przybyłem was uwolnić... W murach jest furtka na górę... dziś... jutro... nocą... kiedy chcecie... Znak chustka biała w oknie... Na Boga! nie wzdragajcie się... głową ręczę za was, oddam matce... będziesz pani wolna...
Jadwiga nie odpowiedziała nic... zdawała się wahać.
— To zbójca, co was tu śmiał osadzić! — Uciec od niego możecie z czystem sumieniem.
Kerner tupał nogami z niecierpliwości.
— Muszę iść, — dodał Pełka — lecz nie odjadę bez was...
Jadwiga odwróciła się i słabym głosem szepnęła tylko:
— Tak! ratuj mnie! ratuj! bo umieram!
Nie było już czasu na dłuższą rozmowę. — Księżna znikła, a Kerner za rękaw ciągnął wściekły od źle hamowanego gniewu.
— Wasza miłość postąpiłeś sobie...
— Cóż się stało? — rzekł zimno Pełka — idziemy przecież — a jam nic nie widział.
— Aż nadto! mruczał stróż — aż nadto...
Dopiero gdy zeszli ze schodów, ochłonął Kerner, obliczywszy zapewne w myśli ile dostał za tę niebezpieczną wyprawę. Wszystko to wydawało mu się wypadkiem, i rad był, odprowadzając do bramy podróżnego, że się go pozbędzie...
Ledwie wypuściwszy za furtę, zatrzasnął drzwi, klnąc, i poszedł pociechy szukać u dzbana. Pełka zbiegł żywo ku gospodzie.






Wiodło się dotąd jak najpomyślniej obrońcy nieszczęśliwej Jadwisi, i to go uzuchwaliło do pośpiesznego ułożenia planu porwania jej i ucieczki z Braniborza. Szło tylko o to, ażeby się dostać do zamku przez jedną z wycieczek, wiodących do jego wnętrza... reszta zdawała się łatwa do uskutecznienia. Pełka miał dwa konie powodne, a na jednym z nich mogła jechać Jadwiga, która się dosiąść siodła nie lękała...
Dostawszy się do lasów, Pełka, który, jak się zdawało, kraje te znał dosyć dobrze, spodziewał się przerżnąć niemi do Polski.
Postanowił wszakże nie zwierzać się z niczem swemu przyjacielowi, Müllerowi, a wyzyskać tylko jego łatwowierność, która mu mogła być jeszcze przydatna.
Wrócił więc do gospody. Na zapytanie troskliwego o powodzenie Niemca odpowiadając tylko, że mu się niebardzo powiodło podejść Kernera, który się miał na baczności:
— Ale, rzekł — pozostanę tu zapewne jeszcze dzień jaki, i na oku go mieć będę.
Wynagrodzony wspaniale Müller czuwał nad gościem, biorąc go zawsze za wysłańca książęcego z troskliwością matki i pieczołowitością opiekuna.
Pozbywszy się go z trudnością, Pełka poszedł na naradę z Gabrykiem i długo dosyć się z nim przechadzał. Zkolei zręczny Gabryk wymknął się niepostrzeżony z gospody, aby się murom zbliska przypatrzyć. Bawił nawet trochę długo, tak, że Pełka zaczynał być o niego niespokojny, ale nareszcie powrócił. Lękając się rozmowy w gospodzie, wyszli oba do koni i poczciwy sługa zdał panu sprawę z poczynionych odkryć. Znalazł on, od nikogo nie będąc spostrzeżonym, drzwi w murze za skarpą ukryte, i udało mu się w nich wywiercić kilka dziur, a potem drzewo między niemi wyłamać tak, że rękę mógł włożyć w otwór i przekonać się, że furta była ogromnym drągiem okutym, wchodzącym w mur, założona... Dźwignąć go, pomimo wielkiej siły nie zdołał z miejsca; nie był przytem pewien, czy drugi podobny niżej lub wyżej się nie znajduje.
Dla przekonania się o tem należało iść raz jeszcze i próbować szczęścia wieczorem, gdy wszystko w zamku spało; a szelestu przy furtce nikt nie mógł usłyszeć. Zajrzał Gabryk przez otwór we drzwiach wyłupany i domyślał się w ciemności wnętrza, iż korytarz jakiś wiódł do zamku, który mógł być też z drugiemi drzwiami zaparty. W podróżach naówczas, gdy często całe dni jechać było potrzeba, nie znajdując rzemieślnika, każdy ostrożny wędrowiec, wybierając się daleko, miał w sakwach młotek, obcęgi i dłóto, a musiał sam umieć trochę podkuć konia. Ten przybór miał posłużyć teraz Gabrykowi do wyłupienia drzwi i zamków. Roboty musiał się podjąć po nocy, szło o to, aby gospodarz i czeladź jego nie spostrzegli, że się oddalił.
Umówił się Pełka, iż go, gdy się wszyscy uśpią, wypuści, a wracający miał do okna zapukać, aby mu potem drzwi otworzył. Nie ruszając się z gospody i przemyślając nad środkami oswobodzenia księżny Jadwigi, Pełka spędził cały dzień, chodząc po izbie. Gospodarz przychodził go zabawiać rozmową, lecz już go tak chętnym do niej nie znajdując, zostawił wreszcie samego. Za wcześnie pokładli się wszyscy spać. Gdy pogaszono światło i cisza zapanowała w gospodzie, Pełka wstał i z wielką ostrożnością Gabryka wypuścił. Noc była niezbyt ciemna, księżycowa, ale niebo okryte chmurami w półzmrokach osłaniało ziemię.
Gdy Gabryk znikł, Pełka powrócił do izby i chciałby był spocząć, ale oka nie mógł zmrużyć dla niepokoju. Rzecz zrazu prosta i łatwa, przy namyśle coraz się wydawała do wykonania trudniejsza. Szło o to, co miał najdroższego na świecie. Poświęcić siebie niczem było; podać ją w niebezpieczeństwo, napełniało go trwogą.
Całą tak niemal noc, która mu się nieskończenie długą wydawała, spędził Pełka na rozmyślaniach i wynajdowaniu coraz nowych środków. Nad ranem usłyszał lekkie pukanie do okna i wstał Gabrykowi otworzyć.
Nie mogło to już nikogo zadziwić, że się o brzasku krzątali koło koni; otwarto więc wrota i Pełka począł się rozpatrywać.
— Wszystko idzie jak najlepiej — odrzekł Gabryk — pierwsze drzwi odemknąłem. Drąg dał się odrzucić na bok... Poszedłem ostrożnie dalej... po wschodach kamiennych, które ku górze prowadzą... Drugie drzwi, jak się można było domyślać, są od podwórza, zamknięte na zamek. Nie otwierałem ich, aby znaku nie zostawiać po sobie, bobym nie mógł zamknąć, ale pewien jestem, że łatwo je będzie wyłamać. Zamek nie straszny i z tej strony obnażony.
Wszystko więc gotowe, do podwórza się dostać możemy... ale co dalej będzie?
Pełka się zadumał.
Wybór pory był bardzo ważny. Żałował przytem, że oprócz Gabryka nikogo nie wziął więcej, tu pomoc byłaby się wielce przydała. Teraz należało sobie dawać radę z tem, co było... Pełka postanowił użyć gospodarza do spojenia Kernera przed nocą, i chciał się na zamek dostać o zmroku.
W rozmowie z Müllerem dał mu do zrozumienia, iż wartoby trzeźwość i czujność dozorcy wystawić na próbę, i kazał na swój koszt uraczyć załogę. W każdym innym byłoby to wzbudziło podejrzenie, w Müllerze tylko śmiech i radość. Zgodził się na to, i natychmiast wziął się do wykonania polecenia, wychodząc na zamek ze sługą i dzbanami.
— Staraj się go waćpan spoić... o to mi idzie! — rzekł Pełka — a już resztę mnie pozostaw.
Gospodarz śmiał się, trzymając za boki... Po godzinie może czasu wrócił, zapewniając, iż Kerner i jego ludzie do wieczora będą bez duszy. Ale zarazem obudziła się w nim ciekawość dowiedzenia, jak emisarjusz książęcy miał z tego korzystać.
— Toć i do zamku nie będzie otworzyć komu? — zapytał ciekawie.
— O to się waćpan nie frasuj — odparł Pełka — książę mi dał klucze potrzebne.
Opłacany po książęcemu Müller nie śmiał powątpiewać o prawdzie tych zwierzeń. Godził się na wszystko.
Wyczekano tak do wieczora... W stajni było ciemno i we dnie. Gabryk ją starannie zamknął i zawczasu konie tyłami uprowadził. Miał on z niemi stać w miejscu wyznaczonem u podnóża góry, dokąd Pełka spodziewał się przybyć z Jadwigą. Ponieważ w ciągu tej wyprawy trzos mu mógł zaciężyć, zawczasu pan Medard oddał go wiernemu słudze, który się nim opasał.
W miasteczku panowała cisza wieczorna, gdy Pełka wyszedł z bijącem sercem na swą wyprawę. Gabryk udał się inną drogą, zarosłą łoziną gęstą i wierzbami ku zamkowi... Słońce zachodziło za lasy, gdy odważny rycerz doszedł wreszcie do furty, dosyć zręcznie pozakładanej kawałkami drzewa, lecz otwartej. Z tej strony okolica była pusta, ani żywej duszy na polach. Zwolna począł się wdrapywać na kamienne, strome wschody, wiodące ku zamkowi. Uszedłszy kilkadziesiąt stopni, zatrzymał się, by ognia zrobić i woskowy stoczek zapalić. Bez niego odbicie zamka we drzwiach było niepodobne. Zabrało to dosyć czasu. Gdy światełko zajaśniało, u góry pokazały się jeszcze długie wschody i wysoko nad niemi drzwi czarne. Zamek ogromny z ryglami, obnażonemi z tej strony, ubezpieczał je. Pełka podszedł pocichu, przysłuchując się, czy w podwórcu nie odezwą się jakie głosy, lecz cisza panowała jak najzupełniejsza.
Jął się tedy zamku z obcęgami, bo młota dla hałasu użyć nie było podobna. Obdarzony siłą niepospolitą, skruszył zamek stary, i z pociechą a przestrachem razem ujrzał otwierające się drzwi na zmrok wieczorny. Zgasił światło co prędzej.
Przed nim był jeszcze bok góry, porosły trawą, wiodący już ku zamkowi bez żadnej przeszkody. Dokoła nie było nikogo. Ludzie więc spać musieli po napoju. Na wypadek ubezpieczywszy się w nóż u pasa i pistolety, Pełka posunął się zwolna ku górze. Widać już stąd było okna zamkowe.
Lecz w oknach nie było nikogo. Pomimo gorąca, stały zaparte i czarne. Na niektórych szybkach zabłąkany odblask jaskrawego nieba świecił jak ogień czerwono.
Wydobywszy się na płaszczyznę podwórca, Pełka najprzód rzucił okiem na wszystkie strony, i tu też nie zobaczył nikogo. Mury stały ciemne i obumarłe, nigdzie straży i znaku życia. Bezpieczniejszy więc szedł zwolna, bacznie posuwając się w głąb i zwracając w lewo, aby do głównego zbliżyć się wnijścia. Pamiętał pierwszą swą bytność i w umyśle miał wyryte wszystko widziane wprzódy. Idąc tak, musiał przechodzić pomiędzy budowlami, przypartemi do murów okólnych, a ścianami zamku. Tu było, jak mu się zdawało, główne niebezpieczeństwo. Ludzi jednak nie spotkał dotąd nigdzie, zamek jakby wymarły, milczący... żadnego ruchu, ani głosu. Coraz więc śmielej kroczył ku głównemu wnijściu, widząc je już przed sobą. Stanął kilku krokami u znanych drzwi, lękając się, żeby ich nie znaleźć zamkniętemi. Pocisnąwszy klamkę, otworzył z łatwością i skoczył żywo na wschody. W korytarzu było ciemno i pusto.
W tejże chwili w podwórcu od strony bramy dały się słyszeć głosy, wołania, wrzawa, krzyk i bicie do wrót gwałtowne.
Jakkolwiek śmiały, Pełka stanął struchlały. Nie mógł odgadnąć, co było przyczyną tak nagłego hałasu po milczeniu, jakie tu panowało przed chwilą.
Bądź co bądź, groziło niebezpieczeństwo, próba była na ten raz chybiona, należało uchodzić... Stał na pół wschodów i czekał jeszcze, myśląc, co z sobą pocznie, gdy drzwi się otwarły u góry i nieznajoma sługa ze świecą w ręku ukazała się w nich widocznie strwożona. Zobaczywszy stojącego Pełkę, krzyknęła i rzuciła się napowrót do pokojów.
Tymczasem hałas u bramy rósł, i Medard spuścił się ze wschodów ku drzwiom, chcąc nazad dostać się do wyjścia, którem się na zamek dostał.
Udało mu się wybiec w dziedziniec, lecz tu mnóstwo już ludzi biegało rozespanych, nieprzytomnych, pochwytawszy za halabardy i broń, i dążąc na wrzawę ku wrotom. Nikt na niego nie spojrzał, miał czas wysunąć się za mur i podbiec o zmroku kilkanaście kroków ku wycieczce. Lecz gdy już sądził, że się do niej dostać potrafi bezpiecznie, ujrzał przed sobą czeladź zamkową rozpierzchłą, której ominąć nie było podobna...
Stało się coś, czego on sobie wytłumaczyć nie umiał. Właśnie w momencie, gdy on się na zamek dostał z jednej strony, książę pan wjeżdżał do swej rezydencji. Spotkał on na drodze Müllera, który wyszedł na jego powitanie i czuł potrzebę pochwalenia się z gorliwością swą i pomocą, udzieloną wysłańcowi pańskiemu. Proński, nie mogąc zrozumieć tego, rozpytywać go począł i domyślił się łatwo, że zdradą chciano się dostać do księżny, aby ją uwolnić.
Smagnął tylko Niemca z konia po plecach, i klnąc rzucił się ku zamkowi. Tu znalazł ludzi pijanych i ledwie się potrafił dobić do wnętrza, natychmiast rozsypując ludzi dla szukania zuchwałego złoczyńcy.
Z zeznań Müllera pewien był prawie, że się tu dostać musiał. Załoga nie zrozumiała trwogi i rozkazów, bo nie wiedziała o niczem, rozbiegła się jednak szukać kogoś, a zobaczywszy przed sobą nieznajomego Pełkę, wpadła nań ze wściekłością.
W mgnieniu oka obstąpiony, schwycony i związany został, i Kerner go w triumfie prowadził przed księcia, który z konia zsiadłszy, stał u głównego wnijścia...
Z górnego piętra otwartem oknem wyglądała blada twarzyczka księżny, cała osłoniona rozrzuconemi włosami. Przelękła wrzawą nagłą, Jadwiga nie mogła długo zrozumieć, co się stało, ale serce jej łatwo się domyśliło, że Pełce groziło niebezpieczeństwo... Załamała ręce biedna...
Oczy jej, spuszczone wdół, dostrzegły razem Prońskiego, którego się nie spodziewała, i związanego Medarda, którego przedeń prowadzono...
Książę poznał natychmiast i uśmiech złośliwy, gniewny, przebiegł mu po ustach. W podwórzu gromadziło się nadto ludzi, wszedł do sieni, dając znać, aby Pełkę za nim wprowadzono.
Kerner pchnął więźnia, któremu skrępowane ręce bronić się nie dozwalały... Latarnię postawiono na gzymsie... Proński podszedł do Pełki z wyrazem gniewu i wzgardy.
— Nie mylę się... poznaję was... widzieliśmy się już raz... Co tu robisz? — zawołał przerywanym głosem.
Pełka milczał.
Proński powtórzył groźniej pytanie.
— Nie będę się tłumaczył, — rzekł wkońcu Medrad — masz mnie w rękach... rób, co ci się zda...
— To, co się należy złodziejom i rozbójnikom — dodał książę, — to cię czeka, mój panie a rycerzu... Chciało ci się bronić uciśnionej niewinności i oswobodzić panią swych myśli? Nieprawdaż?...
Rozśmiał się namiętnie i ponuro.
— To było obowiązkiem każdego uczciwego człowieka, dowiadując się, że śmiesz postępować z kobietą, z żoną, jak z przestępcą i niewolnikiem. Czemuż jej nie odesłałeś do matki?
— A wiesz waszmość przyczynę, dlaczego ją tu osadziłem? — zapytał Proński. — Kto cię upoważnił do obrony? Kto ma prawo mieszać się do sprawy pomiędzy mężem a żoną? Czy ty mi masz przepisywać, co mam czynić?
— Tam, gdzie niema sumienia, a jest okrucieństwo i gwałt, każdy ma prawo odeprzeć przemoc — rzekł Pełka.
— A gdy mu się to nie uda i wpadnie w ręce nieprzyjaciela, tedy może tak zginąć, dawszy głowę, jak ty tu zginiesz... Jam tu pan i sędzia, — dodał — ja cię nie znam... ścinam i pochować każę na zamku... Kto mi co powie?
Począł chodzić po przedpokoju.
— Żywa dusza wiedzieć nie będzie, ani się o ciebie upomni.
— W tem się mylisz, — rzekł Pełka — sługa mój uszedł i poniesie wieść o mnie, a przyjaciele się znajdą i obrońcy.
Proński się roześmiał.
— Przyjdą tylko trochę późno! — mruknął... — Jesteś w moich rękach... nie ujdziesz z nich...
Na to Pełka nie odpowiedział nic.
W górze na wschodach ukazała się z załamanemi rękami Jadwiga i poczęła zbiegać. Usłyszawszy jej kroki, Proński zapomniał o więźniu i rzucił się przeciw niej.
— Dokąd? — zawołał — nazad! Proszę powracać! Księżna tu nie masz co czynić... Mam swoje sprawy...
Jadwiga stanęła, jak wryta, załamawszy ręce.
— Książę! uczyń ze mną, co chcesz... ale niech ja nie mam na sumieniu krwi...
— Wszelką krew ja biorę na własne moje, gdy ją przelewam — rzekł surowo książę, podając rękę, a potem chwytając kobietę i ciągnąc ją na górę. — Proszę iść!...
Głos jego był tak groźny, iż Jadwiga, twarz skrywszy w dłonie, drżała.
— Proszę iść! — powtarzał coraz głośniej i natarczywiej — iść!
Pełka miał ręce związane, lecz nogi swobodne. Z oburzenia rzucił się za księciem, rwąc pęta, któremi go skrępowano. Z siłą, jaką daje gniew, szarpnął sznury i poczuł, że pękać poczęły... ponowił wysiłek... rozplątał pokrwawione dłonie i rzucił się bez pamięci na nieprzyjaciela, który stał, ciągnąc żonę napół omdlałą.
Chwycił go za barki, nagiął wtył ku sobie i rzucił na wschody. Proński krzyknął o pomoc, padając, ludzie wbiegli natychmiast drzwiami, spostrzegłszy obalonego pana, wszyscy razem wpadli na Pełkę. Obrona była próżna, pochwycono go.
Proński wstał.
Zdawało się, że gniew cały skrył w sobie... Drżał, nie mogąc przemówić słowa... Stłumionym głosem wołał Kernera, którego miał przed sobą.
— Słyszysz! — zawołał, — do lochu! tam, gdzie kości! rozumiesz... do kostnicy!
I wyciągnął rękę.
Dwóch pachołków związało znowu Medarda i ciągnęło wdół za Kernerem, który śpieszył rozkaz wypełnić... Kobiety, z góry nadchodzące, porwały na ręce omdlałą Jadwigę.
Pełka stłuczony, odrętwiały, skrępowany, nie czuł już prawie, co się z nim działo. Wyciągnięto go z sieni w podwórze i szybko wiedli oprawcy ku drugiemu wnijściu zamkowemu, które Kerner otwierał. Z drugiej sieni sklepionej schody czarne prowadziły w głąb ku podziemiom. Jeden z pachołków szedł z latarnią przodem.
Spuścili się tak w korytarz ciasny, którego mury oślizłe były od wilgoci i grzybami porosłe, potem zaczęli schodzić drugiemi schodami głębiej jeszcze.
Duszne, wyziewami stęchłemi przejęte powietrze obejmowało coraz bardziej Pełkę... i orzeźwiło go z odrętwienia. U dołu drugich schodów był korytarz wąski, w tym drzwi żelazne otworzył Kerner i pchnął w głąb Pełkę, zatrzaskując je za nim.
W ciemności zupełnej znalazł się więzień na mokrej ziemi, z rękami spętanemi, zbity, nie mogąc się długo poruszyć. Kroki tych, co go tutaj sprowadzili, oddalały się szybko, cisza grobowa zawisła nad nim z nocą, nieprzebitą wzrokiem... Przed sobą miał śmierć powolną, lub gwałt może jaki i zemstę... Pomimo okropnego położenia, myślał może więcej o Jadwidze, niż o sobie. Ze swego życia zrobił już był ofiarę. Lecz zginąć w boju, w walce... a umierać zamkniętemu żywcem w wilgotnym grobie... było podwojeniem ofiary... męczarnią.
Nierychło Pełka przyszedł do siebie o tyle, aby pomyśleć, co ma czynić. Ruszyć mu się było trudno... ręce były związane... Lecz pachołkowie z pośpiechem, krępując je, niebardzo zważali na to, co robili. Próbując rąk tych, poczuł, że mu się uwolnić przynajmniej z pęt będzie łatwiej, niż pierwszym razem... Jedna ręka, wydobyta z pętli, natychmiast rozwiązała drugą. Dłońmi po ziemi próbując, uczuł pod niemi suche jakieś szczęty i przypomniał sobie, że Proński kazał go wrzucić do kostnicy... Jedna z rąk dotknęła gładkiej, zimnej czaszki, która rozsypała się pod nią.
Pełka przypomniał sobie, że idąc przez wycieczkę, miał krzesiwo, siarkę i stoczek. Usiadł więc, próbując zaraz wydobyć ognia, aby się rozpatrzyć w swem nowem więzieniu. W pośpiechu nie odebrano mu nic. Nóż i dwa pistolety miał jeszcze przy sobie.
Zwilgotniała gąbka niełatwo zażec się dała... nareszcie z siarki dobył się płomyczek sinawy i stoczek zapalił... Ciekawem okiem Pełka począł się rozpatrywać po swem więzieniu.
Była to izba zasklepiona, której mury okrywała jakaś szklista powłoka i dziwne naroście. Do ścian na żelaznych kołach uczepione wisiały dwa zardzewiałe łańcuchy... Podłogę, wyłożoną pokruszonym kamieniem, okrywały całą bielejące i pozieleniałe kości ludzkie, kilka czaszek walało się po kątach...
Resztki jakichś łachmanów gniły na ziemi, roztłuczony dzban leżał w kącie. W ścianie, naprzeciw wnijścia zasklepiony otwór prowadził do drugiej izby podobnej... Pełka chciał się podnieść, lecz sklepienie było tak niskie, iż uderzywszy się o nie, czołgać się musiał, aby do otworu dostać. W pośrodku wykopany dół, jak studnia głęboki, do dna dojrzeć nie dozwalał.
Więzień, zamknięty w ciemności, mógł łatwo dostać się do studni, i w niej skończyć męczarnie.
Okropność położenia nie odjęła Pełce przytomności. Zwrócił się do pierwszego podziemia i tu rozmyślać począł.
Proński znał zapewne kostnicę, do której go posłał, i studnię, co się w niej znajdowała. Chciał więc jego śmierci. Łatwo było przypuścić, że więzień w ciemności tej, szukając wyjścia, łożyska, z rozpaczy czołgać się musi i padnie w głębinę.
Całą nadzieją Pełki było, iż w kilkadziesiąt godzin ktoś może zajrzeć zechce, aby się o zgonie jego przekonać. Ręce miał wolne, pistolety i nóż, postanowił rzucić się na wchodzącego i zabiwszy go, wyswobodzić... Nie miał już nic do stracenia, a cała nadzieja była w tem, że przyjdzie stróż więzienny, nim głód siły wyczerpie, i niezdolnym go uczyni do ratowania się z rozpaczliwego położenia.
Łatwo być jednak mogło, iż do zamkniętego skazanego nikt się dowiadywać nie będzie. Naówczas powolna śmierć głodowa zostawała mu tylko... Pełka pomyślał, że ją przyśpieszyć może przyłożywszy pistolet do głowy, lecz odrzucił ze zgrozą ten ratunek, zdając się na wolę Bożą... na Opatrzność...
Całe życie przeszłe przesuwało mu się przed oczyma: Jadwiga — Gołczwia — wojskowe sceny — pole elekcyjne — kraj miły — przyjaciele... Zdawało mu się, że albo tamto snem tylko było, lub to nim być musiało. Myśli plątały się jakby szaleństwo zmąciło już mózg uciśnięty. Piersi brakło oddechu... Kości przejmował chłód grobowy, dziwna senność chorobliwa kleiła chwilami powieki... Rachuba czasu ustała... Każda chwila wydawała się wiekiem... a godzina mogła być chwilą. Mierzyć ich nie było czem, bo nawet żywsze zrazu krwi bicie ustawać się zdawało...
Przyparty do ściany, czując pod sobą kości tych, co tu niegdyś pomarli i w proch się zalegający obrócili, Pełka siedział tak w odrętwieniu, nie wiedząc, jak długo. Czasami próbował sił tylko, wyciągał ręce, poruszał się... i cieszył się tem, że mógł jeszcze władnąć sobą.
Jak długo trwał ten stan grobowego pół-snu, pół-jawy, nie wiedział... Nagle wśród tej zamarłej ciszy coś jakby daleki szmer słyszeć się dało. Pełka przeczuł raczej, niż rozpoznał kroki, instynkt przypomniał mu, że drzwi otwierały się w tę stronę, w której siedział, i że one go osłonią, gdy wchodzący oczyma szukać będzie skazanego... Pozostał więc nieruchomy w kącie... Serce zaczęło bić coraz mocniej... Kroki się zbliżały... nie słychać było głosu, ani rozmowy, szedł więc jeden człowiek... Jednego podołać się spodziewał.
Klucz zaczął się w ordzewiałym zamku obracać... Pełka przyczaił się z nożem i pistoletem... przyczołgawszy się ku miejscu, z którego, jak się spodziewał, wpaść na stróża miało mu być najłatwiej... Jeszcze chwila, a walka o śmierć lub życie rozpocząć się miała.
Prędzej, niż sądził, uchyliły się żelazne drzwi, ukazało się światełko, i schylony nawpół człowiek wychudły, stary, począł się rozglądać ostrożnie po lochu, jakby się wnijść do niego obawiał. Pełka widział jego pomarszczoną twarz z obciętą krótko brodą siwą, i zgrzebną koszulę na piersiach, i podartą odzież, i ręce spracowane, żylaste, i pas skórzany na biodrach... Nie miał broni, nie miał też z sobą nic... Przychodził zobaczyć i donieść może, iż już wszystko było skończone...
W mgnieniu oka porwał się z ziemi Pełka i rzucił się na niego, trzymając nóż podniesiony w ręku. Latarka wypadła z dłoni starego stróża, który krzyknął, nim dłonią usta mu potrafił zamknąć Pełka. Prosił, jęcząc i tarzając się po ziemi, o życie.
Medard już mu przykładał nóż do piersi, gdy stróż w imię Chrystusa zaklął go o litość.
Na ziemi tuż leżał sznur, który był Pełka zrzucił z rąk, pochwycił go, aby nim związać starego, nakazując mu milczenie...
Strwożony leżał, nie ruszając się i nie broniąc, powtarzał tylko:
— Ulituj się nade mną... ja mam sieroty do żywienia... Ulituj się na Chrystusa rany!
— A nade mną mieliście litość? — rzekł Pełka głosem, który ledwie z piersi mógł wydobyć.
— Alboż to moja sprawa? — mówił stróż.
Pełka na szyi nosił krzyżyk, dawniej mu dany przez matkę... Poczuł go na piersiach i dobył szybko.
— Przysiąż, że mi pomożesz do uwolnienia — rzekł żywo — nikt o tem wiedzieć nie będzie... powiesz, że wpadłem do studni... Osypię cię złotem... sieroty wychowam...
Stary obłąkanemi patrzał oczyma... Krzyżyk błyszczał przed niemi... a z pod powiek łza się toczyła.
— Nie zmuszaj mnie do zabójstwa! — wołał, cisnąc go i nóż przykładając mu do piersi, Pełka — przysięgaj — ja ci przysięgam, że ciebie i sieroty ocalę od zemsty...
W milczeniu drżącą ręką przycisnął stróż krzyżyk do ust i pocałował go.
— Przysięgam! — rzekł cicho.
Pełka natychmiast go puścił, mając się jednak na ostrożności i zajmując drzwi sobą.
— Chodźmy — odezwał się.
— W biały dzień? — szepnął stróż wylękły — niepodobna... na zamku mnóstwo ludzi!
Dowiedział się w ten sposób Pełka, że noc całą przesiedział w tym lochu. Stali w korytarzu obaj ze stróżem; ten zdawał się namyślać.
— Nie uwierzycie mi, — odezwał się cicho, a potrzeba dzień przesiedzieć skrytemu. Muszę was ukryć... muszę zamknąć... ażeby kto nie natrafił i nie zobaczył. Będziecież mi wierzyli?
— Wszak przysiągłeś — odparł Pełka — wierzyć ci muszę. Chrześcijanin jesteś i na Chrystusa przysięgałeś...
Stary westchnął tylko i spracowaną ręką powiódł po czole.
— Chodź, panie, ze mną, — odezwał się — ale cicho i ostrożnie.
Nie mówiąc już nic, weszli na wschody pierwsze... i dostali się tak na kondygnację wyższą szerokich podziemiów zamkowych, których okienka wychodziły na podwórze. Tu były izby, do których nieco światła wpadało, i sklepiona komnata, w której dawniej odbywały się sądy, a obok nich izba męczarni... Nie miał stróż do dania innego schronienia nad to i otworzył je dla Pełki, aby tu ukryć go do wieczora. Przyrzekł mu przynieść jedzenie i odzież, w którejby bezpiecznie o zmroku mógł się z zamku wysunąć...
Chwilami przychodziły Pełce wątpliwości, azali mu ten człowiek, raz od śmierci oswobodzony, dotrzyma, ale nie miał nic do wyboru. Wszedł więc, choć wahając się, do sądowej izby... dał się w niej zamknąć staremu, który mu zalecił tylko, aby cicho się sprawiał i oknami widzieć się nie dał. Okna izby, choć wysoko umieszczone, wychodziły w podwórze, po którem kręcili się ludzie. Komnata owa podziemna, zdawna snadź opuszczona, pozostała w takim stanie, w jakim ją przed stu może laty zostawiono.
Zostało tu wszystko na miejscach... ławy u stołu dla sędziów, osobny pulpit dla pisarza, a tuż obok ciasna, przyległa komórka zawierała przyrządy torturowe, ławę, sznury, obcęgi, żelaza, śruby, łoże, na których wyciągano nieszczęśliwych... Tu było dawno wygasłe ognisko, w którem rozpalano żelazo i gotowano ukrop... Wszystko to dawno snadź używane nie było, rdza okrywała żelastwo, pył drzewo, naczynia leżały porozbijane, ale jakby wczoraj jeszcze winowajcę stąd wyniesiono... W sądowej izbie walały się protokóła podarte... Plamy na kamiennej podłodze wyglądały jak ślady przyschłe i zczerniałe krwi, która z ran się sączyła.
Przerażała ta pustka, w której jedyną pociechą był wielki rzeźbiony Chrystus na krzyżu czarnym, wiszący nad stołem sędziowskim. Kolosalna ta postać, która miała przypominać Boga miłosierdzia, była rzeczywiście przerażająca wyrazem boleści i tortury konającego na krzyżu; krwawe plamy na białem ciele, cierniowy wieniec wbity w czoło, włosy, które dodano do rzeźby, dziś pyłem okryte i zlepione, składały obraz dziki i przejmujący... Pełka spojrzał i wzdrygnął się prawie... ze strachu... Biała twarz Ukrzyżowanego, spuszczona wdół, wyrażała tylko poddanie się męczarni.
Nie mogąc spuścić z niej oka, Pełka przysiadł na ławie. Jakkolwiek straszne, więzienie to, po owym grobie kośćmi zasianym, było jeszcze prawie wesołe... Cienie, przesuwające się przed oknami, świadczyły o życiu... Tam panowała grobowa cisza i milcząca śmierć.
Światło wpadało ukośne, blade a szare, ale i ono zdawało się ożywione więźniowi, który dusił się przez noc w ciemnościach.
Długi czas upłynął, nim znowu otwarły się drzwi, i ostrożna ręka stróża wsunęła żywo przez nie miskę, na której był chleb, butelka i trochę jakiejś strawy. Głód zmusił Medarda rzucić się najprzód do chleba.
Odzyskał sił trochę i trochę nadziei, bo dotrzymanie słowa przez stróża ubezpieczało na przyszłość. Uspokojony więc, mógł usnąć, czekając wieczora, i wsparłszy się o poręcze ławy, obwinięty płaszczem, zadrzemał...
Lekki szelest nierychło go obudził, porwał się zrazu przerażony, chwytając za oręż. Przed nim stał stróż, który musiał dotknąć ręką, aby go z tego snu ciężkiego, wydającego się drzemaniem, wyrwać. Był wieczór, z okien już ledwie dostrzeżony zmrok wpadał do izby, zupełnie prawie ciemnej. Po uciszonym głosie poznał więcej, niż oczyma starego człowieka, który, drżąc, stał przed nim i trzymał szarą opończę.
Pełka chciał, aby go wypuścił tąż samą wycieczką, którą wchodził, lecz ta była już na nowo zabita i kamieniami zarzucona. Stróż powiedział mu, że wie inną drogę podziemną. Wyszli więc z izby sądowej, i korytarzem długim, poprzedzany przez starego, krok w krok za nim pociągnął się Pełka, nie wiedząc, dokąd go prowadzi... Trzymał ciągle dłoń na broni...
Droga kręta wśród wilgotnych ścian spuszczała się nadół, i doprowadziła ich nareszcie do drzwi zamczystych... Milcząc, oderwał drąg, zasuwający je, stróż i otworzył.
Przez otwór w nich Pełka ujrzał dalekie błonia, lasy, rzekę i kawałek nieba, okrytego barwą wieczorną. Powietrze świeże, przepojone wonią drzew i łąk odżywiło go, gdy niem odetchnął. Jeszcze krok tylko, a miał być swobodny. Oko zaszło mu łzą... Zwrócił się do milczącego stróża, stojącego na stronie ze spuszczoną smutnie głową, i położył mu ręce na ramionach...
— Bóg ci zapłać, a ja nie zapomnę... Słowem szlacheckiem ręczę ci, obronię cię i nadam ziemię... i sieroty twe...
Stary, słuchając, podniósł głowę i skłonił ją, smutny był i przelękły.
— Idźcie, — rzekł, idźcie... nie wystawiajcie mnie na pokuszenie... Com zrobił... grzech czy miłosierdzie... nie wiem... Uchodźcie... Bóg z wami...
I ręką popchnąwszy zlekka Pełkę za drzwi wypróchniałe, zaczął je za nim ryglować.
Medard znalazł się na obrywie góry, na której stał zamek, niemal u stóp jej... od strony pól i lasów... W kościołku odzywał się dzwon na Anioł Pański; z wdzięczną myślą ku Bogu pokląkł na piasku, okrył głowę i począł się modlić, ślubując ołtarz dziękczynny temu patronowi, który dnia tego przypadał. A był to właśnie dzień św. apostołów Piotra i Pawła.
Wstał potem, i jakby się na świat narodził, puścił się, gdzie oczy poniosą, aby co prędzej państwo księcia opuścić.






Stojący u podnóża góry Gabryk z końmi i trzosem pańskim zrazu cierpliwie nań czekał, choć niespokojny był, azali ta śmiała wyprawa powieść się może.
Długo panowała cisza... Wierny sługa zwracał oczy ku miejscu, w którem była furta ukryta, a raczej trzymał je wlepione w ten kąt, gotów poskoczyć przeciw Pełce, gdyby go zobaczył wychodzącego... Ale kwadranse upływały, cisza trwała i nie było nikogo.
Nagle doszła go wrzawa i krzyki na zamku... Gabryk się strwożył... Rosły one, wzmagały się, słyszał jak wrota zatrzaskano, jak rozbiegali się ludzie, jak głosy warczały groźne.
Nie było wątpliwości, iż pan jego został schwytany... Gabryk najprzód płakać zaczął i ręce łamać, ale wprędce w serce jego wstąpiła otucha. Powiedział sobie, iż panu nic się stać nie mogło, a co najgorsza, czekało go chyba więzienie. Znał Pełkę, że się nie ulęknie, że się bronić musi... w walce któż wie? mógł być zabity? To dwoje więc przypuszczał... nie myśląc o pochwyceniu i skazaniu na taką śmierć, od której cudem tylko ocalić się było można... W pierwszej chwili nie wiedział, co mu czynić przystało... Zostać? czekać? czy uciekać do kraju, aby przyjaciół Pełki ku obronie i ocaleniu rozbudzić?
Chciał być pewniejszy, co się stanie... Lecz jak i od kogo, nie zdradzając się, dowiedzieć? Zrozumiał dobrze, iż narażając siebie, zgubić mógł Pełkę, o którego losie niktby nawet nie wiedział, gdyby Gabryk także dostał się w ręce nieprzyjaciół...
Nadchodziła noc... Ciemność była mu na rękę... Pokazywać się w miasteczku, gdzie go z panem widziano było niebezpiecznie... odejść od koni i porzucić je, gdy w nich nadzieja wybawienia była, zdawało się nieostrożnością. Nie puszczając więc powodnych, zjechał pocichu na drogę do zamku i miasteczka wiodącą, w nadziei, iż tu kogoś spotkać, a może się czegoś dowiedzieć potrafi.
W zmroku widać było na ścieżynie od zamczyska zsuwającą się powoli postać, której zdala rozeznać nie mógł Gabryk... Był to człowiek jeden i pieszy, idący krokiem kaleki... Drożyna od furty zamkowej wiodła go ku gościńcowi, wprost właśnie miejsca, gdzie stał z końmi biedny sługa.
Gdy się z góry spuścił, Gabryk poznał w nim żebraka. Nie był to jednak prosty włóczęga, lecz rodzaj pątnika, jakich naówczas mnóstwo po krajach wszelkich od odpustu do odpustu, do miejsc cudownych, do świętych i pamiętnych przesuwało. Okrywała go suknia, podobna do tych, jakie nosiły zakony żebracze św. Franciszka, podpasana sznurem. Od pasa zwieszona sucha tykwa, różaniec, muszle na sukni pozaszywane, kij wysoki zgięty zdala go jako pątnika poznać dawały.
Szedł zwolna, nie widząc Gabryka, nie podnosząc głowy, aż zarżenie konia go obudziło. Zobaczywszy przed sobą stojące osiodłane wierzchowce i sługę, stanął.
Zdziwił się Gabryk, słysząc pozdrowienie czystą polszczyzną, na które śpiesznie odpowiedział.
— A! toście wy z Polski, mój ojcze?
Pątnik, jeszcze może mocniej zdziwiony, zbliżył się prędko:
— No — a wy?
— Ja?... także... podróżny jestem — odparł Gabryk. — Na miłość Bożą, idziecie z zamku, powiedzcie mi, co się tam stało?
Pątnik pięść złożoną naprzód zwrócił ku zamkowi.
— Piekło tam było, jest i będzie! — zawołał. — Otrząsam pył z nóg moich... Przybył ten szatan, co ludzi męczy, co żonę więzi! który nigdy ani sobie pokoju nie znajdzie, ani drugim go nie da... Bodajby się zapadł i z zamkiem swym razem!
Gabryk w pierwszej chwili, usłyszawszy, zapomniał się i ręce załamał.
— Przybył Proński! — zawołał.
— Jak wicher i burza, — mówił pątnik — zamącił wszystko na zamku, mnie, któremu litościwy przytułek tam dano, przenocować nie dał i kazał za wrota wyrzucić...
— Mój ojcze! mój ojcze! — wołał Gabryk — nie wiecież, co się tam stało?
Pielgrzym ramionami ruszył.
— Szatan zazdrości go opętał, starego rozpustnika... Żonę zamknął i tu mu się jeszcze zdaje, że ją gachy nachodzić będą. Miota się, szaleje... Złapał tam kogoś... alboż wiem?... Wkradł mu się ktoś...
Gabryk krzyknął rozpaczliwie.
— Cóż z nim? — zawołał żywo — cóż z nim?
— Rzucono go do lochu... a jeśli żyw wyjdzie z rąk tego szatana, Bogu niech dziękuje.
Pątnik mówił to jakby go i oburzenie, i gniew odmłodziło. Skurczony wprzódy, rozprostował się, ruchy miał młodsze, niż postawę, głos mu się w rozmowie powiększał, jakby przestał udawać starca, zapomniał o tem, czem miał być, a został, czem był w istocie.
— Wyście z Polski, nieprawdaż? — zapytał jęczącym głosem Gabryk.
— I szlachcic polski — z dumą rzekł pątnik. — Ale pokutuję... pokutuję... Wracam z Kompostelli i Loretu... Miałem ciężki grzech na sumieniu... Ślubowałem o jałmużnie iść do świętych miejsc... Na granicy ślub mi się kończy.
Odetchnął jakoś swobodniej samą nadzieją wypoczynku.
— Ojcze mój — kiedyś Polak i szlachcic, dajcie mi radę, pomóżcie, ratujcie. Złapany w zamku jest moim panem...
— Jak się zowie — spytał, do koni przystępując, pątnik.
— Pełka z Gołczwi...
Mruknął coś niewyraźnie pielgrzym.
— A pocóż tu lazł? — spytał.
— Chciał księżnę uwolnić... Gdybyście znali ją, gdybyście wiedzieli...
— Dość, — przerwał pątnik, — dość... rozumiem. Niełatwoż tu teraz pomagać! Nie masz co myśleć, pędź do domu, niech się kupa przyjaciół zbierze i uzbroi... napaść na zamek... rady innej niema. A godziny nie tracić... bo ten go może dać ściąć... Nie nowinąby to było...
Pątnik patrzał na konie z pożądliwością.
— E! e! — rzekł — gdyby mi się godziło na koń siąść... a pojechać z wami!
Westchnął.
— Ale do granicy nie godzi się... nie godzi!
— Do jakiejże granicy? — zapytał Gabryk.
— Do naszej...
— A toć dawno granica, jak mi pan mówił, daleko dalej, a to kraj był nasz, tylko go jakieś Niemcy zabrały — począł żywo Gabryk, któremu się chciało zyskać towarzysza, pomocnika i świadka.
Pątnik koło koni chodził i wzdychał.
— Tak mówisz? — bąknął, tak mówisz?
— Powtarzam, com od pana mojego nieszczęśliwego słyszał... a cóż ja wiem?
— Oho! to tak jest, — odezwał się pątnik — to pewna... ale z sumieniem wchodzić w kontrakty...
— A! ojcze, — odezwał się Gabryk — jam człek prosty... Mnie się zdaje, żeście ślubu dopełnili, a tu i dobry uczynek na was czeka, bobyście mi poświadczyli i pomogli... Jechalibyśmy razem do Polski...
— I na dobrym koniu... na którym się tyle lat nie siedziało! — odezwał się pątnik. — Boże miłosierny, co to za tentacja!
— A! panie! to koń, jakiego drugiego w świecie nie znaleźć. Co ja pocznę sam! Tyle kraju! jam niebardzo świadom...
— Niewiele i ja wam pomogę! — ozwał się pątnik... a no, człowieka zacnego ratować trzeba...
To mówiąc, kij ze wzgardą rzucił na ziemię i począł głaskać wierzchowca, suknię zakasał... przeżegnał się, i ów zgarbiony przed chwilą niedołęga jakby cudem znalazł się na siodle...
— Dzień i noc pośpieszymy ku granicy, — zawołał... — a w Krakowskiem znajdzie się ochotników kupa, żeby szlachcica z rąk tego djabła uwolnić... ba! i księżnę mu odebrać... bo ją więzi ten łotr...
Gabryk nie miał nic do odpowiedzenia, Panu Bogu za tę osobliwszą pomoc dziękował... Puścili się tedy na całą noc w lasy, a że kraj doskonale był znany pątnikowi, mogli bezpiecznie go przebyć i najbliższe wybrać drogi.
Trzeciego dnia byli już w Krakowskiem. Gabryk nie gdzie indziej chciał jechać, tylko do Rożańskiego, któremu najbardziej ufał. Pątnik nie sprzeciwiał się temu. Nie mówił on nazwiska swego Gabrykowi, ale się z nim tak po pańsku obchodził, iż go ten mimowolnie słuchać musiał. Człek był złamany, ale niestary... gorączka, a pielgrzymowanie do miejsc świętych niebardzo go pohamowało. Na granicy w pierwszym kościołku zrzucił zaraz pielgrzymi ubiór i postarał się o odzież i oręż przystojny... Zaraz też do niepoznania się zmienił, buta w niego wstąpiła taka, jakby sobie za długą ową pokorę chciał wynagrodzić. Już mu tam wszyscy z drogi i gospody ustępować musieli, a klął tyle przynajmniej, co się modlił. Osobliwa to była natura, wszystkiemu ludzkiemu nieposłuszna, a Bożemu uległa pokornie. Modlił się do łez krwawych, w godzinę potem gotów był o wrota do karczmy się pobić i o słowo wyzwać na rękę. Grzeszył co krok, a bił się w piersi aż tętniało i krzyżem leżał, i wstawał wesół, bo mu się zdało, że Panu Bogu gotowizną zaraz za długi spłacał.
Żadnego krzyża nie pominął bez zdjęcia czapki i modlitwy, a żadnej też okazyjki do rozpusty prawie szalonej.
Ze wszystkiego znać było naturę bujną, silną, niepohamowaną, którą tylko głęboka wiara ratowała od zupełnego rozpasania. A że długi czas suknia pielgrzymia i ślub zmuszały go do walki z sobą i pokorą, teraz jak z zamkniętego długo kotła buchała para z siłą podwójną. Gabryk rad był, że takiego złapał, który się niczego nie lękał.
W rozmowie z nim ów pątnik tak się przejął sprawą Pełki, jakby swą własną, i gdy przybyli do Rożańskiego, nie potrzebował Gabryk prawie ust otworzyć.
Wypadł Wacek do nich... spostrzegłszy sługę Pełki z nieznajomym człowiekiem, nastraszony, — a przeraził się bardziej jeszcze, gdy posłyszał o całej sprawie. Schwycił się za głowę... co tu poczynać?
— Ja się najprzód panu a bratu przedstawić muszę, — rzekł przybyły — „cum omni formalitate“, bo tu w maszkarze chodzić już nie potrzebuję. Jestem Jakób Wielikaniec, z Wielkopolski od Szamotuł... Musieliście słyszeć, miałem to nieszczęście, żem brata ubił.. za com, pielgrzymując, pokutował i sumienie oczyścił... Spotkałem tego oto poczciwego sługę przypadkiem, a biorę sprawę do serca, choć obcy. Na zamku u tego djabła odpoczywałem, więc go znam, jak moje pięć palców. Idę z wami, ino ludzi zbierzcie... trzeba niewinnego człeka od śmierci ratować.
— Panie, aby tylko czasu nie tracić — dodał Gabryk — i nie przybyć za późno...
Zrobiła się tedy na dworze chryja ogromna, bo Rożański za rodzonego brata nie stałby goręcej. Sześciu ludzi pobiegło po dworach sąsiednich, a tu już natychmiast sztyftowano czeladź i zbrojono, zbierano konie i oręż z lamusów... Wacek naradził się z Wielikańcem, który świadom był bardzo dróg i krajów.
Musieli wtargnąć w cesarskie państwo, a no, spodziewali się, że nim się o tem wieść rozejdzie, nim się zbierze siła jaka, nim pogoń pójdzie, będą mogli i na zamek wtargnąć, i uwolnić Pełkę, i powrócić. Nie były takie napady bezprzykładnemi.
Rożański się tylko jednego obawiał, aby nie przybyć za późno.
Do wieczora obwołana szlachta z czem kto mógł i miał poprzybywała, zebrał się oddział ludzi sześćdziesięciu, dobrze zbrojnych, śmiałych, doświadczonych, i ochoczych. Gabryk, wziąwszy na stronę Rożańskiego, oświadczył mu, że gdyby pieniędzy brakło, trzos ma pański na sobie. Nigdy u szlachcica nadto ich nie bywało, zdało się więc to bardzo, bo już Wacek do żydów miał posyłać... i tak do rana gotowe było wszystko, iż o brzasku wyciągnąć mogli. Wielikańcowi chętnie oddano dowództwo nad oddziałem.
W żywność musiano się zaopatrzyć, gdyż dla ukrycia pochodu trzeba było wielkich traktów unikać, lasami i pustemi okolicami się przedzierać, a począwszy od granicy, nie budzić licha, ażeby wpaść na zamek, nie dając się mu do obrony gotować.
— Chybaby Bóg niełaskaw był, — mówił Wielikaniec — żebyśmy, do wrót zaszturmowawszy, nocą nie wzięli zamku odrazu... Na murach niema nic... o prochu i kulach zapomnieli... ludzie nie do bitwy... poddać się muszą...
Szła tak owa wyprawa szczęśliwie aż do granicy... śpiesząc, o ile tylko siły koni dozwalały, bo o ludzkie się nie pytano. Gdy w Śląsku przyszło wtargnąć, porzucono drogi bite, a skręcono na manowce... Pierwszy dzień przeszedł szczęśliwie i obozem położyli się w lesie, daleko od siedzib ludzkich, zmuszeni ukrywać się jak rozbójnicy. Choć Wielikaniec mówił i zaklinał się, że kraj przedziwnie znał, z tego noclegu ruszywszy, zbłąkali się tak, iż bez pomocy ludzkiej z tego obłędu wyjść nie było sposobu.
Co począć mieli? Gabryk doradził w kilku się wyprawić po języka, schwytać człowieka i nie puszczać go, aż się sprawa dokona. Zgodzili się na to wszyscy, a on sam ze trzema ludźmi, dobranymi dowoli, puścił się na zwiady, zasiekując drogę w lesie, by do obozu bezpieczniej wracać było...
O pół godziny od miejsca, w którem leżeli, Gabryk posłyszał, że ktoś drwa rąbał w lesie... Poszli więc na głos ten ostrożnie... i dostali się do polanki, u której brzegu stał wóz o jednym koniu, człek ubogo wyglądający drwa nań przygotowywał.
Łatwo go było pochwycić, bo się uląkł mocno i uciekać nie mógł. Ledwie go uspokoić mogli, że mu się nic nie stanie.. byle im prostą drogę do Braniborza pokazał. Biedaczysko byłby ze strachu uczynił, coby mu kolwiek kazano, ale poprzysiągł, że dobrze dróg nie zna, że w lesie całe życie siedział i nie wyglądał zeń, chyba z węglami do miasteczka.
— A no, to szczęście wasze, — rzekł — bo u nas od dwóch dni chory podróżny leży, którego bodaj zbójcy odarli z koni i zmusili uciekać. Mówił nam, że z Braniborza idzie...
Kazali się tedy wieźć do chaty węglarza, która stała o kilka pacierzy od tego miejsca. Chałupa była nędzna... z szopką małą... Gdy się zbliżyli, a Gabryk zsiadł, poszedł z nim do izby do chorego gospodarza... Na tapczanie leżał w płaszczu obwinięty człowiek, na którego spojrzawszy, twarzy jeszcze nie widząc — Gabryk krzyknął — bo w nim pana swojego poznał. I jak stał, tak na kolana przed nim padł...
Pełka to był w istocie, pieszą ucieczką i głodem wielce znużony, który wzajem zobaczywszy Gabryka, ręce złożył i najprzód Bogu dziękował. Cudem to bowiem nazwać musiał, iż się tak jakby przez aniołów stróżów prowadzeni spotkali.
Dopieroż sługa, odetchnąwszy, opowiadać mu zaczął swoje przygody, i jak zawerbował Rożańskiego i szlachtę, aby szli go odbić.
Życie i siły powróciły Pełce.
— Bóg ci zapłać, poczciwy mój Gabryku! — zawołał — tyś mój zbawca...
— A dzięki Opatrzności, żeś pan mój drogi wybawienia nie potrzebował i żem się ja już na nic nie zdał.
— Jakto, na nic? — pochwycił Pełka — Bój się Boga! tyleście drogi dla mnie uczynili i niewczasów ponieśli, nie puszczę was... musimy na zamek uderzyć i tę biedną kobietę wyrwać z rąk szaleńca...
Na to Gabryk odpowiadać nie śmiał... konia swojego panu oddawszy, szedł już przy nim pieszo do obozu, a że po zasiekach w lesie jak wytknięta była droga, dostali się rychło do niego.
Rożański, który bez kaftana dla gorąca przechadzał się pod sosnami, najrzawszy zdala konie, wyszedł przeciw Gabrykowi. Gdy Pełkę ujrzał, żegnać się począł jak przed widmem... potem biegł oszalały i szczęśliwy.
Na te okrzyki zbudzili się i zbiegli wszyscy... Tu dopiero radość wybuchła tem większa, że niejeden, co szedł na zamek, wolałby był do domu bez awantury powracać. W ręce cesarskich się dostawszy, los mógł spotkać ciężki, kajdany lub gorzej jeszcze... Widok więc Pełki i nadzieja, że szturmować nie będą potrzebowali, napełnił wszystkich weselem. Zbierano się już do domów, gdy Pełka dla podziękowania panom a braci głos zabrał...
— Dozgonną waszmościom panom a braci winienem wdzięczność za łaskę ich, i nigdy pewnie zadość jej nie uczynię, póki żyję... Lecz posłuchajcie mnie. W rękach tego człowieka, z których się wydobyłem cudem, jest kobieta, a jej życie stokroć droższe mi, niż własne moje. Jesteśmy o niewiele drogi od zamku, podeprzejcie mnie, pomóżcie mnie do wydarcia ofiary z rąk kata... Na wszystkie rzeczy święte i najświętsze was zaklinam!!...
Począwszy tak przemawiać, a do serc im kołatać, Pełka, choć zrazu milczeli nachmurzeni, skłonił w ostatku, iż zgodzono się iść. Wielikaniec wnet dowództwo mu oddał..
— Ani go myślę brać, — odezwał się Pełka — ale pod wasze idę — byleśmy szli.
Trwały narady kilka godzin... Z pochodu swego miarkując, wnosił Medard, iż od zamku nie więcej byli nad mały jeden dzień drogi.
Wnet tedy do koni szli wszyscy, i przed wieczorem jeszcze kilka mil zrobili. Gabryk, wysłany przodem na nocleg, przyniósł wiadomość, że Branibórz za lasem o kilkoro staj widać było. O białym dniu nań napaść nie było i co myśleć. Leżeli więc do nocy, spoczywając, a im się chwila stanowcza zbliżała, tem więcej fantazji ubywało, wyjąwszy u Pełki, Rożańskiego i Wielikańca. Reszcie te guzy za nieznajomą jejmość niebardzo smakowały, choć przygoda osobliwsza dosyć się zdala podobała. Dobrze to jednak w opowiadaniu, w przeszłości, a narazie kości droższe nad wszystko. Gdy się zmierzchać zaczęło tak, aby ich zdaleka na gościńcu dostrzec już nie było można, Wielikaniec dał znak do ruszenia. Oręż wszystek tak poprzywiązywano, aby żadnej szabli brzęknąć nie było można, zakazano rozmowy, i krokiem mierzonym po piasku oddział cały począł, wyszedłszy z lasów, przybliżać się ku zamkowi.
Wielikaniec miał z całą gromadą uderzyć na główną bramę i rąbać ją lub ogień położyć. Pełka z Gabrykiem i dwoma najostrożniejszymi chcieli wtargnąć wycieczką, i gdy tamci szturmować będą, wpaść na zamek, aby Jadwigę porwać.
Plan zdawał się bardzo zręcznie osnuty — i Pełka miał nadzieję, że się powieść musi, jeśli szturmujący wytrzymają tak długo, by on mógł dostać się do zamku. Zdala widać już było mieszkanko ze świecącemi w niem oknami, i czarny zamek na górze, w którym parę też okien bladem światełkiem migało. Cicho było i spokojnie dokoła. Tętent koni, który gdzie niegdzie był zdradzał jadących, tu się prawie słyszeć nie dawał, bo kopyta tonęły w piasku.
Droga wydała się Pełce nadzwyczaj długą i nieznośną, — wreszcie stanęli u podnóża i stąd już rozdzielili się, a Wielikaniec, nie myśląc dłużej taić się z sobą i swymi, konie w cwał po drodze do wrót puścić kazał...
Nagle wśród ciszy nocnej zatętniało, zahuczało, i w miasteczku mieszkańcy, posłyszawszy tę niezrozumiałą wrzawę, snać przelęknąć się musieli, bo wielki ruch świateł zwiastował bieganie...
U wrót zsiadło z koni ludzi kilkunastu i z toporami się wzięli do nich... Niepojęta napaść w czasie pokoju tak się niezrozumiałą snadź wydała mieszkańcom zamku, iż furtę otworzyli, nie posądzając nawet, aby nieprzyjaciel przybywał. Tylko co się ona napół uchyliła, skoczono, aby ją opanować, wrót rąbać już nie potrzebowano.
Pierwsi, co wpadli do bramy, poczęli wiązać załogę, która prawie krzyknąć czasu nie miała, a do obrony żadnej wcale przysposobiona nie była. W nadzwyczajny więc sposób to, co miało najwięcej trudu kosztować, sprawiło się tak prędko, że Pełka nie doszedł jeszcze do wycieczki, gdy Wielikaniec już był w bramie... Nie odbyło się jednak bez okrzyków i szarganiny, a z zamku ci, co nadbiegli później do drugich wrót wewnętrznych, już ostrożniejsi, cofnąć się mieli czas i na alarm krzyknąć...
Dopieroż, co żyło, zbiegło się w podwórzu, i sam książę, i Kerner, i ludzie od służby, i czeladź wszelka. Książę pierwszy dorozumiał się, że z nieprzyjacielem ma do czynienia, i po broń skoczył, a wrót bronić kazał..
Na zamkową wieżę kapliczną posłano zaraz chłopaka, aby na gwałt bił w dzwony i mieszczan ku obronie zwołał...
W miasteczku zawrzało jak w kotle, nie ochotą do boju, bo nie wiedziano ani z jakim, ani z jak licznym nieprzyjacielem miano do czynienia... Strach ogarnął mieszkańców, którzy się w pola i ku lasom rozbiegać zaczęli.
Dawne tradycje tatarskich napadów przyszły na pamięć... Kto mógł, na ogrody i ku borom uchodził...
W kościele tylko ksiądz dla powołania dalszych wsi i przedmieścia w dzwony uderzyć rozkazał.
Proński wiedział z kim miał do czynienia, a choć był przekonany, iż Pełka w kostnicy zginął, zemsty zań się spodziewał. Sam więc zbrojny, zebrawszy garść ludzi wkoło siebie, do upadłego się opierać postanowił. Nie dopuszczono wdzierających się w dziedziniec, dając ku wrotom ognia.
Nie przyszło jednak nikomu na myśl, aby ztyłu przez wycieczkę nieprzyjaciel miał się na zamek dostać. Jadwiga, którą wrzawa strwożyła i do okna wywołała, spostrzegła w ciemności walkę u bramy, i czując, że o nią idzie, że Pełki przyjaciele jego i ją chcą oswobodzić, zbiegła natychmiast ze schodów. Spodziewała się, że w tym tumulcie znaleźć może środek do ucieczki.
Proński zapomniał był o żonie...
Pełka tymczasem z Gabrykiem i dwoma towarzyszami dobywał wrót u muru niepostrzeżony, i choć znalazł zawaloną drogę kamieniami, łatwo ją sobie oczyścił. Zostawiwszy dwóch ludzi u wejścia, sam z Gabrykiem rzucił się w podwórze z tej strony puste, gdyż wszyscy się zbili u bramy. O kilkadziesiąt kroków w bieli stojąca postać, choć ciemność jej rozpoznać nie dozwalała, zdała mu się Jadwigą. Rzucił się więc śmiało ku niej.
Przelękła kobieta cofnęła się — ale Pełka wbiegł za nią aż do sieni zamkowej, wołając... Strzelanie i krzyki nie dozwalały księciu posłyszeć, co się za nim działo... Pełka pochwycił biegnącą już przeciw sobie księżnę, i niosąc ją na ręku, zbiegł nazad poza ścianę zamkową ku wycieczce...
Z przestrachu omdlałą niósł z pomocą Gabryka, i wdarł się z tym drogim ciężarem do podziemia... Wschody przebiegli sami, nie wiedząc jak, wielkiemi krokami, rozbijając się o mury, a osłaniając Jadwigę... W mgnieniu oka byli z nią u stóp góry, i Pełka na dwóch koniach, zawiązawszy nosze, złożył w nich rozbudzającą się do życia. Na pierwszy okrzyk jej stanął, uspokajając i zaklinając, ażeby mu się powierzyła, gdyż głową ręczy za jej bezpieczeństwo.
Strzelanie u głównych wrót nie ustawało, i szturm już był niepotrzebny, Gabryk więc pobiegł, dosiadłszy konia, oznajmić Wielikańcowi, że zdobycz, po którą przybyli, mieli w ręku. Ten już się był tak zapalił, że zapomniawszy, o co szło, ustąpić nie chciał. Trzeba było Rożańskiego perswazyj, aby go do odwrotu nakłonić.
Tymczasem bito we dzwony i popłoch szerzył się w okolicy...
Stary Wielikaniec lekko był postrzelony w rękę, a zapamiętale chciał się pomścić.
— Co mi tam! — wołał, że jejmość mu odebrali, ja to podłe gniazdo spalić muszę!
I ognia pod wrota podłożyć kazał...
W samym środku sklepionej bramy nałożono stos drzewa ogromny, które się pod ręką znalazło, ludzie podżegali go natychmiast i rozdmuchali... dym buchnął wszystkiemi otwory w podwórzec. Suche, stare belki, wschody, stropy, przepierzenia zajęły się łatwo... Zamek palić się poczynał.
Dopilnowawszy jeszcze ognia, aby się tak wziął dobrze, iżby go ugasić nie było łatwo, dopiero Wielikaniec na odwrót się zgodził.
Proński, pozostały z garścią ludzi w pośrodku, podłożonym ogniem utwierdzał się w przekonaniu, iż zamek zdobywać chciano, i oddział wśród którego uchodziła Jadwiga, już się spuścił w dolinę, śpiesząc ku lasom, gdy książę jeszcze stał obronnie, nie śmiejąc ludzi oderwać do gaszenia pożaru, aby wnijścia ogołocić...
Płomię, wyżarłszy we środku bramę... wdarło się na dachy gontowe i poszło po nich dokoła. Zamek się palił.
W świetle łuny pożarnej ludzie, w rynku miasteczka stojący, mogli dostrzec, że przy zamku nie było nikogo... Oddział już się był skrył za górą i nieprzyjaciel zniknął. Dopieroż odwaga wielka wstąpiła w serca mieszczan i rzucili się na ratunek zamku, nie mogąc dobrze zrozumieć, kto do kogo strzelał i gdzie się ów zagadkowy podział nieprzyjaciel.
Tłum mieszkańców biegł ku wrotom. W pierwszej chwili Proński, zawsze lękający się napaści, na hałas pod wrotami, ognia dać kazał. Nie raniono wprawdzie nikogo, lecz popłoch zmusił tłum do ustąpienia. Nierychło z murów ktoś postrzegł, iż tam nikogo nie było, prócz ludzi z miasteczka...
Dano więc pokój obronie od rozboju, a poczęto gasić ogień, który szerzył się dokoła. Proński pomyślał o żonie, i zwrócił się ku tej części zamku, w której mieszkała. Tu kobiety wynosiły kufry, wyrzucały pościele i z lamentem a płaczem ratowały się w dziedziniec. Napróżno szukając oczyma żony, Proński przestraszył się i chciał na górę biec po nią... Kobiety go wstrzymały, zaklinając się, iż pani tam oddawna nie było. Zaręczały, że na pierwsze strzały wybiegła i więcej się już nie ukazała.
Proński głowę stracił — paliło się dokoła... Kazał rzucić wszystko, a szukać księżny. Co żyło, biegało po zakątkach, wołając i szukając ukrytej. Zamek gorzał tymczasem... Pożarny wiatr, który się zjawia zawsze, aby płomienie podżegać, niósł zapalone gonty i rozrzucał je, siejąc ogień tam, gdzie się nie paliło jeszcze. Wszystkie dachy płonęły razem, a pod niemi stolowania i sufity, które, padając z trzaskiem, we wnętrza niosły pożar z sobą.
Nie było już można myśleć o ratowaniu budowli, na pastwę płomieniom skazanej, książę ocalać kazał, co z niej wynieść było można w dziedzińce, ale i tu na kupy padały żużle, a co wyratowano, zapalały... Mieszczanie stali z załamanemi rękami i, patrząc na zgorzelisko, lamentowali... Müller, rozważniejszy od innych, powrócił do domu, aby własnego pilnować dachu, bo iskry sypały się już na miasteczko...
Nierychło Kerner dał znać księciu, iż zdaje się, nieprzyjaciel musiał wtargnąć znaną mu wycieczką, bo ta stała otworem... U drzwi kawałek oddartej sukni, którą poznano, dowodził, że tędy uszła...
Proński siadł na kamieniu pod murem i, nie patrząc na to, co się działo, kazał się czeladzi do drogi sposobić.
Gonić ani mógł, ani chciał podkomorzy cesarski; miał inne środki obrony i zemsty... myślał o skardze i prawie... Dwór musiał się ująć za wtargnięcie na ziemie cesarstwa, musiał zań szukać zemsty i domagać się jej groźnie... Książę spodziewał się procesem odzyskać żonę i poniesione straty... O śmierci Pełki zdało mu się, że nikt nie wiedział, a za nią odpowiadać nie mógł, bo stawał napadnięty we własnej obronie...
Jeszcze gorzały i dymiły zgliszcza zamkowe, gdy książę Proński ze wszystkimi ludźmi i mieniem pozostałem... wyjeżdżał konno z Braniborza i rozkazał nawrócić do Wiednia taborom...
Oddział Pełki, którego nie ścigano, nocą jeszcze wszedł w lasy i nie spoczywając, dążył ku granicy... Teraz, po odbyciu wyprawy, szlachta, co się do niej przykładała, uszczęśliwiona nią była... Pełka ledwie mógł uprosić, aby dla strwożonej księżnej trochę miano względu...
Drugiego też dnia szczęśliwa natura pięknej Jadwisi odżyć jej dozwoliła... Rada z odzyskanej swobody, uśmiechała się, jakgdyby niebezpieczeństwo i przebyte dni straszne daleko już za nią pozostały. Największym smutkiem dla niej było to, że ani w co się przebrać, ani jak przystroić nie miała. Na cały ów obóz nie było ani jednego zwierciadełka... Choć instynkt pomagał w urządzeniu stroju, rozpaczała biedna, że się tak brzydko wydawać musi...
W istocie piękniejszą była, niż kiedykolwiek, bo twarzyczka jej ożywiona, oczy pałające, rozgorączkowane... nadawały jej mniej płochą a poważniejszą i surowszą postać... Chwilami niby smutek osłaniał czoło, usta się ściągały wyrazem tragicznym na wspomnienie przecierpianej niewoli, ale w mgnieniu oka uśmiech przybiegał, błyszczał w oczach, ruszał się na ustach, gładził czoło i wracał jej wyraz naiwności dziecięcej...
Pełka szedł przy koniach, które ją niosły... Ona siedziała zwinięta zręcznie na tej kołysce, spoglądając ku niemu i po stokroć powtarzając:
— Ocaliliście mi życie... niedarmo przysięgaliście mi być rycerzem wiernym... Otóż to tak pięknie słowa dotrzymywać!! Będę wam do śmierci wdzięczna!!
A Pełka wydobył w milczeniu węzeł niebieskich wstążek, które mu służyły za całą odpowiedź. Potem biegł zbierać leśne kwiaty, które Jadwiga lubiła, i niósł je, rzucając na kolebkę, w której piękna pani, kołysząc się, jechała już, jakby na przejażdżkę tylko dla zabawy...
Dwór miała liczny i wielbicieli wielu: Rożański, jego towarzysze, nawet stary Wielikaniec nie odstępowali kroku; Gabryk trzymał cugle konia jednego, drugiego powierzywszy najzręczniejszemu z czeladzi. Wszyscy wyprzedzali się w posłudze księżnej, w zabawianiu jej, w przygotowaniu spoczynku wygodnego i kuchni znośnej. Rozbawiła się też zupełnie i nie nudziła jej podróż wcale...
Gdy już byli bezpieczni w granicach Rzeczypospolitej, Pełka pomyślał dopiero, iż wypadało naradzić się z nią i zapytać, dokądby życzyła sobie jechać. Sam on pragnął bardzo, ażeby się udała do Warszawy, ale jej woli w niczem nie chciał krępować. Jadwiga, raz uwolniona z niewoli, zdawała się na wszystko obojętna, była swobodna, śmiała się, bawiła, strzelała oczkami i nic jej już więcej nie było potrzeba...
Dla urządzenia wygodnej dalszej podróży zboczono do Krakowa. Pełka natychmiast zajął się kupieniem kolebki i koni, co mu niewiele czasu zajęło... Ucztą sutą i wspaniałą pożegnał towarzyszów i sojuszników swoich, którzy go omal w uściskach nie udusili. Wielikaniec, nagrzeszywszy znowu w drodze, pobiegł do spowiedzi i wybierał się ku domowi.
— Dokąd pani moja wieźć się każe? — zapytał wkońcu Pełka, gdy wszystko było w gotowości...
Piękna Jadwiga westchnęła, przymrużyła oczka, uśmiechnęła się, spojrzała w zwierciadło i odpowiedziała po namyśle:
— Mój rycerz jedzie do Warszawy, zatem przeprowadzi mnie tam... a w stolicy... no! zobaczymy, namyślimy się... A! nie wiem! boję się napaści księcia... pojechałabym na wieś do siebie... w Warszawie bezpieczniej może!
— Więc do Warszawy! do Warszawy! — wykrzyknął Pełka, całując jej rączki... — Będziemy strażą waszą aż do stolicy... w stolicy i póki tylko rozkażecie... a ja — choćby życie całe!
Jadwisia się uśmiechnęła z nieukrywaną radością.
— Ale książę! — zawołała — mój mąż! ten nieznośny tyran!
— Pójdę do króla! pojadę do cesarza, będziemy się od nich bronili w sądach... nic nam nie uczyni... Bądź pani spokojna...
Nazajutrz więc siadła piękna Jadwiga z przyjętą dla niej sługą do kolebki aksamitem wybitej; dwóch czeladzi naprędce w barwę jej przybranych, uczepiło się na stopniach, Gabryk i Pełka strojnie jechali, straż utrzymując, i tak ruszono do Warszawy...






Nim księżna dojechała do stolicy, już wieść o wypadkach na pograniczu, o napadzie oddziału jakichś opryszków polskich (jak ich zwano) na zamek w Śląsku, o dobywaniu jego i spaleniu dobiegła do zamku i rozeszła się między ludźmi.
Książę, nie tracąc chwili, wymógł posłańca od cesarza ze skargą za naruszenie granicy, gwałt i porwanie księżny Prońskiej. Był to moment właśnie, w którym ksiądz Olszowski wybierał się w poselstwie do Wiednia po arcyksiężniczkę Eleonorę. Przyrzeczono wymiar sprawiedliwości... Sama historja najdziwniej i najsprzeczniej była opowiadana, z rozmaitemi upiększeniami w smaku czasu, to jest z dodatkami okrucieństw i dzikości. Książę starał się ze swej strony przedstawić ten cały wypadek tak, aby się wydawać niewinną ofiarą ludzi chciwych jego mienia, i mściwych i dzikich. Oburzano się przeciwko sprawcom, w których liczbie najpierwszy wymieniony był Pełka. Z tego powodu przypominano jego dziesięcioletnie zniknięcie tajemnicze, a napaść na Braniborz służyła za najlepsze potwierdzenie domysłu, iż czas ten na rabunkach gdzieś spędzić musiał.
Dowiedziała się i pani podczaszyna o losie córki... łamiąc ręce i zrywając się biec na jej ratunek; lecz dokąd się udać miała, nie wiedziała sama.
Wiele rzeczy było dla niej w tem ciemnych, wogóle jednak wypadek opisywany powiększył tylko jej nienawiść ku Pełce. Przybiegła do Warszawy, zbierając się gdzieś jechać dalej... skarżąc się, płacząc, lamentując i wszystko przypisując temu rozbójnikowi, bo go inaczej nie nazywała.
Dobrze widziana przez panią marszałkową Sobieską, u Paców, u Lubomirskich, jeździła od pałacu do pałacu, od domu do domu, skarżąc się na losy swoje, choć je sama zgotowała...
Tymczasem księżna zbliżała się do Warszawy. Wysłany przodem Gabryk miał polecenie wynająć dwór dla niej i sprzętu najlepszego od Pełki użyć dla urządzenia go w sposób godny tak wielkiego gościa... Miał on czas dokonać, co mu polecono, i wyjechać jeszcze na spotkanie księżnej i swojego pana.
Jadwiga znalazła mieszkanie wyświeżone, wonne, zastawione z przepychem i z niewysłowionem zadowoleniem padła na spoczynek, już tylko rojąc o zabawach, strojach i opowiadaniach swej niewoli... Dwór Pełki stał na jej usługi, a czeladź zbrojna miała polecenie dzień i noc straż odprawiać.
Nazajutrz kolebka z końmi świeżemi była na usługi... jak na skinienie czarnoksięskiej laski stawiło się wszystko, czegokolwiek zażądać mogła... Jednak już jej trochę było nudno. Potrzebowała ludzi, bo bez nich żyć nie umiała. Dlatego więzienie samotne, na które ją skazał książę, było dla niej niewysłowioną męczarnią. W Warszawie niepokoiło ją, iż nie miała już komu opowiadać nieszczęść swoich i cudownego ocalenia. Paliła ją ta żądza pochwalenia się taką rolą tragiczną i taką miłością bohaterską człowieka, którego płaciła jednym uśmiechem.
Ku wieczorowi Jadwisia ziewała już i kazała zaprząc, by się przejechać. Spodziewała się spotkać kogo, zwrócić oczy i mieć jakąś drogę do wejścia w życie większego świata... Godzinę strawiła na ubieraniu... Wyszła potem obejrzeć kolebkę i konie, ale tym nic do zarzucenia nie było. Siadła więc i kazała się wieźć do miasta.
Do tej pory na myśl jej nie przyszła matka, a raczej ile razy przypomniała sobie, tylekroć odsuwała od siebie myśl szukania jej, bo czuła swą słabość i niemożność oparcia się podczaszynie. Chciała być swobodną... a sama nie umiała tą swobodą rozporządzać... Bała się matki i potrzebowała jej razem. Pełka nadto był pokorny i służebny, by mógł tą istotą, potrzebującą ulegać komuś, zawładnąć.
Nie wiedziała Jadwiga, gdzie się znajdowała podczaszyna i nie chciała pytać o to... Zdawała na losy spotkanie się z nią. Losy zaś zbliżyły je może nad wolę Jadwigi. W przejeździe przez ulicę otarła się o jej powóz wspaniała karoca, pełna pięknych pań, wśród których ujrzała zdziwiona, przestraszona, matkę. Nastąpiła scena tragiczna niemal. Krzyk się dał słyszeć z obu kolebek, i ręce białe, wyciągnięte ku sobie, wyszły z za firanek. Woźnice na wołanie dworzan zatrzymywali powozy oba... Nim Jadwiga wychyliła się z kolebki swej, menażując fryzurę wysoką, — otylsza daleko podczaszyna wysunęła się z karocy marszałkowej i przypadła do córki... Rzuciły się sobie, płacząc, w objęcia. W ciasnej ulicy na chwilę powstał ścisk, bo ludzie nie wiedzący, co się stało, patrzali ciekawie, różnie sobie tłumacząc tę scenę... Podczaszyna uprosiła pań, z któremi jechała, aby ją przy córce zostawiły, i siadła z księżną do jej powozu, rozkazując jechać do domu... Jadwiga ciągle ściskała matkę...
— Dziecię moje! — wołała podczaszyna, tuląc ją. — Jadwiniu moja! com ja wycierpiała! Jak przeklinałam i przeklinam tego niepoczciwego, który wszystkich twych nieszczęść jest przyczyną, — tego ohydnego zbója... Pełkę.
— Jakto? Pełkę? — podchwyciła księżna — ależ to jest mój zbawca! on mi życie uratował... on mnie z niewoli wyswobodził.
— Śni ci się! — krzyknęła podczaszyna gniewnie — pleciesz nie wiedzieć co... gdyby nie on...
— Matunia nic chyba nie wie...
— Wiem doskonale, wiem o wszystkiem... a! tak! gdyby nie on — byłabyś sobie z księciem starym radę dała — byłabyś szczęśliwa, a teraz? Co mu się było mieszać w sprawy małżeńskie...
— Ale, matuniu droga...
— Ale, Jadwisiu kochana! to zbój! to łotr... to...
Jadwiga zamilkła... sama już nie wiedziała, co mówić. Biedna rozmyślała w sobie, czyby to czasem nie było prawdą, co mówiła matka? Ha? Któż wie? Kto wie? Słabe stworzenie nie umiało tak gwałtownej wytrzymać napaści... Zachwiała się...
Ciągle słuchając narzekań matki, milcząca dojechała do dworku. Miała czas tylko przyznać się, że konie, kolebka, dwór, służba, suknie, klejnoty, wszystko to winna była Pełce...
Podczaszyna ręce załamała...
— Jednej godziny tu nie będziemy! — krzyknęła — nie chcę, byś mu cokolwiek była winna! Jedziesz do mnie, do domu... Zapłacimy mu...
Niezmiernie zmieszała się księżna... sama nie wiedziała, co pocznie, na siłę oporu przeciwko matce zebrać się nie umiała... Zrobiło jej się smutno — i rozpłakała się, jak dziecko.
Matka była na wszystko przygotowaną, łzy jej wcale nie poruszyły... Korzystając z tego stanu córki, natychmiast rozkazała zawracać do swego mieszkania... Jadwiga rękę już podniosła, chcąc się temu sprzeciwić, podczaszyna ją zakrzyczała... Dziecko biedne wpadło znowu pod tę despotyczną władzę matki... na którą zdawało się skazanem.
Po głowie Jadwisi chodziły myśli różne ratunku... wszystkie równie bezskuteczne... Nie dopuszczając jej do słowa, podczaszyna dowodziła ciągle, że Pełka wszystkich nieszczęść był przyczyną...
Tak dojechały do mieszkania matki... Szczęściem Jadwiga, nie tracąc nadziei, iż się może uwolnić jeszcze potrafi, miała czas szepnąć jednemu z czeladzi, aby pod żadnym pozorem konie nie odchodziły... Rozkazy jej ludzie Pełki nauczyli się spełniać, choćby życie stawić przyszło.
Matka z córką weszły do dworu, zajmowanego przez podczaszynę... Tu dopiero, rzuciwszy się na siedzenie, uspokojona nieco Jadwiga wyprosiła u niej, ażeby mogła opowiedzieć swe przygody.
— Ależ, posłuchaj, matusiu! — rzekła, ręce łamiąc — ależ posłuchaj! wy nic nie wiecie... Wywiózł mnie książę do stolicy cesarskiej, jechałam pewna, że on tam miejsce wielkie zajmuje przy dworze. Oszukał nas... Stanęliśmy w nędznej gospodzie, i gdyby nas cesarzowa nie spotkała na przejażdżce i nie była uderzona pięknością moją (tak się naiwnie wyraziła księżna), możebyśmy do dworu i prezentacji dobić się nawet i doprosić nie mogli. Twarz moja więcej sprawiła, niż zasługi księcia, który tam małą służbę pełni przy cesarzu... Jest przy nim komornikiem, a nie podkomorzym.
Alem miała triumf, ukazawszy się na dworze... a! dwóch arcyksiążąt zakochało się we mnie nazabój... podobałam się cesarzowej, księciu lotaryńskiemu scenę zrobiła arcyksiężniczka Eleonora, która się w nim kocha... bo była o mnie zazdrosną...
A! muszę się przyznać matuni — bo też chciałam być piękną i podobać się... koniecznie, aby nareszcie z gospody wyjść, w której ten człowiek mnie trzymał... Dopieroż cesarzowa matka przykazała, abym bywała u niej, dopiero podkomorzy mój musiał starać się o to, abym wystąpiła jak należy. Niegodny człek! chciał, abym z nim żyła zamknięta, świata nie widząc... małom oczu nie wypłakała! Alem się pomściła na nim, gdy na dworze zaczęli wszyscy szaleć za mną!
Co miał być z tego szczęśliwy, mój pan małżonek — niewdzięczny — jeszcze się gniewał, srożył i wymówki mi czynił. Alem na to wcale zważać nie myślała...
Jednego wieczoru arcyksiążę mi czasu maszkary przyniósł mumszanc bardzo piękny... już tego mój stary wytrzymać nie mógł. Nazajutrz zerwał się jechać na Śląsk, swoje oglądać zamki i mnie brać z sobą. Prawda, że arcyksiążę nieostrożny, upuścił bilecik, który mi miał oddać, a on go przeczytał... Ale w bileciku nic nie było, tylko uwielbienie dla mnie...
Jak zaczął mnie męczyć, dręczyć, gniewać się, prosić, zaklinać, musiałam jechać. Dopókiśmy jeszcze byli w Wiedniu, gdzie ja poskarżyć się miałam komu, boby mnie cesarzowa matka była z jego rąk wyrwała — dysymulował... ale gdyśmy wyjechali ze stolicy, uczułam, żem była w niewoli. Posypały się wymówki, wyrzuty, a wkońcu przysiągł, że noga moja więcej w Wiedniu nie postanie...
Z noclegu chciałam uchodzić pieszo... ale mnie podchwycił... Płacząc ciągle, dojechałam do tego okropnego zamku... najstraszniejszego na świecie więzienia. A! któż go opisać potrafi! Lochy, upiory, strachy... w podziemiach pełno ludzkich kości, korytarze czarne... izby ciemne... kraty... dokoła straże, smutek... cisza, niewola...
To mówiąc, płakać rzewnie zaczęła, a matka, która słuchała dosyć obojętnie opowiadania, tuliła ją, nie okazując wielkiego współczucia...
— Nie umiałaś sobie ze starym dać rady, — zawołała żywo — dziecko jesteś! Mogłaś z zakochanym zrobić, coś chciała, i arcyksiążąt bałamucić, i na dworze zostać, i opanować go.. Naco go było draźnić? mogłaś zwodzić... a ty zawsze i do trzydziestu lat dzieckiem być nie przestaniesz... Któż takiego człowieka gniewa i naprzekór mu robi?...
— Ale to kat, nie człowiek; — poczęła Jadwiga, ręce łamiąc — na wspomnienie jego krew ścina się w moich żyłach...
Zakryła oczy i płakała...
— Z tego zamku nawet mogłaś się wydobyć, pochlebiając mu trochę... — dodała matka.
— Ja? jemu? pochlebiać? płaszczyć się? prosić? — krzyknęła księżna — a! nigdy w świecie... Wystawże sobie, matuniu — zamknął mnie samą, otaczając szpiegami... skazując na śmierć z nudów i łez... Groził mi czarnym lochem! O! żem nie oszalała... Szczęściem, ten mój rycerz wierny...
— Kto? — groźno podchwyciła matka...
— Pełka — cicho dodała Jadwiga.
Podczaszyna ruszyła ramionami.
— Piękny mi rycerz! — rzekła z przekąsem — zbójca, który gdzieś rabunkiem dorobił się majątku. Wszyscy to mówią...
— Ale on dla mnie mało życiem nie przypłacił.
— Wolałabym była, żeby zginął — krzyknęła, zrywając się, podczaszyna, — razbyśmy od niego się uwolniły.
— Gdyby nie on, jabym tam umarła — podchwyciła Jadwiga... — Cudem wyrwał mię z więzienia... zebrał ludzi, napadli na zamek... i...
— O! wiem wszystko, — dokończyła matka — mówić mi nawet nie potrzebujesz... Tobie się zdaje, że się to dobrze stało... a najgorzej w istocie... Cóż teraz poczniesz z księciem? Jesteś jego żoną!
— Nie chcę nią być!
— Musisz! — zawołała podczaszyna — przysięgłaś mu u ołtarza...
— Lecz żyć z nim nie będę! — stanowczo, na odwagę się zebrawszy, zawołała Jadwiga głosem, który matkę przeraził. — Nie chcę! nie mogę! ani ty, ani król, ani w świecie żadna władza z tym tyranem i katem żyć mnie nie zmusi... Nie będę!
I wstała, miotając słabemi rączkami, aż matka w milczeniu ująwszy ją wpół, posadziła, całując w czoło.
— Uspokójno się, uspokój — rzekła cicho. — Nie chcesz żyć z księciem... zobaczymy... tylko mi nie mów o Pełce! tylko mi go nie chwal! tylko mi o nim nie wspominaj! nienawidzę tego człowieka!...
Jadwiga znowu płakała... Znająca ją dobrze matka całunkiem ukoiła i cicho zapytała, jak się noszą u cesarskiego dworu?
Było to czarodziejskie słowo. Szybko Jadwisia otarła łzy, podumała trochę, i zaczęła z nadzwyczajną szybkością opowiadanie: o stanikach, rękawicach, zasłonach i wonnych „poudre de Chypre“, którym posypywano włosy... i o przecudnych klejnotach, któremi panie zdobiły się na cesarskim dworze... bo tam już, jak wszędzie, wkradła się i panowała francuska moda.
Podczaszyna nietyle może słuchała szczebiotania córki, ile cieszyła się skutecznym środkiem, użytym do rozerwania jej... Mówiły długo... a ani książę, ani Pełka nie wtrącił się do rozmowy... Jadwiga wreszcie nieśmiało zażądała jechać... do domu...
Podczaszyna zerwała się jak oparzona, stanowczo oświadczając, że jej nie puści...
Nie chcę i nie pozwalam ci więcej się widzieć z tym Pełką; on tu przyjść nie będzie śmiał... a tam i jabym jeszcze zetknąć się mogła... Nie chcę, ażeby się zbliżał do ciebie, aby sobie łaski zaskarbiał... Któż to wie? książę zgryziony, zły, może umrzeć, ty owdowiejesz znowu...
— A! gdyby to być mogło! — naiwnie ręce do góry podnosząc, zawołała Jadwiga.
Obie panie, zajęte rozmową, nie zważały wcale, że już od minut kilku miały świadka, który ostatnie słowa, stojąc w środku pokoju, podsłuchał. Był to Pełka niespokojny o Jadwigę, który tu nawet ją gonił, choć się dobrego przyjęcia od podczaszyny nie spodziewał... Nie tyle go obeszło, iż ona wstrętliwie się o nim odezwała, ile życzenie Jadwigi utkwiło mu w sercu...
Jadwiga pragnęła więc pozbyć się męża i zostać wdową...
Właśnie po tym wykrzykniku podczaszyna postrzegła w mroku stojącego nienawistnego sobie człowieka. Zbladła i zadrżała cała. Choć zwykle przytomna i zuchwała, na chwilę była tak zmieszana, iż ust otworzyć nie mogła.
Pełka skłonił się chłodno.
— Niespokojny byłem o księżnę panią, — rzekł — bo dopóki mam szczęście i honor czuwać nad nią...
— Już ani szczęścia tego, ani honoru nie masz waćpan, — wyrwała się podczaszyna — skoro ja tu jestem. Bardzo mu dziękujemy za wszystkie jego łaski i dobrodziejstwa... ale już tego dosyć... Matka starczy za opiekunów.
Pełka, jakby apelując od tego wyroku, zwrócił się ku Jadwidze, która stała zarumieniona, pomieszana, rwąc w ręku facolet, szyty koronkami... Wzrok jej tylko milcząco zapewniał rycerza, że leciuchne serduszko pani jego myśli... nie było dlań niewdzięczne...
— Pani podczaszyno dobrodziejko — odezwał się do matki — o jej uczuciach dla mnie nie potrzebowałem się dziś dowiedzieć z przypadkiem uchwyconej rozmowy, doskonale znane mi były... Cóż począć? zwyciężyć ich nie mogę — znosić muszę... lecz pozwól mi spytać — com ja wam zawinił?
Zarumieniła się jejmość, którą gniew poruszył widocznie...
— Cóżeś waszmość miał i mógł zawinić? — zawołała gwałtownie — chyba, że się nam plączesz niepotrzebnie, gonisz, ścigasz... i prześladujesz... Ani waćpana pomocy, ani rycerskiej opieki, ani nic jego nie potrzebujemy. Daj nam święty pokój!...
— Dziesięć lat mnie nie było! — wzdychając, rzekł Pełka.
— I sądziłam, że przez tyle czasu przyjdziesz waszmość do rozumu! — zawołała podczaszyna, unosząc się coraz bardziej. — Powróciłeś takim, jakim pojechałeś.
— I to moja wina? — zapytał Pełka.
— A zapewne! — mówiła kobieta — ani ja, ani córka moja nie chcemy was...
Pełka spojrzał na Jadwigę, która mu nieśmiałym, czułym odpowiedziała wzrokiem, ale nie odezwała się ani słowa...
— Nie chcemy was... — powtarzała podczaszyna — ani waszej miłości, ani darów, ani bogactw, ani... nic... a nic!
— Wierzę, — rzekł Pełka, — iż jako matka, wiesz pani najlepiej, co się w sercu jej córki dzieje — wszakże dopóki z własnych jej ust tego nie usłyszę, nie uwierzę, by dla mnie miała być tak okrutną.
Jadwiga przemogła bojaźń sprzeciwienia się matce, postąpiła krok, podała rączkę Pełce i zawołała żywo, aby sobie nie dać przerwać mowy:
— Ja wam jestem wdzięczna, bardzo wdzięczna... ja nie wyrzekam się waszej opieki i przyjaźni...
Podczaszyna rzuciła się między córkę a Pełkę, nie dając dokończyć, i ukazała drzwi.
— To mój dom... — zawołała — jam tu pani. Uwolnij mnie waćpan od rozmowy... Nie chcę znać człowieka, w którego życiu jest dziesięć lat zagadki niewytłumaczonej, a w rękach złoto, o którem nikt nie wie, skąd pochodzi.
Podniosła nań piorunujące wejrzenie — Pełka stał nieporuszony...
— Zmuszasz mnie pani do wyspowiadania się nareszcie, nie dla niej, bo mi o jej opinję nie chodzi, ale dla księżny. Dziesięć lat spędziłem w wojsku cesarskiem i wojnie, a zdobyczom rycerskim i nagrodzie za krew moją winienem to, co mam... Zdobyłem to na wojnach, a chlubne świadectwa, których nie chcę pokładać, dowodzą, żem uczciwie służył...
Podczaszyna zamilkła...
— Bywaj mi pani zdrowa, — dodał Pełka — ale do zobaczenia, bo sądzę, że się nie ostatni raz spotykamy w życiu. Czołem księżnej pani...
Jadwiga chciała się wysunąć z za matki, aby swojego rycerza pożegnać, ale ta nie dopuściła... Pełka uśmiechnął się i wyszedł zwolna.
W pokoju panowało milczenie... Podczaszyna czując, iż sobie naraziła córkę, poczęła ją ściskać i całować.
— Dziecko moje, ja to czynię dla szczęścia twojego, ja cię bronię, ja się narażam... ale nie dopuszczę, by ten człowiek wiązał się do nas... Ten szlachetka jakiś!
Konie Pełki stały noc całą przed gankiem dworu, matka nie dozwoliła odjechać Jadwidze...
Tuląc ją, słodząc ucisk, jaki nad nią wywierała, trzymała podczaszyna córkę w istnej niewoli. Jedyną pociechą Jadwisi było to, że nazajutrz wystrojona może pojechać do Sobieskich i tam opowiadać swe dzieje, budząc ogólne uwielbienie i współczucie. Mężczyźni głowy tracili... Gromadą przeprowadzono ją do powozu w triumfie, na rękach do niego wniesiono... a! i trochę o Pełce już zapomniała...
Tegoż dnia wieść się rozeszła, iż książę Proński przybywał. Śpieszył on, opatrzony listami cesarskiemi dla odzyskania żony. Nie śmiał jednak pierwszego dnia jej się pokazać. Pełka, który miał rozstawionych ludzi i na spodziewane to przybycie czatował, dał natychmiast znać Jadwidze. Wiadomości tej jednak nie dopuściła do niej podczaszyna.
Skutkiem opowiadań córki, uległa jej w tem tylko, że zaczęła narówni z Pełką nienawidzieć Prońskiego. Nakazała więc czeladzi swej, ażeby na wypadek przybycia, pod żadnym pozorem do dworu go nie wpuszczano.
Proński rozmyślał jeszcze, jak ma sobie postąpić, i słał do dawnych przyjaciół o radę, gdy czatujący nań Pełka, wywiedziawszy się, kędy miał i kiedy jechać z gospody do ks. prymasa, wybrał się tak, aby spotkanie w ulicy było nieuchronne. Wiedział, że Proński nie miał z sobą dworzan nad sześciu, wziął więc do boku tyluż i wyjechał tak, aby się rozminąć nie mogli, nie zajrzawszy sobie w oczy.
Tak się też stało. Książę na widok człowieka, którego sądził nieżywym i w którym czuł śmiertelnego nieprzyjaciela, zbladł i zatrząsł się, zachowując wytrawnego męża powagę. Pełka, szukając go, natarł nań prawie.
— Mości książę — zawołał pierwszy — ludzie, których waszmość zabijasz, wracają za łaską Bożą z tamtego świata, i radziby się z nim rozprawić...
— Nie w ulicy przynajmniej — odparł Proński.
— Gdzie się żywnie podoba, — w ulicy, na rynku... na polu, w lesie — a no, nam trzeba rachunki skończyć.
— Chociaż ja żadnych nie mam — a po rycersku wyzwania na rękę nie odmawiam.
Pełka cisnął mu rękawicą w oczy, którą jeden z dworzan skoczył podjąć i przyniósł księciu, a ten ją za pas zatknął.
— Jutro o brzasku na Woli, — rzekł Pełka — jak się w. ks. mości podoba...
— Na życie lub śmierć! — odparł Proński.
— I ja tak rozumiem — zawołał wyzywający... Świadkami i przyjaciółmi będą, kto sobie kogo wybierze...
Skłonił się Pełka i minęli...
Oprócz dworzan obu nikt rozmowy nie był świadkiem, a tym usta zamknięto zakazem. Nikt o gotującej się rozprawie nie wiedział. Pełka zaprosił tylko Wielikańca, który po drodze był w Warszawie, Proński — kawalera de Maily, brata kanclerzyny.
Dzień był pochmurny, gdy się dwa orszaki na Woli spotkały... pozdrawiając zdaleka... Stanęła tedy drużyna zboku. Proński i Pełka z pistoletami odwiedzionemi jechali wprost na siebie... Na twarzy Prońskiego malował się gniew i zaufanie w sobie, książę wydawał się spokojnym, choć nim nie był. Pełka, szkaplerz ucałowawszy... oka nie zmrużył, i po długiem mierzeniu wypalił. Dwa strzały padły razem prawie, oba puste, gdyż jeźdźcy na koniach siedzieli nie ranieni i konie były całe. Chwycili natychmiast z olstrów po drugim pistolecie i Proński pierwszy wypalił, zerwawszy tylko Pełce niebieską kokardę na ramieniu... W tejże chwili strzał Pełki ugodził go w czaszkę i powalił. Koń strwożony wyrwał się, poleciał. Książę na ziemi leżał bez życia — kula przeszyła kość i uwięzła między oczyma...
Rzucili się przyjaciele Prońskiego ku niemu, a Pełka, popatrzywszy na trupa, pistolet schował do olstrów, zwrócił konia i stępa, wolno z placu odjechał. Po chwili jednak stanął i posłał Gabryka, aby się przekonał, czy Proński zabity...
Nie było najmniejszej wątpliwości, gdy ciało stygło, a kula głęboko w mózgu utkwiła. Pełka, dowiedziawszy się o tem, wprost z Woli pojechał do dworu podczaszyny, w którym po ostatniem widzeniu się z Jadwigą nie był jeszcze. Służba, mimo której w dziedziniec wszedł, dalej go puszczać nie chciała. Hałas wywołał Jadwigę do okna... Pełka ją zobaczył i pokłonił się.
— Przychodzę w. ks. mości donieść, — zawołał głosem donośnym — iż spełniłem życzenie jej... Książę Proński zabity, dziś, przeze mnie... oto w tej godzinie jesteś wdową i wolną.
Dosłyszawszy słów tych, które snadź dziwnie w jej uszach zabrzmiały, piękna Jadwiga uderzyła w dłonie, krzyknęła i znikła z okna natychmiast. Pełka poszedł do konia i odjechał do domu.
Nie uciekał ani uchodzić myślał; czekał, ażali kto przeciwko niemu instygować będzie, nikt nie wystąpił, omijano go tylko bardziej jeszcze i ludzie gorzej, niż kiedy, o nim mówili.
Podczaszyna, jak tylko wiadomość ją doszła o zabiciu Prońskiego, pomyślała najprzód o prawie i zagarnięciu, co się córce należało, potem zaraz o wywiezieniu Jadwigi, aby Pełka przystępu do niej mieć nie mógł.
Pełka dowiedział się trzeciego dnia, iż obie na wieś dla żałoby wyjechały. Sądząc, że znowu osiądą na czas jakiś w Horbowie, kazał ludziom gotować się do Gołczwi... Ruszył więc, jak mu się zdawało, wślad za niemi.
Dopiero przybywszy do domu, gdy na zwiady wysłał Gabryka do Horbowa, przekonał się, iż podczaszyny tam nie było, a służba domyślała się, że pojechały obie w Sandomierskie do dóbr księżny. Rozmyślał Pełka, czy jechać za niemi, — i pozostał w Gołczwi. Znużony był i smutny. Spoczynku potrzebował, rodzina siostry Laskowskiej stała mu za tę, której doma brakło...
Dopóki podczaszyna żywa — mówił do siostry, bawiąc się z jej dziećmi — póty ja mojego szczęścia mieć nie będę. Choćby mi wdowa sprzyjała, choćby mnie i chciała, nie dopuści matka. I jakże tu szlachcicowi, jak ja, choćby zamożnemu, porwać się o rękę wojewodziny i księżny?
Z goryczą narzekał prawie na utrapione życie podczaszyny, która nigdy nie była zdrowszą, niż teraz, a zawsze jeszcze, choć zęby tracić zaczęła, udawała młodą i za młodzika radaby się wydała. Ale się jej chciało, choćby bez grosza i mienia, byle dobrego rodu, imienia i w latach takich, aby prędzej za syna, niż za męża uchodził — a takiego znaleźć było trudno... W miarę, jak ją opuszczała młodość, schodziła potrosze z wielkich żądań na skromniejsze coraz, a im mocniej się starała coś sobie wyszukać, tem szło oporniej... Ostatni wielbiciel, pożyczywszy sumy niemałej, na którą skrypt wystawił bez świadków, znikł tak, — iż go nigdzie listami nawet gończemi wyszukać nie było podobna.
Śmierć księcia i owdowienie córki odwróciły znowu uwagę i myśli podczaszyny ku daleko pilniejszej sprawie. Chciała wydać raz jeszcze Jadwigę z korzyścią dla siebie i świetnie. Biedna istota próżno wyrywała się matce, dowodząc, że chce wedle serca swojego rozporządzić.
— To tam bałamuctwo — mówiła zcicha... serce możesz dać, komu chcesz... to zabawka, a trzeba się wyswatać dla domu, dla imienia i majątku...
— Znowu za takich, jakicheś mi matka dała już dwóch?... — zapytała Jadwiga.
— Jakto! pierwszy był zły? możesz ty to powiedzieć? — przerwała żywo podczaszyna — pierwszy był doskonały! Umarł nie nudząc, na drugim trochę się omyliłam — a kto temu winien, jeśli nie twój Pełka? A prawdę mówiąc — i ten ci długo nie dokuczał... Teraz trzeba wszystko dobrze rozważyć.
Pełka siedział w Gołczwi, nudząc się, gdy podczaszyna, ukołysawszy Jadwisię, zawiozła ją do Warszawy.
Miała stamtąd listy, w których jej donoszono, iż młody Pac, potrosze Pociejów krewny, niebogaty człek, ale wychowany tak, że się go i w Paryżu nie wstydzono na dworze... gotówby był sięgnąć po rękę wdowy, o której wieści chodziły, że po dwóch mężach dziedziczyła znaczne włości. Chociaż po drugim tak, jak nic nie było, nie wydawano się z tem cale. Pac dla imienia przez protekcję mógł dojść wysoko.
Kawaler był co się zowie piękny, ułożony wedle ówczesnej francuskiej mody, bo wychowanie w obcych kończył krajach — nosił się z cudzoziemska i w łasce był u pani marszałkowej Sobieskiej i u Radziwiłłów, co mu dobrą przyszłość rokowało. Kanclerzyna go też jako miłego kuzynka trzymała u boku i chodziły wieści, że go do zbytku protegowała. Od niej to wyszła myśl ożenienia go z księżną. Pac miał lat trzydzieści, ona mało co była młodsza — wdowi swój stan opłacała majątkiem, który wnosiła; a niełatwo też było o pannę tak majętną dla człowieka, co sam miał tak, jak nic...
Nic nie mówiąc o smutnym planie, z którego spodziewała się korzystać podczaszyna w sposób sobie tylko wiadomy... zawiozła córkę do Warszawy. Zrazu Jadwiga żałobę nosić chciała, namówiono, że ją wprędce zrzuciła. Nie było i tak po kim płakać...
Paca nie wprowadzono urzędownie do niej, spotkali się w domu kanclerzyny, a kawaler niby „proprio motu“, przystał do ślicznej wdówki. Jadwiga zawsze miała zwyczaj choć bez celu, bałamucić tych, co się do niej zbliżali.
Pierwszego wieczora śmiała się z matką razem, iż mu coś głowę zawracać zaczęła. Podczaszyna potwierdziła to postrzeżenie, a nie wydając się z protekcją, ostrzegła, że był ubogi.
Zmilczała na to księżna... Drugiego dnia spotkali się w ogrodzie, podczaszyna zaprosiła do siebie — Jadwisia spędziła z nim cały wieczór na śmieszkach... Pac był wesół, dowcipny i już widocznie rozkochany.
Jadwiga przyznała się przed matką, że jej się chce pękać ze śmiechu, tak Pac oczyma się przymila i już wzdycha.
— Dałabyś mu pokój, — rozśmiała się matka — bobyś za niego nie poszła...
— Czybym poszła, czy nie — ale taka zabawna rzecz patrzeć, jak mężczyzna głowę traci, jak omdlewa, jak pada... szaleje... Ach! czyż może być komedja nad tę? — mówiła Jadwiga. — Cóżem ja temu winna, że moje oczy taką władzę mają?
— A serce ci nie mówi nic?
— Serce? — spytała Jadwiga... — serce? a cóż to ma do mojego serca?
Podczaszyna zamilkła.
W kilka dni potem, Pac począł półsłówkami coś o miłości się odzywać. Jadwigę to bawiło — i nic więcej...
Czasem na myśl przychodził jej wierny, milczący, cierpliwy Pełka, i chciałaby go była zobaczyć... i tęskno jej było do dobrego przyjaciela... ale... matka!
Z matką było tak trudno! O Pełce nawet wspomnieć nie dozwalała... Pierwsze swaty zagaiła kanclerzyna... biorąc Jadwigę ze słabej, jak się zdawało, strony... Odmalowała przed nią przyszłość kuzynka w najświetniejszych kolorach. Jadwiga zmilczała. Wieczorem matka, jakby sama z siebie, powtórzyła toż samo.
— Cóż ty, chyba zamąż już iść nie myślisz, jeżeli ci się nawet ten Pac nie podoba? Młody, przystojny, miły, dobrego rodu i protegowany... a do fortuny mu pomogą...
Jadwisia zrobiła minkę dziwną i zrazu zmilczała.
— Czegóż się mam śpieszyć? — odezwała się potem — może się znajdzie kto inny? może mi się lepiej podoba? Jakoś nie mam wielkiej ochoty...
— Ale cię szalenie kocha — przerwała matka.
— A! oni się wszyscy we mnie kochają! — rozśmiała się Jadwiga — ale ja...
— Juściż...
— Mnie... wszystko jedno... ten, czy ów, czy żaden, — mówiła wdowa — trochę to bawi z początku, gdy się kochać zaczyna, jak mu każę... a potem tylko śmieszne...
Podczaszyna westchnęła, nawet jej to usposobienie córki wydało się dziwne. Zdaje się, że szło wielce o to, aby Pełka znowu się nie zjawił, bo ze wszystkich Jadwiga najwięcej mu okazywała przyjaźni. Trzeba więc było dopomóc Pacowi koniecznie... Sprowadzano go codziennie, chwalono niezmiernie, nudzono nim ciągle, naglono o postanowienie, sławiono czyny, wynoszono dowcip, i kanclerzyna tak zabiegała, iż faworyt jej wreszcie pół słowa, jakąś obietnicę otrzymał. Schwycić za nią i zmusić do przyśpieszenia ślubu było rzeczą matki i kuzynki.
Pełka siedział w Gołczwi jeszcze, gdy do niego stary łowczy przypłynął. Musiał się po raz dwudziesty oświadczyć podczaszynie i dostać znowu odkosza, gdyż na swą boginię był rozgniewany, i począł od tego, że ją nazwał starą babą, zalotnicą, intrygantką...
— Wystawcież sobie, — rzekł wkońcu do Medarda — córkę znowu, mimo jej woli, za gaszka kanclerzyny wydaje, słyszę już po zrękowinach, a w zapusty ślub. Porękawicznego też dostała męża sama. Pac go jej wyszukał w osobie cale przystojnego chłopa — mówię bez dwuznacznika... bo Cyrulski bodaj z chamów pochodzi, ale szlachecką ma fortunę i do jakiegoś herbu się przyczepił, zaczęła już zęby tracić, włosy smarować, marszczki na twarzy, jakby biczem smagał... bo młodszy od niej o lat piętnaście.
— Jakto wiecie z pewnością, że księżna zamąż wychodzi? — zapytał Pełka.
— Najpewniej... Pac tam siedzi ciągle i tajemnicy z tego nie czynią... całemu to światu wiadomo...
— I Jadwiga się zgodziła?
— A któż podczaszynie się oprze — zawołał łowczy.
Ludzie rozpowiadają, iż sama się z tem odzywała, że z weselem śpieszy, bo się waszmości lęka, żebyś jej córki gwałtem nie porwał.
Pełka się rozśmiał smutnie.
— I ma słuszność, — rzekł — gdyby skinęła tylko, że pragnie być od tej przemocy wolną... jutrobym ją oswobodził tak, jakem ją z tego zamku wyrwał i od męża uwolnił — ale matka ma swe prawa... a ja gwałtu mojej pani zadawać nie chcę... Dała słowo Pacowi — wola jej, niech Paca próbuje — ja poczekam...
— Waszmość jeszcze myślisz czekać, aż trzeci mąż z drogi się usunie? Ależ Pac od ciebie młodszy?
— Niewiadomo kto z brzegu, — odparł Pełka — wolę czekać, niż gwałt mieć na sumieniu. A coby mi było za szczęście, gdybym ją wziął mimo jej woli?
Godziemba ręką machnął.
— Nigdyś jej waszmość nie kochał? — rzekł — niema i mówić o czem...
Jakoż nie mówili dnia tego, a następnego Pełka oświadczył „discursive“, że mu wiejskie życie obrzydło i że do rycerskiego rzemiosła powrócić myśli.
— Na wojnę się z Turkami zaniosło... pójdę się bić, czas prędzej przechodzi na wojnie...
A Gabryk otrzymał rozkaz wozy i konie mieć w pogotowiu.






Trzy lata upływało od czasu, gdy nasz Pełka wyruszył zaciągnąć się do wojska... W ciągu nich nie spoczął na chwilę, życie obozowe stało się lekarstwem na smutki i zawody, na tęsknoty niemęskie. Gdy go opanowywały wspomnienia przykre i serce gryźć zaczęły, porywał misiurkę, szablę, konia i wypraszał się na czaty, na wycieczkę, tam gdzie trzeba było czuwać, bić się i zamęczać. Dziwnym sposobem to, coby zabić mogło innego, jego trzymało krzepkim i zdrowym, silnym i młodym.
W ciągu tych lat horyzont jasny w czasie elekcyj wybrańca szlachty zachmurzył się, zawyły burze i dotknęły plagi. Rzucić na tron mogły głosy tysiąców, ale na nim utrzymać nie umiały. Dały mu koronę, lecz prymas, co ją wkładał na skronie młodego króla, uczynił cierniową. Poza nim stało wszystko, co miało znaczenie, wziętość, co w istocie rządziło Rzeczpospolitą. Wybrany narodu musiał się uciekać do nieprzyjaciela dawnego Polski, do rakuskiego domu i rakuskich praktyk, aby się na tronie utrzymać. Cesarz dał mu siostrę własną przeciwko jej woli, małżonkę przymuszoną, niechętną, dumną i niekryjącą się z tem, że sercem i myślą gdzie indziej była...
Zemsta tych, którym postrachem narzucono nieznanego człowieka, była powolna, obrachowana, okrutna. Najpotężniejszy umysł i serce nie byłyby się jej mogły oprzeć z temi siłami, jakie prawa dawały w ręce panującemu.
Trzy lata męczarni, klęsk, zawodów, moralnej tortury na tronie złamały nareszcie tego króla niedoli, — odpokutowującego grzechy cudze na łożu madejowem, nie mającego chwili spoczynku i odetchnienia...
Rośli dokoła nieprzyjaciele, on wysychał, malał i upadał. Opuszczało go wszystko: żona, druhowie, lud... naostatek przyszła sromota zwyciężonego przez niewiernych. Kamieniec, ów klejnot Polski, był w rękach tureckich... Sobieski rósł na nieszczęściach króla i w rzeczy już był sam panem kraju, który męstwem i energją obraniać umiał. Dawne jego laury odrastały coraz nowemi, władza skupiała się w rękach — losy Rzeczypospolitej spoczywały na jego głowie, nie na Michale, któremu nie dano ani zdobyć zaufania, ani rozwinąć siły.
Zrozpaczony król jechał do obozu, aby na czele wojsk zginąć przynajmniej... Rycerstwo patrzało całe na hetmana, nie znało innego wodza...
I Pełka też pod wrażeniem tych klęsk i wypadków musiał ulec, oddając hołd Sobieskiemu, choć dla Wiśniowieckiego miał miłość i poszanowanie... Lecz sparaliżowanemu nieszczęściami zaufać już nie było podobna...
Widmo to było zawadzające na tronie, a oczekujące wyzwolenia...
Nadzieje pokładane w szlachcie, która wybrała go królem, spełzły z konfederacją gołąbską, grożącą wojną domową w przededniu walki z nieprzyjacielem krzyża i Rzeczypospolitej... Sobieski triumfował... nikczemne obwinienie i spisek, który go chciał uczynić zdrajcą, posłużył mu tylko, dodając nowego blasku...
Ze śmiercią zajadłego swojego nieprzyjaciela, prymasa Prażmowskiego, król nie odzyskał spokoju; miał on wielu spadkobierców swej myśli, zawziętości i knowań.
Zwątpienie o sobie zawiodło króla do obozu pod Glinianami. W wojsku koronnem, które tu było zgromadzone, znajdujemy Pełkę pod hetmańską pancerną chorągwią, już ulubieńcem tego bohatera, który się miał Janem nazywać, a zwał się jeszcze Janiną Sobieskim. Czytelnicy przypomną sobie, iż Pełkowie z Gołczwi także się tem godłem pieczętowali. Nie było u nas pewniejszego znaku powinowactwa krwi nad jedność herbu; wyjąwszy, tych których rzadko przyjmowano do niego, wszyscy herbowni jakiegokolwiek bądź nazwiska liczyli się i składali rodzinę. Przy pierwszem poznaniu bliższem z hetmanem, gdy Pełka mu przywiódł Turków pochwyconych na wycieczce, cały okrwawiony ich szablami... Sobieski go zapytał o nazwisko...
— Pełka jestem z Gołczwi... a Janiną się pieczętuję.
Sobieski rękę mu podał.
— Obajśmy jednego rodu, mosanie, — rzekł wesoło — i widzę, że, jak ja, lubisz wojenkę a obóz... powinowategobym rad mieć u boku. Proszę więc do mojej chorągwi...
W taki sposób dostał się Medard między pancernych... a osobiście znany hetmanowi z męstwa i przytomności umysłu, wielkiej używał w wojsku wziętości. Gdziekolwiek niebezpiecznego coś wykonać przychodziło, używano go do rady, a najczęściej i do sprawy. Pełka nie odmawiał nigdy. Smakowało mu to właśnie, co najtrudniejsze było...
Chociaż z czasu elekcji, w której trzymał ze szlachtą za królem przeciwko Sobieskiemu, zostały mu uprzedzenia przeciw niemu, w polu się ich pozbył.
Żołnierza wódz za serce pochwycił wielkiem sercem na każdym objawianym kroku. Kraj ginął poddany łasce tureckiej i ohydnej niewiernych niewoli, szło o jego losy, a zbawienie już w dłoni hetmana tylko widziano. I ci, co pod Gołębiem na niego się odgrażali za króla, którego od pańskiego spisku obronić chcieli, zwolna przechodzili na stronę jedynego człowieka, który od sromoty i od upadku ostatecznego mógł ocalić...
Małe kółko, otaczające chorego i znękanego króla, w chwili gdy wojska gromadziły się pod Glinianami, gdzie już tylko na Paca czekano — bo ten z Litwinami zwlekał — namówiło go, ażeby stanął na czele wyprawy... Jechał posłuszny Olszowskiemu król, więcej w nadziei końca swym utrapieniom niż szczęśliwego obrotu.
Wojsko złożone z tej samej szlachty, która króla sobie wybrała, najuboższym go mieć chcąc i najmniej znaczącym, aby swą moc w nim objawić — wojsko to, na czele swem nie widzące nigdy Michała, wiary w niego nie miało...
Obóz pod Glinianami wrzący ochotą bojową, bo zdobyty Kamieniec wiele łez kosztował nawet tym, co go nigdy nie widzieli, czekać musiał na przybycie króla, jak czekał na Paca i Litwinów...
Naostatek jednego pięknego dnia jesieni rozeszło się po obozie, iż król miał przybyć... tegoż wieczora... Wystąpiły więc chorągwie jak od święta lub od boju, z całym rynsztunkiem, z bębnami, kotłami i muzyką, a hetman z buńczukiem swym i dworem — tak wspaniałym, jakgdyby nim się chciał z króla naśmiewać i w obliczu wszystkich go upokorzyć...
Na czele rycerstwa ciągnęły husarskie i pancerne chorągwie...
Ówczesny huzar był może najwspanialej przybranym w Europie żołnierzem... Każdy ze szlachty, co pod chorągwią służył, silił się o konia i sadził na zbroję i rząd, tak że najmniejszy towarzysz na pana w szeregu wyglądał. Dywdyki szyte, siodła kute srebrem, rzędy sadzone kamieniami nie były tu żadną osobliwością, ile chlebem powszednim. Świeciły na piersiach błyszczące zbroje i zarzucone na ramiona skóry lamparcie i tygrysie, a gdy podniesione proporczyki zaszeleściały nad głowami, a skrzydła zagrały jak do lotu, miło było spojrzeć na ten mur z żelaza i piersi zbudowany, który łamał jak taran niewiernych szeregi. Obok nich mniej okazale może wyglądali pancerni, lecz to był żołnierz nie na pokaz, ale do czynu, nie do parady, ale do rozprawy. I w ostatnich rzędach pachołków znalazłbyś jeszcze takie serca, że je w pierwszych można było postawić... Tu stał Pełka w żelaznej misiurze, w zbroi i kolczudze, patrząc zdala na królewski dwór i na samego pana, nie konno, lecz kolebką przybywającego do rycerstwa.
Michał wysiadł, podpierając się na lasce, — w stroju owym niemieckim, który zawsze nosił, a którego nie cierpiano — peruce na głowie, w haftowanej sukni, w pończochach i trzewikach...
Nie trzeba było więcej aby serca odwrócić. Cały ten tłum, nawykły w ubiorze obcym widzieć godło niechęci odwiecznych, poczuł się niemal zawstydzonym, spostrzegłszy króla pieszo, okrytego wstążkami, w kapeluszu z pękiem piór — a co gorsza — bladego, strwożonego — zdającego się obcym temu, co go otaczało.
Działa grzmiały na przyjęcie, powiewały chorągwie — szeleściały kitajkowe proporce, brzmiała muzyka i kotły — ale radość nie wstąpiła w serca... Chmurno spoglądano na Michała.
Hetman na koniu z buławą, w stroju przepysznym, zdawał się otoczony aureolą — i rwał ku sobie oczy i duszę żołnierza... Stali tu przed czołem wojska nie jako pan i wódz, ale niemal jak dwaj nieprzyjaciele, z których jeden zwyciężał, a drugi do walki już nie miał siły...
Dwór też królewski, z jego ulubieńców, Austrjaków i rakuskich duchów złożony, smutny miał pozór i obcy. Hetman zsiadł z konia, aby królowi w przeglądzie wojsk towarzyszyć.
Wszyscy patrzali na nich; wspaniałej postawy wódz zaćmiewał tego, przed którym skłaniał głowę z uśmiechem. Twarz Sobieskiego była jasna i pogodna... Michał szedł blady, krokiem niepewnym, zamyślony...
Wiedziano już w szeregach, iż przed wojsk przeglądem złożono radę wojenną z rozkazu króla, który na niej się odezwał z obawą o losy wyprawy i wahaniem. To mu bardziej jeszcze odjęło serca... Powtarzano sobie, iż największy nawet króla przyjaciel, kanclerz Olszowski, sprzeciwił się mu, — przypominając, że Rubikon przebyli i oglądać się za siebie późno już było... Krzywo spoglądano na Paca, który Sobieskiemu zazdrościł sławy, zimno na to dziecię Jeremiego, które w ślady ojca iść nie umiało...
Pełka stał ze swymi w pierwszym szeregu... z politowaniem zwróciły się oczy jego na tego biednego umęczonego wybrańca, który zdawał się ledwie na nogach już trzymać. Szedł podpierając się na lasce i co chwila ustawał. Twarz zżółkła to się okrywała chorobliwym rumieńcem, to bladością śmiertelną... oczy zdawały się patrzeć i nie widzieć.
— Pocóż mu tu już było się wlec, — szepnął Kryszkowski, stojący obok Pełki — kiedy mu do trumny pono bliżej niż do siodła?... Patrzno, panie bracie — ta to trup...
W istocie król, nie doszedłszy do połowy linji, stanął... zimny pot oblewał mu czoło... chwiał się... zwrócił błagające wejrzenie ku Olszowskiemu... i szepnął mu kilka słów niezrozumiałych... W kółku otaczających widać było zamieszanie, Niemiec doktór przypadł niespokojny... Król zasłabł... Wojsko stało, oczekując jeszcze, by oblicze pańskie oglądać mogło, gdy wsparty na ramionach dworzan Michał zwolna opuścił pole popisów...
Od hetmana poszły rozkazy, aby muzyka i strzały ustały...
— Tegom się spodziewał, — rzekł Kryszkowski — bo mu z oczu źle patrzało... Nie pójdzie więc z nami na Turka, co i lepiej, boby nam serca odjął.
Rozjechało się zaraz rycerstwo, nie wykrzyknąwszy ani razu na cześć pana... Król odjechał do Lwowa. Gruchnęła o tem wieść, przyjęta nie politowaniem nawet, ale niemal lekceważeniem...
Ciągnęli tedy nie czekając koronni ku Dniestrowi, gdzie się Pac z nimi miał połączyć. Pełka jeden, pamiętny elekcji, przed towarzyszami, ba! nawet i przed panem hetmanem króla bronił — ale go nie słuchano. Pora była jesienna, a jesień zawczesna, mroźna i wietrzna, i śnieżysta... Z pod Glinian ruszywszy, i konie, i ludzie podkarmieni wnet poczuli ciągnienie, gdy się głębiej ku granicom posunęli. Niejednemu zatęskniło się do domu, i nowa wyprawa zdawała się szaleństwem... Sobieski tylko, który bywał sam zamłodu w Konstantynopolu, a naturę Turków znał — wiedział, iż im łatwiej z zahartowanym na zimno żołnierzem podoła, niżeli w innej porze... Rozeszła się też była wieść straszna, iż Rzeczpospolitą uważając po budżackich traktatach za hołdowniczą, sułtan wysłał agę do króla z firmanem pańskim i kaftanem w podarku, który toż znaczył, co kajdany...
Kaftan ten miał być szatą Dejaniry dla nieszczęśliwego Michała — ostatnim ciosem, co go miał dobić... Hetman wolał wojnę nieszczęśliwą i ofiarę rycerstwa a krwi, niż owo poddaństwo niewiernym, i śpieszył aby się pomścić sromoty, nimby nadeszła. Ale w wojsku nie wszyscy tak myśleli, a potęga turecka trwożyła wielu. Na wojennej radzie odezwał się hetman ze słowem, które przeważyło:
— Czyja łaska za mną, pójdziemy choćby ginąć; czyja wola do domu, z Panem Bogiem... my pójdziemy na tureckich trupach położyć głowy...
Zrodziły się też między Pacem a Sobieskim spory; bo koronni, przodem idąc, kraj ugładzali, tamtym zostawały pustki i wymiecione śpichlerze... Załatano i to przecież i, przeszedłszy Dniestr, cała siła weszła na Bukowinę... Tu sprawdziły się przepowiednie hetmana: zajechał im drogę aga ze Stambułu do króla z listami wyprawiony, który się o haracz miał upomnieć... Chciał go hetman zatrzymać i okutego wieść z sobą, ale ostrożność puścić kazała...
Tak ponad Prutem jakiś czas się ciągnąc, podeszli pod twierdzę chocimską. Dobrą wróżbą dla hetmana było wspomnienie ojca i pierwszej owej wojny chocimskiej... Gdy na prawym brzegu Dniestru pokazało się nędzne owo miasteczko i śpiczaste wieże a mury twierdzy... całe rycerstwo jakby jeden człowiek je powitało... Serca urosły... Położono się obozem na widoku zameczku... Listopad był, czas mroźny, pora śnieżysta, żywności skąpo... a Sobieskiemu laurów ojcowskich się chciało... postanowił zdobyć Chocim...
Pac się sprzeciwił na radzie...
Była już późna godzina w noc, gdy dworzanin hetmana począł szukać Pełki, w obozie się rozbijając, i ledwie go znalazłszy, z sobą do Sobieskiego prosił. Koniom jeszcze obroków nie miano czasu zasypać, a Pełka zbroi z siebie nie zdjął i dopiero mu Gabryk rzemienie odpinał, gdy Gałka, pokojowiec Sobieskiego, wpadł pod szałas z gałęzi narzucony, domagając się Pełki, aby go wziąć z sobą.
Nie było co rozmyślać, bo powinność żołnierska posłuszeństwo. Właśnie o owej chocimskiej rozprawiali z Kryszkowskim, gdy się Gałka ukazał. Kazał pan Medard na nowo rzemienie pospinać i ruszył, nie zwlekając... Hetmański namiot był już rozbity, choć on tam pod nim mało mieszkał, by rycerstwu serca dodając, ciągle z niem potrzeba było być, a nie tulić się od szarugi za płótno... Lecz tylko co się narada kończyła i Pac wyszedł był konia dosiąść... a hetman jeszcze po namiocie się błąkał, trąc czoło i wąsa kręcąc, — gdy Pełka stanął u wnijścia i powitał wodza.
Żywo zbliżył się ku niemu Sobieski, uderzając po ramieniu...
— Bóg zapłać, żeście mi się tak rychło zjawili — pójdźcie bliżej waszmość, bobym nierad, aby nasza rozmowa uszu ciekawych doszła, a jest tu ich nad potrzebę...
Na twarzy hetmana nie frasunek lub niepokój, jak przed bitwą, ale się jakby radość malowała i spokój wielki...
Zatarł ręce.
— Mówiliście mi waszmość niegdyś, żeście u króla jmości mieli dosyć zachowania i że mu dobrze życzycie...
— O pierwszem nie wiem, bo to nie moja rzecz sądzić, a drugiego się nie wypieram — rzekł Pełka.
— Powiem wam więc rzecz smutną — odezwał się hetman... — Gdyśmy się pod Glinianami rozstawali, pytałem doktora o chorobę: zeznał mi, iż wrzód ma we wnętrznościach i że chyba cud mu zachować może życie... Dosyć mu je ludzie zatruli a losy... Nie byłem jego partyzantem, — dodał — aliści dziś, gdy pod Wszechmocną ręką Boską pada... żal mi serce uciska...
Zamilkł... i ciągnął dalej, zbliżywszy się do Pełki.
— Chocim weźmiemy, — rzekł — Pac mi grozi ciągle, że ze swymi precz pójdzie, bo ich na rzeź i jatki dawać nie chce; ale go znam, rycerskie ma serce i gdy się bój rozpocznie, pójdzie w ogień z nami. Aniby wstrzymał swego żołnierza, boby się sromem okrył. Wiem, co Turcy mają i jak stoją. Chocim wzięty być musi — zwycięstwa jestem pewien...
Rozumiesz mnie waszmość? Zanieś królowi na łoże śmiertelne tę pociechę, że pod murami stoimy, a nie ustąpimy, aż je zdobędziemy...
Lękam się tych, co króla otaczają, aby mu zgonu nie zatruli. Widziałeś waszmość agę, co z listami od sułtana jechał... Zatrzymać go chciałem, aby ich nie wiózł, bo wiem, co zawierają...
Haraczu się Turek domaga i kaftan poddańczy śle panu naszemu. A nuż go Olszowski wpuści, a nuż go dobiją, gdy my tu pomścimy sromu? Chrześcijanin jestem i sumienie mam a miłosierdzie — waćpan mi pomóż, Pełko...
— W jaki sposób? — odezwał się Medard... — Aga uprzedził mnie, więc go już nie doścignę... a drogi niepewne?
— Agę prowadzą ludzie, których ja mu dodałem, — odezwał się hetman — więc go manowcami powiodą, bom na myśli miał, co się stanie. Ale nie chciałem waszmości słać, pókibym nie doszedł pod Chocim i nie mógł powiedzieć, żem tu jest... i że mi twierdza nie ujdzie... Z pomocą Bożą zwyciężymy... Godzi się utrapionemu panu osłodzić zgon, aby Bóg tak samo i nam miłosiernym był w godzinie ostatniej.
Pełka milczał.
— Jedź waszmość: — dodał hetman — listy gotowe mam, ludzi weź do wyboru... tylko mi ich dużo nie chciej, bo tu każdy człowiek drogi.
— Mam jechać, gdy właśnie bić się będą? — odezwał się Pełka. — Od największego przysmaku, gdy zastawiony, wola mnie pana hetmana odsuwa... to twardy orzech do zgryzienia.
— Wiem ci ja to, — rzekł Sobieski — ale człowieka, jak wy, nie mam, bo o drugiego Pełkę niełatwo... Zaklinam więc waszmość jedź — proszę, i domagam się...
— Dość rozkazu — odezwał się Pełka.
— Ciężar mi zdejmujesz z sumienia, — rzekł, wzdychając, hetman. — Bolało go nieraz to, co szło ode mnie — chciałbym mu choć przed zgonem chwilę osłodzić, aby mi Pan Bóg moje też grzechy przebaczył. Uczyń więc waszmość, o co proszę, choćby ciężko ci było, uczyń dla króla i dla mnie, a uczynisz dobrze... Zanieś mu konającemu tę wieść, żeśmy wstydu pomścili i że haniebne traktaty skruszone...
Pełka zrozumiał chrześcijańskie uczucia Sobieskiego, który z żywym mógł walczyć, a wybranemu od narodu chwilę ostatnią osłodzić pragnął, nie rzekł więc ani słowa, skłonił się i oświadczył gotowość do drogi.
— Kilka godzin zejdzie, nim gotów będę, — rzekł w ostatku — pojadę sam ze starym i wypróbowanym sługą moim, który mi w najgorszych razach był wiernym towarzyszem, więcej nie potrzebuję nikogo.
W drugim namiocie kancelarja hetmańska już pisma przygotowała, nie zabawiło więc i Pełka opatrzony został w papiery... Z niemi powrócił do szałasu i do Kryszkowskiego, który zdala już nawoływał go, chcąc się dowiedzieć, czego do hetmana był wzywany. Nie spowiadał mu się Pełka ani z czem, ani dokąd jedzie, tylko Gabrykowi konie kazał opatrzyć i być w pogotowiu. Tem bardziej żal było plac opuszczać, iż tu się widocznie na noc gotowała rozprawa. Sobieski stać długo na śniegu i zimnie a trzymać ludzi i wyczekiwać nie myślał; więc choć zamieć się wzięła ze śniegiem i spoczynek był potrzebny, sam zaraz wyszedł z namiotu do pułków, obchodząc je, krzepiąc i do napadu na zamek gotując.
Nie spoczął, póki usty i przykładem nie ożywił tak rycerstwa, iż mimo tych, którzy się opierali zuchwałej nocnej wycieczce, postanowiono przed brzaskiem na Chocim uderzyć. Pełka jednak czekać już na to nie mógł, Sobieski mu, przechodząc, ponowił rozkaz, aby śpieszył, chceli króla żywym zastać, trzeba więc było konia dosiąść i jechać.
Pora czyniła tę podróż przykrą i ciężką, lecz na to przygotowany był Pełka i wiedział, że gdyby mu koń padł lub ustał, radę znajdzie w którymkolwiek szlacheckim dworze po drodze. Popasy musiały być krótkie, a o noclegach nie było co i myśleć.
Szczęściem koń, którego wówczas miał, żelazny był i, choć natury powolnej, wytrwały nad podziw, a kilkodniowa i nocna podróż nie odebrała mu sił, byle jeść miał poddostatkiem... Pod Gabrykiem też szkapa ciężka i wołowita, o baraniej głowie, sławę miała w całem wojsku ze swego chodu a w dodatku słomą ze strzechy gotowa się była przeżywiać. O oszczędzenie koni nie chodziło, choć naówczas koń prawie z żołnierzem narówni się cenił. Pisze ks. Birkowski o tem, jak w konie ludzie ufali; wspomina Skarga o tej miłości dla nich. Człowiek się z towarzyszem tym zrastał, ciągle z nim żyjąc, a obaj się też lepiej zrozumieli i wzajem wspomagali, niż dziś, gdy się ledwie kiedy spotykają.
Podkowy wprawdzie na grudzie rozbite kilka razy odmieniać było potrzeba, ale konie doskonale drogę wytrzymały i przebiegły ją w nie do uwierzenia krótkim przeciągu czasu.
Gdy się lwowskie wieże pokazały, Bogu Pełka dziękował, że mu cało dał tu przybyć, chociaż po drodze już dowiedział się, że go ten nieszczęsny aga sułtański uprzedził i od pół dnia przynajmniej w mieście już być musiał. Chwili więc nie tracąc, z konia do gospody nie zajeżdżając, jak stał tak wprost jechał do króla, o którym tylko się mógł dowiedzieć w mieście, iż jeszcze żył...
O życiu wszakże dłuższem i wyjściu z choroby lekarze zupełnie zwątpili; pomiędzy ludem, mieszczanami i szlachtą uparte krążyły wieści, że króla w cyrance, którą rad jadał, struto. Struły go raczej ludzkie niechęci i żółć, którą go napawano.
Dopadłszy na ostatek antykamery królewskiej, Pełka zastał tam dwór cały, i podkanclerzego, i kanclerza, i mnóstwo panów, w rozpaczy niemal nad stanem zdrowia króla tracących głowy... Przed kilku dniami wrzód sam z siebie pękł, lekarze odzyskali nieco nadziei, która krótko trwała, przyśpieszało to tylko koniec nieuchronny. Pełka wedle instrukcji hetmana sam królowi oddać pragnął list i ustnie przynieść zaręczenie, iż Chocim wzięty być musiał... Ksiądz Olszowski jednak dopuścić go nie chciał i wymógł na nim oddanie papierów...
Aga od dwóch dni był we Lwowie z listem sułtana, ze szkatułką dla króla, zawierającą znaki hołdownictwa; dopuścić go nie chciano, czując, że pismo i upokarzające poselstwo byłoby nieszczęśliwego dobiło. Zwlekano pod rozmaitemi pozorami. Natomiast o pośle od wojsk i hetmana znać dano natychmiast... lecz król mało uczuł stąd pociechy... Zapytał tylko, ktoby tę wieść przywiózł, — wymieniono Pełkę po nazwisku — przypomniał go król i wprowadzić kazał.
Późny był wieczór już, gdy wszedł do królewskiej sypialni, w której chory na łożu spoczywał, blady i do niepoznania zmieniony. Twarz Pełki przypomniała mu snadź dawne czasy, i wyciągnął doń rękę białą, zimną, wilgotną, którą niebieska sieć żył opasywała. Zestarzały był, wychudły, a oczy okrążyły plamy ciemne... Przy łożu siedział kanclerz, stał doktór i kilku ulubieńców króla, wszyscy niemi i przerażeni... Gdy Pełkę przed łoże wprowadzono, usunęła się część przytomnych, biskup tylko pozostał. Michał kazał się Pełce przysunąć ku sobie i opowiadać o wojska pochodzie. Mniej na te szczegóły nastając, Pełka dla spełnienia poselstwa głównie się przywiązał do tego, by królowi dobrą wolę i serce hetmana odmalować...
— N. panie, — kończył z wolna — zaledwieśmy doszli pod Chocim, gdy wszystkie już przygotowania do nocnego szturmu dokończone były — pierwszą myślą hetmana stało się wysłać mnie do w. kr. mości z zaręczeniem, iż Chocim wzięty zostanie, a przeszłych nieszczęść pamięć się zatrze... Chciał pan hetman uspokoić w. kr. mość, i to mu najbardziej na sercu leżało, aby troskę o powodzenie wojsk Rzeczypospolitej odjąć w. kr. mości.
Król podniósł oczy zmęczone i zatrzymał je długo, nic nie mówiąc, na twarzy Pełki; odwrócił się potem, jakby chciał wiedzieć, czy go kto słucha. Kanclerz się ku oknu oddalił. Po chwili ozwał się głosem słabym:
— Wierzę waszmości, iż teraz, gdy już mnie widzą konającym... gdy nikomu nie zawadzam, gdy mogą czynić, co chcą — litują się nade mną... Czemuż nie wprzódy?
Zamilkł jakby zmęczony.
— Przypomnij waszmość elekcję, — mówił cicho — daliście mi koronę naprzekór woli starszej braci, aby swą wolę okazać — aleście mnie uczynili ofiarą... Musiałem walczyć przeciw wszystkim, aby się na tym chwiejącym tronie utrzymać, z którego śmierć mnie zabiera... Zaprawdę — zabójczy był dar wasz! — dodał, wzdychając i spuszczając głowę na piersi — przywiódł mnie on... na to łoże, na którem widzisz waszmość... Za dzień triumfu waszego drogom opłacił.
Pełka odezwać się nie śmiał...
— Tak — dodał Michał, nawpół do siebie mówiąc — był to brzydki sen tylko — wyglądam spoczynku, rad mu będę... Wszystko spiknęło się na mnie, ludzie, okoliczności, przyjaciele i wrogi... w moich rękach zmieniało się dobro w szkody... żywność w truciznę... nie miałem chwili wytchnienia... a srom pić musiałem za napój powszedni, jak wodę...
— N. panie, — przerwał Pełka, chcąc odwrócić tę bolesną rozmowę — tem szczęśliwszy jestem, że w. kr. mości uroczyste zapewnienie zwycięstwa przynoszę. Wojska, mimo pory niedogodnej, doszły pod Chocim najlepszym ożywione duchem... hetmanowie są zgodni... w chwili tej Chocim jest w ręku naszych i zwycięstwo przy w. kr. mości...
— Nowy laur dla Sobieskiego, — westchnął Michał — nową siłę pozyskał... i tak już był tu on panem i królem, a nie ja... Jam był męczennikiem — Bogu niech będą dzięki, że szczęśliwszą dla Rzeczypospolitej erę zwiastuje, która się z nowem panowaniem rozpocznie... Do mojego imienia i osoby przywiązane było nieszczęście... ja schodzę... i zorza się ukazuje... Umrę spokojny...
Nadszedł Olszowski, król, zobaczywszy go, zamilkł. Pełka stał w niepewności, czy ma odejść, czy dłużej zostać... Michał podniósł oczy nań i kazał mu się zbliżyć do łoża.
— Waszmość mi lepsze przypominasz czasy, — rzekł — miło mi nań patrzeć... Pamiętam, gdyśmy się spotkali raz pierwszy, gdym waszmość zastał u matki... i na tem już nieszczęśliwem polu, gdziem się wam wymodlić nie mógł od korony... Uczyniliście ze mnie owego „Ecce homo... Ecce rex...“ na szyderstwo narodowi, w płaszczu krwawym, w cierniu na skroni, ze trzciną w ręku zamiast berła. Zwyciężyła szlachta... alem ja lat cztery pokutował za jej triumf i naukę, aby się przeciwko silniejszym nie porywała... Cóżeście dla mnie zrobili pod Gołębiem, choć takeście się oświadczali? Nie mogłem dozwolić, by dla mnie lała się krew braterska... dałem za to życie...
Zbliżył się lekarz i, słysząc króla mówiącego długo, chciał go powstrzymać, by uchronić od znużenia.
— W. kr. mości potrzebny spoczynek — odezwał się.
— Wkrótce też spocznę, — uśmiechając się smutnie, rzekł Michał — nie brońcie mi wypowiedzieć z duszy, co na niej ciężyło. Odwrócił się i spytał o godzinę... zdając się liczyć niespokojnie, ile mu ich jeszcze zostawało — a gdy Pełka stał, nie śmiejąc się oddalić, król, uległszy woli Olszowskiego i lekarza, wyciągnął mu rękę do pocałowania i pożegnał słabym głosem.
— Utrudziłeś się waszmość drogą pośpieszną, — począł, oglądając się jakby szukał czegoś — chciałbym mu podziękować za to... Powiedzcie hetmanowi, gdy go zobaczycie, iż dla poczciwej chęci tej, jaką mi okazał, chętnie mu odpuszczam wszystko...
Zawahał się, popatrzał na doktora.
— Przyjdź waszmość do mnie jutro... skończył głosem słabym.
Z przykrem uczuciem jakiejś zgryzoty wewnętrznej opuścił Pełka sypialnię. Bolesny też obraz wystawiał cały ten dwór, w którym czuć było rozstrój, niepokój i obawę jutra. Stan króla był zrozpaczony... wszystkie czoła chmurzyły się obawą o jutro... U łoża tego ledwie garść zmuszonych pozostawała z obowiązku... Wiadomo było wszystkim, iż królowa Eleonora, której serce oddawna było księciu lotaryńskiemu oddane, zamiast przywiązania, przyniosła Michałowi wyrzuty, pogardę i jedną jeszcze boleść więcej...
W chwili, gdy król konał, na jej dworze snuto już plany, jakimby sposobem odżywić kandydaturę księcia lotaryńskiego... i królową pozostawić na tronie... Inni myśleli o Neuburgu, inni szukali kandydatów za światem, zrażeni tym wyborem Wiśniowieckiego, który zdawał się Piasta na zawsze usuwać od tronu...
Żył jeszcze król Michał, gdy już na wszystkie strony intrygowano, knowano, obmyślano, jakiego mu dać następcę... Opuszczony od wszystkich niemal, biedna ofiara losu, Wiśniowiecki czuł się prawie z tronu strąconym.
Przez ostatni wzgląd dla umierającego oszczędzono mu tylko listów sułtana i kaftanów, nie dopuściwszy doń agi.
Nazajutrz, gdy Pełka jeszcze spoczywał, obudziły go dzwony wszystkich Lwowa kościołów, których dźwięk przeraził go... biły ponuro, jakby na gwałt i trwogę...
Wchodzący Gabryk rzekł we drzwiach:
— Król umarł!
Razem niemal ze śmiercią nadbiegł od wojska wysłany Kryszkowski, który przynosił wiadomość o zwycięstwie, odniesionem pod Chocimiem. Najlepszym dowodem tego był on sam, bo mnóstwem rzeczy zdobytych się obładował, które mu do sprzedaży we Lwowie nadawano.
Nim żałobę wydzwoniono, radość ze zwycięstwa, szalona, niepomierna, wrzawliwa o trumnie niezawartej jeszcze kazała zapomnieć. Ciało królewskie leżało opuszczone... a ludzie biegli, głosząc sławę Sobieskiego i ciesząc się z odzyskanej czci...
Było coś bolesnego w widoku tej żałoby zrzuconej, nim została wzięta, w tym szale ludu, ściskającego się po ulicach, gdy katafalk króla, ostawiony świecami, miał przy sobie zaledwo kilku dworzan i kilku biedniejszych duchownych... w zapomnieniu tego nieszczęśliwego, z którego zgonem szczęście wracało...
Nikt się nawet nie odezwał z żalem po zmarłym, prócz kilku sług jego... Najwierniejsi myśleli już o przyszłości.
Imię Sobieskiego było na wszystkich ustach. Obiecywano sobie nowe triumfy z nim i przez niego; nikomu jednak na myśl nie przyszło, ażeby szczęśliwego hetmana królem uczynić.
Miał zbyt wielu nieprzyjaciół, ażeby mógł sam o tem pomyśleć. Po Czarnieckim wprawdzie on był ulubieńcem narodu — lecz nie z tysiącami rachować się było potrzeba, ale z tą falangą, stojącą u steru, która dowiodła, iż nikt bezkarnie przeciw jej woli, nad nią wynieść się nie może. Ofiarą jej padł nieszczęśliwy Michał.
Szlachta zrozumiała i uczuła to, iż nie dorosła do rządzenia Rzeczpospolitą, choć się zwała elektorką królów i miała wolę — nadania sobie pana.
Pełka, mając wiadomość przez Kryszkowskiego, iż Pac postanowił odciągnąć, a Sobieski miał do Lwowa przybyć, postanowił tu czekać na niego... Obaj razem z towarzyszem spędzili dni, gdyby humor służył, dosyć wesoło, bo ich tu na rękach niemal noszono, a dosyć opowiadaniami nakarmić ciekawych nie mogli. Pełka do nich nieskłonny, był więcej słuchaczem, niż świadkiem dla Kryszkowskiego, który na rachunek wyprawy chciwym szczegółów niestworzone opowiadał rzeczy. Należał on do tych rycerzy, co i w polu nie zaśpią, i odbywszy, co do nich należało, popisać się z tem umieją. Nikt nad niego łatwiej poematów nie tworzył i historji prawie z niczego, bohaterów z pospolitych ludzi i wiekopomnych czynów z najzwyczajniejszych wypadków. Pełka podziwiał ten talent, bo Kryszkowski, właściwie rzekłszy, nie kłamał, lecz z tematu, jakich tysiące dostarczała wojna, tworzył rzeczy, których naocznym będąc świadkiem towarzysz, zaprzeczyć im nie mógł, a potwierdzać jednak się lękał.
— Mój Kryszkowski, — mówił do niego Pełka, gdy zostali sami — powiedz ty mi, skąd ty to wszystko bierzesz u licha?
Stary wojak wąsa pokręcił.
— Jużcić nie poluję, — rzekł z powagą — prawda tam zawsze jest we środku, a że mi Pan Bóg taką naturę dał, iż zdala mi się rzeczy ogromniejsze i cudowniejsze wydają, temum ja nie winien... Ludzie zawsze połowie tego ledwie uwierzą, co im powiesz, potrzeba więc trochę przypuścić na wyrost, — inaczejby to na nic zeszło...
I śmiał się poczciwy Kryszkowski, a zapraszano go tak, iż pokoju nie miał na chwilę, i ugaszczali wszyscy, a łupy chocimskie, nawet łup kołczanów tatarskich i ladajakie rupiecie tak dobrze spieniężył, iż mu się wszystkie straty w pochodzie wynagrodziły.
Pełka tymczasem wprosił się do dworu, aby biednemu królowi szlacheckiemu ostatnią oddać posługę.






Pozjeżdżało się było naówczas do Lwowa ludzi wiele, których spodziewane przybycie hetmana tu ściągało... Oczekiwano na tego zbawcę z niecierpliwością wielką, wiedząc, iż on teraz na przyszłe losy Rzeczypospolitej najwięcej miał wpływać... Nawet nieprzyjaciele osobiści i zazdroszczący mu sławy, widząc, iż z niej go odrzeć nie potrafią, grali rolę adherentów, na czem się Sobieski znać umiał.
W tym natłoku ludzi znalazł Pełka wielu, których się widzieć nie spodziewał. Wpadł nań jak burza Rożański, otylszy, niż był, weselszy, niż kiedykolwiek, a serdeczny jak zawsze, szczęśliwy, że druha napytał.
— Co ty tu będziesz robił? — zawołał przy pierwszem spotkaniu — zimować ci nie dam we Lwowie, choćby i hetman tego żądał: ze mną musisz na wieś. Dosyć już tej włóczęgi i bałamuctwa, czas się żenić... a dalej pora nie będzie...
— Wiesz przecie, żem ja chłopcem poprzysiągł, a stary dotrzymać muszę mojej bogdance... — odparł Pełka.
— Która tymczasem trzeciego sobie męża wzięła! — śmiejąc się, zawołał Rożański. — Już ludzie nawet wierzyć nie chcą, gdy im o tem powiadamy, bo o waszmości i jego miłości, jak o Sylorecje, bajki rozpowiadają. A no, by tego było dosyć... panien jest do wyboru, jak maku, jedna po drugiej piękniejsza... Choć moją Julkę kocham, a patrząc na nie, aż mi czasem żal, że się żenić nie mogę. Żebyżeś ty tak życie zmarnował!
— Wola Boża snadź była — mówił Pełka ze zwykłą swą spokojnością.
— A toś i tu pewnie dlatego przybył, aby na podorędziu zawsze się znaleźć, gdyby co męża spotkało... — szydersko odparł Rożański — a no, twój Pac nie wygląda coś na to, żeby ci miał tak prędko ustąpić.
— Alboś go widział? — zapytał Pełka.
— Oboje mi ich pokazywano, bo coprawda, jejmość jeszcze za trzecim mężem wygląda, jakby dopiero jednego miała, taka piękna!
— Gdzież ją pokazywano? — krzyknął Pełka zdziwiony — ja o niczem nie wiem...
— Jakże to może być? — zdumiony odrzekł Rożański — aleć oni tu oboje...
Dla Medarda nowina ta była zarazem pożądaną i niepokojącą. Nie zobaczyć Jadwigi... przechodziło siły jego; a jakże się tu do niej dostać? nawet jak o nich się dowiedzieć?
Tegoż dnia poszli na wywiady. Okazało się, że młody Pac, naprawując, co hetman, jego imiennik, sporząc z Sobieskim, popsował dla rodziny, zjechał tu w przeczuciu przyszłych konjunktur, zyskując sobie panią hetmanową.
Piękna Marysieńka już wówczas miała ten wpływ na męża, którym na nim wszystko, co chciała, wymóc mogła, a umiała nim władać tak, iż on sam wędzidła nie czuł i cugli. Wszystko więc, cokolwiek Sobieskiego potrzebowało, a zalecać mu się chciało, garnęło się do pięknej Marysieńki...
Pac też, oprócz imienia, nie mający nic, a potrzebujący pleców, wcześnie chciał zaskarbić łaski hetmanowej, której niegdyś żona jego dosyć była miła. Wiózł więc i ją tu z sobą, czemu piękna Jadwiga bardzo była rada, bo samotnością się brzydziła, na wsi żyć nie umiała i czuła się do wielkiego świata stworzoną.
Wiedział już wieczorem Pełka, który dwór zajmowali państwo Pacowie i kędy ich miał szukać — Rożańskiego więc, który się do niego wpisał na kwaterę, zostawując z Kryszkowskim, który mu chocimską opowiadał z talentem sobie właściwym, pan Medard, ubrany jako mógł najwytworniej, a na stroju mu nigdy nie zbywało, — puścił się z Gabrykiem do mieszkania swej pani.
Była godzina przedpołudniowa, a dzień zimowy piękny — i pierwszy wczesny śnieg sanek mnóstwo na ulice wywołał, paradowali panowie Rusini, dobywszy, co mieli najpiękniejszego.
Przybywszy do dworku, gdzie się liczną służbę i dwór pokaźny znaleźć spodziewał, zdumiał się Medard, czeladź widząc ladajako przybraną i skąpą. Gdy zsiadłszy z konia, o pisarzową zapytał (bo tytuł ten Pacowi dano za króla Michała), odpowiedziała służba, iż jest w domu... ale jegomości niema. O tego też mu tak bardzo nie szło, i zameldować się kazał... Stał w progu pierwszej izby, gdy w drugiej okrzyk posłyszał, i piękna Jadwiga wybiegła z żywą radością nietajoną przeciw niemu.
Kilka lat upłynęło od czasu, jak jej nie widział, ale z obrazem na sercu i w pamięci się nosił. Lękał się, aby nie była zmieniona... W istocie znalazł ją inną nieco, tylko niemniej piękną niż była...
Są takiej krwi konie, które się późno składają; można było toż samo (bez urazy) powiedzieć o pani pisarzowej, która dopiero teraz w całym blasku piękności kobiecej występowała...
Jeszcze, gdy ją księżną podkomorzyną widział Pełka, coś miała w sobie dziecinnego — teraz rozkwitła w pełni świeża, różowa, promieniejąca, z oczyma błyszczącemi jak dwa diamenty czarne — zdawała mu się cudowniejszą jeszcze...
Z Jadwisi wprawdzie stała się Jadwigą, lecz niktby jej nie dał nad lat dwadzieścia kilka...
Wbiegła do pokoju, trzymając sznur pereł, który właśnie na szyję kłaść miała, cała rozradowana, szczęśliwa, uśmiechnięta... nie kryjąc się wcale z uczuciem, jakiego doznała, gdy jej o Pełce oznajmiono. Zmierzyła go bystremi oczyma i pierwszem jej słowem było:
— A moja kokarda?
Pełka, milcząc, sięgnął pod żupanik na piersi i dobył zbladły węzeł już niemal biało wyglądającej wstążki. Przez tych lat tyle utrapień, wojen, przygód nie opuściła go nigdy pamiątka pięknej Jadwisi... która na widok swojej wstążki stanęła jak wryta.
— Boże mój! cóż to się z nią stało! — zawołała, ręce łamiąc — miałożby to być ze mną! Wypełzła, blada, zmięta... tyle lat...
— Ale od tych lat tylu leżała zawsze przy mojem sercu — odezwał się Pełka, całując pulchną podaną mu rączkę drżącą.
— Schowajże ją sobie, niech ja na nią nie patrzę, — śmiejąc się, zawołała pani pisarzowa — bo przyznam się, że nieradabym, żeby ją mój mąż zobaczył...
Tu nagle przerwała sobie i ręce łamiąc:
— Wiesz, znowu mam zazdrośnika! dodała lamentująco...
Nie dała mu odpowiedzieć i szczebiotała dalej:
— Ale tak, tak jest! okrutnie zazdrosny i nudziarz... i...
Ugryzła się w usta...
— Cóż się z wami działo? — zaczęła, jakby się pomiarkowawszy — mówcie o sobie!
— Niema nic ciekawego, — mruknął Pełka — wolałbym się dowiedzieć coś o pani pisarzowej...
— A! jak to brzmi! pani pisarzowej! fe! — zawołała Jadwiga — ale cierpliwość mieć muszę... Drugie są hetmanowe, kanclerzyne... podkomorzyne, marszałkowe... mnie się dostało być — pisarzową!...
— Ale bo mnie, p. Medardzie, jak was, jakieś nieszczęście ściga...
Tu westchnęła...
— Siadaj pan, proszę, — rzekła. — Mąż pojechał do kanclerza Olszowskiego, pewno nierychło powróci — a! tem lepiej. Zdaje mi się, że mu matka o was mówiła... i o was być gotów zazdrosnym... Powiadam wam, bardzo nudny... O mnie nie myśli, ambicją żyje cały... tylko się wstrzymuję, bo go obgadywać nie chcę.
Nagle podniosła głowę i rozśmiała się.
— Wiesz pan, że matunia zamąż poszła! Naco się jej to zdało?... Takiego sobie gbura wzięła, teraz czyste ma piekło w domu. Zupełnie zestarzała, nie poznałbyś jej.
Co do mnie, trzymam się jak umiem, żeby się nie gryźć, nie gniewać, nie poruszać i przez to jak matunia nie zbrzydnąć... Bo już przyznam się wam, że nie mogłabym znieść, gdybym przyszła do zwierciadła, a ono mi pokazało... maszkarę...
Poczęła trzepać rączkami.
— Dlatego choćbym się czasem powinna pogniewać, choć mi się chce popłakać, choć mi smutno i źle na świecie — śmieję się, tak się boję zestarzeć...
Pełka z zachwytem słuchał tego szczebiotania: byłby tak siedział, nie mówiąc słowa, wiek cały, patrząc jej w oczy, pojąc się muzyką jej głosu, karmiąc jej dziecinną prostotą. Przerwała jeszcze.
— Mów mi waszmość o sobie — rzekła. — Już się nawet nie pytam o to, czyś się gdzie przypadkiem nie ożenił, bo wiem, że to być nie może... O! gniewałabym się bardzo na niego...
Spojrzała mu w oczy... Pełka był oburzony... rozśmiała się...
— A! tak! — dodała, kładąc mu rękę na dłoniach — pozostaniesz mi wiernym... do śmierci! To będzie bardzo, bardzo pięknie... Ja często sobie myślę, że mam takiego w was rycerza, który jest moim, zupełnie moim, którego gdybym kiedy zawołała... przyszedłby mi w pomoc. Prawda?
— A... pani moja — odparł Pełka, zachwycony — toby było szczęściem dla mnie.
— Ja zawsze mówię, że takiego drugiego, jak mój rycerz, niema na świecie.
I rozśmiała się, pokazując z za obsłony różowych warg białe drobne swe ząbki.
— Czy zestarzałam? — spytała go po namyśle.
— To nie może być! jesteś pani...
— Zmieniłam się trochę — rzekła smutnie... — sama to widzę, gorsety mi się nie spinają... gniewam się na gorsety i na siebie... To mnie tylko pociesza, że zawsze mnóstwo się we mnie kocha... i tak się bałamucę jak sama chcę... a to taka rzecz zabawna! Gdyby mój Pac nie był taki zazdrosny... Ale — ale mówże mi o sobie!
— Nic do powiedzenia nie mam...
— Byłeś pod Chocimiem?
— Tylko żem go widział, bo mnie hetman do umierającego wysłał króla... i przy zdobyciu go nie byłem.
— A! to szkoda! słyszałam, że tam takie piękne rzeczy u Turków dobrali — dodała pani pisarzowa. — I zastałeś króla przy życiu jeszcze? — rzekła, natychmiast zmieniając rozmowę.
— Ostatniego dnia przed śmiercią przybyłem — odpowiedział Pełka.
— Biedny to był król, — przerwała Jadwiga — ale bardzo nieładny. Ja się nie dziwuję, że go królowa kochać nie mogła, minę miał zawsze utrapioną, znudzoną i smutną... a ją biedną wydali gwałtem za tego chorego, gdy się kochała w lotaryńskim...
Jakże się wam zdaje, kogo mieć królem będziemy? — spytała po chwili.
— Ja tego odgadnąć nie potrafię — uśmiechając się, rzekł Pełka. — Gdyśmy na Michała głosowali, nikt o nim nie myślał nawet przed godziną, a przynajmniej nikt się tak łatwego wyboru nie spodziewał... Dziś któż może przewidzieć, komu Bóg przeznaczył koronę?
— Ja jestem za lotaryńskim — mówiła piękna pani — dlatego, żeby ta nieszczęśliwa królowa Eleonora szczęśliwą być mogła, kiedy go kocha...
— A pani! — rzekł Pełka — ci, co kochają, bardzo rzadko bywają szczęśliwi.
Jadwiga umilkła... spojrzała w okno...
— Waszmość tu zabawisz? — spytała.
— A państwo? — odrzucił pytaniem także Pełka.
— Czyż ja wiem, co ten tyran ze mną zrobi? — cicho szepnęła pisarzowa — ja muszę jechać i siedzieć, jak on zechce... nigdy nie zrobi nic dla mnie, wolałabym w Warszawie... Lwów mi się nie podoba... on o to nie dba, a ja nawet wypłakać się nie mogę, gdy się gniewam, bobym sobie oczy popsuła... i ten nudziarz z tego korzysta...
Załamała ręce nieszczęśliwa ofiara, nad której losem Pełka się w istocie litował.
— Wyobraź pan sobie, trzech mieć mężów i być zawsze tak nieszczęśliwą! Z pierwszym myślałam, że zrobię, co chcę... gdzie tam! tyran był stary... Drugi... nie chcę już o nim mówić nawet... człek okropny! kat prawdziwy... Trzeci zdawał się młody, zakochany, posłuszny, a co to się to z niego zrobiło!... Kochać się nie umie — i zazdrosny.
Właśnie wśród tego narzekania szelest w podwórzu zwiastował czyjeś przybycie. Był to powracający do domu Pac, który, wszedłszy do pokoju, zdziwił się mocno, widząc nieznajomego człowieka na poufałej z żoną swą rozmowie.
Mąż pięknej Jadwigi miał cale pańską postawę i twarz przystojną, wypieszczoną, młodą jeszcze. Znać w nim było wychowańca obcych krajów, których też strój nosił... W rysach jego malowało się wszakże jakby znudzenie życiem i niesmak do wszystkiego...
Pisarzowa zaprezentowała mu Pełkę, jako dawnego sąsiada Horbowa i dobrego przyjaciela domu. Przyjął go Pac bardzo grzecznie i bardzo zimno. Spytał zaraz, skąd przybywa? — a dowiedziawszy się, że był przy hetmanie i w poselstwie od niego wysłany został do króla, pogrzeczniał znacznie, zaczynając o Sobieskiego dopytywać, mówiąc o nim z pochwałami wielkiemi.
— Wiem, — dodał — że z panem hetmanem, stryjem moim, nie zawsze bywali w zgodzie, lecz sądzę, mimo pokrewieństwa naszego, iż wina w tem pana Paca... Z takim wodzem, jak Sobieski, w zgodzie być potrzeba...
Spodziewano się właśnie przybycia zwycięzcy i Lwów wybierał się go jak wybawcę kraju przyjmować — rozmowa więc zwróciła się ku temu.
Pan pisarz się wielce ożywił, ale pisarzowa, widząc się niemal opuszczoną i zapomnianą, cicho wysunęła się z pokoju.
Pełka, który się i takiego przyjęcia nie spodziewał, niezmiernie był w duszy rad, że mu ono do domu państwa pisarzostwa drzwi otworzyć może.
Pac nie podobał mu się chłodem i sztywnością wielkiego pana; nic w nim nie było szlacheckiego, polskiego niewiele, wyglądał na cudzoziemca, lecz był to człowiek widocznie łagodny i pan siebie, a w towarzystwie znośny...
Niewielu ze szlachty, jak Sobieskiemu, udawało się, mimo zachowania cudzoziemskiego napół, pozostać nawskroś starą naturą ową szlachecką, trochę butną, czasem do zbytku otworzystą, ale poczciwą i serdeczną.
W Pacu wszystko stało zamknięte na siedem pieczęci. Znać było, że się pilnował, aby mu kto za głęboko w serce nie zajrzał. Przywitanie z żoną przekonało Pełkę, że byli z sobą bardzo na zimno, a inaczej też być nie mogło z naturami dwiema tak przeciwnemi sobie i tak mało harmonizującemi... Oboje nawzajem musieli się niecierpliwić...
Jadwiga po chwili powróciła ustrojona w perły, które wprzódy trzymała w ręku — z takiemiż samemi kolcami u uszek i ozdobą perłową na białem czole, zakończoną błyszczącą perłą, w której Pełka poznał tę, która niegdyś przy jego balsamce wisiała.
Pani pisarzowa widocznie była strojną w odwiedziny, kolebka stała u ganku, Pełka więc powstał, aby ich pożegnać, a pan pisarz, wyprowadzając go do progu, mruknął coś niezrozumiałego o zaszczyceniu jego domu itp.
Pełka się skłonił nisko, bo potrzebował tego pozwolenia, aby jeszcze Jadwigę zobaczyć, która mu przy rozstaniu uśmiechnęła się tajemniczo, misternie, stanąwszy za mężem tak, aby tego pożegnania zazdrosny Pac widzieć nie mógł...
Dosiadłszy konia, choć dzień był mroźny, rycerz nasz tak potrzebował być sam z sobą, aby się napawać rozkoszą rozmowy, wspomnieniami cudnie pięknej pani swych myśli, iż wyjechał za miasto, konia i siebie nużąc wyścigiem po polu i górach... Było w tem coś odrodzonej fantazji młodzieńczej, którą Pełka czuł się na chwilę szczęśliwym. Bujał tak po świeżym śniegu dobrą godzinę... unikając z ludźmi spotkania...
Trzeba było wszakże wkońcu do domu powracać. Tam czekali nań Kryszkowski i Rożański, którzy się tymczasem zabawiali doskonale opowiadaniami, przesadzając się jeden nad drugiego w fantazjach... Szczególniej Kryszkowski, nabrawszy humoru, słuchając samego siebie (bo się zwykł był upajać swą wymową), niestworzone rzeczy prawił. Rożańskiemu też na szlacheckiej swadzie nie zbywało. Gdy Pełka wszedł, zastał ich tak z siebie szczęśliwych a wesołych, jak mu ich się widzieć nie zdarzyło. Naturalnie, przebrawszy przedmioty do gawędy, wpadli obaj na przybyłego z którego byli zwykli prześmiewać się z powodu wiernej jego miłości dla tej pani, która już, pomijając go, trzeciemu ślubowała.
— Otóż jest nasz kawaler! — zawołał Rożański — a no! mówże, jak cię jejmość przyjęła? czyś choć rękę dostał do pocałowania?
— Widać zaraz z czoła, że mu się coś dobrze powiodło i że męża nie zastał — dodał Kryszkowski. — Teraz, napiwszy się owych nektarów z jej oczu, na jakie kilka lat do sytu mieć będzie.
— Żartujcie zdrowi! — odezwał się Pełka poważnie — znać, że żaden z was poczciwie kochać, jak ja, nie potrafiłby.
— Nie, tak jak ty, miły Pełko — rzekł Wacek — tak jak ty, żaden z nas! To rzecz pewna... Znają twoje dzieje wszyscy, więc niema co się z niemi taić. Mogłeś ją przecie mieć, bo ci dosyć sprzyjała, odwagi tylko brakło. Zawsześ się ubiec dał...
— A no! a no! — odparł Pełka. — Gdy dziewczynką była, od matki jej kraść nie byłbym śmiał... Gdy po wojewodzie owdowiała, przybyłem, a tu mi matka figla spłatała i z przed nosa ją wzięła...
— No, a za trzecim razem? — dodał Rożański.
— Toć gwałtu trzeba było dokonać, z matką ją poróżnić, wykradać... Nie chciałem szczęścia mojego zawdzięczać, choćby chwilowo, zadanemu jej gwałtowi... Cóż chcecie! los... przeznaczenie...
— Ależ waszmość jesteś ostatni z rodu! bodaj już Janinów Pełków zabraknie — rzekł Kryszkowski... i dla tej miłości dasz wygasnąć poczciwemu imieniowi? Toć się to nie godzi! Waszmości trzeba ożenić się gwałtem...
— Trudno, — odparł Pełka — a w dodatku, jam jej wierność poprzysiągł...
— Której ona waszmości nie dochowała...
— Bo mi jej nie przyrzekała — rzekł Pełka żywo — a gdyby to i uczyniła, nie władała sobą, nie była wolną nigdy! Nie mam do niej żalu i pretensji mieć nie mogę... Dajcie mi waszmość pokój...
Rożański ramionami ruszył.
— Szkoda człowieka, — odezwał się — zmarnuje się...
— Nie ze wszystkiem, — bronił się Pełka — boć przecie wojskowo służę i na coś cię przydam.
— Ale zimą Sobieski na Turków nie pociągnie, potem też w maju elekcja, niema co tymczasem robić; — dodał Rożański — jedź ze mną na wieś w Krakowskie... Mięsopust przepędzisz wesoło... na post, choćbyś sobie do Lwowa powrócił...
Pełka nie odpowiedział nic, a w tem Kryszkowski wyrwał się:
— Dalipan, z nim to i jabym jechać gotów...
— W to mi graj! jedźmy wszyscy... — zawołał Rożański. — Co ty, Pełko, na to?
— Nic, tylko tyle, że na hetmana czekam i bez niego się nie ruszę...
— Tylko co go nie widać — dokończył Kryszkowski.
— A jeśli myślicie, że mnie tam która z waszych dziewek upoluje... — mówił Pełka — to się mylicie mocno...
Wtem Kryszkowski palnął się po łysinie i śmiać począł.
— Co on prawi o hetmanie! on się stąd nie ruszy, póki pani pisarzowa tu będzie.
Zarumienił się Pełka i zmilczał. Żartowali zeń długo jeszcze, a wkońcu tyle potrafili, że gdy sam został i Gabryk go rozebrał, a na skórze łosiowej legł do snu... począł jakoś inaczej o sobie myśleć. Zdawało mu się w istocie, iż życia było szkoda, że czekać na to, aby mu trzeci mąż się ustąpił... to śmiesznie było... że zresztą Jadwiga cale mu nie płaciła za jego przywiązanie... albo przynajmniej monetą bardzo lekką. Lecz gdy sobie potem wspomniał jej twarzyczkę, szczebiotanie, wdzięk, głos, załamywał ręce.
— Cóż, kiedy mi w życiu żadna nie podobała się krom niej a gdy o niej myślę, drżę cały!
Do północy tak przewracając się, stękając, ważąc, co robić, oka zmrużyć nie mógł... Nazajutrz, gdy wstał zaledwie, Rożański z drugiej izby wpadł, oznajmując, że hetman albo już przybył, lub tego jeszcze dnia będzie.
Zatem co najśpieszniej na konie obaj siedli, śpiesząc przeciwko triumfatorowi. A tu się też całe miasto sypało, aby go widzieć i witać. Hetmanowa dniem wprzódy wyjechała była na spotkanie.
Właśnie na trakt się dostali wśród ogromnej ciżby, zalegającej ulice, rycerstwa konnego, kolebek, pieszego mieszczaństwa, ludu wreszcie mnogiego okrywającego nawet dachy domostw... gdy we dzwony uderzono i moździerze... Magistrat i mieszczaństwo, cechy z chorągwiami, duchowieństwo, wszystko się sypało przeciwko hetmanowi, ciekawe oglądać go i z serca pragnące zawołać: „Vivat redemptor noster!“ Już naówczas hetmański dwór z królewskim mógł iść o lepszą, i choć z wojny jechał Sobieski, miał z sobą dosyć ludzi i koni, i taboru, by wystąpić jak na pierwszego Rzeczypospolitej dygnitarza przystało... Było tam więc na co patrzeć, na dworzan, czeladź w barwie, pacholików, hajduków, masztalerzy, konie powodne pod dywdykami, wozy ładowne, kolebki i rycerstwo otaczające. Sobieski był naówczas w samej jeszcze sile wieku, nim mu później przybyła otyłość w ciele postaci odjęła, dorodnej postawy, budowy silnej, piersi szerokich, twarzy pełnej, rysów regularnych i pięknych, oblicza jakby śmiejącego się i powagą, a zarazem dobrocią i prostotą tchnącego.
Nie był też pan hetman na strój obojętny, i ubrać się umiał wspaniale a smakownie i bogato. I nie poskąpił tego dnia aksamitnej delji z sobolami, spiętej klamrą drogiemi kamieniami sadzoną, ani kołpaka z kitą i osadą bogatą, ani szabli złocistej, koniowi rzędu kapiącego od złota.
Koń też pod nim był turek, szedł jak z partesów z szyją wyciągniętą, nogami gdyby do tańca przebierając. Niesiono przed nim buńczuk, a buława, którą trzymał na ramieniu, cała rubinami, jak kroplami krwi świeciła.
Tuż kolebka szła, z której twarz pięknej Marysieńki, z bratem swym, kawalerem d’Arquien, jadącej, wyglądała wielce wdzięczna i uśmiechnięta. A jakże nią nie miała być dnia tego, gdy najodleglejsze ziemie Rzeczypospolitej przez posłów swych przychodziły zbawcy dziękować!
Widok to był zaprawdę wspaniały, a dziwny tem, że wśród żałoby, po królu zapomnianej, obudził taką radość. Prowadzono tedy jakby w triumfie Sobieskiego, który zdawał się owo zbiegowisko przyjmować wcale ani zeń dumny, ani zdziwiony.
Zbliżyć się w tej chwili do pana hetmana nie było sposobu, tak że Pełka i myśli tej nie miał. Tej tylko pociechy dostąpił, że mu Sobieski się uśmiechnął zdala, głową kiwnąwszy, a stojąca w kolebce pani pisarzowa do drzwiczek jej go przywołała.
Skoczył tedy co rychlej ku niej.
A była tego dnia wypiękniona i strojna, bo chciała swym zwyczajem, aby oczy na siebie zwróciła. I nie brakło jej wielbicieli a ciekawych, dopytujących się, coby za jedna była? Pan pisarz, mąż jej, wreszcie z innymi konno musiał wystąpić dla powitania hetmana, tak że w kolebce sama była piękna Jadwiga. Nie mogła się też powstydzić Pełki, jako asystenta, bo się na ten dzień przystroił jak mógł i umiał najpiękniej, przewidując, iż się swej pani pokaże.
Zbroję więc wdział od parady złocistą łuskową, koszulę najcieńszą, misiurkę najśliczniejszej roboty z piórem, a szabla, a siodło, a czaprak i hetmanowiby przystały.
Lamparcia skóra spływała mu z ramion spięta pazurami złotemi. Zwracała oczy wszystkich i postawa męska, i twarz jeszcze piękna, i smutek, który na niej nosił.
— Jakże mi mój rycerz dziś pięknie wygląda! — śmiejąc się i wychylając, zawołała piękna. — Otóż tak to lubię widzieć mężczyznę... A mój pan pisarz, w długim płaszczu i kapeluszu z piórami... aż nieboszczyka króla przypomina...
— Widziałaś pani hetmana, na tego to dopiero miło spojrzeć! — zawołał Pełka — wyglądał jak starożytny bohater, jak Germanikus w triumfie wiodący podbitych Allemanów... Nawet nie brakło niewiernych, bo ich za nim dosyć pędzono...
Jadwiga, która snadź mało tu jeszcze miała w orszaku takich rycerzy, a tego dnia nikogo sobie nie mogła oderwać, aby jej towarzyszył, przykazała Pełce, żeby się od kolebki nie oddalał i do domu ją przeprowadził. Można sobie wystawić, z jaką radością rozkaz ten spełnił pan Medard — a że rozmowy prowadzić wśród wrzawy było niepodobna, oczyma tylko uwielbienie swe wyrażał.
Pani pisarzowa bałamuciła go i czarowała, jak tylko umiała...
Naostatek, gdy cały pochód przeciągnął, a tłum się rozpływać zaczął, kazano kolebce jechać do domu, a u boku jej ruszył na straży Pełka...
Gdy do dworku przybyli, trudnoż go tak było odprawić. Chociaż nie było pana pisarza, zaproszono, aby spoczął nieco. To nadzwyczajne szczęście rozradowało tak Pełkę, iż jak pijany na pokoje wszedł, całując rączki białe pani pisarzowej.
I w istocie był upojony, że się nie czuł panem siebie.
Sam na sam z królową swych myśli — stanął przed nią wryty... oczarowany... a ona się śmiała radośnie...
— Oto tak, to lubię mojego rycerza! — odezwała się... — Ile to lat kochasz się już we mnie, a zawsze jak pierwszych dni umiesz waszmość kochać młodo i gorąco!
— Ale sam jeden kocham! — zawołał Pełka — bo mi pani ledwie miłosierdziem płacisz...
Jadwiga pokręciła główką misternie.
— Wiesz waszmość co? — szepnęła — gdybym ja choć troszeczkę okazała wam coś więcej, toby tu jego miłość zagasła!
— Nie znasz mnie pani pisarzowa dobrodziejka, — krzyknął Pełka, w piersi się uderzając — w jej mocy było uczynić ze mnie, cobyś zapragnęła... Urósłbym w olbrzyma...
Znowu popatrzała nań zalotnica, upajając go do reszty...
— Ale nacóż się to zdało? — zawołała — naco się to zdało? mam męża! jestem zaprzysiężoną jego niewolnicą... cóż waszmości po miłości mojej?...
Pełce zachmurzyła się twarz... oczy spuścił...
— Mnie się zdaje, — rzekł stłumionym głosem — że gdyby nawet pana pisarza na świecie nie było, a nas tylko wolnych dwoje, jeszczebym do szczęścia dostąpić nie mógł. Taka już dola moja... Byłby wybrany kto inny...
Pisarzowa przeglądała się w zwierciadle, gdy to mówił i, jakby sama do siebie, odezwała się:
— Fryzura mi się całkiem popsuła! — Potem zwróciła się do niego...
— Powiem wam szczerze, — odezwała się — ot może masz słuszność... bo gdybyś się waszmość ze mną ożenił, jużbyś mnie tak nie kochał... Możebym ja się znudziła z wami, bo ja się wszystkiem nudzę, a możebyś waszmość zbrzydził mnie, gdybym mu ciągle była na oczach. Ot, i szkodaby było tej rycerskiej miłości waszej, której drugiego w całej Rzeczypospolitej niema przykładu...
Wszyscy to mówią — dodała z uśmiechem... — mnie i was pokazują palcami...
— Smutnaż to rzecz — odezwał się Pełka — taka sława, gdy szczęścia niema...
Na te wyrazy wszedł pan pisarz, wracający z przyjęcia, mierząc dosyć posępnem wejrzeniem rycerza, który mu się snadź już wydał pono za częstym gościem...
Pisarzowa zapragnęła to wytłumaczyć.
— Prosiłam — rzekła — pana Pełkę, aby mi towarzyszył, boście mnie wszyscy opuścili dla tego Sobieskiego. Śliczna rzecz przy kolebce nie mieć nikogo i żadnej atencji. Chciałam się też bliżej przypatrzyć rycerzowi, bo przyznam się, że ten strój wolę, niż wasz, choć mówicie, że tak pół świata chodzi...
Pisarz, nie chcąc być niegrzecznym, zmilczał..
— Bardzo mi przykro, — szepnął po chwili — żem nie miał szczęścia pani pisarzowej dobrodziejce się podobać — ale na to rady niema...
— Przejrzyjże się w zwierciadle, żeś podobniejszy do komedjanta, niż do mężczyzny, do żołnierza, a ja — nie taję się, że tylko rycerzy lubię!
Pac poczynał się coraz mocniej chmurzyć, lecz trzymał na wodzy.
— Szkoda, żeś waćpani nie wybrała sobie jednego z nich za małżonka...
— Zapewne, że szkoda! — śmiejąc się, zawołała Jadwiga — ale niema co żałować, czego nie można przerobić!
Pełka stał jak na żarzących węglach, niedobrze wiedząc, co począć z sobą...
Pisarz, oparłszy rękę o stół, na który rzucił kapelusz, rozglądał się po pokoju. Jadwiga po nim chodziła, Medard misiurkę trzymał i patrzał na aksamitne dno, jakby w niem co czytał.
Wcale niezręcznie Pac starał się rozmowę odwrócić. Uśmiechnął się szydersko.
— Nieprawdaż, — rzekł, — iż waszmość musisz sobie w duchu winszować, iż mu Bóg małżonki nie dał?... Takiemi to nas słodyczami karmią drogie połowice nasze!
Medard oczy podniósł zaiskrzone.
— Mnie się zdaje, — odparł — że na wielkie szczęście nie żal też trochę przykrości przypłacić... boć to nie co innego, jak trefny żart pani pisarzowej.
— O! bardzo przepraszam — przerwała, odwracając się, cała zapłomieniona Jadwiga — ja nie żartuję nigdy.
— Słyszysz waszmość? — rzekł pisarz.
— Afektu, gdy go niemasz, nie kłamię — dodała Jadwiga.
— A gdy go waćpani uczujesz, nie taisz! — odezwał się Pac.
— Zapewne, że tak jest...
— I w tym razie... nie utaiłaś go waćpani dla pana Pełki, — dodał, unosząc się nieco, pisarz — któremu tego winszuję... Przecież jako mąż radować się nie mogę.
— Panie pisarzu, — począł skłopotany nad wyraz Pełka — zaprawdę za daleko idziemy...
— Tak daleko, — rzekł Pac — iż dalipan sam nie wiem, na czem się to skończyć może.
Jadwiga zboku się im przypatrywała, i znać było, że ją ta niespodziana scena zajęła mocno... Pac stał, mitygując się, lecz podrażniony widocznie i cały drżący; Pełka nie ustępował, lękając się żonę mu na pastwę zostawić.
— Jam tu pono wszystkiego tego nieporozumienia przyczyną, — odezwał się po namyśle — jedynym więc końcem, gdy państwa pisarzostwa pożegnam i usunę się...
— Nie idź pan! — rozkazująco zawołała Jadwiga, której też krew do twarzy się rzuciła — nie pozwalam!
Pac się odwrócił zdziwiony, ale milczący.
— A gdybym ja był przeciwnego zdania, — odezwał się — cóżby tu tedy pięknemu rycerzowi zostawało do wyboru?
Pełce serce bić zaczęło i ręce drżeć.
— Nie spodziewam się, — zawołał — abyś pan pisarz chciał mnie stawić w tak przykrej sytuacji, bo posłuszeństwo płci pięknej nakazują prawa rycerskie.
— Ale i gospodarz w domu ma też pono jakie...
— Gościnność! — odrzekł Pełka z ukłonem...
— Dopóki jej kto nie nadużyje! — zawołał pisarz.
— Czym to uczynił? — przerwał Pełka.
Zamilkli... Jadwiga chodziła żywo po jednej stronie pokoju i zdawała się namyślać. Pac, ciągle wsparty o stolik, nogę założył na nogę, wziął się w bok i zdawał czekać, by go Pełka pożegnał. Ten stał posłuszny rozkazowi...
Potrwało to chwilę tylko. Położenie zbyt było nieznośne, aby się przedłużyć mogło.
— Pani pisarzowa pozwoli mi się oddalić — cicho wyjąknął Pełka.
— Nie! — odwracając się, wybuchnęła Jadwiga — dlatego nie — że pan pisarz tego żądać się zdaje... Czyni on mi naprzekór całe życie wszystko, nie mogę mu ustąpić... taką monetą płacę, jaką mi dają...
Pac śmiać się począł. Śmiech to był straszny, dokuczliwy, suchy, dojmujący, zwiastun gniewu, który się wydobyć nie śmiał teraz, a miał może wkrótce wybuchnąć. Wziął się oburącz pod boki i śmiechem coraz głośniejszym przerażał Pełkę i żonę... Nagle zbliżył się do stojącego rycerza i zawołał:
— Otóż to jest szczęście domowe! to nasza dola... to błogosławieństwo małżeństwa, skojarzonego pod najszczęśliwszemi wróżby! Patrz waćpan i winszuj sobie, żeś nie dostąpił tego losu... któryby spotkał tak dobrze rycerza jak waszmość, równie jak mnie, prostego człeka... Spójrz waszmość na tę twarz anielskich rysów, na ten uśmieszek dziecięcy... na tę słodyczą tchnące usta i szczęście obiecujące oczy... Wszystko to tak cudnie wygląda, aby człowieka zaprowadziło... gdzie ja dziś stoję...
— Waćpan jesteś nikczemny! — zawołała w gniewie pisarzowa... — Idź sobie, Pełko, — dodała — abyś tych bluźnierstw nie słuchał...
Jak szalony wybiegł Medard... i z przedsieni usłyszał krzyk i zwadę... od których rad był uciec co prędzej.






Nazajutrz Pełka, od którego się nikt słowa tego dnia dopytać nie mógł, bo chodził posępny jak noc, lub stał w oknie zamarzłem, przez które nic widzieć nie było można, odział się z rana bardzo skromnie i oznajmił pytającemu go Rożańskiemu, iż do hetmana iść musi.
Jakoż pieszo zaraz wyruszył, a że tam między dworem miał dobrych przyjaciół i znajomych, łatwy znalazł przystęp, choć ludzi od rana był tłok na pokojach... Sobieski wyszedł doń z promieniejącą twarzą... i rękę mu podał... Trzeba było do kolan się pochylić wedle obyczaju...
— No, cóż ty, mój Janino, porabiasz? — zawołał, śmiejąc się — rychło w pole znowu razem pójdziemy?
Pełka westchnął.
— Kościomby spoczynku potrzeba, — rzekł zcicha — właśniem szedł do pana hetmana o uwolnienie prosić...
— Póki wiosna nie przyjdzie, jedźcie do domu... Nic przeciw temu nie mam... ale mi powracajcie, bo takich niewielu jest, jak waszmość, a będą potrzebni.
— Na siłach coś i na zdrowiu szwankuję; — ozwał się Pełka pomieszany — niewiele ze mnie będzie pociechy...
— Hipochondrji dostałeś, czy co? — śmiejąc się, rzekł hetman — jedźże się lekarza poradź, niech ci wątrobę oczyści i powracaj...
Nadchodzący mówić już więcej nie dali; Pełka się wyniósł zadumany, żegnając dworzan hetmańskich. Wyszedłszy w ulicę, pobłądził trochę i do kościoła wszedł. Poklęknął w ławce, modlił się długo... na rękach głowę położył, myślał, sumował, aż, jakby go co dźwignęło, powstał i pobiegł do domu.
Nikogo tam nie było, bo i Rożański, i Kryszkowski w świat już poszli, szukając sobie kompanji. Pełka zawołał Gabryka... Stanął wierny sługa, patrząc w oczy panu, a zobaczywszy go posępnym, strwożył się.
— Słuchaj Gabryk, — odezwał się do niego pocichu Medard — zrób tak, jak ci powiem... Zabieraj wóz i konie, i co tam jest... zostaw mi podróżną opończę jaką taką, jednego konia... no... nic więcej — i ruszaj do domu....
Gabryk zdziwiony milczał.
— A pana kiedy się tam spodziewać mamy? — rzekł po chwili.
— Mnie? — zmieszany począł Pełka — nie wiem... Wasza rzecz w Gołczwi siedzieć do dalszych rozkazów...
— A no... — chciał począć Gabryk.
— A no — ani słowa już więcej. Ładujcie wóz, zabieraj ludzi i konie, i żebyś mi dziś był w drodze...
Gabryk stał niespokojny...
— Słyszałeś, — dodał Pełka — znasz mnie, że ja długo mówić nie lubię. Gdyby mnie doczekać się było ci ciężko... a znudziło ci się... Laskowski ci grunt da i dworek — żeń się i żyj zdrów...
Rzucił mu się do kolan Gabryk, niemal płacząc.
— Cóż pan myślisz! na miłosierdzie Boże! jeszcze przede mną, wiernym sługą, nigdy tajemnic nie było! Paneńku, źle wam z oczu patrzy...
Pełka się odwrócił.
— Mój Gabryk, — rzekł — nie ciągnij ze mnie, czego ci zwierzyć nie mogę. Jedź z Bogiem... Ani słowa nikomu, gdyby cię pytano. Do Gołczwi jedźcie, Laskowskiemu listy oddacie i pani siostrze...
Mimo nalegań sługi nie powiedział mu już nic więcej. Poszedł z nim tylko zaraz do izby, gdzie rzeczy złożone były, wybrał odzież najprostszą, konia kazał zostawić jednego i to nie najpokaźniejszego, siodło podróżne, rząd rzemienny prosty, szablę w czarnych pochwach... sakwy małe... a nalegał tak na odjazd Gabryka, iż mu nie dał spokoju, aż go z podwórza odjeżdżającym zobaczył... przeżegnał go krzyżem świętym i do izby powrócił...
Tu chodząc a bijąc się od ściany do ściany, bo była niewielka, czekać się zdawał na towarzyszów. Ale i wieczór, i noc nadeszła, a Rożańskiego z Kryszkowskim nie było. Lwów, pełny szlachty, posłów, urzędników, wojskowych, kipiał i wyrwać się było trudno znajomym a braciom bezliku. Przyszli już późno, obaj pod hełmem, weseli, śpiewając, pod ręce się trzymając, a zobaczywszy Pełkę, który izbę mierzył chmurny, padli nań ze staremi drwinami.
— Cóżeś to waszmość u pani pisarzowej dworował, że go nigdzie widać nie było? — wołał Rożański.
I śmieli się — on milczał.
— Com robił, to już moja rzecz — odezwał się. — A no! wam, dobrzy przyjaciele, nie zostaje pono nic, jak tylko spać się położyć, aby jutro rzeźwymi wstać...
To mówiąc, wziął Rożańskiego oburącz, objął i począł w twarz całować, jakby go żegnał... aż Wacek się zdumiał... Lecz że podochocony był, oddał mu uścisk z nawiązką i na tem się skończyło... Toż samo z Kryszkowskim uczyniwszy, wyszedł.
Gdy sami zostali, dopiero Rożański zadumany rzekł:
— Coś mnie ten Pełka nie cieszy! już to bieda, kiedy człowiek się zanurzy dla baby... rozum pewnie postrada...
Kryszkowski, który miał zawsze „ad rem“ coś do opowiadania, począł zaraz historję o niejakim Zakrzewskim, który rozmiłowawszy się w pannie Rolance, majętności dla niej wszystkie i rozum wkońcu postradał. Lecz nim opowiadanie dokończył, już Rożański chrapał, co słysząc i Kryszkowski, przeżegnawszy się, spać położył.
Po traktamentach tych nie dziw, iż nazajutrz wstali obaj późno, a Rożański, ledwie się ocknąwszy, dla niesmaku w ustach o kwaśne ogórki wołać zaczął...
Wbiegło pacholę jego, chłopak bardzo rozgarniony, a może i na swój wiek do zbytku... z uśmiechem na ustach. Wiedział on, że się bez ogórków z rana nie obejdzie, i niósł je już, a razem i wódkę na tacy, Kryszkowski właśnie oczy przecierał.
— To szatan, nie chłopiec, — zawołał, przeżegnawszy się — wszak ci to już wiedział, czego nam najbardziej potrzeba.
Pełka spał w izbie obok, poczęli tedy obaj chórem wołać:
— Bywaj na ogórki! bywaj!
A tu chłopak głową trzęsie i śmiać się począł.
— Gdzie jest pan Pełka? — rzekł wreszcie.
— A no? czy wyszedł już?
— Jeszcze wczoraj z wieczora wyjechał.
— Co ci w głowie? — krzyknął Rożański przestraszony, w koszuli wyskoczywszy i drzwi otwierając do drugiej izby, w której już nic nie było oprócz tapczana, stołu i stołka...
— Cóż się stało? — wołał Kryszkowski... — Pełki niema?
— Niema!...
Gdzie się podział? Wołania tedy, pytania, gwar, lament... Chłopiec nie mógł do słowa przyjść, aż w ostatku dali mu się wygadać.
— Jeszcze wczoraj się wybrali, — rzekł — najprzód dwór i Gabryka, i konie wyprawiwszy. Gdy panowie wrócili do domu, jeden tylko koń stał okulbaczony... reszty już nie było...
— A czemużeś nie gadał? — zakrzyknął Rożański.
Chłopak się, spuszczając oczy, uśmiechnął, nie chciał przypominać snadź, że wczoraj do kogo gadać nie było.
Sądny dzień stał się z powodu tej jakiejś ucieczki Pełki, dobadywania, domysły, narzekania, co się z nim stało. Zwalono, oczywiście, wszystko na panią pisarzową, że nieboraka o fiksację jakąś przyprawić musiała... Tego jej Rożański darować nie mógł.
Kryszkowski, odziawszy się, pobiegł na dwór do hetmana, gdzie się tyle tylko dowiedział, że wczoraj Pełka się z nim pożegnał... Najwięcej dawało do myślenia to, iż nie mówiąc nikomu o celu podróży, znienacka i jakby go co nagle kolnęło, wyrwał się w świat.
Struło to tak Rożańskiemu pobyt we Lwowie, iż chociaż tu miał przyjaciół wielu i zabawić się mógł dobrze, począł się też wybierać. A że to był człowiek serdeczny, zamiast do domu, pojechał wprost do Gołczwi. Chciał bowiem koniecznie Pełkę wyrwać z tych amorów niezdrowych, jak je nazywał, a choćby gwałtem ożenić, bo to być miało według niego już jedyne i ostatnie lekarstwo.
— Jeżeli to nie pomoże, — mówił — chyba nic.
Nie dojechawszy jednak do Gołczwi, dowiedział się już po drodze Rożański, iż tam Pełki wcale nie było, że ludzi, konie i rzeczy odesławszy, sam zniknął, jak w wodę wpadł.
Zamiast więc do Gołczwi nadaremnie jechać, zwrócił do Laskowskich, aby tam języka dostać, bo słyszał, że listy były. Szwagier go przyjął sercem całem i ugościł — ale od niego i od siostry niewiele się też było można dowiedzieć. Oboje oni utyskiwali wielce na tę nieszczęśliwą pasję, która Pełce życie zatruła i zwichnęła. Siostra szczególniej, we łzach się rozpływając, mówiła o tem. Pokazali też listy przywiezione przez Gabryka, do nich obojga pisane. Nie było w nich nic oprócz bardzo tkliwego pożegnania i smutnych słów. Szwagra upraszał, aby nad majątkiem opiekę miał, a rozrządzał wszystkiem, jakby własnem.
— „Jednemu Bogu wiadomo, — pisał wkońcu — jak i kiedy do waszmościów powrócę, a nawet czyli wrócę kiedy. Tego ja dziś sam nie wiem, ale chorym się czuję, a na chorobę ciężką i wielkiego lekarstwa szukać należy.“
Chorobę, o której wspomniał, rozumieli wszyscy, lecz lekarstwa nikt odgadnąć nie umiał... Wiedzieli, że już raz się tak w świat puścił, a potem go przez lat zgórą dziesięć nie było — lecz wówczas nie lekarstwa szukał, ale bogactwa, w które mu podczaszyna ufać kazała, że ono cudów dokazuje. Teraz je miał, a na nic mu się nie zdało.
Różne więc były domysły — Laskowski sądził, że jako człowiek wojskowy, znowu kędyś wojny szukał, choć trudno było przypuścić, dokądby po nią kryjomo szedł, kiedy mógł ją znaleźć łatwo, nie tając się wcale. Rożański nie wiedział już nawet, coby mógł o tem sądzić.
Wszyscy przyjaciele Pełki boleli nad tym jego szałem, bo tego inaczej nazwać nie umieli, a winę składali na tę nieszczęsną pisarzową.
Dowiadywano się też z tego powodu i o nią, co się z nią działo... bo byli i tacy, co przypuszczali, że się do niej może chciał przybliżyć. Mówiono powszechnie, iż pożycie państwa Pacostwa nieszczególne było, że oboje sobie wcale wielkiej miłości nie okazywali. W kilka miesięcy po bytności we Lwowie pojechała, pono się męża nie pytając o pozwolenie, pisarzowa do matki, gdzie czas jakiś zabawiła... Stamtąd do własnych dóbr wybrała i, rozkazawszy sobie rezydencję sandomierską cale opuszczoną wyporządzić, w niej zamieszkała.
Mówiono, że mąż tam kilka razy do niej przyjeżdżał i po dni kilkanaście bawił, usiłując ją namówić do domu — na co się nie zgodziła...
I tak to osobliwsze małżeństwo niezerwane rozeszło się, każdy w swoją stronę, bo pan Pac do dawnej protektorki powrócił, a pisarzowa dwór osobny sobie sztyftować zaczęła...
Krewni Pacowscy, którym to było bardzo boleśnie, a najwięcej im szło o to, aby złośliwe języki na sławie nie szarpały młodej jeszcze kobiety — jeździli zkolei namawiać i przepraszać, a wracali z niczem. Stara kiedyś podczaszyna, teraz pani podkomorzyna Cyrulska, z namowy ich pojechała też, aby córkę nawrócić, lecz i to nie pomogło, że zaś i jej w domu z mężem gburem wcale było nie do smaku, siadła przy córce.
Więc się dwór po myśli obu urządził, a choć same były, otworzył się dla gości, którzy tam radzi bywali... Nikt wszakże nic złego powiedzieć nie mógł na panią pisarzową, bo choć ludzi i kompanje lubiała, wysoko patrzała i przystępu do siebie nie dawała nikomu. A gdy się kto ośmielony nieco za daleko puścił w amorach, wnet odprawę brał taką, że już nie miał poco powracać.
Wprzód jeszcze nim matka przybyła na rezydencję do pisarzowej, snadź na coś jej potrzebnym być musiał Pełka (może, aby ją od natręctwa mężowskiego zasłonił), bo posyłała aż do Gołczwi, nakazując doń, żeby się do niej do Przyborowa stawił. Przywieziono wiadomość, że ani w domu, ani między przyjacioły nie wiedział nikt, kędy się Pełka obracał i w jaki sposób zniknął bez wieści.
Zgryzła się tem i zniecierpliwiła pisarzowa, posyłała jeszcze raz, zaufanym ludziom śledzić i dowiadywać się kazała, nic to nie pomogło.

(Koniec części trzeciej).
CZĘŚĆ IV.

Płynęły tak lata. Król Jan obrany został, rycerstwo prawie z konia nie zsiadało dla Turka. Szczęściło się orężowi i Rzeczpospolita trochę odetchnąć mogła, bo ją było komu piersią zasłonić.
Nierychło przyszło do koronacji — czekał na nią król, czekała więcej może królowa, przeciw której koronowaniu odzywały się różne głosy, a byli i tacy, co dopuścić nie chcieli — czekały zwłoki dwóch królów, bo się i Janowi Kazimierzowi na wygnaniu zmarło, a ciało jego i Michała leżało bez pogrzebu. Sobieski chciał zarobić na tę koronę, którą miał włożyć na skronie. Nieustannie stało wojsko na granicach, a ten, który już elektem był i panem się zwał, w nędznych chatach nawspół z żołnierzem zimy spędzał lub razem z nim, jak prosty szlachcic, zapominając, że wodzem był, upędzał się za niewiernymi.
I nie było też innego środka utrzymania zmęczonej szlachty na koniach i w ciągłej wojnie, tylko z nią razem zażywając tego samego niewczasu, głodu i chłodu, dając przykład na sobie jak się kraju bronić powinno. Zarobił też Sobieski na tak wielką miłość u rycerstwa, iż z nim i za nim szło, nie licząc nieprzyjaciela, nie pytając czy w dziesięćkroć liczniejszym był, bo wiedziało, iż go znał, a zawsze wiedział jak sobie począć.
A była w tradycji tego rodu walka z pogany, i Jan jeszcze zamłodu do Stambułu i do krajów tureckich z Markiem jeździł, aby się ludzi tych uczył, a nauczył się ich języka i obyczaju, i natury, i charakteru, że wiedział jak zażyć, czem straszyć, jak pokonać.
Wyprawiano nań tych, co największej sławy nabyli i z męstwa słynęli, żaden mu nie sprostał. Z małą rycerstwa garścią szedł, a w rękach mu rosła, bo był wodzem takim, że i serca dodawał, i męstwa użyć umiał. Naostatek już mu się korona dla skroni należała, o którąby może sam nie dbał, ale pięknej Marysieńce, co się już była z królów francuskich wywieść potrafiła, chodziło o nią wielce, i nastawała na wodza, aby się z nim wspólnie na Wawelu w diademie pokazać. A umiała co chciała dokazać. Na dzień 2 lutego, więc w dzień imienia Marji, naznaczono koronację (1676). Gruchnęła o tem wiadomość po kraju całym, a kto tylko mógł, chciało mu się tam być i widzieć, czego mało czyim oczom dano oglądać — dwa pogrzeby królewskie i nowego pana uwieńczenie.
Na wsi pobytem znudzona pani pisarzowa, gdy jej o tem znać dano, zerwała się, oświadczając, iż na koronacji musi być. Ani się matka temu mogła sprzeciwić, bo sama była równie ciekawa.
Jakoś około świąt Bożego Narodzenia, które „Godami“ naówczas zwano — zaczęły się przygotowania. Pisarzowa znajdowała, iż jej tyle rzeczy brakło, iżby się wcale na tak wielkim świecie pokazać jak należało nie mogła. A że do Krakowa już zatem jechać nie było co myśleć, bo tam ludzi zawczasu było pełno, a z Warszawą dla męża, który tam przebywał, rozbrat uczynić musiała Jadwiga, więc do Lwowa po tę nową wyprawę jechać postanowiono.
Cały arkusz papieru był zapisany tem wszystkiem, czego nieodzownie jejmość potrzebowała. Były tam i forboty, i bramowania, i atłasy i aksamity, i wszelkie białogłowskie ochędóstwo, wedle ówczesnej mody. Chciała pisarzowa tak się pokazać i wystąpić, aby oczy obrócić i wielbicieli za sobą ciągnąć, bo bez nich żyć nie mogła. Podczaszyna już się była wyleczyła wiekiem z tej zalotności, którą córce ze krwią oddała, i skłaniała się więcej ku dewocji, stając się pobożniejszą coraz, Jadwiga zaś światu wcale nie chciała tak rychło dać za wygraną, choć trzydzieści i kilka lat miała w metryce. Wyglądała mimo to piękna bardzo i prawie niezmienioną, od czasu jak się z mężem rozstała... Nie miała utrapień żadnych, strzegła się płaczu, który oczy psuje; gniewu, który płeć ciemną czyni; zbytniego wzruszenia, które twarz wykrzywia... i tak szczęśliwie wdzięki zachowując, mogła się pochlubić, iżby jej dwudziestu pięciu lat nie dał, ktoby dawniej nie znał i nie wiedział, jakich już losów doznawała.
Sanną w tym roku Pan Bóg pobłogosławił taką, iż się można było śmiało w dłuższą puścić podróż, nie oglądając na koła.
Drugiego dnia świąt wyjechały obie panie z Przyborowa, przodem komornik jejmości z otrokami i jako stanowniczy, aby gospody były po drodze opatrzone... Przebyły więc tę drogę ani się spostrzegły, ani niewygody doświadczywszy. Pani ekspodczaszyna, która się chętniej tym tytułem zwała, niż nowem swem nazwiskiem, wybierając się do Lwowa, zamówiła sobie dworek u panów Żeleńskich, z któremi miała znajomość — aby nie potrzebować gospody. Stanęły więc wygodnie i zaraz nazajutrz zabierały się do sklepów, gdy starsza jejmość, która teraz była bardzo pobożna, namówiła córkę, ażeby rozpocząć dawnym obyczajem od kościoła, i zawiozła ją do Bernardynów.
Godzina była poranna, osób mało, cisza... i spokój... msza święta właśnie wychodzić miała u bocznego ołtarza św. Antoniego, do którego podczaszyna miała wielkie nabożeństwo. Zakrystjan zapalił świece, a braciszek bernardyński wyszedł, niosąc ampułki i przechodził kościół powoli, gdy stukaniem trepek jego o posadzkę obudzona Jadwiga podniosła oczy...
Zaledwie spojrzała nań, wstrzęsła się cała, napół chwyciła ławki, jakby wstać chciała, i z ust jej wyrwał się wykrzyk stłumiony. Głos ten doszedł snadź uszu idącego z ampułkami braciszka, gdyż i on obejrzał się obłąkanym wzrokiem, zobaczył Jadwigę, zachwiał się i tacka z ampułkami na posadzkę upadła.
W tym laiku bernardyńskim z ogoloną głową, odzianym grubym habitem, pani Jadwiga poznała, nie wierząc oczom swoim, Medarda Pełkę. On także snadź przerażony zrazu jej widokiem, zawstydzony potem wrażeniem, jakie uczyniła na nim, zbierał teraz potłuczone szkła szczątki i, drżąc, odnosił je do zakrystji co najśpieszniej, poczem się już nie ukazał.
Pani ekspodczaszyna miała też czas poznać Pełkę, i dziwne jakieś uczucie nią owładło... zarumieniła się, zacisnęła dłonie, spojrzały na siebie z córką...
Pisarzowa siedziała z brwiami ściągniętemi, nawpół gniewna, wpół zamyślona, nie mogąc ani książki otworzyć, ani się modlić. W miejscu braciszka, zakrystjan wyniósł ampułki do ołtarza, zasygnowano i ksiądz wyszedł ze mszą.
Czyli się obie panie modlić mogły i jak, tego powiedzieć nie umiemy. Czytana msza nie trwała długo... Pomodliwszy się chwilę jeszcze, Jadwiga zdawała się namyślać i walczyć z sobą, i nim ją matka powstrzymać mogła, wstawszy, skierowała się wprost do zakrystji. Ekspodczaszyna, zdziwiona tą determinacją córki, nie miała czasu temu zapobiec.
Jadwiga wsunęła się żywo do zakrystji, w której ksiądz, tylko co ze mszy powracający, klęczał, modląc się, a drugi się właśnie do ołtarza ubierał... Oprócz zakrystjana nikogo tu więcej nie było.
Do niego więc zwróciła się przybyła pani, prosząc o widzenie się z braciszkiem, którego przed chwilą spostrzegła w kościele. Zakrystjan milcząco przyjął prośbę i datek, który ją popierał, i ostatecznie uczynił uwagę — iż trzeba było iść do parlatorjum i prosić o pozwolenie u ks. gwardjana. Śmiała pisarzowa nie dała się tem zrazić i kazała prowadzić poza klauzurą do wskazanego jej miejsca. Zakrystjan, na którego mocno nalegała, obiecując mu nagrodę, pośpieszył, kazał na siebie czekać dosyć długo i wrócił zmieszany z odpowiedzią, iż w tej chwili... niepodobna było znaleźć owego braciszka.
Pisarzowa usiadła na ławce i prosiła o ks. gwardjana.
Po dobrym kwadransie oczekiwania wszedł ksiądz pięknej postawy, słusznego wzrostu, poważny, i zbliżył się do pani pisarzowej, pytając, czegoby sobie życzyła?
— Ojcze gwardjanie, — żywo poczęła pisarzowa — chcę widzieć laika, którego w kościele przechodzącego zobaczyłam... jest to dawny sąsiad nasz, znajomy, człowiek, dla którego mam obowiązki... muszę go widzieć koniecznie.
Przez jakiś czas milczał ks. gwardjan, niby odpowiedzi szukając...
— Przebaczycie mi, — rzekł wkońcu — ale muszę odpowiedzieć jako mnich... i z kapłańską szczerością. Ludzie, którzy w tych murach szukają spokoju i przychodzą poświęcić się służbie Bożej, nie rozrządzają sobą. Uczą się oni posłuszeństwa — nie wolno im nikogo widzieć, z nikim mówić, dopóki zwierzchność nie dozwoli...
— Więc ks. gwardjana o pozwolenie proszę... — poprawiła się pisarzowa.
Ksiądz spojrzał na ożywioną i niecierpliwą kobietę i spytał poważnie:
— A nie zakłócicież mu spokoju? zważcie! Przypominać świat temu, co go chce porzucić — nie jestże to utrudnić mu wyrzeczenie się jego? Odżyją dawne sentymenta... żale, i cierpieć musi. Nie lepiejżeby wam wyrzec się przyjemności małej, a jemu oszczędzić bólu wielkiego?...
— A! nie sądzę, — przerwała Jadwiga — żeby widzenie się ze starą znajomą...
Nie dokończyła, gdy gwardjan, ukłoniwszy się zlekka, odszedł... i po kilku minutach powrócił.
— W tej chwili — rzekł — niepodobieństwem jest, aby przyszedł, bo go wysłano na miasto... niepodobieństwo... bardzo żałuję...
O. gwardjan był mocno zmieszany, pisarzowa gniewna, z oczu jej to było można wyczytać.
— Ks. gwardjanie, — odezwała się — gdyby od poważnej osoby duchownej obrazić co mogło, czułabym się taką odprawą dotknięta mocno.
— A więc otwarcie acani dobrodziejce powiedzieć muszę, — odezwał się gwardjan — iż osoba żądana sama sobie nie życzy tego...
To mówiąc, zlekka ruszył ramionami.
— Raczże mu powiedzieć, mój ojcze, — przerwała pisarzowa — iż ta, która się z nim widzieć życzy... ma obowiązek koniecznie mówić z nim, i od tego nie odstąpi...
Zkolei o. gwardjan był prawie oburzony taką natrętnością, zawahał się, czy ma iść z tem poselstwem, spojrzał na panią pisarzową... która, nienawykła do tego, aby się jej sprzeciwiano, poruszała się na ławce niespokojna.
— Przecież szatanem-kusicielem nie jestem! — zawołała — a to pięknie! żeby też nie chciał wynijść do mnie! to nie może być...
Tych słów domawiała, gdy przez drzwi, któremi gwardjan chciał wyjść, wsunął się nagle wzruszony i jakby panem siebie nie będąc, Pełka...
Okrutnie zmieniony, wychudły, blady, zachował dawną piękność rysów twarzy szlachetnych, lecz pobyt w klasztorze, walka wewnętrzna, którą odbywał — cierpienia ducha uczyniły go innym człowiekiem. Coś pozostało z rycerza pod habitem, ale znikła owa buta szlachecka; szedł, jakby zgnieciony suknią, którą dźwigał.. nawpół obłąkany, z załamanemi rękami... kilka kroków posunął się naprzód i stanął.
Jadwiga wstała i pobiegła ku niemu, jakby się lękała, ażeby jej nie uciekł. Stojący obok gwardjan, który był świadkiem rozmowy, znikł jej z oczu.
— Co się wam stało? — zawołała — co to jest? waćpan oszalałeś chyba! wam, wam do klasztoru iść? cóż to? czyście kogo zabili?
— Nie, pani pisarzowo, — odparł, spuszczając oczy Pełka — nie zabiłem nikogo od tego czasu, jakem drugiego jej męża zgładził ze świata... ale we mnie zabiłaś waćpani wiarę we wszystkie ludzkie sentymenta... i wszelką nadzieję... Nie było co na świecie robić...
Westchnął.
— Chciałem spróbować, czy tu nie znajdę spokoju!
— Aleć waćpan mnie przysiągł, a ja się domagam, abyś był rycerzem moim do zgonu i nie zwalniam go z przysięgi. Dałeś mi waszmość słowo! — poczęła pisarzowa.
Pełka zdziwiony na nią patrzał.
— Ja waćpana potrzebuję, a waszmość jesteś nie swój, ale mój! — dodała, nogą uderzając o posadzkę.
Gwardjanowi wydawało się to tak jakoś niezrozumiałem i nieprzyzwoitem, iż postąpił naprzód parę kroków...
— Za pozwoleniem, — odezwał się — wstępując do nowicjatu, zaręczyłeś nam, że jesteś wolny, żeś nie ślubował...
Pełka był zmieszany mocno.
— Ojcze gwardjanie, — rzekł cicho — pozwólcie mi dokończyć rozmowy z panią pisarzową... wytłumaczę się z tego...
Piękna Jadwiga mówić już nawet nie chciała, taki ją gniew ogarniał.
— Co się waszmości stało? — wołała. — Do klasztoru! wam! a to skończenie świata! Piękny z was mnich będzie... Samże się rozmyśl... to jeszcze szczęście, żem ja przypadkiem go zobaczyła, ażeby wyrwać stąd... Ani klasztor dla was, ani wy dla niego! Zrzućcie mi zaraz ten habit...
Pełka milczał; ile razy chciał się odezwać, coś mu się zdawało krępować usta i spojrzenie na gwardjana onieśmielało. Gwardjan spoglądał chmurno i poruszał się niespokojny...
— To coś niewidzianego, taka scena w klasztorze bracie Serafinie... Jeśli wam zbawienie wasze miłe — idźcie stąd... nie słuchajcie... Mieliście dobre natchnienie nie wychodzić, trzeba go było słuchać...
I zwrócił się ku pisarzowej.
— Co pani czynisz? — zawołał wzruszony — na sumieniu mieć go będziesz! A czyż to się godzi?
— Miałabym go na sumieniu, gdyby tu został! to właśnie! — przerwała pisarzowa. — Dlategom tu przyszła. To nie jest powołanie klasztorne, ale fantazja i bałamuctwo... Coś mu się przyśniło... a gdyby na wojnę zatrąbiono, nie wytrzymałby w murach...
Słuchaj mnie, Pełka, — dodała — ja waćpanu dobrze życzę, waszmość jesteś na świecie potrzebny królowi jmości, dzieciom siostry, w ostatku mnie, która w nikim obrony nie mam... Ja gonię i szukam was... ja jestem prześladowana... ten człowiek...
Pełka podniósł głowę nagle i oczy mu się zaiskrzyły, począł drżeć... Gwardjan, dostrzegłszy to, wziął go za rękę, a pisarzowa położyła swoją na habicie, jakby zamierzała nie puszczać.
— Miły Pełko mój, — dodawała po chwili — ja nie mam nikogo opró