Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/45

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Raz, drugi zamierzyli się napróżno... Medard następował — stary, chcąc się poprawić, nogą na trawę cofnął i ośliznął odrobinę. Tego było potrzeba Pełce, który w łokieć ciął z całym impetem, a w tejże chwili po ramieniu jakby go co skrobnęło...
    — Dosyć! — zawołano ze wszech stron — dosyć!
    Między patrzącymi był niejaki Ozderski, człek imienia nieznanego, ale żołnierz osiwiały i którego nauczyli się szanować wszyscy. Mruk był małomowny... a co na żołnierza rzadka, nabożny bardzo, różaniec na zbroi nosił i malowaną Najświętszą Pannę na ryngrafie... a pod nią krzyż mosiężny w napierśniku. Ozderskiego nazywano pod chorągwią kapucynem, bo i brodę całą nosił, i głowę miał wyłysianą tak, że na niej tylko niby korona z włosów zostawała. On pierwszy zawsze Bogarodzicę zaczynał i Pod Obronę, gdy szli rankiem w pochodzie — do mszy sługiwał... Człek był wielkiej poczciwości...
    Ozderski wystąpił pierwszy z koła do Pełki i wyciągnął rękę...
    — Dosyć tego, — zawołał — wypróbowaliście, że nam wstydu w chorągwi nie zrobi — nie odpychajcież go — ja z nim stoję... a kto chce mieć do czynienia z Pełką, będzie miał i ze mną.
    Wściekali się przyjaciele Żebrowskiego i on sam. Nie szło mu o ranę, bo ją zaraz zalepiono; nie szło o ból, bo do tego był nawykły, ale że się młokosowi dał ciąć, sam ledwie go udrapnąwszy, bo Pełce tylko kontusz i półżupanik rozciął precz, a na skórze siną pręgę zostawił, krwi nie dobywszy. Na śmiechu się tedy skończyło i przejednaniu niby; miał za sobą choć Ozderskiego Pełka, łatwo przecież poznać było, że tam ani na przyjaźń wielką rachować nie wypadało...
    Zostali we dwaj sam na sam — bo się reszta rozlazła powoli po szałasach i po szopach. Medard nowego przyjaciela zaprosił pod swój da-