Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/279

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Wacku serdeczny! a skądże mi cię Bóg dał! — zawołał Medard.
    — Pełko miły, jam cię opłakał! Szczęśliwa godzina, gdym cię żywym i zdrowym mógł ujrzeć...
    Ściskali się tedy jak rodzeni, a Godziemba przytomny czuł, że tu się już bez kubków nie obejdzie, i ślinę połykał.
    Ledwie na ławie posiadali, sypnęły się pytania...
    — Gdzieżeś bywał? — rzekł Wacek.
    — Trzymaj, że na tamtym świecie — śmiejąc się, zawołał Medard. — Nikomu o tem nie mówię, a są przyczyny ważne, dlaczego tak czynię — nie pytaj więc o to, co się dziś ze mnie nawet dla ciebie dobyć nie może. Niech ci będzie dosyć na tem, że mnie zdrowym i całym widzisz. — Cóż z tobą? ożeniłeś się?
    — A jakże! — westchnął Wacek — pięć już lat temu jak do ołtarza szedłem, dwóch synków dała mi moja Julka... Widziałeś ją?
    — A jakże, choć krótko! owego wieczora ze Szwedami! — zaśmiał się Medard — i pamiętam ją doskonale.
    A no, terazbyś nie poznał, bo mi jeszcze wypiękniała, i owa nieśmiała, rumieniąca się dziewczynina tak mnie za czuprynę trzyma...
    Zatulił usta kułakiem.
    — No — a ty?
    — Jam wolny dotąd jak ptak, — westchnął Medard — a raczej skuty niewolnik, bom o pierwszej, którą umiłowałem, zapomnieć nie mógł nawet naówczas, gdy o całym sobie zapomniałem... Wojewoda, mąż jejmości, zmarł — śpieszyłem na głowę, by w czas przybyć, a że mi się sporo grosza przez te lata uciułać dało... myślałem, że matkę skruszę... A no, gdy komu nienawiść i zemstę poprzysięże kobieta, nigdy nie przebaczy. Wydarto mi ją znowu! wydarto mimo jej woli!