Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/385

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    komorzyne, marszałkowe... mnie się dostało być — pisarzową!...
    — Ale bo mnie, p. Medardzie, jak was, jakieś nieszczęście ściga...
    Tu westchnęła...
    — Siadaj pan, proszę, — rzekła. — Mąż pojechał do kanclerza Olszowskiego, pewno nierychło powróci — a! tem lepiej. Zdaje mi się, że mu matka o was mówiła... i o was być gotów zazdrosnym... Powiadam wam, bardzo nudny... O mnie nie myśli, ambicją żyje cały... tylko się wstrzymuję, bo go obgadywać nie chcę.
    Nagle podniosła głowę i rozśmiała się.
    — Wiesz pan, że matunia zamąż poszła! Naco się jej to zdało?... Takiego sobie gbura wzięła, teraz czyste ma piekło w domu. Zupełnie zestarzała, nie poznałbyś jej.
    Co do mnie, trzymam się jak umiem, żeby się nie gryźć, nie gniewać, nie poruszać i przez to jak matunia nie zbrzydnąć... Bo już przyznam się wam, że nie mogłabym znieść, gdybym przyszła do zwierciadła, a ono mi pokazało... maszkarę...
    Poczęła trzepać rączkami.
    — Dlatego choćbym się czasem powinna pogniewać, choć mi się chce popłakać, choć mi smutno i źle na świecie — śmieję się, tak się boję zestarzeć...
    Pełka z zachwytem słuchał tego szczebiotania: byłby tak siedział, nie mówiąc słowa, wiek cały, patrząc jej w oczy, pojąc się muzyką jej głosu, karmiąc jej dziecinną prostotą. Przerwała jeszcze.
    — Mów mi waszmość o sobie — rzekła. — Już się nawet nie pytam o to, czyś się gdzie przypadkiem nie ożenił, bo wiem, że to być nie może... O! gniewałabym się bardzo na niego...
    Spojrzała mu w oczy... Pełka był oburzony... rozśmiała się...
    — A! tak! — dodała, kładąc mu rękę na dłoniach — pozostaniesz mi wiernym... do śmierci!