Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

grobowy, dziwna senność chorobliwa kleiła chwilami powieki... Rachuba czasu ustała... Każda chwila wydawała się wiekiem... a godzina mogła być chwilą. Mierzyć ich nie było czem, bo nawet żywsze zrazu krwi bicie ustawać się zdawało...
Przyparty do ściany, czując pod sobą kości tych, co tu niegdyś pomarli i w proch się zalegąjący obrócili, Pełka siedział tak w odrętwieniu, nie wiedząc, jak długo. Czasami próbował sił tylko, wyciągał ręce, poruszał się... i cieszył się tem, że mógł jeszcze władnąć sobą.
Jak długo trwał ten stan grobowego pół-snu, pół-jawy, nie wiedział... Nagle wśród tej zamarłej ciszy coś jakby daleki szmer słyszeć się dało. Pełka przeczuł raczej, niż rozpoznał kroki, instynkt przypomniał mu, że drzwi otwierały się w tę stronę, w której siedział, i że one go osłonią, gdy wchodzący oczyma szukać będzie skazanego... Pozostał więc nieruchomy w kącie... Serce zaczęło bić coraz mocniej... Kroki się zbliżały... nie słychać było głosu, ani rozmowy, szedł więc jeden człowiek... Jednego podołać się spodziewał.
Klucz zaczął się w ordzewiałym zamku obracać... Pełka przyczaił się z nożem i pistoletem... przyczołgawszy się ku miejscu, z którego, jak się spodziewał, wpaść na stróża miało mu być najłatwiej... Jeszcze chwila, a walka o śmierć lub życie rozpocząć się miała.
Prędzej, niż sądził, uchyliły się żelazne drzwi, ukazało się światełko, i schylony nawpół człowiek wychudły, stary, począł się rozglądać ostrożnie po lochu, jakby się wnijść do niego obawiał. Pełka widział jego pomarszczoną twarz z obciętą krótko brodą siwą, i zgrzebną koszulę na piersiach, i podartą odzież, i ręce spracowane, żylaste, i pas skórzany na biodrach... Nie miał broni, nie miał też z sobą nic... Przychodził