Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

go co być może, toś się omylił bardzo... nie chcę, abyś dłużej trwał w błędzie...
A cicho dodała prawie niewyraźnie:
— Gdybyś miał rozum, innejbyś się rzeczy powinien był domyślić.
Na to niespodziane przemówienie Pełka drgnął i, odskoczywszy nieco, aby dłużej nie słuchać gniewnego głosu matki, zwrócił się ku Jadwisi.
— Panno podczaszanko dobrodziejko! — — rzekł — podnosząc głos — sługa wierny względom się jej poleca...
Jadwisia, mimo że matka ręką ją w głąb powozu odepchnąć chciała, wychyliła się dosyć śmiało i głosikiem słabym odezwała:
— Do zobaczenia! do zobaczenia! Panie Medardzie, bij się pan szczęśliwie i powracaj cały!
Dalej ręka matki mówić nie dopuściła. Pełka, trzęsąc się z gniewu, spiął konia i pobiegł, gdzie nade drogą Rożański nań oczekiwał.
Na jego twarzy gniew wypiekł rumieniec, którego blask ognia tylko rozeznać nie dawał.
— A cóż? — spytał Wacek.
— Co? Przeklęta baba! baba przeklęta! — powtarzał Medard, nie umiejąc się wytłumaczyć. — Jedźmy.
Rożański się dopytywać już nie śmiał, bo Pełka z głową spuszczoną na kark Sułtana jechał jak przybity, wciąż tylko przeklinając podczaszynę...
Przedmieścia gorzały wciąż jeszcze... W mieście czujność była wielka: po wieżach, basztach, murach okólnych, bramach i po dachach domostw, bo lada wiatr mógł i tu zanieść iskry i niepotrzebny pożar rozniecić. Ludzie z wiadrami siedzieli po dachach i czuwali w ulicach... Nie czas było nocą szukać obozu, więc obaj z Rożańskim stanęli u gospody w rynku, ażeby do dnia wypocząć i naradzić się ze sobą.
Właśnie wstępowali do niej, gdy wrzawa z izby buchała najokropniejsza. Nietrudno było