Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ostatnie jego wyrazy: „Przestań wielkiemi mówić słowy: łamie Bóg pyszałków, padają wielcy, pęka, co nadęte, co się wzdyma, spłaszczy...“ brzmiały jak smutna przyszłość przepowiednia, i z wielu piersi wyrywały się westchnienia. Król głowę spuścił.
Skończyła się wreszcie wotywa i suplikacje, i król wstał, aby wynijść.
Już w progu samym Pełka, za innymi idący, zdziwił się niepomału, widząc jak królowi drogę zastąpiła podczaszyna... wielce strojna i wyświeżona...
Znać była ona na mszy i u wyjścia dobrała sobie stanowisko dla pochwycenia wychodzącego...
Nie wiedział o tem wcale pan Medard, iż dworskie kroniki szeroko pisały, jak podczaszyna przez czas jakiś miłą była wielce niestałemu królowi, jak nad nim przewodziła i chlubiła się jego łaską. Inna jakaś piękność odebrała jej to serce, zresztą z równą łatwością dające się zdobywać i wybijające z chwilowej niewoli — pamięć jednak czułych owych stosunków pozostała, i król zawsze miłem okiem widział podczaszynę...
Była to kobieta lat nie więcej nad trzydzieści kilka, lecz dziwnie świeżo zachowana, tak iż zbyt tylko pełne kształty i bogactwo form, przypominające obrazy Rubensa, które król bardzo lubił, dozwalały się domyślać przejścia trzeciego krzyża...
Maleńka główka z twarzyczką drobną i wdzięczną, ale bez wyrazu, z oczkami żywemi i biegającemi, obracała się ciągle na wsze strony niespokojnie — uśmieszek fałszywy, dowcipny, wiecznie krążył po małych, ale mocno wypukłych usteczkach. Król lubił też w podczaszynie nadewszystko tę jej wesołość, którą zawsze miała na zawołanie, nawet teraz, gdy i świętość miejsca, i położenia uroczystość, i niebezpie-