Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nazad doń nie wrócą i znowu się o szaniec nie oprą.
Lecz są instynkta niewytłumaczone, które wiodą człowieka, i czasem szczęścia, któremi los darzy... Droga nie była zmylona; Lejbuś poznał folwark nieopodal, przy którym stały ostatnie posterunki szwedzkie.
Kupka drzew starych i żóraw od studni na niebie się zarysowały... o kilkadziesiąt kroków dalej byli już prawie bezpieczni, jeżeli ich objazd jaki i konnych, snujących się ciurów nie chwyci kupa...
Pełka oddychał nieco spokojniej, iść mogli śpieszniej... Nic się już nie zdawało im zagrażać...
Właśnie, gdy się tą nadzieją łudzili, z za kupy chróstu zerwał się żołnierz, który się od słoty przytulił; ten, posłyszawszy szelest, krzyknął. Znalazł się on tak blisko Pełki, iż Medard bez namysłu chwycił go za barki i obalił...
Silny i zręczny siadł nań, aby go co najprędzej zakneblować i głosu pozbawić. Lejbuś, który się domyślił snadź o co chodziło, znalazł się z chustką tuż, i nim Szwed przelękły dobył z piersi krzyku, pełną miał gębę... Medard cisnął go kolanem, Lejbuś wiązał chustkę... Pistolet, który trzymał w ręku, w tej walce wystrzelił... Pełka miał czas tylko ogłuszyć go uderzeniem... musieli uciekać...
Rzucili się, trzymając za ręce wbok ku drodze, przez pola i znikli w ciemnościach, nim strzałem wywołany popłoch całą linję straży ogarnął...
Odbiegłszy na kilkoro staj, mogli zdala widzieć zamęt, którego byli przyczyną... W chwili zbiegło się kilkunastu konnych... Od obozu leciały straże... Wśród ciemnej nocy pogoń wszakże była niepodobieństwem...
Nie tracąc na rozpatrywanie się czasu, poszli dalej śpiesznie, unikając dróg, a szukając zarośli.
Pełka czuł się tak zmordowany, iż pierwszy odezwał się do Lejbusia z żądaniem choć krótkiego spoczynku.