Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/71

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nego elegancji, powagi, wypieszczonych pańskich twarzy białych rąk, szykownych postaci, uczonych chodów, nadchodzący wydawał się jakby zjawiskiem z innego świata. Nie wiedząc, kto był, domyślał się Pełka, iż niemałej wagi osobą być musiał, bo mu się wszystko ustępowało, i choć nie wszyscy patrzeli nań życzliwie, każdy nań spoglądał z pewną czcią i niemal obawą.
    Coś było w nim, co go tu od wszystkich odznaczało... żołnierska postawa, rubaszny ruch, energiczny wyraz, niehamowany niczem śmiały wzrok... Na twarzy, której głęboką w policzku bliznę, bardzo znaczną, źle zarost brody okrywał, malowało się nieustraszone, ufne w sobie męstwo, w oczach było życie niespokojne i bystre pojęcie, w ustach nieco dumy i szyderstwa...
    Krzepki, zbudowany szeroko, z nogami od kulbaki nieco powyginanemi, ruszał się trochę niezręcznie, jakby mu bez konia źle po ziemi chodzić było...
    Strój jego był bardzo prosty i wcale ani bogactwa, ani dostojeństwa nie oznajmował.
    Ta niepańska wcale postać szła wszakże na pokoje królewskie z taką śmiałością i pewnością siebie, jakby tu rozkazywać miała. Było coś w niej dziwnego, niezwyczajnego, prawie groźnego.
    Żołnierz ten, który co najwięcej na rotmistrza od kwarcianych wyglądał, tak się wydał jakoś Pełce dziwnym, iż trąciwszy Rożańskiego, co najpilniej go pytać zaczął, ktoby to być mógł...
    — Na Boga, a toć Trzepaczka! Czarniecki! a waćpan nie znasz tego człowieka, który tu jeden jest, co kraj zbawić może...
    Domawiał tych słów, gdy się zasłony drzwi podniosły i naprzeciw panu Czarnieckiemu wychodzący pokazał się król sam, który doń bardzo łaskawie rękę wyciągnął. Do kolan mu się schy-