Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/107

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    niósł, że choroba istotnie ciężką była i że z nią się puszczać w długą, daleką, ciężką, niebezpieczną podróż ani było podobna.
    Z listami więc wyprawiono dworzanina, a starosta smarować się począł...
    Bronił się mężnie Kraków naciskowi Szweda, a dla podwojenia odwagi i animuszu żołnierza powiadano powszechnie, iż Kazimierz król cesarską pomoc ze Śląska miał z sobą przywieźć lada chwila dla odsieczy... Mówiono też o dwudziestu, ba! i więcej tysiącach ciągnących w pomoc Polsce Tatarów... Wlewał otuchę wreszcie sam pan Czarniecki, który i wodzem, i żołnierzem był, a którego wszystko kochało, co się doń przybliżyć mogło...
    Nie miał on onego majestatu wielkich panów, który poszanowanie wraża, ale razem i odstręcza; prostszym się jeszcze czynił dla ludzi, niżeli był w istocie. Czy z żołnierzem, czy z mieszczaninem, czy z duchownym, czy z wieśniakiem mówił, czuć w nim było człowieka, który do ludzkiego serca przemawiał prostem słowem, często rubasznem...
    Rano, we dnie i w nocy wciąż go było można spotkać: to na murach, to na ulicy, to w otwartym dla wszystkich domu... Nie otaczał się ani dworem, ani sługami, ani czemś, coby go na oko większym czynić mogło... chodził pojedynkiem, odziany jak każdy inny, często starą delją okryty, w butach czarnych, a twarzą ku sobie wabił. W ulicy go paupry otaczały rade i biegły za nim, znosząc mu kule, a on je po łebkach gładził i jabłka im w rynku kupował.
    Nauczyli się go już tak znać w Krakowie, że gdy się pokazał, biegło dłoń wszystko, co czego potrzebowało, nie sromając się, nie zapominając w gębie języka, jak do swego.
    A były to dni gorące, gdy z obu stron działa grać zaczęły i kule latać jak ogniste ptaki, szukając żeru po dachach... Gdy palono przedmieścia u Grodzkiej bramy, nieostrożnie zostawiono