Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przejeżdżali wsi, w których węgły czarne chat sterczały tylko nad drogą i nadpalone kościółki, i poobalane krzyże, i resztki opuszczonych dworów. Stada wron tylko podlatywały, wrzeszcząc nad niemi.
Droga wiodła obok Horbowa, który też nie ocalał; murowana tylko brama i kawał dworu nieopalony sterczał pośród drzew, oczernionych i zrudziałych od pożaru... I tu ludzi nie spotkali...
Stąd dawniej wyjechawszy za lasek już Gołczwię widać było... Z bijącem sercem podjeżdżał Medard... Z wioski tylko koły i słupy, i kominów gruzy zostały... Z za wałów dwór wyglądał ze ścianami białemi i kominami bez dachu... Popalone wszystko: dom, gumna, kaplica... nawet drzewa, co przy nich stały... Na widok tej pustyni panu i słudze puściły się z oczu łzy... Gabryk szlochał jak dziecko... konie, jakby rozumiały całą grozę tego widoku... zżymały się co chwila przerażone... nastawiały uszy i sapały dziko... Nie poznawały miejsc, do których były nawykłe.
Przed wałem Medard zsunął się z konia i puścił go. Sułtan stanął jak wryty...
Stary dwór w Gołczwi wyglądał tak, jak gospoda, w której noc spędzili.
Tu tylko ze sprzętów dawnych, drogich, których rabunek unieść nie mógł, podruzgotane reszty, dla Medarda, co do nich od dzieciństwa był nawykł, co je jak relikwje po dziadach szanował — mówiły o spełnionej tragedji... W izbie gościnnej sczerniałe krwi plamy na resztach podłogi rozeznać było można... Gdzie niegdzie gruzem przysypanego coś ocalało... jeszcze... Grzebiąc się po tych opalonych belkach i rozbitych murów szczątkach, przeszedł dom cały... Nie było kąta, gdzieby spocząć mogli i któryby nie mówił do nich głosem o pomstę wołającym... Izba Medarda zawalone miała sklepienie i stała się nieprzystępną...