Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/284

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dzień do dworku przyjaciela, a wkońcu na dłuższy pobyt dając się namówić, przeniósł do niego. Siadywali po całych dniach, rozmawiając o przeszłości lub grając w warcaby; bywało i tęskno, że Rożański chciał więcej ludzi przywabić — odsuwali mu się i wymykali, albo przyczyny nie mówiąc, lub dając do zrozumienia, że im coś w tym czowieku śmierdziało. Parę razy ująwszy się za przyjaciela, Rożański do szabli się musiał brać; markotno mu to wkońcu było.
    Jednego tedy wieczora postanowił się rozmówić we cztery oczy.
    Odstawiwszy więc warcabnicę — co miał na sercu, wyspowiadał szczerze, kończąc:
    — Wierzaj mi, Medardzie miły — najgorsza to rachuba chcieć się ciemnością oblekać — ludzie za to samo potępiają.
    — A mnie to co szkodzi? — odezwał się Pełka obojętnie — niech sobie mówią, co chcą! Kto mi ufa a żyje ze mną, temum tem więcej wdzięczen; kto nieżyczliwy, ten choćby co posłyszał, za baśń weźmie i też będzie prawił co i przedtem. Niema więc nic do czynienia, tylko tem sobie krwi nie psuć i dać im pokój. Gdy przyjdzie czas, to się wszystko wyjaśni.
    — A kiedyż czas ten przyjdzie? — spytał Wacek.
    — Albo ja wiem! — ruszywszy ramionami, rzekł Pełka. — Jużciż, gdyby mi się godziło mówić, tobiebym zwierzył moje przygody — a no — nie pora!
    Zaciął się tak na tem, że go już Rożański ruszyć dalej nie mógł, a że przeprzeć postanowił, jął mu tedy dowodzić, że i on wkońcu, za innymi idąc, porzucić go będzie musiał, gdyż widział w tem słuszność, że ludzie jasno w przeszłości przeglądać się chcieli.
    — Słuchaj, Wacek — rzekł Medard, — wolno ci czynić, co zechcesz. Opuścisz mnie, to cię ze łzami uściskam i przebaczę tę krzywdę — a