Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

tom; wojewoda włożył weń tylko imię swej świekry...
Papier był pod królewską pieczęcią, a podpisem Wittemberga i kancelarji króla... Jakkolwiek obojętny Szwed, zobaczywszy papier, który wzgardliwie na stół przed nim rzuciła podczaszyna, podniósł się nieco, okiem go ciekawem przebiegł, skłonił głowę i rzekł:
— Więc cóż?
— Widzicie, że mam rozkaz, abyście mnie szanowali — zawołała. — Konie mi zabrano...
— Konie zabrano! ba! — mówił kapitan — waćpani je sama oddać powinnaś. Czy ja dla koni waszych mam utracić działo? To nie może być...
Rozmyślił się wszakże, popatrzywszy na papier znowu.
— Jeśli inne konie dostanę, — rzekł — każę wasze powrócić.
— Nie umiecie waćpanowie rożróżniać przyjaciół od nieprzyjaciół — dodała ciszej... — Bierzcie konie tego młodego ichmości, który z wami po niemiecku mówił... ten z polskim królem trzyma... a ja...
Szwed się rozśmiał...
— I koniem gotów wziąć i człowieka! — odparł.
Skinął tedy, coś szwargocąc do drugiego towarzysza, który wyszedł zaraz i prowadząc z sobą Medarda i Wacka, powrócił. Kapitan bacznie się im przypatrzył naprzód...
— Pokażcie wasze pasy — odezwał się. Medard miał swój na podoręczu i wyciągnął go z za sukni...
Szwed, czytając, głową zaczął chwiać.
— Wyście od Czarnieckiego, — rzekł — wasza droga była do Siewierza iść z wojskiem, a nie po kraju się włóczyć i burzyć drugich przeciw nam... Co wy tu robicie?