Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Medard, założywszy ręce, prawie mu się tłumaczyć nie chciał... Popatrzyli na się z Wacławem tylko...
— Papier mój mówi za mnie — rzekł wkońcu.
Kapitan podrzucił ręką arkusz i odepchnął go na środek stołu.
— Co mi papier czasu wojny! — zawołał — wyście jawni nieprzyjaciele nasi.
— Nie mylicie się, — odparł Pełka — ani możecie żądać, abyśmy was kochali. Gdybyśmy wam do waszego kraju naszli, nieinaczejbyście nas przyjęli, chyba ołowiem i żelazem...
Szwed coś mruczał. Dwóch żołnierzy na zawołanie zjawiło się w progu.
Medarda i Wacława kazano zamknąć w bezpiecznem miejscu... Kapitan im objawił, że ich poprowadzi z sobą. Nie było się co z nim rozpierać.
Podczaszyna z początku rozmowy zaraz wysunęła się ostrożnie...
Zagórscy, którzy nadsłuchiwali z pierwszej izby, zobaczywszy, co się działo, choć nie wiedzieli, z czyjej naprawy — pobledli z gniewu... Nie rozbrojono wszakże obu uwięzionych, lekceważąc sobie ich szable... Tulicha, który miał za pasem skryty Medard, snadź może i nie dojrzeli.
Nie rozdzielano ich, a że Szwedom w domu pilnować było dogodniej, zapakowano obu do zimnej komory, w której był skład jakichś starych sprzętów i sepetów, zamknięto ich na klucz, a że dwór straże dokoła otaczały, niebardzo ich już strzeżono...
Gdy się w ciemności znaleźli dwaj towarzysze, Medard pierwszy z czasu korzystał... Mieli obaj krzesiwa... suchego drzewa było poddostatkiem, znalazła się też prochu garść, aby kłaka dobytego z kąta zapalić. Pełka się czynnie jął do rozświecania komórki, a Wacek ją tymczasem obmacywał, aby dojść, czy gdzie drugich drzwi lub okienka nie było. Znalazł się w istocie