Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/299

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    przynieść jakąś pewną o tych zabłąkanych podróżnych wiadomość.
    Acz zmęczony, rycersko wyglądający mężczyzna począł się trochę rozbrajać i zdawał się dosyć do gawędy skłonny.
    — Piaski macie szkaradne, mości gospodarzu — rzekł, zdejmując misiurkę od pasa i szablę.
    — U nas? piaski? tak! — rzekł Müller z pewną dumą — piaszczysty grunt, ale to niczem w stosunku do wydm w okolicy... Niech się pan przejedzie po Wignach...
    — Dziękuję, — odpowiedział podróżny — mam tego dosyć.
    — Piaski to są żyzne, bronił się Müller; a właściwie nawet ziemi tej błogosławionej piaskami nazwać nie można... Lecz siedzą na nich ludzie, którzy chybaby bicze z nich chcieli kręcić... gdyby tu Niemcy przyszli, rosłaby pszenica...
    — A panem tu macie Polaka... — wtrącił podróżny — na nieszczęście.
    Müller popatrzał.
    — Nie jest to nieszczęście, — przecedził przez zęby — lecz to chyba, że tu nigdy nie siedzi.
    — Jakże? przecież się go musicie spodziewać, gdy tu już żonę sprowadził i posadził?
    Ta znajomość stosunków miejscowych tak mocno zdziwiła Müllera, iż na chwilę, zatopiony w domysłach, zamilkł. Po głowie mu chodziło, kto to mógł być taki, co tak o wszystkiem wiedział? Najprostszym domysłem było posądzenie, iż ktoś do tego pana należący i od niego przysłany. Müller, mający się za przebiegłego, sądził, iż niechybnie zgadł.
    — Ale zamek wygląda pusto — rzekł odniechcenia podróżny.
    — Zamek? pusto? — powtórzył Müller — no! zdaleka! może! Wszakże jest to jeden z najpiękniejszych Rittersburgów w okolicy... gruntownie zbudowany... pioruny w niego biły, a nic mu nie zrobiły... Ściany trzyłokciowe... a w środ-