Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

co w nich pominęli. Tych Masłowskich i Pełków, których grobów na krańcach szukać było potrzeba — niemało naliczyć mogła...
Ale szlachcicowi, nie pokosztowawszy wojennego chleba, w domu siąść na zagonie wstyd było. A kiedyż go kosztować, jeśli nie w sile wieku? Rada nierada, wojska musiała się zgodzić...
Było oprócz tego czem się zakłopotać, bo wyprawa na wojnę niemały ekspens ciągnęła za sobą, koni trzeba było kilka, i to wytrzymałych i dobrych — a szczególniej pod samego pana, dalej i pod czeladź wojenną... Bez grosza też się wybrać ani myśleć było, bo płaca wojsku często i po kilka lat nie dochodziła. W boju też czy koń padł, czy tłumoki zginęły, trzeba było mieć z czego połatać — na towarzyszów się nie spuszczając.
Wprawdzie na dobrem gospodarstwie w Gołczwi coś się zebrało na czarną godzinę i nieprzewidziany wypadek, ale niewiele tego było... A dziecko jedyne, choć ubogo, chędogo chciała wojska wyprawić, aby się przed drugimi nie wstydziło. Sam siwy jabłkowity pod Medardka, którego kupiono u Koryckiego rotmistrza, wychodził na półtorasta bitych talarów...
Na jednym rzędziku ojcowskim przestać też nie było można. Toż z odzieżą, która się na wojnie drze i psowa łatwo, nie mówiąc o broni, której często człek życie winien. Było wszystkiego poddostatkiem w skarbcu i rzeczy pięknych a cennych, matkaby też ich nie żałowała, a no, jednemu tego brakło, drugiemu owego, — jedno było za szerokie, drugie za wąskie, lub i z użycia wyszło... Więc robić i przerabiać, i sztyftować musiano.
Szczęściem, że Medard się umiał matce wyprosić, boby mu z wielkiej troskliwości pół Gołczwi do wozu zapakować kazała... Wszystko się jej dla dziecka zdało potrzebnem, począwszy od mięty i rumianku aż do kiełbas wędzonych i