Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

potrafi przefrymarczyć, bo było w złoto oprawna i przedziwnej piękności.
Jadwisia, zrazu opłakująca więcej to, co ucierpiała, niż męża, którego utraciła — prędko bardzo przyszła do siebie. Nosiła jeszcze żałobę po nim, gdy jej wesołość wróciła i dziecięce szczebiotanie, i dawne życia pragnienie. Horbów mimowolnie przypomniał jej Medarda. Co się też z nim stało nikt jej powiedzieć nie umiał. Gołczwia należała do Laskowskich, a o jej dziedzicu, który gdzieś wyszedł na wojnę, oddawna wieści nie było.
Na wieść o owdowieniu pięknej, młodziutkiej wojewodziny, której mąż całe znaczne dobra zostawił... nie czekając roku i sześciu niedziel żałoby, zbiegli się wszyscy, których niegdyś bystremi oczkami oczarowała. Jadwisia była im rada, ale troskliwa matka, choćby dlatego, że dobrami zarządzała, niezbyt im ją zamąż wydać śpieszyła.
Młoda wdówka tyle miała czasu głów pozawracać, że jej teraz adoratorowie jak na odpust pobożni płynęli pielgrzymi, a było ich poddostatkiem wszelkiego wieku, stanu i urody... Młodzi ufali w swą piękność i raźność, starzy w majątki, panowie w tytuły, a niektórzy w złudny uśmieszek, jakim ich niegdyś obdarzyła z nudów królowa.
Starzy naprzód dostali wszyscy odprawę, spróbowawszy życia z jednym wojewodzina drugi raz nie chciała się już poświęcić, choćby dla najpiękniejszego imienia i bogactw bezliku. Z młodymi było wesoło, nie myślała ich rozpędzać, dając jednemu pierwszeństwo.
Matka zresztą, surowa w tym względzie, więcej przez rachubę niż z zasady, nie dopuszczała nigdy poufałości zbytniej i miała dziecko na oku, a Jadwisia, trzpiotać się lubiąc, nigdy człowieka ani uczucia nie brała do serca. Bawiło ją to niewymownie, gdy nowy przybywał...