Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/316

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    czywszy się w nóż u pasa i pistolety, Pełka posunął się zwolna ku górze. Widać już stąd było okna zamkowe.
    Lecz w oknach nie było nikogo. Pomimo gorąca, stały zaparte i czarne. Na niektórych szybkach zabłąkany odblask jaskrawego nieba świecił jak ogień czerwono.
    Wydobywszy się na płaszczyznę podwórca, Pełka najprzód rzucił okiem na wszystkie strony, i tu też nie zobaczył nikogo. Mury stały ciemne i obumarłe, nigdzie straży i znaku życia. Bezpieczniejszy więc szedł zwolna, bacznie posuwając się w głąb i zwracając w lewo, aby do głównego zbliżyć się wnijścia. Pamiętał pierwszą swą bytność i w umyśle miał wyryte wszystko widziane wprzódy. Idąc tak, musiał przechodzić pomiędzy budowlami, przypartemi do murów okólnych, a ścianami zamku. Tu było, jak mu się zdawało, główne niebezpieczeństwo. Ludzi jednak nie spotkał dotąd nigdzie, zamek jakby wymarły, milczący... żadnego ruchu, ani głosu. Coraz więc śmielej kroczył ku głównemu wnijściu, widząc je już przed sobą. Stanął kilku krokami u znanych drzwi, lękając się, żeby ich nie znaleźć zamkniętemi. Pocisnąwszy klamkę, otworzył z łatwością i skoczył żywo na wschody. W korytarzu było ciemno i pusto.
    W tejże chwili w podwórcu od strony bramy dały się słyszeć głosy, wołania, wrzawa, krzyk i bicie do wrót gwałtowne.
    Jakkolwiek śmiały, Pełka stanął struchlały. Nie mógł odgadnąć, co było przyczyną tak nagłego hałasu po milczeniu, jakie tu panowało przed chwilą.
    Bądź co bądź, groziło niebezpieczeństwo, próba była na ten raz chybiona, należało uchodzić... Stał na pół wschodów i czekał jeszcze, myśląc, co z sobą pocznie, gdy drzwi się otwarły u góry i nieznajoma sługa ze świecą w ręku ukazała się w nich widocznie strwożona. Zoba-