Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Gustawa, że nie miano ich gdzie odesłać i co zrobić z nimi, a za śmierć łatwa zemsta była.
Porucznik ciągle powtarzał, iż nie widział sposobu, tylko ich wybić jak pszczoły, a z miodem zabranym uchodzić.
— Ciekawym bardzo, jak sobie z nami poradzicie? — odezwał się kapitan do Medarda. — Musicie przecie wiedzieć, że ja tu nie sam szedłem, ale większe oddziały ciągną za mną. Za kilkanaście godzin przyjść mogą. Zabić nas możecie, to los żołnierza, że musi ginąć, gdy nań padnie zła dola! — ale mścicieli znajdziemy... Prowadzić nas z sobą będzie trudno... daj Boże! byście sami uszli z duszami... Cóż więc będzie?
Ani porucznik, ani Medard nie odpowiedzieli mu... Postanowiono poprzywiązywać jeńców do koni i ruszać z nimi do jednego z najbliższych zameczków, których się jeszcze dosyć w okolicy trzymało. Rady innej nie było, tylko ich tam zdać dowódcom...
Ale trzeba się było śpieszyć, i porucznik kazał do wozów zaprzęgać, a rycerstwu swemu, jak skoro spocznie, na koń siadać... aby ujść pogoni, którą jaki zbiegły Szwed mógł naprowadzić. Medard i Wacek musieli iść z oddziałem, a Zagórscy z siostrami pakowali się też do drogi, bo dwór był już bezpieczny. Czyniono to z rezygnacją i spokojem, bo los ówczesny szlachcica polskiego zmuszał go bardzo często do podobnych wędrówek i do powrotu na pogorzelisko.
Podczaszyna zbierała się też do podróży, lecz do powozu zabrakło koni. Zabrali je byli Szwedzi, a porucznik, wziąwszy je w spadku po nich, nie myślał wrócić właścicielce. Lament stał się wielki, powołano obu Zagórskich, którzy wstawiali się nadaremnie... Nie było co wprząc do wozów, a uciekać z nimi stawało się koniecznością.
Dzień co chwila robił się jaśniejszy. Z zeznań samych jeńców i obliczenia trupów okazywało się, że kilkunastu żołnierzy uszło... Oddziały