Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

szy śmiech wywołał surowe wejrzenia i zmarszczki na czoło panów, idących za królem.
Widok to był i dla Pełki zdumiewający, jak wogóle wszystko, co od dnia wczorajszego oglądał. Miasto sposobiło się do rozpaczliwej obrony, kraj był najechany, król wieczorem na zamku dosyć się jednak w towarzystwie dam ochoczo zabawiał...
Podczaszyna poszła tak z królem jmością aż na zamek i zaproszona snadź, znalazła się razem z kilku innemi paniami, już tu na króla oczekującemi, na pokojach.
Jan Kazimierz tymczasem posłuchanie dawał przybyłym z różnych stron szlachcie i senatorom... niosącym żale, skargi i doniesienia. Nadbiegł z Warszawy goniec jeden, który przywiózł wiadomości o wywiezionych stamtąd działach i prochach, o powyrywanych na zamku posadzkach, o pozamykanych kościołach, o zniszczeniu i kontrybucjach, jakie Szwedzi nielitościwie wybierali, o znęcaniu się Radziejowskiego nad dawnymi nieprzyjaciółmi swymi, i dumie a odgróżkach, z jakiemi się nosił...
Pod koniec tego posłuchania wystąpiła gromada panów, mieszczan ze Stradomia, Kazimierza, Piasków, Wesołej z lamentem wielkim, z poklękiwaniem i łzami niemal skarżąc się, że im pan Czarniecki wszystkim wynosić się kazał i że chodziły wieści, jakoby domostwa ich palić miano....
Tu łzy, modły, jęki tak były serce rozdzierające, a rozpacz biednych ludzi tak dotknęła króla, że ręce załamawszy, pobladł i z oczu puściły mu się dwie nadaremne łzy... Nie miał słów na ich pocieszenie.
— Wracajcie spokojni, — rzekł do nich — uczynię, co w mocy mej jest, aby ocalić wasze domy... ale czy wy je od nieprzyjaciela uchronić i w nich pozostać będziecie mogli? Rozmówię się z panem oboźnym.