Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

leźć było można jak pudełko małą... Posłano mnie na zamek...
Medard poruszył się zrazu, zapomniawszy, że jest niewolnikiem, i chciał, się ubrawszy naprędce, biec w pomoc pani podczaszynie i podczaszance. Szczęściem, przyszło mu na myśl, iż król kazał pozostać i że w każdej chwili mógł się spodziewać jakiejś służby, a od rana trzeba było z innymi być na zawołanie... Nie godziło się więc z zamku ruszyć — westchnął biedny.
To dla nas wielka pociecha, — odezwał się Bernard — żeś nam się tu pan trafił, jejmość się wami wysługiwać będzie, a mnie, prawdę rzekłszy, trochę kłopotu z głowy spadnie, bo ja jejmościnym fantazjom nie podołam...
Schwycił się za głowę biedny i wzdychał znowu.
— Ja się wam tu teraz nie na wiele przydam, — począł Pełka, wracając na siano — jestem przy królu, przynajmniej do czasu, zatem w służbie i nie tak swobodny jak w Gołczwi... Na przypadek jednak, gdyby mnie do miasta posłano, lub gdybym wyrwać się zdołał, gdzie was szukać? jak się dom nazywa?
— Otóż to sęk! — zawołał po chwili sługa. — Tak, z twarzy ja ten dom poznam, ale żeby on się jak nazywał — wątpię. Dom lichy żydowski i w kącie... Co lepszego to pozabierali ci co tu się przed nami schronili, a nam już zostało, czego nikt nie chciał.
Dzień wpadał coraz większy oknem, Gabryk powrócił, dając znać, że dworzanie na pokoje szli wkrótce, że czas było i Pełce się stawić...
Już tedy rozedniało zupełnie i zdawało się na piękną tego dnia zanosić pogodę, gdy Medard, przybrany ochędożnie i pięknie, wyszedł na pokoje króla, wczas właśnie, aby się nie opóźnić i nie wyprzedzić drugich, coby mu też za złe mieć mogli, jako pochlebstwo. W antykamerze